Hej :)
Cieszę się, że prolog zebrał tak pozytywne recenzje. Dziękuję za cudowne komentarze! Mam nadzieję, że pierwsza część tej historii również przypadnie Wam do gustu. Starałam się napisać to wszystko jak najlepiej :)
W pierwszym rozdziale poznajecie już chyba połowę całej obsady, więc nie jest źle. Oczywiście nie wiecie o nich jeszcze zbyt wiele, ale spokojnie - wszystko pomału będzie się wyjaśniać.
W razie wątpliwości, piszcie :)
Miłej lektury, całuję i widzimy się niebawem :*
***
Bruno Mars - Talking To The Moon
Cieszę się, że prolog zebrał tak pozytywne recenzje. Dziękuję za cudowne komentarze! Mam nadzieję, że pierwsza część tej historii również przypadnie Wam do gustu. Starałam się napisać to wszystko jak najlepiej :)
W pierwszym rozdziale poznajecie już chyba połowę całej obsady, więc nie jest źle. Oczywiście nie wiecie o nich jeszcze zbyt wiele, ale spokojnie - wszystko pomału będzie się wyjaśniać.
W razie wątpliwości, piszcie :)
Miłej lektury, całuję i widzimy się niebawem :*
***
Bruno Mars - Talking To The Moon
Rok wcześniej...
Tej nocy mężczyzna miał sen, który nie ulotnił się jeszcze długo po przebudzeniu. Tonąc wciąż w ciepłych ramionach Morfeusza czuł na sobie spojrzenie jej wielkich, ciemnobrązowych oczu, w których zawsze lśniły gwiazdy, nawet w środku dnia. Miała długie włosy mieniące się wszystkimi słonecznymi odcieniami i często zaplatała je w fantazyjny warkocz. Do dziś bez trudu przywoływał wspomnienie o jej zapachu i smaku jej ust, którym tak lubił się rozkoszować, kiedy jeszcze miał taką możliwość. Nie wierzył, że kiedykolwiek zapomni o tym, co mieli, ponieważ od samego początku było to dla niego bardzo ważne. Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, poczuł się tak, jakby wskazówki zegara nagle stanęły w miejscu, zatrzymując życie dla niego i dla Rosalie. Do tej pory James był pewien, że na niej ich spotkanie zrobiło tak samo silne wrażenie, co na nim, choć nie przypominał sobie, aby sama kiedykolwiek to przyznała. Kiedy odeszła obiecał sobie, że zrobi wszystko, aby puścić w niepamięć to, co ich łączyło, jednak czasem wciąż powracał to tamtych dni, kiedy istnieli tylko oni dwoje. Żałował, że los dał im tak niewiele czasu. Dziś, po tak realistycznym, a zarazem niewiarygodnym śnie, James Devon zrozumiał, że podświadomie wciąż pożąda kolejnego spotkania ze swoją miłością z przeszłości. Gdyby Bóg pozwolił mu na jeszcze jedno zatracenie się w głębi jej oczu, gotów byłby zapłacić za to najwyższą z cen. Parę lat temu żyłby nadzieją, że jeszcze kiedyś zobaczy Rosalie, teraz jednak z dnia na dzień coraz mniej wierzył w istnienie cudów.
James uniósł powieki i natychmiast ukazała mu się nieskazitelna biel sufitu, którą mężczyzna mógł zaobserwować także za oknem - był to ostatni dzień grudnia i z nieba wciąż sfruwały kolejne płatki śniegu. Gdy brunet przewrócił się z boku na bok, wzdrygnął się na widok pary dużych oczu, przyglądających mu się sponad szerokiego uśmiechu. W duchu poczuł rozczarowanie - to nie były te same oczy, które dane mu było zobaczyć we śnie. Te były o wiele jaśniejsze, barwą bardziej zbliżone do letniego nieba.
- Dzień dobry, śpiochu - powiedziała aksamitnym głosem dziewczyna, wyciągając szyję, by móc pocałować Jamesa na powitanie.
Mężczyzna nie musiał zerkać na szafkę obok łóżka, wiedział bowiem, że, jak prawie każdego ranka, znajdzie tam co najmniej jedną butelkę po wysoko procentowym trunku. Pewnie to właśnie była przyczyna, dla której nie pamiętał, w jaki sposób Sophia Haggerty wylądowała w jego mieszkaniu po raz kolejny. James odsunął się, nim blondynka złożyła na jego policzku kolejny pocałunek. Na jej twarzy zagościł zawód.
- Gdyby nie to, że dopiero się obudziłeś, powiedziałabym, że znowu wstałeś z łóżka lewą nogą - mruknęła, odgarniając włosy do tyłu.
James wzruszył ramionami.
- Po co ty mnie właściwie zaprosiłeś, co? - zapytała Sophia, teraz już naprawdę rozzłoszczona. - Po to, abym oglądała twoją naburmuszoną minkę?
- Przecież nie ciągnąłem cię tu siłą - westchnął James, czując, jak ból głowy nasila się wraz z każdą upływającą minutą.
- Naprawdę musisz mnie tak traktować?
- Nie - odparł z przyjaznym uśmiechem, choć w rzeczywistości wcale nie zależało mu na tym, aby być uprzejmym. - Zawsze możesz zrezygnować z gapienia się na moją gębę i wrócić do domu, w którym zapewne czeka na ciebie twój kochający mąż.
Mógł przewidzieć, że Sophia odbierze jego słowa jak atak na swoją osobę i niesprawiedliwy osąd. Wyrzuty sumienia nie nadchodziły i James w milczeniu przyglądał się, jak jasnowłosa ubiera się w pośpiechu, przewracając oczami ostentacyjnie. Kiedy dziewczyna była już gotowa do wyjścia, po raz ostatni spojrzała na Jamesa. W jej oczach płonęła nienawiść pomieszana z prawdziwą bezsilnością - jakby jego słowa dotknęły ją do żywego.
- Jesteś bezczelnym dupkiem, Devon - skwitowała i wyszła, zamykając za sobą drzwi o wiele głośniej i energiczniej, niż to było potrzebne.
James westchnął, po czym przyłożył znów twarz do poduszki, mocno zaciskając powieki. Łudził się, że jeśli zamknie oczy, sen, który sprawił mu taką przyjemność, na nowo zawładnie jego umysłem. Jedyne, o czym myślał, to brązowe oczy, w których przed paroma laty widział, wydawać by się mogło, prawdziwą miłość Rosalie.
***
Christina Dainty zdawała sobie sprawę z tego, że nie do końca skupia się na wyznaniach swego pacjenta. Choć z całych sił próbowała skoncentrować się na jego problemach, jej myśli prędzej czy później znów zaczynały krążyć wokół postanowień noworocznych, które usiłowała spisać na kartce w sensownej, dobrze zaplanowanej kolejności. Kobieta obiecała sobie, zresztą jak co roku, że tym razem zrealizuje zdecydowaną większość swoich planów, nie zapominając o czasie, który pędził nieubłaganie. Jakiś głos z tyłu głowy wciąż przypominał jej o tym, że lada chwila skończy trzydzieści pięć lat, a wciąż nie jest słynną panią psycholog, nie ma męża, dziecka, psa, który merdałby ogonem, kiedy wracałaby po pracy do domu, nie zobaczyła piramid ani Wieży Eiffela i właściwie ani razu nie zrobiła czegoś całkowicie szalonego. Czasem czuła się tak, jakby jej życie dobiegło końca, nim zdążyło się tak naprawdę zacząć. Nie miała bezcennych wspomnień ani fotografii, na które nie starczałoby jej pudełek do przechowywania. Codziennie rozmawiała z ludźmi, którzy mieli problem w związku, podczas gdy sama zazdrościła im nawet kłótni z ukochaną osobą, ponieważ ona nie miała nikogo takiego. Nigdy nie była naprawdę zakochana, choć oczywiście paru mężczyzn na jakiś czas zawładnęło jej życiem, jednak wszystkie te związki ostatecznie okazywały się porażką. Tak naprawdę nie musiała zapisywać tego jednego marzenia na kartce - codziennie budziła się z myślą, że przyjemniej byłoby z samego rana widzieć obok siebie faceta, który kochałby ją taką, jaka była, akceptując nawet jej pedantyzm i chorobliwy lęk przed pająkami. Gdyby ktoś obudził ją w środku nocy i zapytał o największą tęsknotę jej serca, odpowiedź byłaby prosta i samoistnie wydostałaby się z jej ust.
Ciche pukanie do drzwi sprawiło, że Christina wróciła do rzeczywistości.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale ma pani gościa na korytarzu - powiedziała lekko piskliwym głosem ciemnowłosa sekretarka.
Tina spojrzała przepraszająco na swego pacjenta, w duchu ciesząc się, jak dziecko, że los dał jej choć minutkę przerwy. Kiedy wyszła z gabinetu, zobaczyła swoją współlokatorkę, Vanessę. Dziewczyna dźwigała torbę z zakupami, a na jej twarzy malował się fantastyczny humor.
- Vannie, pracuję... - jęknęła Christina. - Nie mogłaś zadzwonić?
- Strata czasu - odparła. - Dobra, my tu gadu-gadu, a czas ucieka. Ubieraj się, wychodzimy.
- Żartujesz sobie, prawda? - zapytała Tina zrezygnowanym tonem.
- Bynajmniej - odrzekła Vanessa z godnością. - Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci usychać w robocie? No już, zbieraj się.
- Mam pacjenta - oznajmiła stanowczym tonem Christina, choć gdyby to wyłącznie od niej zależało, bez wahania wyszłaby razem z przyjaciółką.
- Poczekaj tu - powiedziała Vanessa, stawiając torbę na ziemi i kierując się w stronę gabinetu Tiny.
- Vannie, nie rób... - mówiła dziewczyna, jednak młoda lekarka machnęła ręką lekceważąco i zniknęła za drzwiami. - Nic głupiego - dodała, choć wiedziała, że niebieskooka nie może jej już usłyszeć.
Choć Christina od razu skazała misję przyjaciółki na porażkę, po chwili brunetka wróciła z gabinetu w towarzystwie pacjenta Tiny. Mężczyzna uśmiechnął się pogodnie do swej psycholog, po czym wyszedł.
- Twój ostatni pacjent właśnie sobie poszedł, więc masz wolne - oświadczyła Vanessa, ponownie dźwigając torbę z ziemi. - Nie dziękuj.
- Coś ty mu zrobiła? - zapytała podejrzliwie Christina. - Ten facet chyba nigdy przedtem się do mnie nie uśmiechnął.
- Tina, znajdź człowieka w człowieku. Pan po prostu wie, że w Sylwestra możesz mieć jakieś plany.
Christina spojrzała na przyjaciółkę, nie wierząc w ani jedno jej słowo. W końcu Vannie poddała się, umyślnie kierując się w stronę wyjścia.
- Powiedziałam mu, że trzy następne sesje będzie miał za darmo - rzekła Vanessa i czym prędzej opuściła budynek, zostawiając zdumioną Tinę w tyle.
Szarooka dopiero po chwili zdołała się uśmiechnąć. Od teraz faktycznie była wolna i mogła z czystym sumieniem szykować się na wieczorną imprezę, której nie zamierzała sobie odpuścić - nie dzisiaj.
***
Jenny siedziała przy komputerze, wdychając łapczywie zapach gorącej czekolady. W pewnym momencie jej dłonie przestały z zawrotną prędkością naciskać klawisze, by rudowłosa mogła w spokoju przyjrzeć się temu, co do tej pory zdołała napisać.
- We wtorkowe popołudnie byliśmy świadkami jednego z najbardziej emocjonujących spotkań tej kolejki - londyńska Chelsea zmierzyła się z Manchesterem United na Old Trafford. Choć goście szybko objęli prowadzenie w meczu, nie zdołali dowieźć go do końca. Bohater Czerwonych Diabłów, Victor Joyce, dwoma pięknymi trafieniami dał zwycięstwo swej drużynie. Anglik po raz kolejny udowodnił, że warto było wydać miliony, by wyciągnąć go z Realu Madryt. Kibice Manchesteru mogą zacząć się obawiać o swego najskuteczniejszego napastnika, choć sam zainteresowany tuż po meczu uciął wszelkie spekulacje na swój temat. ,,Nigdzie się nie wybieram. Jestem tu szczęśliwy i zamierzam strzelić jeszcze wiele takich bramek''.
Zielonooka przechyliła głowę, oczami wyobraźni widząc już minę swojego szefa po przeczytaniu tego artykułu. Po raz setny zarzuci jej, że jest stronnicza i skupia się na swoim bracie, zamiast przede wszystkim relacjonować mecz. W końcu ci drudzy również zdobyli ładnego gola - powinna bardziej rozwinąć ten temat. Po raz kolejny zwróciła uwagę na to, że ostatnimi czasy jej serce zostało podzielone na dwa kluby - Manchester, w którym błyszczał Victor oraz Chelsea, której zaczęła kibicować, zanim jeszcze nauczyła się mówić.
Jenny wstała z krzesła, słysząc coraz głośniejszą krzątaninę syna w korytarzu. Kiedy wyszła z gabinetu, zobaczyła go na kanapie, przebierającego nóżkami nerwowo. Nie dziwił jej ten widok - od samego rana chłopiec odliczał minuty do spotkania z kolegami. U jednego z nich Oliver miał spędzić tę noc, lecz wcale nie mieli w planach tańców i wyczekiwania w napięciu na północ.
- Będziemy grać na nowej konsoli Dana! Wiesz, że ona ma funkcję...
Na tym etapie słuchania mózg Jenny zazwyczaj się zatrzymywał. Tak, uwielbiała piłkę nożną i kiedy dowiedziała się, że będzie miała dziecko, była więcej niż pewna, że jej potomek odziedziczy tę pasję nie tylko po niej, ale i po ojcu. Nowinki techniczne były jednak dla Jenny czarną magią, której nie chciała odkrywać.
- Ale jak będzie północ to chyba zadzwonisz do starej matki złożyć jej życzenia? - zapytała Jenny żartobliwie, a chłopiec uśmiechnął się półgębkiem. - Będę czekać.
Nagle po domu rozległ się dzwonek do drzwi, a Oliver pospiesznie zaczął zakładać buty.
- Tylko uważaj na siebie, synek.
- A niby na co? Wiem, że się nie znasz, ale mogę cię zapewnić, że konsole nie gryzą - rzekł Oliver ze stoickim spokojem, po czym uśmiechnął się i przywarł mocno do ciała matki. - Dobra, a teraz mogę już iść?
- Idź i baw się dobrze - powiedziała i w milczeniu pożegnała oddalającą się sylwetkę syna.
Jenny usłyszała warkot samochodu, który po chwili odjechał, zabierając Olivera daleko od niej. Nagle dom wydał jej się zupełnie pusty, obcy, jakby trafiła tu przez pomyłkę. Odkąd pamiętała, rzadko kiedy zostawała w nim całkiem sama. Nie przypominała sobie również, aby w Sylwestra nie była jedną z osób szykujących się do wyjścia. Taka sytuacja zdarzyła się po raz ostatni, kiedy miała szesnaście lat i ten wyjątkowy wieczór spędzała tak, jak każdy inny - w domu, pod kocem, z kubkiem herbaty i książką. Rok później wyszła po raz pierwszy, zresztą można powiedzieć, że wymodliła tę przemianę, a także człowieka, który sprawił, że Jenny Joyce naprawdę zaczęła żyć. Kobieta usiadła na kanapie, chowając twarz w dłoniach. Nie płakała, choć przeszło jej to przez myśl. Kiedy jej niespełna dziesięcioletni syn powiedział jej, że w Sylwestra wychodzi, sądziła, że lepiej poradzi sobie z tym jako matka. Żałowała teraz, że się zgodziła. To, że była w tym domu jedyną istotą żywą, prócz paru pająków w piwnicy, napawało ją przeraźliwym smutkiem.
Powinieneś tu być. Powinieneś być ze mną.
***
Sophia Haggerty wróciła do domu przemarznięta i zmęczona kilkugodzinnym włóczeniem się po mieście. Przez ten czas nie zrobiła nic istotnego, wiedziała jednak, że potrzebuje trochę czasu na przemyślenie paru spraw. Nie chciała wracać do domu i patrzeć w oczy mężowi, wobec którego nie była uczciwa - w końcu miała kochanka. Kiedy jako nastolatka zobaczyła Jamesa po raz pierwszy, od razu pomyślała, że któregoś dnia ten chłopak będzie należał do niej. Nie myliła się. Dziś mogła już powiedzieć, że wie, jak to jest, kiedy jego dłonie robią z nią, co chcą, jednak to nie była miłość. Przez tyle lat sądziła, że zależy jej tylko na jego fizycznej bliskości, teraz jednak okazało się, że nie pogardziłaby czymś więcej. James dał jej jasno do zrozumienia, że nic do niej nie czuje. Dał się skusić, bo Sophia była naprawdę atrakcyjną kobietą, która zwykle dostaje to, czego chce, jednak jego uczucia były chyba ulokowane w kimś innym - zresztą sama nie była pewna, czy go kocha. James nie powinien wypowiadać się na temat jej małżeństwa, które przechodziło kryzys od dłuższego czasu. Nie znał prawdy, zresztą nikt na zewnątrz nie wiedział o ich problemach - powiernikami ich tajemnic były tylko ściany. Któregoś dnia Gregory zmienił się nie do poznania. Przestał być tym czułym, romantycznym facetem, o którego względy mogły się bić kobiety, a zaczął ignorować Sophię, unikać ją. Dla niego ważniejsza od żony stała się twórczość i ten jego cholerny kryzys - od paru miesięcy nie udało mu się nic napisać. Sophia gubiła się w tym wszystkim. Kto zawinił? I kto tak naprawdę siedział głębiej w jej sercu?
Jasnowłosa pomyślała w duchu, że ta noc zmieni wszystko. Wiedziała, że razem z Gregorym wybiera się na eleganckie przyjęcie, ponieważ godzinami musiała go do tego namawiać. Spojrzała na zegarek - powinni właściwie wychodzić, żeby być tam punktualnie, choć Sophia zawsze twierdziła, że lepsze wrażenie robi kilkuminutowe spóźnienie. Na łóżku leżała już jej suknia - długa, czarna i bardzo gustowna. Sophia uśmiechnęła się, biorąc głęboki oddech, po czym zapukała do gabinetu męża i weszła do środka. Spodziewała się, że mężczyzna znów próbuje tworzyć, jednak powinna wcześniej zwrócić uwagę na to, że w powietrzu nie czuć dymu tytoniowego, który zawsze towarzyszył Gregory'emu. Gabinet był pusty.
- Nie panikuj, mała - powiedziała do siebie, po czym wyjęła z kieszeni płaszcza telefon. Wybrała numer męża, ten jednak sukcesywnie ignorował każdą próbę połączenia.
Sophia rozłączyła się, po czym zdjęła płaszcz i pognała na piętro. Wzięła do ręki elegancką suknię, po czym wepchnęła ją do szafy, wyciągając inną - kusą, czerwoną i bardzo seksowną. Pomyślała, że skoro Gregory może się bawić bez niej, to i ona nie potrzebuje jego towarzystwa. Wizja wystawnego przyjęcia oddalała się coraz bardziej. Kiedy Sophia ubrała kreację, która nigdy nie podobała się jej mężowi, obdzwoniła koleżanki i już kilkanaście minut później - po uprzednim wykonaniu makijażu - była w drodze do klubu.
***
James wspomniał tamte letnie chwile, należące do najcenniejszych wspomnień, jakie miał. Obiecali sobie wtedy, że to zawsze będzie ich miejsce. Rosalie miała na sobie śliczną, granatową sukienkę, a włosy zaplotła w warkocz. Choć James zawsze traktował ją jak księżniczkę, dziewczyna bez wahania położyła się na trawie, nie obawiając się robali ani tego, że pobrudzi sobie ubranie. Powiedziała mu wtedy, że nigdy wcześniej gwiazdy nie były dla niej tak wyraźne, jak wówczas. Gdyby to od niego zależało, zamknąłby swój umysł na dniach, w których ona była przy nim, wymazując z pamięci jej nagły wyjazd bez słowa. Chciał pamiętać ją taką, jaka podobała mu się najbardziej - delikatna, ale i nieprzewidywalna. Nigdy nie dowiedział się, jakim cudem taka dziewczyna zakochała się akurat w nim. Byli z dwóch zupełnie różnych bajek, a jednak los postawił ich na swojej drodze. Szkoda, że później w tak bezduszny sposób ich rozdzielił.
Brunet chciałby znów położyć się na ziemi, jednak gruba warstwa śniegu nie zachęcała go do tego - chociaż zrobiłby to bez wahania, gdyby Rosalie mogła mu towarzyszyć. Wiedział już, że to się nie stanie, ponieważ czekał na nią zbyt długo, by wciąż wierzyć w cuda. Powoli zaczynał się mylić w obliczeniach - ile lat minęło od ich ostatniego spotkania? Dziesięć? Jedenaście? Mężczyzna uniósł wzrok. Gwiazdy nie lśniły tak intensywnie, jak kiedyś, choć liczył się z tym, że tej nocy niebo jeszcze się rozjaśni. Nawet teraz gdzieniegdzie pojawiały się kolorowe sztuczne ognie, jednak na prawdziwy pokaz trzeba będzie trochę poczekać. James stał tam jeszcze chwilę, po czym zrobił krok do tyłu, wiedząc, że jej tu nie spotka. Co mu strzeliło do głowy, by łudzić się, że Rosalie jeszcze kiedyś pojawi się w jego życiu? Kiedy postanowił zejść na ziemię, w połowie drogi ona znów zaczęła unosić go do nieba. Mężczyzna zamrugał energicznie oczami, chcąc upewnić się, że nie śnił na jawie. Ona rzeczywiście tu była, kierując się powoli do niego. Szczelnie otulona szalikiem uśmiechnęła się do niego tak, jakby nic złego się między nimi nie wydarzyło, jakby te lata rozłąki wcale nie miały miejsca. Kiedy James otworzył usta, Rosalie położyła palec na swych ustach.
- O nic mnie nie pytaj - szepnęła, a James chłonął jej głos jak gąbka wodę. - Nie psujmy ostatniej nocy tego roku. Chodź.
Mężczyzna nie zrozumiał, co Rosalie miała na myśli. Dziewczyna położyła się na śniegu, nie mrugnąwszy nawet powiekami - jakby była to dla niej najnaturalniejsza czynność w życiu.
- Przeziębisz się - powiedział James, na co jasnowłosa uśmiechnęła się wdzięcznie.
- Chodź - powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Kiedy James zajmował miejsce obok niej, wcale nie przeszkadzał mu chłód oplatający całe jego ciało. Choć miał do Rosalie mnóstwo pytań, z których zdecydowana większość była trudna i mogła sprawić jej ból, tym razem zamierzał spełnić jej prośbę i zamilknąć. Nagle przestali mieć blisko trzydzieści lat. Byli nastolatkami, którzy zakochali się w sobie i przestali dostrzegać świat poza nimi. Kiedy Rosalie chwyciła dłoń Jamesa, ten spojrzał na nią. Nie patrzyła na niego, jej oczy były jakby zahipnotyzowane niebem - jakby chciała zapamiętać każdy szczegół i zabrać ze sobą do grobu. Była wspaniała w każdym calu, jakkolwiek by na nią nie spojrzeć. James również spojrzał na niebo i nagle poczuł się tak, jakby nigdy przedtem nie było ono tak piękne.
Wszystko dlatego, że ona tutaj była.
***
Witaj! :)
OdpowiedzUsuńJa nie musiałam długo czekać na ten rozdział i to mnie bardzo cieszy. Chociaż szybciej poznałam część głównych bohaterów. ;)
Tak naprawdę, to nie mogę jeszcze zbyt dużo o nich powiedzieć. To dopiero pierwszy rozdział, więc będę miała jeszcze czas ich polubić, albo znienawidzić (choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie).
James. Cóż, na pewno jest mega przystojny. :D Póki co jest mi go trochę żal, że stracił ukochaną i to nawet sam nie wie czemu. Trochę przykre, że jest kochankiem mężatki. Ja bym tak nie potrafiła, miałabym wyrzuty sumienia.
Rosalie jest dziwna i bardzo tajemnicza. Czemu wyjechała? I to na tak długi czas? Teraz nagle się pojawia. Na początku pomyślałam, że mu się to śni, ale teraz zwątpiłam. Trochę jak z Joshem. :D
Ale Vanessa szybko się pojawiła! W sumie, to mało o niej było, ale i tak się cieszę, że już jest wprowadzona w tę historię.
Póki co Sophia najmniej przypadła mi do gustu. Ma męża, jest dorosła, a tak jakoś mam wrażenie, że zachowuje się jak nastolatka. Na dodatek zdradza męża. Może i to jego wina, że ich małżeństwo przechodzi kryzys, ale ona nie musiała tego wykorzystywać, by zdobyć Jamesa. Cóż, zobaczymy jaka będzie w następnych rozdziałach.
Bardzo mnie zaciekawiłaś, a najbardziej to ta Rosalie. Nie mogę doczekać się drugiego rozdziału. I całej reszty,, w których wyjaśni się jej zniknięcie i powrót. :)
Pozdrawiam! <3
P.S. Tak, proszę, abyś informowała mnie w zakładce 'SPAM'. ;)
Z tym spamem, to tak właśnie myślałam :) Od teraz będę tak robić, żaden problem :)
UsuńPopieram - James jest baaardzo przystojny ^^ Sophia jest trudna do lubienia, wiem coś o tym, także Twoja reakcja na tą bohaterkę jest dla mnie w stu procentach zrozumiała.
Nowość wkrótce :)
Dziękuję i pozdrawiam :*
Hej Kochana:* zaczęłam się już przygotowywać na to, że na pierwszy rozdział jeszcze sobie poczekam, a tu proszę, wczoraj spotkała mnie taka miła niespodzianka :) niedawno wróciłam z zajęć, więc postanowiłam sobie umilić chwilę odpoczynku no i jestem. Postaram się, żeby moje spóźnienia nie były zbyt duże, ale oczywiście nie mogę za wiele obiecać. Mam teraz ciężki okres, są sprawy, które trzeba załatwić w pierwszej kolejności i niestety nie ucieknę od tego, ale myślę, że na chwilę relaksu przy Twojej historii zawsze znajdę czas :) to dopiero pierwszy rozdział i już poznam połowę bohaterów? W takim razie nie pozostaje mi nic innego jak tylko zabrać się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńJames Devon. Pierwsze moje zetknięcie z tym panem i stwierdzam, że jest to pierwsza tak bardzo tajemnicza i intrygująca postać. Wiadomo, że na samym starcie nie ujawnisz nam wszystkich szczegółów z życia Jamesa, ale ten facet ma w sobie coś, co sprawia, że chce się wiedzieć o nim coraz więcej. Nie wiem, czy dobrze zinterpretowałam ten fragment, ale chyba mamy tutaj do czynienia z nieszczęśliwą miłością, prawda? Rosalie odeszła, tak naprawdę nie wiadomo do końca dlaczego, ale moje pytanie jest inne. Kim tak naprawdę jest Sophia dla Jamesa? Odniosłam wrażenie, że ta dziewczyna jest tylko takim chwilowym pocieszeniem, ale nie jest jakąś szczególnie ważną osobą w życiu mężczyzny. Jego nieuprzejmość względem Sophii była moim zdaniem kompletnie niepotrzebna, no ale cóż, typowy facet ;) ale wydaje mi się, że Sophia nie obraziła się na poważnie i chyba jeszcze namąci w życiu Jamesa...
Nie wiem dlaczego, ale polubiłam Christinę. Co z tego, że jest pedantką i boi się pająków? Myślę, że znalazłybyśmy wspólny język, bo ostatnio też doszłam do wniosku, że mam zapędy na pedantkę, a o lęku przed pająkami to nie wspomnę ;) Christina nie należy do najszczęśliwszych osób. Co z tego, że ma pracę, która jest jej pasją i niewątpliwie sprawia jej radość, jeśli tak naprawdę nie ma z kim dzielić tej radości? Ugh, nie lubię takich tematów, kiedy w grę wchodzi osoba samotna, bo wtedy automatycznie widzę siebie, ale różnica między mną, a Christiną jest taka, że ja jeszcze nie robię tego, co lubię i nawet mam wątpliwości, czy kiedykolwiek będę mogła tak powiedzieć... Vanessa jest jej przyjaciółką? Mam wrażenie, że te dwie kobiety to istne przeciwieństwa, ale też po cichu liczę na to, że Vanessa wprowadzi trochę świeżości i szaleństwa w to poukładane życie Dainty :)
Sama nie wiem co zrobiłabym, gdybym miała brata piłkarza. Z pewnością naciągałabym go na zakupy i jakieś fajne wakacje, bo przecież na kogo miałby wydawać pieniądze jak nie na swoją siostrę? ;) nie no, żarty żartami, więc wracam do najważniejszego. Z jednej strony Jenny ma fajne życie. Praca, którą lubi, ukochanego syna, który jak na dziesięciolatka jest nawet dojrzały, ale jest jeszcze druga strona, która już nie jest taka kolorowa. Czy tutaj też mamy do czynienia z nieszczęśliwą miłością? Widać u Jenny tą tęsknotę za ojcem Olivera, chociaż tak naprawdę nie wiemy kto to jest i jak wyglądała ich wcześniejsza relacja. Tak wiem, na pewno stopniowo wszystko będzie się wyjaśniać, dlatego nie pytam o nic więcej :)
OdpowiedzUsuńW pierwszym fragmencie nie chciałam zbyt wiele pisać na temat Sophii, bo tak właściwie niewiele o niej wiem. Ten fragment nieco przybliżył mi jej postać. Nie wiem co powiedzieć. Czasami zastanawiam się, co takiego musi się wydarzyć w małżeństwie, że obojętnie która strona ma kochanka. No niestety Sophia nie jest przykładem nieskazitelności i wierności wobec męża, bo sama potajemnie spotyka się z Jamesem, ale tak naprawdę nic nie wiemy o jej mężu? Może Gregory też ma kogoś na boku, a zasłania się kryzysem, bo w ciągu kilku miesięcy nie udało mu się stworzyć nawet sensownego zdania? Nie wiem, ale możliwe, że wina za kryzys w małżeństwie nie leży tylko po stronie Sophii.
Podobno mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają, ale czy w większości przypadkach faktycznie tak jest? Ja osobiście nawet w to zaczęłam wątpić, ale przypadek Jamesa i Rosalie pokazuje, że takie przypadki jeszcze się zdarzają. Pięknie opisałaś to co ich kiedyś łączyło, choć myślę, że to zaledwie namiastka tego, co będzie się działo między tą dwójką w niedalekiej przyszłości. Niespodziewany powrót Rosalie z pewnością przyniesie ze sobą ciąg wydarzeń, których już nie mogę się doczekać :)
Czekam na kolejne nowości :)
Pozdrawiam :*
Odpowiadając na pierwsze pytanie, idealnie zrozumiałaś relację James-Sophia. Dla niego nic to nie znaczy, a dla niej... Cóż, ta kwestia jest dużo bardziej skomplikowana, więc na razie ją przemilczę. Widzę, że nie tylko mnie i Tinę łączy paniczny lęk przed pająkami. Witaj w klubie :) Z tym robieniem w życiu tego, co się naprawdę lubi... Pamiętaj, że wszystko jest możliwe i na pewno znajdziesz swoją drogę. W razie co, ja zawsze trzymam kciuki! :* Postać Gregory'ego jest jedną z kluczowych i stopniowo będziesz poznawać go coraz lepiej.
UsuńTo chyba wszystko, co chciałam napisać.
Dziękuję za boski komentarz i do następnego! :*
Hej Kochana;* Miałam tutaj dotrzeć zdecydowanie wcześniej, ale troszeczkę weekend mi się skomplikował i czas znalazłam dopiero dzisiaj. Nie będę tutaj się za bardzo rozwodzić na ten temat i swój wstęp zakończę na tych krótkich zdaniach. Głównie dlatego, że nie mogę się doczekać treści rozdziału! :*
OdpowiedzUsuńBruno Mars, to mówi chyba samo za siebie? :) Relacja Jamesa i Sophie jest bardzo płytka. Głównie chodzi tutaj o chwile zapomnienia, które oboje odnajdują w łóżku. Może i Sophie oczekuje czegoś więcej od Jamesa, ale ja się pytam jakim prawem? Ma męża. To na nim powinna się skupić. Sam James jest bardzo tajemniczą postacią, a już z całą pewnością jest nią Rosalie. Jestem ciekawa, co takiego wydarzyło się, że ich drogi rozeszły się. No i przede wszystkim czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają.
I mamy Eda :) Och, dwóch ukochanych przeze mnie mężczyzn + Twój niebywały talent = raj na ziemi :)
Chyba znalazłam swoją bratnią duszę! Coś czuję, że Christina stanie się mi bliższa niż jakikolwiek inny bohater tego opowiadania. Gdy przeczytałam o jej życiu i rozmyśleniach, to miałam wrażenie, że czytam o samej sobie. Jedyną nieścisłością jest fakt, że nie jestem panią psycholog, a do trzydziestki mi jeszcze trochę brakuje. Cała reszta pasuje idealnie! Coś niesamowitego. I jest Vanessa. Jestem ciekawa czy tym razem skradnie moje serce, czy ponownie będzie wzbudzać we mnie raczej negatywne uczucia. To tak jakby nasza druga szansa. :) Tina i Vanessa wydają się być dobrymi przyjaciółkami. Przynajmniej ten fragment przedstawił nam je w takim świetle. :)
Jenny sprawia wrażenie dobrej, aczkolwiek nieszczęśliwej kobiety. Nie wiem, co takiego wydarzyło się w jej życiu, ale mam nadzieję, że wkrótce się o tym przekonam. Poza tym podoba mi się jej relacja z synem. Widać, że są dla siebie duży oparciem. Och.. Jak ja bym chciała mieć brata piłkarza.. I to jeszcze grającego dla Diabłów. Ach i och. :)
Czasami wydaje mi się, że lepiej się rozstać niż wzajemnie krzywdzić. To przykre, że pewnego dnia budzimy się i dociera do nas, że ta wielka miłość, w którą wierzyliśmy - przestaje istnieć. Moim zdaniem tak jest właśnie w przypadku Sophie i Gregorego. Kiedyś zapewne darzyli się silnym uczuciem, ale teraz tego już nie ma. Okłamują się. Unikają. Ignorują. Nie tak wygląda małżeństwo.
Ostatni fragment mnie oczarował. Kocham go. Nie mam pojęcia, co takiego się wydarzyło, że Rosalie wyjechała. Ale najważniejsze, że wróciła. Nie wiem, co to znaczy, ale ten moment, który opisałaś był cudowny. Chwycił mnie za serce. Coś pięknego.
Kochana, cudowny start! Piszesz mam wrażenie, że jeszcze lepiej niż dotychczas. Wszystko jest przemyślane i składa się w rewelacyjną całość. Na tym etapie nie mogę powiedzieć za wiele o bohaterach, ale już widzę, że każdy będzie miał swój własny, indywidualny charakter. I to kocham najbardziej. No i jeszcze opisy. Jesteś mistrzynią. :*
Nie mogę się doczekać drugiego odcinka :)
Ściskam:*
Sam wstęp do komentarza sprawił, że się uśmiechnęłam. Widać, że naprawdę polubiłaś tą historię na samym starcie i bardzo mnie to cieszy :) Ed jest niesamowity. Wiesz, że go kocham :) Jestem ciekawa, jak to będzie między Tobą a Vanessą :P No i czy Twoja miłość do Josha nie ulegnie zmianie, bo mogłaby przypadkiem ustąpić miejsca innemu bohaterowi Forever. Kto wie...
UsuńNo co ja mogę jeszcze powiedzieć? Odebrało mi mowę. Dziękuję za wspaniałe słowa. Jesteś naprawdę kochana.
Do następnego, Motyl :*