17 maja 2014

6. ,,Dlaczego obrywamy za błędy innych?''

Hej, kochane :*
Uff, ja już szczęśliwie po maturach, zdałam wszystko i teraz w napięciu czekam tylko na wynik pisemnego polskiego (masakra...). Póki co informuję, że nadrobiłam wszystkie zaległości tak, jak obiecałam i od teraz postaram się docierać wszędzie w miarę punktualnie.
Dziękuję za cudowne słowa pod poprzednim rozdziałem! Nie zdążyłam na nie odpowiedzieć, ale uwielbiam je wszystkie :)
Mam nadzieję, że rozdział szósty przypadnie Wam do gustu. Piszcie szczerze, co sądzicie :)
Pozdrawiam i do napisania :*
***
Snow Patrol - Run

Biegnij, jeśli twoje nogi nie odmawiają posłuszeństwa. 
Biegnij, jeśli twoje płuca wciąż są w gotowości.
Biegnij, jeśli twoje oczy wciąż wypatrują celu.
Biegnij, jeśli tak lubisz marnować swój czas. Przecież nie od dziś wiadomo, że przed przeszłością nie można uciec.

Dziewczyna wyjrzała przez okno i ze zdumieniem spostrzegła, że był już ranek. Ta noc nie była dla niej łatwa. Sen nijak nie przychodził, ponieważ bijące się myśli w jej głowie nie chciały ustąpić miejsca Morfeuszowi. Przede wszystkim zastanawiała się, dlaczego Christina tak nagle wybuchła. Nigdy przedtem nie była tak porywcza i zdenerwowana. Pewnie właśnie dlatego Vanessa nie przewidziała, że to wszystko tak się potoczy. Tina zwykła być oazą spokoju, przy której nawet najbardziej nieposkromiony człowiek wyciszał się na chwilę. Vannie dopiero teraz widziała, że każdy ma prawo do problemów, a Christina ewidentnie była czymś zmartwiona. Wbrew pozorom Vanessa nie była zła na przyjaciółkę - wręcz przeciwnie, czuła się winna całej tej beznadziejnej sytuacji. Gdyby nie to, że zachwalała Rosalie przy Tinie, być może nie doszłoby do tej gorzkiej wypowiedzi brunetki. Zanim jednak dziewczyna przeprosi Christinę za swój błąd, Vanessa postanowiła jeszcze raz przemyśleć jej słowa. ,,Ja jakoś nie wypytuję, dlaczego zwiałaś z Mediolanu''. Z jednej strony Vannie była jej wdzięczna, a z drugiej... Może byłoby lepiej, gdyby w końcu zrzuciła z siebie ten ciężar i opowiedziała komuś swoją historię? Może to pomogłoby jej odciąć się od tego, co było kiedyś i zacząć nowe, lepsze życie, którego tak bardzo pragnęła? Vanessa wciąż łapała się na tym, że wierzyła w ucieczkę od przeszłości. To, że pokonała tysiące kilometrów, a i tak nie uwolniła się od dawnej miłości, nie nauczyło jej niczego i nie zabrało jej nadziei.
- Ktoś tu jest naiwny jak dziecko - westchnęła Vannie, opadając znów na poduszki i karcąc się w duchu za swoją łatwowierność.
Przecież życie to nie bajka, w której wszystko kończy się pomyślnie. Tutaj ludziom nie wystarczy chwila, by zapomnieć o tym, co złe. Potrzeba niekiedy wielu lat, by nauczyć się wybaczać i przepraszać za błędy. Vanessa pożałowała, że właśnie taka była jej rzeczywistość. Gdyby miała na to wpływ, dobrowolnie pozwoliłaby zaszufladkować się między stronicami jednej z książek, które czytała w dzieciństwie. Zrobiłaby wszystko, by jej życie w końcu przestało plątać się samoistnie.
- Można? - zapytała Christina, zaglądając niepewnie do pokoju przyjaciółki.
Vanessa zawahała się przez chwilę, jednak ostatecznie skinęła głową i zaprosiła współlokatorkę do środka. Tina usiadła na skraju łóżka lekarki, wyciągając zza pleców dłoń, w której spoczywał pączek. Vannie wytrzeszczyła oczy, nieco zbita z tropu.
- Przepraszam - powiedziała Christina z miną zbitego psa.
- Odchudzam się - odparła chłodno Vanessa, choć słowa te wyrwały się z jej ust bez jej zgody.
- Ciekawe z czego - mruknęła Tina i wiedziała, że postąpiła dobrze.
Vanessa ochoczo wzięła pączka i zaczęła go jeść. Udało jej się nawet uśmiechnąć do przyjaciółki.
- Jeśli za każdą pierdołę masz mnie tak przepraszać, to chyba powinnyśmy kłócić się częściej - rzekła Vannie.
- Nie jestem tego taka pewna, ale wiem jedno - rzekła Christina z powagą. - Obydwie zasługujemy na szczerość. Jeśli dalej będziemy wszystko przed sobą ukrywać, nasza przyjaźń po prostu się rozpadnie, a wierz mi, że naprawdę bym tego nie chciała.
- Ani ja - przyznała Vanessa. - Tylko, że takie wyciąganie starych brudów nie jest proste.
- Wiem - odparła kobieta. - Przepraszam, ale nie jestem gotowa, by opowiedzieć ci historię moją i Rosalie. Umówmy się, że nigdy nie miałam z nią dobrych relacji.
- Zauważyłam - stwierdziła Vannie. - A nie uważasz, że nigdy nie jest za późno na pojednanie? Może to, że Rosalie pojawiła się w twoim życiu na nowo akurat teraz, to wcale nie jest przypadek?
- Sama nie wiem - westchnęła Christina. - Mam potworny mętlik w głowie. Jeszcze ten Gregory...
- Masz faceta? - zapytała rozentuzjazmowana Vanessa.
- To mój pacjent - odrzekła. - Patentowany osioł i tyle.
- Ale wiesz, kto się lubi, ten się...
- Nie masz pojęcia, co mówisz - upierała się Tina, a Vannie roześmiała się. - Gdybyś ty go poznała... Nie znam drugiego tak spiętego faceta. Jakby miał...
-...kołek w dupie?
- Chciałam powiedzieć, że zachowuje się, jakby miał znacznie większe problemy, niż tylko te małżeńskie, ale w sumie twoja wersja wydaje mi się jeszcze trafniejsza.
- Do usług - brunetka uśmiechnęła się promiennie. - No dobrze, więc teraz chyba moja kolej.
- Ale na co?
- Na szczerość - odparła. - Wyjechałam z Mediolanu przez pewnego mężczyznę. Miał na imię Josh i...
W tym momencie Vanessa musiała przerwać. Do pokoju bez pytania weszła Rosalie z tym swoim firmowym uśmiechem, który tak bardzo denerwował Christinę.
- Dokończymy później - powiedziała Tina, choć wcale nie patrzyła na przyjaciółkę. Wyglądała tak, jakby gotowa była udusić siostrę gołymi rękami.
Christina wstała z łóżka i bez słowa minęła blondynkę w przejściu. Vanessa przewróciła oczami. Jak długo jeszcze siostry wytrzymają pod jednym dachem?

***

Śnieg skrzypiał pod ciężarem Jamesa, który właśnie wtedy wyciągnął z kieszeni kurtki telefon. Poinformował Rosalie, że tego dnia nie mogą się spotkać, na co ona odpowiedziała, że i tak ma już swoje plany. Był ciekaw, co zamierzała zrobić. Zrozumiał, że tak naprawdę nie wiedział nic o jej obecnym życiu. Czy pracowała i jeśli tak, to gdzie i czy przez te wszystkie lata nie założyła rodziny. Dlaczego nie zapytał o to, zamiast w kółko drążyć temat jej wyjazdu? Może gdyby zaczął delikatniej, dowiedziałby się więcej? Kiedy spotkają się ponownie, James spróbuje jeszcze raz. W końcu jasnowłosa prosiła, by na nią nie naciskał. Bez względu na to, czy miał do niej jakiś żal, czy nie, musiał uszanować jej wolę. Jeśli następnym razem ciekawość znowu wejdzie mu w słowo, James spróbuje ugryźć się w język, nawet, jeśli będzie musiał zrobić to bardzo mocno.
Mężczyzna poczuł lekkie ukłucie w sercu, kiedy ośrodek treningowy, z którym wiązało się tyle niesamowitych wspomnień, ponownie pojawił się przed jego oczami. Minęło sporo czasu od jego ostatniej wizyty tutaj, jednak to, co było kiedyś, nie zdołało wypalić dziury w jego sercu. Przypomniała mu się każda bramka, którą strzelił i nie było teraz ważne, czy zrobił to na treningu, czy w meczu o wysoką stawkę. Wspomniał radość babci, która obserwowała jego grę z trybun oraz tą drobną rudowłosą dziewczynę, która rumieniła się za każdym razem, kiedy na nią patrzył. Nie potrzebował wiele, by znów oddychać tym samym, słodkim powietrzem. Dziś nie chciał myśleć o tym, dlaczego nie spełnił swoich marzeń i tylko Victor odniósł sukces w dyscyplinie, którą obaj tak bardzo kochali. Dziś miał do spełnienia inną rolę i trzymał kciuki, aby tym razem wszystko poszło dobrze.
- Tata! - krzyknął Oliver, wyrywając ojca z głębokiego zamyślenia.
James otrząsnął się i zobaczył, jak chłopiec biegnie w jego stronę. Albo mu się wydawało, albo Oliver bardzo zmienił się od ich ostatniego spotkania. Możliwe, że urósł o kilka centymetrów, jednak wciąż miał niemal czarne włosy po ojcu i intensywnie zielone oczy swojej matki.
- Myślisz, że wygramy? - zapytał Oliver, kiedy obaj wchodzili do ośrodka.
- Pewnie! Idę o zakład, że strzelisz najładniejszą bramkę.
Oliver zatrzymał się nagle. Z jego twarzy zniknął uśmiech.
- O co chodzi? - spytał James.
- Jestem bramkarzem - odparł chłopiec, a jego ojciec miał ochotę przywalić samemu sobie. Jak mógł o tym zapomnieć?
- Przecież wiem, młody - rzekł James, klepiąc syna po plecach. - Wyobraź sobie, że oglądałem w życiu trochę więcej meczy, niż ty. Bramkarze niejednokrotnie wpisują się na listę strzelców.
- Serio? - zapytał Oliver, a James odczuł ulgę. Dobrze, że udało mu się jakoś wybrnąć z paradoksalnie podbramkowej sytuacji.
James nie wyczuwał dystansu między sobą, a synem. Kiedy z nim rozmawiał, czuł się naprawdę swobodnie - jakby nigdy nie wydarzyło się między nimi nic złego. Cieszył się, że Oliver nie chował urazy i szczerze ucieszył się na widok ojca.
- Powodzenia, młody - powiedział James, kiedy Oliver poszedł w swoją stronę, a sam udał się na trybuny.
Kiedy patrzył, jak jego potomek spełnia swoje marzenia, rozpierała go duma, a zarazem żal. Przegapił tak wiele ważnych momentów w życiu chłopca. Czuł się trochę tak, jakby nie zasługiwał na bycie tu teraz z nim - w końcu każdą poprzednią sposobność marnował, jak na zawołanie. Ale czy życie nie nauczyło go jeszcze, że kiedy nie jest za późno na naprawienie czegoś, to warto się postarać i wykorzystać tę szansę?
Gdy Oliver popisał się wspaniałą interwencją, automatycznie skierował wzrok na ojca. James uśmiechnął się i pokazał synowi uniesiony kciuk. Przeszłość znów zmieszała się z teraźniejszością, tworząc fantastyczny obraz w jego głowie.

- James Devon, zdolny nastolatek z Londynu, z impetem wpakował piłkę do siatki rywali, popisując się przy tym niebywałym sprytem - zachwycał się komentator. - Zapamiętajcie państwo to nazwisko. Ten chłopak to nadzieja angielskiej i światowej piłki.
Brunet przybił piątkę Victorowi, który walnie przyczynił się do zdobycia przez niego gola, po czym spojrzał na trybuny. Tego dnia nie było z nim babci, zobaczył jednak kogoś, kto zrekompensował mu jej nieobecność. Siostra Victora siedziała obok rodziców z twarzą niemal całkowicie zakrytą przez zasłonę płomiennych włosów. Jej policzki były w identycznym kolorze, kiedy spojrzenia nowego Beckhama i jej spotkały się gdzieś w połowie drogi.

***
Cary Brothers - Run Away

Brunetka wykorzystała jedną z nielicznych chwil, kiedy nie musiała donikąd pędzić, nikt jej nie poganiał i nie przypominał jej z uporem o obowiązkach, którym musiała sprostać. W drodze do pracy Christina zatrzymała się na moment, by usiąść na ławce i zapomnieć o tym, że czas wcale nie stanął w miejscu. W milczeniu i bez głębszych zamiarów kobieta przyglądała się ludziom, których nogi niosły ich we wszystkie możliwe kierunki. Jedni z trudem utrzymywali równowagę, idąc zbyt szybko po wyszlifowanej lodem powierzchni, inni spacerowali spokojnie, wraz z bliską osobą rozmawiając o tym, jak minął im dzień. Po raz pierwszy od dawna Christina nie poczuła ukłucia zazdrości w swoim sercu, kiedy przed jej oczami stawały kolejne zakochane pary, nie mogące oderwać od siebie wzroku. Ten jeden raz kobieta cieszyła się szczęściem ludzi, których na dobrą sprawę nawet nie znała. To, że w tym kłopotliwym życiu są jeszcze ludzie zadowoleni z tego, co mają, podziałało na Christinę budująco i pokrzepiająco. Była pewna, że te wszystkie osoby, które teraz uśmiechają się do wszystkich, którzy pojawią się na ich drodze, w przeszłości również zmagały się z różnymi troskami - tak, jak ona teraz. Czasem jest tak trudno, że chciałoby się położyć na ziemi i zasnąć, udając, że się nie istnieje. Choć ciągłe powtarzanie innych, że wszystko będzie dobrze, bardziej irytuje, niż pomaga, to naprawdę warto poszukać sensu w tych słowach. Warto w nie uwierzyć, albo przynajmniej spróbować. Christina obiecała sobie, że odnajdzie w sobie siłę - a w każdym razie podejmie taką próbę i postara się nadać swemu życiu nowy, głębszy sens. Może była teraz sama, bo Bóg trzymał ją dla kogoś naprawdę wyjątkowego i nie zawracał jej głowy byle kim? Może naprawdę opłaca się spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy?
Tina wstała z ławki, podnosząc niemiłosiernie ciężką torbę. Kiedy obróciła się na palcach niespodziewanie wpadła na jednego z przechodniów. Jej myśli samowładnie przywołały obraz z sylwestrowej nocy, kiedy to Vanessa została potrącona przez nieznajomego, o którym do dziś nie mogła zapomnieć. Czasem przeznaczenie nie jest delikatne i zamiast po cichu dać nam o sobie znać, wali nas z całej siły w głowę.
- Przepraszam najmocniej - powiedziała Christina, zbierając z ziemi zakupy, które niechcący wytrąciła z rąk... starszej kobiecie. Cóż, widocznie jej przeznaczenie woli na razie siedzieć cicho.
- Nic się nie stało, dziecko - odparła staruszka, po czym uśmiechnęła się i odeszła.
Najwyraźniej nie wszystkim pisane jest nagłe spotkanie z przystojnym, sławnym i bogatym piłkarzem. Christina, mimo lekkiego rozczarowania, wyszczerzyła się i po paru minutach weszła do poradni, w której pracowała. Kiedy znalazła się w środku, jej sekretarka powitała ją nieco zakłopotaną miną, co nie zdarzało jej się zbyt często. Tina zaklęła w duchu, aby nie był to zwiastun kolejnych problemów - w końcu ileż można?
- Ktoś zostawił coś dla pani - rzekła dziewczyna, wskazując na wielki kosz ustawiony na biurku.
Wyobraźnia Tiny zaczęła pracować na wysokich obrotach. Kiedy zbliżała się do tajemniczego podarunku myślała, że mogą to być przepiękne kwiaty, które tak bardzo lubiła, a może słodycze... W pierwszej kolejności zwróciła jednak uwagę na karteczkę, którą usilnie podawała jej sekretarka.
- Nie czytałam - dodała pospiesznie, widząc podejrzliwą minę Tiny.
Szarooka uśmiechnęła się łagodnie, po czym rozłożyła liścik i zobaczyła niestaranne, pochyłe pismo, którego nie mogła skojarzyć.

,,Jestem burakiem. Przykro mi, że cierpi na tym otoczenie. Gregory Haggerty''.

Brunetka nie wiedziała, czy powinna się roześmiać, czy rozłożyć ręce w geście bezradności. Po raz kolejny przeczytała tekst, który brzmiał dla niej o wiele bardziej zagadkowo, niż sens życia, który usiłowała rozgryźć ostatnimi czasy. Nieco zaniepokojona Tina zajrzała do kosza, w którym zamiast kwiatów zobaczyła kilkanaście buraków, jakże adekwatnych do zaistniałej sytuacji, tworząc wraz z liścikiem iście wybuchową mieszankę. Dla Christiny tego wszystkiego było już za wiele. Była usatysfakcjonowana tym, że Gregory zobaczył swój błąd, przyznał się do winy i spróbował go naprawić, zastanawiała się jedynie, dlaczego zrobił to w tak nietuzinkowy sposób.
- Artyści... - westchnęła Tina, dźwigając ciężki kosz z biurka sekretarki, która z trudem powstrzymywała śmiech.

***

Kiedy Oliver co jakiś czas spoglądał w kierunku trybun James czuł się jak małe dziecko, które znajduje pod choinką wymarzony prezent. Wiedział, że jego syn robi wszystko jak najlepiej, by tata mógł być z niego dumny. Gdyby sam miał taką możliwość, postępowałby w identyczny sposób. Choć babcia od zawsze tłumaczyła mu, że rodzice widzą go z nieba i śledzą z ufnością każdy jego ruch, to jednak nigdy nie był stuprocentowo pewny, że nie jest to tylko bajeczka dla małego, naiwnego i łatwowiernego chłopca. Wielokrotnie zastanawiał się, co by powiedzieli jego rodzice, gdyby żyli. Z pewnością nie podobałoby się im to, że pomimo trzydziestu lat na karku ich syn jeszcze się nie ustatkował i nie był przykładnym ojcem dla swojego dziecka. To smutne, ale James nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek usłyszał słowa krytyki od taty i nie pamiętał, aby matka kiedykolwiek go przytuliła. Miał dwa lata, kiedy ich stracił. Gdyby nie zdjęcia, które jego babcia przechowywała w domu z taką miłością wypisaną na twarzy, James nie pamiętałby nawet wyglądu swoich rodziców. Pomimo wielu prób nie potrafił przywołać do siebie ich głosów, zapachu wody kolońskiej ojca i ulubionych perfum matki. Wiele razy zastanawiał się, dlaczego Bóg tak bardzo go ukarał, bardziej skupiając się na osobistej krzywdzie, niż na tym, że jego rodzice też przecież nie marzyli o takim losie. Wszyscy troje zostali skazani na cierpienie, lecz paradoksalnie to James zmagał się z większym bólem, choć przeżył. Nie było go przy nich, kiedy katastrofa lotnicza zmusiła ich do oddania ostatniego tchnienia. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, co czuli, kiedy dowiedzieli się, że za chwilę zderzą się z ziemią i ich życie dobiegnie końca wcześniej, niż przypuszczali. A może żyli w nieświadomości przez cały czas? James wciąż uparcie twierdził, że ciężej mają ci, którzy zostają sami z tęsknotą za bliskimi i z kryzysem światopoglądowym. Sam przez długie lata szukał sensu, a nie było to łatwe. Niemal wszyscy jego koledzy co jakiś czas opowiadali o tym, jak spędzili wakacje z rodzicami, jak ojciec uczył ich wędkować, a matka piekła najlepsze ciasta na świecie. Choć zawsze wiedział, że trafiła mu się najwspanialsza babcia pod słońcem, kiedyś nie potrafił tego docenić. Patrząc na to z perspektywy czasu James zrozumiał, że Molly zrobiła dla niego więcej, niż ktokolwiek inny. Rosalie otworzyła mu oczy, które do tej pory tak uparcie trzymał zamknięte. Pokazała mu, że postępował źle, nie dbając o relacje z babcią, która z pewnością zamartwiała się i było jej przykro. James naprawdę chciałby tak po prostu stanąć u jej drzwi i pozwolić, aby przytuliła go, jak kiedyś, nie zadając niewygodnych pytań i nie robiąc mu wyrzutów, jednak nie potrafił uwierzyć w to, że było to jeszcze możliwe. Wiedział, że narozrabiał. Przez kilka lat chował głowę w piasek, zamiast stawić czoła problemom jak na mężczyznę przystało. Teraz musiał za to zapłacić, jednak w głębi jego duszy wciąż tliła się nadzieja, że Molly wybaczyłaby mu o wiele gorsze rzeczy, nie chciał jednak przekonywać się o tym na własnej skórze.
James spojrzał na Olivera, który nie mógł usłyszeć dzwoniącego telefonu ojca. Brunet oddalił się nieco, po czym odebrał. Starał się mówić jak najciszej, by nie przeszkadzać nikomu na trybunach.
- James Devon? - odezwał się donośny głos po drugiej stronie.
- Zgadza się - odparł brązowooki.
- Nazywam się Tony Wild, jestem kardiologiem.
Paradoksalnie właśnie wtedy Jamesowi stanęło serce.
- Chodzi o pańską babcię - mówił dalej mężczyzna. - Czy mógłby pan przyjechać do szpitala?
- Ale co się stało? - zapytał James.
- To nie jest rozmowa na telefon - rzekł. - Naprawdę zależy mi na spotkaniu. To pilne.
James spojrzał na Olivera, który wyglądał na zaniepokojonego - najwyraźniej właśnie zauważył, że ojciec opuścił dotychczasowe miejsce. Brunet naprawdę chciałby zostać, by po meczu uścisnąć syna i pogratulować mu zwycięstwa, wiedział jednak, że rzeczywistość zmuszała go do podjęcia innej decyzji.
- Proszę podać mi adres - powiedział James. - Będę jak najszybciej.

***
Czasem po prostu chcę cię zobaczyć, nawet jeśli akurat cię nie lubię.

Rudowłosa przez cały dzień wyobrażała sobie, co się stanie, kiedy po tak długim czasie zobaczy wreszcie Jamesa. Czuła, jakby minęły wieki, odkąd oddychali tym samym powietrzem. Choć pamiętała dzień jego odejścia tak, jakby miał on miejsce wczoraj, ból zelżał i teraz była chyba gotowa, by dać mu drugą szansę. Co jakiś czas w jej głowie pojawiała się myśl, że właściwie James nie dał jej odczuć, że chciałby znowu być częścią jej życia, jednak Jenny skutecznie opędzała się od większego rozsądku. Ten jeden raz chciała marzyć, dać się ponieść, nie analizować każdego kroku, biec przed siebie, frunąć. Chciała zaczarować każdą sekundę, aby później James mógł zamienić całe jej życie w ukochaną powieść. Chciała stać się główną bohaterką dzieła, które wzruszałoby do łez, a zarazem bawiło. Chciała, aby to życie, które dostaje się przecież tylko jedno, zostało przez nią potraktowane jak bestseller. Chciała przeżyć piękną i prawdziwą miłość i po wielu latach szczęśliwego życia doczekać się naprawdę wspaniałego zakończenia. Pomimo tych wszystkich łez, które wypłakała po tym, jak James wyprowadził się z domu, Jenny nie zamierzała udawać, że zapomniała o tym, co ich łączyło. Teraz, kiedy wiedziała, że za chwilę go zobaczy, jej wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. W jej głowie pojawiały się sceny tak absurdalne, że mogło dziwić, iż były one wymysłem dorosłej kobiety, a nie dziecka. Jeśli to, jak potoczy się ich spotkanie, zależałoby tylko od niej, Jenny potrzebowałaby jednego spojrzenia w oczy, by James zrozumiał, że tak naprawdę jego miejsce zawsze było przy niej. Ona nadal go usprawiedliwiała i pomimo, iż tak mocno ją zawiódł, nie potrafiła go przekreślić. A może po prostu nie mogła pogodzić się z tym, że mężczyzna nie czuł już do niej tego, co kiedyś?
Jenny zatrzymała samochód na parkingu i przez dłuższą chwilę przyglądała się swemu odbiciu w lusterku. Chciała wyglądać idealnie, choć wiedziała, że mroźne powietrze raczej jej w tym nie pomoże. Była ciekawa, czy James bardzo zmienił się przez ten czas. Kiedy już miała wysiadać, do auta bezceremonialnie wpakował się jej syn z przygnębiająco ponurą miną.
- Przegraliście? - zapytała niepewnie Jenny.
Chłopiec pokręcił przecząco głową.
- Remis - stwierdziła, jednak reakcja Olivera znowu była taka sama. - Chcesz mi powiedzieć, że tak wygląda zwycięzca? - spytała z niedowierzaniem, na co chłopak wzruszył obojętnie ramionami.
- Możemy jechać do domu? - zapytał znużonym tonem.
- A gdzie tata? - spytała w końcu Jenny. - Musiał wyjść wcześniej?
- Coś w tym stylu - odparł Oliver. - Jakieś pół godziny przed końcem meczu.
Jenny zamrugała kilkakrotnie powiekami. James zawiódł po raz kolejny? Nie, to nie mogła być prawda.
- I nic nie powiedział? Tak po prostu sobie pojechał? - dopytywała rudowłosa, wyraźnie zaskoczona, choć czy słusznie? Czy przeszłość nie nauczyła jej jeszcze, że po Jamesie właśnie tego można się spodziewać?
- Jedźmy już do domu, dobrze? - zapytał chłopiec, po czym udał, że ziewa. - Jestem strasznie zmęczony.
Zielonooka niechętnie przekręciła klucz w stacyjce, raz po raz spoglądając na syna. Oliver wcale nie był śpiący, było mu po prostu przykro, że ojciec znowu nie dał sobie rady. Jenny było wstyd. Gdyby nie wmanewrowała Jamesa w zawody syna, chłopiec nie byłby teraz w tak paskudnym stanie. Dlaczego wciąż łudziła się, że człowiek, którego kiedyś tak bardzo kochała, chciał odkupić winy i być jak najlepszym tatą dla Olivera? Dlaczego nie przyjmie w końcu do wiadomości, że James ma ich gdzieś i już nigdy nie będzie tym samym skromnym nastolatkiem, goniącym za marzeniami i kochającym naprawdę?
- Przecież to wy się już nie lubicie - powiedział Oliver, nie patrząc jednak na matkę. - Dlaczego to ja obrywam za wasze błędy?
Jenny nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Czy należało uśmiechnąć się, czy wybuchnąć płaczem? Wiedziała, że cokolwiek zrobi, słowa syna jeszcze długo będą odbijać się echem w jej głowie.

Czasem po prostu cię nie lubię, nawet jeśli cię nie widzę.

5 komentarzy:

  1. Hej Kochana:* ciesze się, że już jesteś po maturach, mam nadzieję, że wszystko pójdzie po Twojej myśli. Z Twoich słów wstępu wynika, że najbardziej obawiasz się pisemnego polskiego, tak? Pamiętam, że u mnie było inaczej, bo ja najbardziej obawiałam się matematyki z której jak się później okazało musiałam pisać poprawkę. Oczywiście życzę Tobie jak najlepszych wyników, ale z własnego doświadczenia dodam, że poprawka to nie koniec świata. Powiedziałabym nawet, że są z reguły łatwiejsze, ale wiadomo, że zawsze lepiej zdać wszystko za pierwszym razem i mieć wakacje :) kiedy już będziesz znała wyniki daj znać jak poszło :) ale już dosyć tej gadaniny o maturach, czas zabrać się za czytanie.
    Byłam pewna, że Vanessa z Christiną pogodzą się szybciej niż sądziłam. Nie dziwie się, że lekarka była zaskoczona zachowaniem przyjaciółki, bo przecież każdy, kto śledzi tą historię od samego początku zdążył zauważyć, że Christina nigdy nie była osobą wybuchową, tylko typową oazą spokoju. Zyskała sobie sympatię prawie każdej czytelniczki, co mnie w ogóle nie dziwi, bo jest to naprawdę najsympatyczniejsza postać w całym opowiadaniu. Każdy z nas ma lepsze i gorsze dni. Czasami mam wrażenie, że Tina za bardzo bierze problemy swoich pacjentów do siebie, co ewidentnie przekłada się na jej życie i relacje z bliskimi. Ja też uważam, że bez szczerości nie ma szans na to, by przyjaźń przetrwała. Troszkę naiwnie wierzyłam, że Tina opowie Vanessie o tym, dlaczego jej relacje z siostrą są takie, a nie inne, ale później doszłam do wniosku, że jednak lepiej, że nie stało się to już teraz. Sama jestem tego strasznie ciekawa, ale wiem, że na rozwinięcie pewnych wątków będzie trzeba jeszcze poczekać :) ja też jestem ciekawa jak długo siostry wytrzymają ze sobą pod jednym dachem... to zadziwiające, że rodzone siostry nie potrafią się ze sobą dogadać.
    Pierwsze pytanie, jakie mi się nasuwa po przeczytaniu drugiego fragmentu, to dlaczego James nie spełnił swoich marzeń? Co takiego stało się w jego życiu, że nie udało mu się tego dokonać? To smutne, że ktoś, kto rzeczywiście ma talent nie ma możliwości, żeby realizować swoje marzenia w tym kierunku. Wychodzi na to, że James rzeczywiście był zdolnym i bardzo dobrze zapowiadającym się piłkarzem, dlatego tym bardziej dziwie się, że dalej tego nie robi. Powinien być dumny ze swojego syna i znacznie częściej przychodzić na jego mecze. Kiedy czytałam ten fragment, to niemal od razu wyobraziłam sobie to szczęście w oczach Olivera, kiedy ojciec pojawił się na meczu. Dla Jamesa mogło to nie znaczyć nic, ale dla jego syna znaczyło to naprawdę wiele. Dzieci zazwyczaj cieszą się nawet z najmniejszych, najdrobniejszych szczegółów, czy gestów, a sam Devon powinien być szczęśliwy chociażby dlatego, że samą swoją obecnością sprawił synowi ogromną radość.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, osobie samotnej, która naprawdę pragnie być szczęśliwą trudno przemówić, że może faktycznie warto jeszcze troszkę poczekać na swoją szansę. Bo tak naprawdę, co taka Christina ma sobie myśleć, kiedy dookoła otaczają ją same zakochane pary, obojętnie gdzie nie spojrzy? Każdy, albo przynajmniej większość z nas ma taki moment w swoim życiu, kiedy pewnego dnia siadasz w fotelu i uświadamiasz sobie, że jednak chciałoby się mieć w swoim życiu kogoś, do kogo zwyczajnie można się przytulić i porozmawiać chociażby o głupotach. Przyznaję, że ja ostatnio jestem w takim momencie swojego życia i generalnie nie polecam tego nikomu. Oczywiście staram się wierzyć w to, że pewnego dnia dostanę swoją szansę na szczęście :) dlatego to samo też poradziłabym Christinie. Bo może faktycznie warto czekać na swoją szansę? Gregory przeprosił? Wow, teraz to jestem zaskoczona. Jego ostatnie zachowanie faktycznie było bardzo niegrzeczne, delikatnie mówiąc, dlatego tym lepiej, że zrozumiał swój błąd i przeprosił. Ciekawa jestem, czy wróci na terapię, czy w ogóle zechce nadal współpracować z Tiną. Pożyjemy, zobaczymy :)
    No niestety, nie wszystkie dzieci mają takie piękne i beztroskie dzieciństwo. Ile teraz dzieci przebywa w domach dziecka, bo rodzice nie chcą, lub nie mogą ich wychowywać? Chociaż moim zdaniem bardziej chodzi tutaj o to, że nie chcą, bo uważam, że obojętnie jak źle by nie było, odtrącić własne dziecko, to najgorsza rzecz w możliwych. Przykro mi, że James stracił rodziców tak szybko. W wieku dwóch lat, to dopiero co nauczył się chodzić i mówić, a tutaj już taka strata. Dobrze, że miał jeszcze babcie, która zaopiekowała się nim po śmierci rodziców i chociaż minimalnie zastąpiła mu rodziców. Wiadomo, że babcia to nie ta sama osoba, co mama, ale wychowała wnuka najlepiej jak tylko umiała i uważam, że James nie powinien zaniedbywać kontaktów z nią. Pewnie boi się odrzucenia, że w jego życiu pewne sprawy się skomplikowały i w pewnych sytuacjach podjął taką, a nie inną decyzję. Każdy z nas dokonuje jakiś wyborów, jedne są lepsze, inne gorsze, ale prawda jest taka, że to James bierze odpowiedzialność za swoje decyzje. Trudno, zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, ale ważne jest to, żeby on czuł się szczęśliwy poprzez swoje decyzje. Wiadomo, że nikt nie chce krzywdzić innych. Ale u Jamesa jest to raczej nieświadome, bo jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że z premedytacją kogoś by skrzywdził. Mam nadzieję, że z Molly wszystko będzie w porządku, że to nic poważnego :)
    Mam nadzieję, że to nieporozumienie wkrótce zostanie wyjaśnione. Jenny i Oliver nie znają prawdziwych powodów opuszczenia meczu przez Jamesa, a po co znów się kłócić, kiedy sprawa naprawdę jest poważna? Ja mam nadzieję, że mimo wszystko obejdzie się bez kłótni :)
    Pozdrawiam i czekam na więcej.
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawka to niewątpliwie nie koniec świata :) W moim przypadku polski, zarówno ustny jak i pisemny, był największą zmorą. Do ustnego nie przeczytałam lektur, a 2/3 pracy nie znałam na pamięć, więc na bieżąco budowałam kolejne zdania przed babkami z komisji. Wynik niby znam, ale podam Ci go dopiero, jak dostanę to na papierze, bo do dziś nie jestem w stanie w to uwierzyć, haha :P
      Dziękuję za cudowny komentarz i obecność :)
      Całuję mocno i przepraszam za tak nędzną odpowiedź na Twój komentarz... <3

      Usuń
  3. Z małą zadyszką docieram wreszcie tutaj. I nawet nie wiesz jak się cieszę, że będę mogła na kilka chwil zatopić się w Twojej twórczości. Po ciężkim dniu w pracy miło jest odnaleźć tutaj spokój.Nim jednak przejdę do czytania, to chcę Ci pogratulować zdanych matur! I to nie byle jak zdanych, mój Geniuszu! :* A j.polskim bym się tak nie przejmowała, bo jestem pewna, że wynik Cię usatysfakcjonuje! :)
    Chyba nie ma człowieka, któremu by czasem po prostu nie puściły nerwy i nie wybuchł. Można ukrywać swoje problemy przed otoczeniem. Udawać, że wszystko jest w porządku, ale wszystko ma swoje granice. I pewnego dnia po prostu one pękają. Dlatego rozumie Tinę. Chciałaby wreszcie ułożyć sobie życie z mężczyzną, którego pokocha i który pokocha ją. Niestety, coraz trudniej zbudować związek, a już w ogóle znaleźć odpowiedniego mężczyznę. Nieoczekiwany powrót siostry marnotrawnej. I jeszcze 'gwiazdorskie' małżeństwo, które zatruwa jej życie zawodowe. Kobieta nie ma lekko. Christina i Vanessa mają coś cennego. Coś co chyba jest zdobyć trudniej niż porządnego faceta. Mówię serio. Przyjaźń to najpiękniejsza relacja jaka istnieje na świecie (nie licząc więzi łączącej dziecko i matkę). Mam nadzieję, że nigdy tego nie utracą.
    Nie przepadam za James'em (nie wiem czy poprawnie odmieniłam). Głównie dlatego, że tak bardzo skrzywdził siostrę Victora, a także dlatego, że w ogóle nie interesuje go Oliver. Przepraszam bardzo, ale jak on nie mógł wiedzieć na jakiej pozycji gra jego syn?! To chyba mówi o nim wiele i niestety nie jest to nic dobrego. Mam nadzieję, że pewnego dnia ktoś skrzywdzi go tak, jak on krzywdzi ludzi, którzy go pokochali. Może to nieładne z mojej strony, że tak mówię ale nie mogę nic na to poradzić. Nie lubię go!
    Zakochałam się w tej piosence! Jak mogłam jej jeszcze nie słyszeć?! Cary Brothers wymiatają.
    Chcę, aby Christina znalazła mężczyznę, który na nią bardzie zasługiwał. Bardzo ją polubiłam. Dawno nie czułam tak bliskiej więzi z jakąkolwiek bohaterką. Jest sympatyczną, mądrą i rozsądną kobietą, która wytwarza wokół siebie aurę pełną ciepła. Wierzę, że pewnego dnia los ześle kogoś, kto to doceni. I już wiem, że ten mężczyzna będzie najszczęśliwszym facetem na świecie. Może wpadnie na niego w parku - zamiast na jakąś staruszkę - lub pojawi się w jej gabinecie... A może w jakiś mniej fantazyjny, aczkolwiek wyjątkowy sposób. A być może już się zjawił i teraz czeka tylko na zauważenie? Myślę, że te buraki to nie przypadek. Gregory chyba polubił panią doktor i wcale mnie to nie dziwi! :)
    "James wciąż uparcie twierdził, że ciężej mają ci, którzy zostają sami z tęsknotą za bliskimi" - święte słowa. Zgadzam się z tym. Ciężko wypełnić pustkę po ważnych dla nas ludziach. A po rodzicach to już w ogóle. To chyba jest nawet niemożliwe. Ja mam to szczęście, że wychowuję się w pełnej i kochającej się rodzinie, chociaż nie zawsze jest kolorowo. I czasami, gdy sobie myślę, że pewnego dnia zabraknie moich rodziców, to czuję ból niemożliwy do opisania. Nie wyobrażam sobie zostać tutaj sama bez nich. Naprawdę. Dlatego tak bardzo współczuję ludziom, którym przyszło tak wcześnie pożegnać rodziców, a czasami nawet nie było im dane ich poznać.
    Jestem ciekawa, co takiego stało się z babcią chłopaka.
    Zrobiło mi się niesamowicie przykro po ostatnim fragmencie. Szkoda mi Oliviera. I to bardzo. Jego słowa były tak prawdziwe... Chłopczyk nie zasługuje na takie traktowanie. Powinien mieć ojca i matkę - nawet jeśli Ci nie potrafią żyć ze sobą w zgodzie. Myślę, że James i Jenny powinni ze sobą porozmawiać i wypracować jakiś kompromis dla dobra Oliviera. Wiem, że tym razem James nie skrzywdził chłopca świadomie, ale i tak zdążył wyrządzić mu wystarczająco dużo ran. Czas, aby się one zagoiły, a James wziął odpowiedzialność za swoje czyny.
    Cudowny odcinek. Kocham to opowiadanie bardziej i bardziej... Nie mogę uwierzyć, że dedykowałaś coś tak cudownego właśnie mnie! Dziękuję. Jestem z Ciebie dumna! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję :* I tak, dedykowałam tą historię Tobie i absolutnie nie żałuję tej decyzji. Zasłużyłaś na każdy rozdział :)

      Usuń