Hej :)
Na dobre wracamy do teraźniejszości i wydaje mi się nawet, że robimy to z przytupem. Jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych rozdziałów - może nie idealny, ale po naniesieniu drobnych poprawek i tak jest lepiej, niż w wersji pierwotnej.
Mam nadzieję, że do tego momentu historia nie nudziła Was, a w każdym razie nie zbyt często, tak czy siak mam chyba dobre informacje - zawirowania u bohaterów są blisko. Właściwie nikt nie jest bezpieczny, będą pozytywy i negatywy, wszystkiego po trochu. Innymi słowy, będzie się działo, o :)
Dziękuję za opinie pod poprzednią częścią!
Całuję i do następnego spotkania wkrótce! :*
***
Florence + The Machine - Addicted To Love
Na dobre wracamy do teraźniejszości i wydaje mi się nawet, że robimy to z przytupem. Jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych rozdziałów - może nie idealny, ale po naniesieniu drobnych poprawek i tak jest lepiej, niż w wersji pierwotnej.
Mam nadzieję, że do tego momentu historia nie nudziła Was, a w każdym razie nie zbyt często, tak czy siak mam chyba dobre informacje - zawirowania u bohaterów są blisko. Właściwie nikt nie jest bezpieczny, będą pozytywy i negatywy, wszystkiego po trochu. Innymi słowy, będzie się działo, o :)
Dziękuję za opinie pod poprzednią częścią!
Całuję i do następnego spotkania wkrótce! :*
***
Florence + The Machine - Addicted To Love
Pożegnali się jak starzy znajomi, choć w sercu Rosalie tlił się ogień, o którym już dawno zapomniała. To nie była miłość, jedynie jej śladowe ilości i choć było ich niewiele, to i tak wyraźnie wpływały na stan jasnowłosej. James przypomniał jej o tym, że kiedyś potrafiła kochać, pożądać i wzbudzać te same uczucia w innych. Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, pośród wszystkich błędów jej życie wcale nie było tak nieudane, jak sądziła. Niektórzy muszą do trzydziestki albo i dłużej czekać na pierwsze mocniejsze uderzenie serca, podczas gdy ona wiedziała już, jak to smakuje i z czym można to mieszać. Miała wspomnienia, których nikt jej nie zabierze i choć nie musiała niczego się wstydzić, postanowiła swoje dalsze przemyślenia pozostawić dla siebie. Kobieta wspinała się po schodach na górę i dotarło do niej, że wycieczka, która dopiero przed chwilą się skończyła, w pewnym stopniu musiała odbić się na jej formie, nigdy bowiem pokonanie paru pięter nie było dla niej aż tak męczące. Kiedy szczęśliwie udało jej się dotrzeć pod same drzwi mieszkania Christiny, Rosalie zatrzymała się na moment, by unormować oddech i bicie serca. Nie wiedziała, kogo ujrzy, kiedy wejdzie do środka, a nie chciała, aby ktokolwiek widział ją w tak nieciekawym stanie. Miała nadzieję, że jej policzki nie były czerwone niczym płachta, którą nęcony jest byk. Otworzyła drzwi i przeszła przez próg. Ucieszyła się, kiedy do jej uszu dotarł dźwięk muzyki z łazienki. Pomimo ciężkiej atmosfery, jaka towarzyszyła jej, kiedy opuszczała to mieszkanie razem z Jamesem, dziewczyna nie obawiała się konfrontacji z siostrą i Vanessą. Choć minęło tylko kilka dni, Rosalie naprawdę stęskniła się za tym, co zostawiła za swoimi plecami. Ktokolwiek szykował się teraz przed lustrem do wyjścia, dziewczyna od samego początku była szczęśliwa na samą myśl o tym, że za moment będzie mogła przywitać cudowną teraźniejszość, na nowo zapominając o przeszłości i latach, kiedy wszystko było trochę łatwiejsze. Rosalie oparła się o komodę naprzeciwko drzwi do łazienki, kiedy ze środka do jej uszu dotarł dźwięk dzwonka. Melodia szybko ucichła, ponieważ dziewczyna odebrała telefon, a jej głos szybko odpowiedział Rosie na pytanie, kto był wewnątrz.
- Już wychodzę, dosłownie za minutkę! - powiedziała Vanessa i w tym samym momencie coś wypadło jej z rąk. Rosalie zgadywała w ciemno, że była to maskara albo błyszczyk. - Ja nigdy się nie spóźniam, mój drogi, ale jeśli dziś miałby być ten pierwszy raz, możesz kupić bilety przed moim przyjściem i zająć nam miejsca. Zaskoczę cię, ale nie pogardzę też popcornem. Jestem tak głodna, że jeśli mi tego nie zapewnisz, z rozkoszą pożrę ciebie.
Rosalie zaśmiała się bezdźwięcznie, a z łazienki nagle wyszła Vannie. Miała na sobie klasyczną koszulę w delikatnym różowym kolorze i czarną spódniczkę. Jej usta muśnięte były szminką o intensywnie czerwonym odcieniu, a włosy związane w wysoki kok. Do zwieńczenia dzieła brakowało tylko butów, a także uśmiechu, który był teraz zastępowany przez niezbyt zadowolony wyraz twarzy.
- Rosalie? - odezwała się Vanessa, wyraźnie zaskoczona powrotem przyjaciółki. Jej mina nie wyrażała niestety radości, wręcz przeciwnie - jakby dziewczyna miała do współlokatorki pretensje. - Wróciłaś?
- A myślałaś, że będzie inaczej? - zapytała zdziwiona Rosalie.
- Wiesz, raz już zniknęłaś na kilka dobrych lat, więc wcale nie byłabym zaszokowana - stwierdziła Vannie, utwierdzając rozmówczynię we wcześniejszych podejrzeniach odnośnie ochłodzenia ich stosunków. Niebieskooka wyglądała teraz tak, jakby po upływie sekundy zrozumiała, że nie powinna była wypowiadać tych słów, ostatecznie chciała jednak wykorzystać tę chwilę, by powiedzieć wszystko, co leżało jej na sercu. - Mam ci za złe to, że ani razu nawet się nie zająknęłaś, że znasz Victora. Opowiadałam ci o nim, rozpływając się z zachwytu, a ty słuchałaś wszystkiego z zaciekawieniem. Musiałaś wiedzieć, o kim mowa, a jednak nie powiedziałaś mi prawdy.
- A co by to zmieniło? - spytała Rosalie. - Oczekiwałaś, że od razu wyznam ci wszystkie sekrety z mojego życia? Chciałaś, abym opowiedziała ci o Jamesie, Jenny i o tym, dlaczego własna siostra najchętniej poszarpałaby mnie na strzępy?
- Nie wiem - przyznała Vanessa, spuszczając wzrok. Nagle została pozbawiona wszystkich argumentów, które musiała zdusić w sobie, zamiast wypowiedzieć na głos.
- Każdy z nas ma przeszłość, której fragmenty woli zachować dla siebie, dla własnego dobra - rzekła blondynka ze spokojem. - Pomyśl o Joshu i swoim życiu w Mediolanie, a natychmiast przyznasz mi rację.
Vanessa musiała zgodzić się z każdym słowem, tym bardziej, że najświeższe wydarzenia również musiała utrzymać w tajemnicy. Momentalnie uszła z niej złość na Rosalie, jej skrytość i ukrywanie przed nią tak wielu faktów. Bez słowa uściskała przyjaciółkę, a następnie zaczęła wciskać stopy w czarne botki na wysokim obcasie.
- Mimo chłodnego powitania, naprawdę cieszę się, że cię widzę - rzekła Vanessa, a na jej twarzy po raz pierwszy pojawił się uśmiech, który Rosalie szybko odwzajemniła.
- Udanej randki - powiedziała, kiedy brunetka narzucała na ramiona płaszczyk. - Swoją drogą, nie wiedziałam, że Victor jest w Londynie.
Vannie uśmiechnęła się trochę panicznie, po czym wyszła na zewnątrz. Kiedy była już całkiem sama, powiedziała na głos to, czego nie odważyła się skierować wprost do Rosalie.
- Bo nie jest...
***
Dotąd wyraźny obraz nagle zaczął się rozmazywać, wszystko za sprawą łez, które tak bardzo chciały wydostać się na zewnątrz. Kiedy wzruszenie dało o sobie znać, Vanessa pożałowała, że nie dała się namówić na coś innego, niż ckliwa komedia romantyczna. Kciukiem otarła słoną kroplę z policzka, patrząc na Josha, który prawdopodobnie nie zauważył nieco odmiennego stanu towarzyszki. Od samego początku miała wątpliwości, czy powinna przyjąć zaproszenie mężczyzny. W przeszłości łączyło ich coś wyjątkowego i tak naprawdę żadne z nich nie mogło być stuprocentowo pewne, że w którymś momencie dawne uczucia nie odżyją. Każdy, kto patrzył teraz na nich, powiedziałby bez zająknięcia, że byli oni parą, która właśnie spędza cudowny czas na randce. Oboje kusili los, choć do tej pory żadne z nich nie wykazywało chęci odnowienia starych więzi. Czy Vanessa próbowała oszukać samą siebie, kiedy wmawiała sobie, że będzie to zwykłe spotkanie dwójki dobrych znajomych? Przecież gdyby tak było, nie spędziłaby ponad godziny przed lustrem, robiąc wszystko, by wyglądać jak najlepiej. Gdy na wielkim ekranie pojawiły się napisy końcowe, mknące w dół w zastraszająco szybkim tempie, a światło pomału wdzierało się do sali, lekarka wstała i gorączkowo założyła płaszczyk.
- Już uciekasz? - zapytał Josh, który wciąż nie oderwał się od siedzenia.
- Film się skończył - odparła i uśmiechnęła się słodko, choć z powodu nerwów wyszło jej to mało przekonująco.
- Mogę coś powiedzieć? - spytał, a Vannie ostatecznie zgodziła się, choć w gruncie rzeczy miała ogromną ochotę jak najszybciej opuścić kino i wrócić do domu, zapominając o przekroczeniu granicy, o której dziewczyna w związku nie powinna nawet myśleć. - Dla mnie to nie jest to, o czym myślisz.
- A o czym myślę? - zapytała.
- O randce - odrzekł niebieskooki, po czym uśmiechnął się, robiąc to o wiele szczerzej, niż Vanessa przed momentem. - Nie zamierzam wchodzić między ciebie a twojego nowego faceta. Kto jak kto, ale akurat ja dobrze wiem, jak boli bycie tym drugim.
- Przepraszam - powiedziała skruszona Vannie. - Głupio mi, że w ogóle o tym pomyślałam. Chyba zaczynam w końcu wariować z tęsknoty za Victorem.
- To zrozumiałe - stwierdził Josh. - I co, dalej chcesz uciekać, czy jednak dasz się zaprosić na kawę?
- I myślisz, że kawa uciszy tą bestię, która od paru godzin burczy mi w brzuchu? O nie, mój drogi. Czuj się zobowiązany, by zabrać mnie na wielkiego hamburgera.
- Jak sobie panienka życzy - rzekł mężczyzna i wyszczerzył się radośnie. Widok ten sprawił, że nerwy na dobre odpuściły Vannie i pozwoliły w stu procentach bawić się czasem, jaki dane jej było spędzić w tak wspaniałym towarzystwie.
Ciemnowłosa zajęła miejsce przy stoliku w centralnym punkcie lokalu. Gdyby to była randka, wybrałaby o wiele ustronniejsze miejsce, celowo więc zrobiła wszystko na opak. Uśmiechnęła się, kiedy Josh usiadł naprzeciwko, stawiając tacę z niezdrowym jedzeniem na blacie. Było tego wystarczająco dużo, by obdzielić każdego członka rodziny Yorke i kilku Hartleyów. Dla Vannie była to idealna okazja do żartu.
- Dlaczego nic sobie nie zamówiłeś?
- Widzę, że humor dopisuje ci tak samo, jak apetyt - powiedział, patrząc, jak Vanessa pochłania hamburgera ze smakiem. Były żołnierz zabrał się za pałaszowanie pierwszego, podczas gdy brunetka była już w połowie jedzenia drugiego.
- Nie wiem, co we mnie wstąpiło - przyznała, ocierając usta.
- Spokojnie, w końcu to nie pierwszy raz, kiedy widzę cię w takim stanie - rzekł, a wesołe wspomnienia z przeszłości momentalnie wprawiły dziewczynę w jeszcze lepszy nastrój.
Teraz, kiedy zarówno Rosalie, jak i Christina nie mogły poświęcić jej zbyt wiele uwagi, cieszyła się, że mogła liczyć na Josha. On jeden pomagał wypełnić pustkę i monotonię, która gościła w jej życiu za każdym razem, kiedy Victor po raz kolejny przesuwał ich spotkanie w czasie. Myśli te wyparowały z jej głowy, kiedy telefon przypomniał o swoim istnieniu.
- Przepraszam cię na moment - powiedziała Vannie i już miała odejść od stolika, kiedy Josh machnął ręką, przypominając jej, że w jego obecności mogła czuć się całkowicie swobodnie. Usiadła nieco wygodniej, po czym odebrała telefon. - Jenny?
- Hej, Vannie - odezwała się rudowłosa. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Stało się coś? - zapytała. - Brzmisz na zdenerwowaną.
- Raczej podekscytowaną - odparła Jenny, czym zaintrygowała rozmówczynię. - Posłuchaj, coś mi wypadło i pilnie potrzebuję opieki dla Olivera.
- Jeśli to to, o czym myślę, to właśnie załatwiłaś sobie darmową niańkę - rzekła Vanessa.
- Wiedziałam, że mogę na tobie polegać - powiedziała zielonooka z wdzięcznością.
- Będę w ciągu godziny, a ty baw się dobrze - skwitowała brunetka i rozłączyła się. Kiedy miała sięgać po trzeciego hamburgera, zorientowała się, że całe jedzenie zniknęło. Spojrzała na Josha z powagą. - Hartley, gdzie moje żarcie?
- Na jakiej podstawie sądzisz, że mogłem maczać w tym palce?
- Hm, pomyślmy... Może to z powodu twoich chomikowych policzków, całej buzi w sosie i tego chytrego uśmieszku na twarzy?
- Powinnaś dostać piątkę ze spostrzegawczości.
- Jesteś z siebie zadowolony? - dziewczyna zrobiła naburmuszoną minę, choć w duchu cała ta sytuacja wydawała jej się zabawna. - Przez ciebie nadal jestem głodna.
- Zrobiłem to specjalnie - przyznał z dumą. - Właśnie załatwiłem sobie pretekst, by zaprosić cię na ciastko. Nie przyjmuję odmowy.
- Sądzisz, że ośmieliłabym się odrzucić taką ofertę? - prychnęła, po czym oboje wstali od stolika. - Tylko pamiętaj, że jeśli nie będzie to wielka wuzetka z kremem, to wychodzę i więcej się do ciebie nie odezwę.
Vanessa była naprawdę szczęśliwa tego dnia. Bawiła się świetnie, wyciskając wszystko, co się dało, z każdej minuty, która im pozostała. Kiedy pożegnali się pocałunkiem w policzek, Vannie ruszyła w kierunku domu Jenny, by spędzić równie wspaniały czas z Oliverem, którego tak bardzo polubiła. Jej spokój został zakłócony tylko raz, kiedy dała o sobie znać obawa, że jeśli dalej będzie się tak odżywiać, przy kolejnym spotkaniu Victor nie pozna swojej ukochanej w obcym, jeszcze nie widzianym ciele. Vanessa była w tak cudownym nastroju, że wizja ta finalnie wcale jej nie wystraszyła, wręcz przeciwnie - zmusiła do śmiechu, który przykuł uwagę pozostałych pasażerów autobusu.
***
Kłęby dymu najpierw docierały do jego płuc, a potem uciekały przez otwarte usta. Po trzecim papierosie mężczyzna przestał liczyć. Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Chciał spędzić kilka godzin w towarzystwie Sophii, z którą umówił się na obiad. Zamierzał pozwolić jej na wybranie im egzotycznego dania, na które Gregory z własnej inicjatywy w życiu by się nie zgodził. Sophia uwielbiała rządzić, a on po prostu chciał sprawić jej przyjemność. Kiedyś randki z kobietą, która po kilku latach została jego żoną, dawały mu niesamowitą frajdę i naprawdę rozkoszował się okresem, kiedy byli ze sobą szczęśliwi. Dziś jego uczucia nie były już takie same. Sophia zmieniła się w jego oczach, choć nigdy nie powiedział na głos tego, co obecnie myślał o człowieku, jakim się stała. Czasem miał trudności ze zwykłym uśmiechnięciem się do żony, więc co dopiero mówić o czymś więcej, a jednak nigdy nie przestał wierzyć w to, że ich związek uda się jeszcze posklejać. Skąd brała się w nim ta nadzieja? Cóż, był pisarzem, wykreował mnóstwo szczęśliwych par w swoich książkach, będąc święcie przekonanym, że w prawdziwym życiu miłość aż po grób także jest możliwa. Tylko, że Gregory nie był już pewien, czy faktycznie chciał ratować swoje małżeństwo i być dalej z kobietą, która coraz częściej wydawała mu się kimś zupełnie obcym. Tego dnia Sophia po raz kolejny dała popis swoich możliwości. Zmusiła go do czekania na siebie przez kilka dobrych godzin, a potem po prostu wystawiła go do wiatru. Gregory nienawidził takich sytuacji. Nie chciał, aby Sophia wróciła do domu i zobaczyła go przy stole, wiernie czekającego na swoją panią, nie żywiącego do niej absolutnie żadnej urazy. Nie zamierzał kłamać. Uznał, że wyjście z domu będzie o wiele rozsądniejsze i to właśnie uczynił. Przez godzinę krzątał się po mieście bez celu, wypalając jednego papierosa za drugim, a potem jego nogi przestały słuchać rozumu, kierując się bardziej podpowiedziami serca, nad którymi Haggerty nie potrafił zapanować. W ten sposób trafił prosto pod drzwi gabinetu Christiny, nie chciał jednak, by dziewczyna zaraz po wyjściu została uderzona tak znienawidzonym przez siebie zapachem dymu. Wyszedł na zewnątrz, wiedząc, że nie ruszy się nigdzie dalej, póki jej nie zobaczy. Czasem serce wie lepiej, niż my i wskazuje nam, jaką drogę powinniśmy obrać. Posłuchał głosu, którego nijak nie potrafił i chyba nawet nie chciał stłumić. Czekał cierpliwie i właśnie wtedy ją zobaczył.
- Pan Haggerty? - zapytała Christina, nie kryjąc zaskoczenia. Miała na sobie granatowy płaszczyk, a jej ciemne włosy falowały uroczo wzdłuż zarumienionej twarzy. Szare oczy błądziły po twarzy Gregory'ego, który natychmiast rzucił papierosa na chodnik, a następnie przydeptał go butem. - Byliśmy na dzisiaj umówieni?
- Teoretycznie nie - odparł mężczyzna oficjalnym tonem, który towarzyszył mu najczęściej.
- Co to znaczy? - spytała zaintrygowana.
- Proponuję kolację przy dobrym winie - powiedział, a Tina zmarszczyła brwi. Wyglądała tak, jakby była pewna, że Gregory robi sobie z niej żarty. - Oczywiście może być też kino, albo zwykły spacer.
- To jakaś kara? - zapytała, uśmiechając się, by jakoś się rozluźnić. Nie poskutkowało.
- Dlaczego? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Bo mówi to pan z tak ponurą miną, jakby ktoś zmuszał pana do spotkania ze mną - odrzekła zgodnie z prawdą. Na te słowa Gregory spróbował się uśmiechnąć, jednak nie wyszło mu to zbyt dobrze.
- To może urządzimy sobie powtórkę z naszego tańca na dachu? - zaproponował niczym nie zrażony pisarz.
- Wykładamy karty na stół, panie Haggerty? - rzekła Christina, przekonana, że właśnie rozgryzła rozmówcę i jego zamiary. Gregory spojrzał na nią, nie kryjąc zainteresowania. - Chodzi o Sophię, prawda?
- Mam powiedzieć na głos, że właśnie zostałem spławiony przez własną żonę? Naprawdę to chcesz usłyszeć? - zapytał, po czym uśmiechnął się o wiele szerzej, niż dotychczas, jednak jego ton wciąż był chłodny. - To co, spacer?
Brunetka podeszła trochę bliżej, zatrzymując swą twarz niebezpiecznie blisko Gregory'ego - tak, jakby lada chwila chciała przekroczyć granicę, o której do tej pory zdarzyło jej się myśleć tylko kilka razy. Jej twarz przeciął słodki uśmiech, który tak gryzł się ze słowami wypowiedzianymi przez nią po chwili.
- Nie będę niczyją dziewczyną na zastępstwo, panie Haggerty.
- Daj spokój, jestem Grego...
- Do widzenia, panie Haggerty - powiedziała stanowczo.
Już miała odejść, kiedy mężczyzna w ostatniej chwili złapał ją za rękę, przyciągnął do siebie i zrobił to, co przez moment przemknęło przez głowę Tinie, a czego nie odważyłaby się powiedzieć na głos. Przekroczył granicę. Krótka chwila uniesienia została brutalnie przerwana przez policzek, który Christina wymierzyła mężczyźnie zaraz po gwałtownym zakończeniu pocałunku.
- Do zobaczenia, Christino - rzekł mężczyzna, zatrzymując dłoń na swym zaczerwienionym policzku, patrząc, jak obrażona szarooka odchodzi w tak zawrotnym tempie, jakby za moment miała zacząć biec, by uciec, gdzie pieprz rośnie.
Mężczyzna nie chciał myśleć o konsekwencjach chwilowego uniesienia, ani o powodach, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej - przecież wcale tego nie planował. Spontaniczny gest postanowił odłożyć na bok, by nie wyciągnąć trochę przerażających wniosków. On, czyli mąż, który starał się walczyć o swoją żonę, właśnie poczuł, jak jego serce zabiło szybciej dla innej kobiety. Pozwolił sobie na coś, czego wcale nie brał pod uwagę. A może tylko się oszukiwał i od początku wiedział, co się święci? W tym momencie wolał przyjąć, że przez chwilę był po prostu facetem, skłonnym do ulegania pięknym kobietom, nawet, kiedy te nie wysyłają żadnych sygnałów - albo sądzą, że robią to bardzo dyskretnie.
***
To było tak niepodobne do pana Haggerty'ego, którego znała. W życiu nie pomyślałaby, że ten skryty i wyjątkowo pyszny mężczyzna, byłby w stanie dać się ponieść emocjom i w jednej chwili ubolewać nad niewłaściwym postępowaniem żony, a w drugiej całować inną kobietę. Christina żałowała, że odegrała jedną z głównych ról w tym przedstawieniu. Nie chciała być niczyją zabawką, a niestety tak właśnie się czuła, kiedy Gregory robił z nią to, co chciał. Do tej pory walczyła z zauroczeniem, które tak nagle wkradło się do jej serca. Pamiętała dzień ich urodzin, choć tyle razy próbowała jakoś zapomnieć o motylach, które tańczyły wówczas w jej brzuchu. Nie chciała zakochać się w tym mężczyźnie, choć nie od dziś było wiadomo, że marzyła o znalezieniu wielkiej miłości. Dlaczego właśnie on? Czy nikt prócz niej nie dostrzegał pewnych trudności w ich relacji? Przecież ona miała przede wszystkim zająć się jego małżeństwem i pomóc dwojgu ludzi odnaleźć się na nowo. Starała się podchodzić profesjonalnie do tego zadania. Na początku miała problem z Sophią, której nie darzyła choćby najmniejszą sympatią. Nie przypuszczała, że któregoś dnia jasnowłosa zostanie zepchnięta na dalszy plan właśnie przez Gregory'ego. Kiedy Christina była już niemal pewna, że noc na dachu była całkowicie wyblakłym wspomnieniem, pan Haggerty przypomniał o sobie w sposób, który nie łatwo przemilczeć. Co było w tym wszystkim najgorsze? Coś, do czego tak trudno przyznać się przed samym sobą. Christinie podobał się ten pocałunek i żałowała, że tak szybko zakończyła tę przyjemną chwilę.
Szarooka otworzyła drzwi, a jej ciało natychmiast przepełniło poczucie ulgi. Chciała wejść do wanny i zasnąć pod pierzyną ciepłej i pachnącej piany, by odpłynąć i oderwać myśli od tego, co nie tak dawno miało miejsce. Marzyła o ucieczce, chociaż na krótką chwilę. Właśnie wtedy zobaczyła Rosalie na kanapie w salonie i zrozumiała, że wizja spokojnej reszty dnia była jednym wielkim nieporozumieniem. Christina weszła dalej, a kiedy młodsza siostra spojrzała na nią, jej twarz rozświetlał szeroki uśmiech, a w brązowych oczach iskrzył się prawdziwy ogień. Rosalie wyglądała na wypoczętą i szczęśliwą. Tina przyznałaby, że od czasu powrotu do Londynu siostra ani razu nie była tak ładna, jak teraz, gdyby nie była na nią tak wściekła.
- Dobrze się bawiłaś? - zapytała brunetka, a jej ton do złudzenia przypominał pozbawiony emocji głos Gregory'ego Haggerty'ego.
- A widzisz w tym coś złego? - zdumiała się Rosalie. - Powinnaś chyba cieszyć się moim szczęściem.
- Zastanawiam się, czy choć raz w swoim życiu pomyślałaś o kimś innym, niż o samej sobie - wycedziła Christina przez zęby.
- Nie będziemy tak rozmawiać - żachnęła się blondynka i już miała wyjść z pokoju, gdy nagle Tina zatrzymała ją jednym gestem. Rosalie westchnęła. Czuła się tak, jakby ktoś atakował ją bez powodu. - Znowu chodzi ci o Jamesa, prawda?
- Jak długo jeszcze zamierzasz go oszukiwać?
- Nikogo nie oszukuję - zaprzeczyła stanowczo.
- Czyżby? - Christina ewidentnie kpiła z młodszej siostry. - Ile razy mówiłam ci, żebyś o nim zapomniała? Nie mogłabyś choć raz mnie posłuchać? Ten chłopak dość się nacierpiał, kiedy wyjechałaś bez żadnych wyjaśnień.
- Chcę to naprawić i dobrze o tym wiesz. Powiem mu prawdę, ale jeszcze nie teraz. James to rozumie, w odróżnieniu od ciebie. Tak naprawdę nie masz pojęcia, co było między nami, więc nie powinnaś w ogóle się wypowiadać.
- Jesteś pewna, że o niczym nie wiem?
- A niby skąd miałabyś wiedzieć?
- Sophia Gallagher, a obecnie Haggerty. Mówi ci to coś? - zapytała Tina, a na jej twarzy malowała się chora satysfakcja. Wiedziała, że szarpnęła krytyczną strunę, jednak jakoś wcale nie było jej głupio z tego powodu.
Rosalie pokręciła głową. Nie mogła uwierzyć w to, że Christina powiedziała coś takiego. Wyciągnęła z rękawa broń, której pocisk prawie zabił Rosalie. Baletnica czuła się tak, jakby jeszcze nigdy przedtem nie dostała w twarz tak mocno. Nie chciała płakać, choć czuła się opuszczona i bezsilna. Wstała z kanapy i pokonała parę metrów, po czym zatrzymała się tuż obok ciemnowłosej. Patrzyła w te jej zimne oczy i znów była nastolatką znienawidzoną przez starszą siostrę.
- Zawsze byłaś nieznośną, rozkapryszoną królewną - rzekła Christina. To, co powiedziała do tej pory, wcale jej nie wystarczyło. - Bawiłaś się nim. A może chcesz zaprzeczyć?
Rosalie zostawiła siostrę samą. Tina przez moment pożałowała wypowiedzianych słów. Ponownie obarczyła winą Gregory'ego, ponieważ to on wprawił ją w tak awanturniczy nastrój, na czym cierpieli inni. Z drugiej strony, wszystko to chciała powiedzieć siostrze od tak dawna. W którymś momencie słowa musiały wyjść na zewnątrz, nawet, jeśli od początku było jasne, że sprawią one drugiemu człowiekowi ból. Tina nie chciała, aby siostra musiała przez nią płakać. Może nie darzyła ją największą miłością, jaka istnieje, lecz chciała, aby była szczęśliwa. Zależało jej też na tym, by Rosalie przestała krzywdzić innych, jednak jasnowłosa nie chciała jej słuchać. Nie zerwała kontaktu z Jamesem i wciąż mieszała mu w głowie. Teraz dostała to, na co pracowała przez całe swoje życie. Każdy z nas któregoś dnia odczuje na własnej skórze, jak bardzo dokuczył ludziom, którzy pojawili się na jego drodze. Wygląda na to, że w życiu Rosalie ten dzień nadszedł właśnie teraz.
Rosalie wróciła do salonu, taszcząc część swoich rzeczy. Kiedy zakładała kurtkę, spojrzała na siostrę z wyrzutem. Christina wyglądała tak, jakby cała ta sytuacja nie robiła na niej żadnego wrażenia, prawda jednak była nieco inna.
- Dzięki, że pozwoliłaś mi u siebie pomieszkać - rzekła Rosalie, po czym uśmiechnęła się słabo, nieco ironicznie. - Wszyscy popełniamy błędy. Wiesz, w czym jestem od ciebie lepsza? Ja widzę, co zrobiłam źle i robię wszystko, by to naprawić, podczas gdy ty wciąż zachowujesz się jak wielce pokrzywdzona. Czekasz na przeprosiny? A może liczysz na to, że w magiczny sposób zwrócę ci ten wspaniały czas, kiedy nie było mnie na świecie, a mama poświęcała ci każdą wolną chwilę?
- Powiesz jeszcze słowo, a...
- Już wychodzę, siostrzyczko - skwitowała Rosalie. Choć słowa te zdawały się być przesiąknięte gniewem, niemal natychmiast na twarzy jasnowłosej dało się zauważyć żal. Tak, jakby chciała od razu przeprosić siostrę za wszystko i zacząć jeszcze raz, jednak nie zrobiła tego. Odeszła, póki czas i choć nie wiedziała, dokąd pójść, mimo wszystko nie miała Tinie niczego za złe. Może powinna? Bo czy to jej wina, że ich matka popełniła tyle kardynalnych błędów i w którymś momencie kompletnie zapomniała o swojej starszej córce?
Christina opadła na kanapę, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Rosalie sprawiła, że demony przeszłości przypomniały o sobie i po kolei wbijały szpilkę w serce ciemnowłosej.
***
- Pan Haggerty? - zapytała Christina, nie kryjąc zaskoczenia. Miała na sobie granatowy płaszczyk, a jej ciemne włosy falowały uroczo wzdłuż zarumienionej twarzy. Szare oczy błądziły po twarzy Gregory'ego, który natychmiast rzucił papierosa na chodnik, a następnie przydeptał go butem. - Byliśmy na dzisiaj umówieni?
- Teoretycznie nie - odparł mężczyzna oficjalnym tonem, który towarzyszył mu najczęściej.
- Co to znaczy? - spytała zaintrygowana.
- Proponuję kolację przy dobrym winie - powiedział, a Tina zmarszczyła brwi. Wyglądała tak, jakby była pewna, że Gregory robi sobie z niej żarty. - Oczywiście może być też kino, albo zwykły spacer.
- To jakaś kara? - zapytała, uśmiechając się, by jakoś się rozluźnić. Nie poskutkowało.
- Dlaczego? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Bo mówi to pan z tak ponurą miną, jakby ktoś zmuszał pana do spotkania ze mną - odrzekła zgodnie z prawdą. Na te słowa Gregory spróbował się uśmiechnąć, jednak nie wyszło mu to zbyt dobrze.
- To może urządzimy sobie powtórkę z naszego tańca na dachu? - zaproponował niczym nie zrażony pisarz.
- Wykładamy karty na stół, panie Haggerty? - rzekła Christina, przekonana, że właśnie rozgryzła rozmówcę i jego zamiary. Gregory spojrzał na nią, nie kryjąc zainteresowania. - Chodzi o Sophię, prawda?
- Mam powiedzieć na głos, że właśnie zostałem spławiony przez własną żonę? Naprawdę to chcesz usłyszeć? - zapytał, po czym uśmiechnął się o wiele szerzej, niż dotychczas, jednak jego ton wciąż był chłodny. - To co, spacer?
Brunetka podeszła trochę bliżej, zatrzymując swą twarz niebezpiecznie blisko Gregory'ego - tak, jakby lada chwila chciała przekroczyć granicę, o której do tej pory zdarzyło jej się myśleć tylko kilka razy. Jej twarz przeciął słodki uśmiech, który tak gryzł się ze słowami wypowiedzianymi przez nią po chwili.
- Nie będę niczyją dziewczyną na zastępstwo, panie Haggerty.
- Daj spokój, jestem Grego...
- Do widzenia, panie Haggerty - powiedziała stanowczo.
Już miała odejść, kiedy mężczyzna w ostatniej chwili złapał ją za rękę, przyciągnął do siebie i zrobił to, co przez moment przemknęło przez głowę Tinie, a czego nie odważyłaby się powiedzieć na głos. Przekroczył granicę. Krótka chwila uniesienia została brutalnie przerwana przez policzek, który Christina wymierzyła mężczyźnie zaraz po gwałtownym zakończeniu pocałunku.
- Do zobaczenia, Christino - rzekł mężczyzna, zatrzymując dłoń na swym zaczerwienionym policzku, patrząc, jak obrażona szarooka odchodzi w tak zawrotnym tempie, jakby za moment miała zacząć biec, by uciec, gdzie pieprz rośnie.
Mężczyzna nie chciał myśleć o konsekwencjach chwilowego uniesienia, ani o powodach, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej - przecież wcale tego nie planował. Spontaniczny gest postanowił odłożyć na bok, by nie wyciągnąć trochę przerażających wniosków. On, czyli mąż, który starał się walczyć o swoją żonę, właśnie poczuł, jak jego serce zabiło szybciej dla innej kobiety. Pozwolił sobie na coś, czego wcale nie brał pod uwagę. A może tylko się oszukiwał i od początku wiedział, co się święci? W tym momencie wolał przyjąć, że przez chwilę był po prostu facetem, skłonnym do ulegania pięknym kobietom, nawet, kiedy te nie wysyłają żadnych sygnałów - albo sądzą, że robią to bardzo dyskretnie.
***
To było tak niepodobne do pana Haggerty'ego, którego znała. W życiu nie pomyślałaby, że ten skryty i wyjątkowo pyszny mężczyzna, byłby w stanie dać się ponieść emocjom i w jednej chwili ubolewać nad niewłaściwym postępowaniem żony, a w drugiej całować inną kobietę. Christina żałowała, że odegrała jedną z głównych ról w tym przedstawieniu. Nie chciała być niczyją zabawką, a niestety tak właśnie się czuła, kiedy Gregory robił z nią to, co chciał. Do tej pory walczyła z zauroczeniem, które tak nagle wkradło się do jej serca. Pamiętała dzień ich urodzin, choć tyle razy próbowała jakoś zapomnieć o motylach, które tańczyły wówczas w jej brzuchu. Nie chciała zakochać się w tym mężczyźnie, choć nie od dziś było wiadomo, że marzyła o znalezieniu wielkiej miłości. Dlaczego właśnie on? Czy nikt prócz niej nie dostrzegał pewnych trudności w ich relacji? Przecież ona miała przede wszystkim zająć się jego małżeństwem i pomóc dwojgu ludzi odnaleźć się na nowo. Starała się podchodzić profesjonalnie do tego zadania. Na początku miała problem z Sophią, której nie darzyła choćby najmniejszą sympatią. Nie przypuszczała, że któregoś dnia jasnowłosa zostanie zepchnięta na dalszy plan właśnie przez Gregory'ego. Kiedy Christina była już niemal pewna, że noc na dachu była całkowicie wyblakłym wspomnieniem, pan Haggerty przypomniał o sobie w sposób, który nie łatwo przemilczeć. Co było w tym wszystkim najgorsze? Coś, do czego tak trudno przyznać się przed samym sobą. Christinie podobał się ten pocałunek i żałowała, że tak szybko zakończyła tę przyjemną chwilę.
Szarooka otworzyła drzwi, a jej ciało natychmiast przepełniło poczucie ulgi. Chciała wejść do wanny i zasnąć pod pierzyną ciepłej i pachnącej piany, by odpłynąć i oderwać myśli od tego, co nie tak dawno miało miejsce. Marzyła o ucieczce, chociaż na krótką chwilę. Właśnie wtedy zobaczyła Rosalie na kanapie w salonie i zrozumiała, że wizja spokojnej reszty dnia była jednym wielkim nieporozumieniem. Christina weszła dalej, a kiedy młodsza siostra spojrzała na nią, jej twarz rozświetlał szeroki uśmiech, a w brązowych oczach iskrzył się prawdziwy ogień. Rosalie wyglądała na wypoczętą i szczęśliwą. Tina przyznałaby, że od czasu powrotu do Londynu siostra ani razu nie była tak ładna, jak teraz, gdyby nie była na nią tak wściekła.
- Dobrze się bawiłaś? - zapytała brunetka, a jej ton do złudzenia przypominał pozbawiony emocji głos Gregory'ego Haggerty'ego.
- A widzisz w tym coś złego? - zdumiała się Rosalie. - Powinnaś chyba cieszyć się moim szczęściem.
- Zastanawiam się, czy choć raz w swoim życiu pomyślałaś o kimś innym, niż o samej sobie - wycedziła Christina przez zęby.
- Nie będziemy tak rozmawiać - żachnęła się blondynka i już miała wyjść z pokoju, gdy nagle Tina zatrzymała ją jednym gestem. Rosalie westchnęła. Czuła się tak, jakby ktoś atakował ją bez powodu. - Znowu chodzi ci o Jamesa, prawda?
- Jak długo jeszcze zamierzasz go oszukiwać?
- Nikogo nie oszukuję - zaprzeczyła stanowczo.
- Czyżby? - Christina ewidentnie kpiła z młodszej siostry. - Ile razy mówiłam ci, żebyś o nim zapomniała? Nie mogłabyś choć raz mnie posłuchać? Ten chłopak dość się nacierpiał, kiedy wyjechałaś bez żadnych wyjaśnień.
- Chcę to naprawić i dobrze o tym wiesz. Powiem mu prawdę, ale jeszcze nie teraz. James to rozumie, w odróżnieniu od ciebie. Tak naprawdę nie masz pojęcia, co było między nami, więc nie powinnaś w ogóle się wypowiadać.
- Jesteś pewna, że o niczym nie wiem?
- A niby skąd miałabyś wiedzieć?
- Sophia Gallagher, a obecnie Haggerty. Mówi ci to coś? - zapytała Tina, a na jej twarzy malowała się chora satysfakcja. Wiedziała, że szarpnęła krytyczną strunę, jednak jakoś wcale nie było jej głupio z tego powodu.
Rosalie pokręciła głową. Nie mogła uwierzyć w to, że Christina powiedziała coś takiego. Wyciągnęła z rękawa broń, której pocisk prawie zabił Rosalie. Baletnica czuła się tak, jakby jeszcze nigdy przedtem nie dostała w twarz tak mocno. Nie chciała płakać, choć czuła się opuszczona i bezsilna. Wstała z kanapy i pokonała parę metrów, po czym zatrzymała się tuż obok ciemnowłosej. Patrzyła w te jej zimne oczy i znów była nastolatką znienawidzoną przez starszą siostrę.
- Zawsze byłaś nieznośną, rozkapryszoną królewną - rzekła Christina. To, co powiedziała do tej pory, wcale jej nie wystarczyło. - Bawiłaś się nim. A może chcesz zaprzeczyć?
Rosalie zostawiła siostrę samą. Tina przez moment pożałowała wypowiedzianych słów. Ponownie obarczyła winą Gregory'ego, ponieważ to on wprawił ją w tak awanturniczy nastrój, na czym cierpieli inni. Z drugiej strony, wszystko to chciała powiedzieć siostrze od tak dawna. W którymś momencie słowa musiały wyjść na zewnątrz, nawet, jeśli od początku było jasne, że sprawią one drugiemu człowiekowi ból. Tina nie chciała, aby siostra musiała przez nią płakać. Może nie darzyła ją największą miłością, jaka istnieje, lecz chciała, aby była szczęśliwa. Zależało jej też na tym, by Rosalie przestała krzywdzić innych, jednak jasnowłosa nie chciała jej słuchać. Nie zerwała kontaktu z Jamesem i wciąż mieszała mu w głowie. Teraz dostała to, na co pracowała przez całe swoje życie. Każdy z nas któregoś dnia odczuje na własnej skórze, jak bardzo dokuczył ludziom, którzy pojawili się na jego drodze. Wygląda na to, że w życiu Rosalie ten dzień nadszedł właśnie teraz.
Rosalie wróciła do salonu, taszcząc część swoich rzeczy. Kiedy zakładała kurtkę, spojrzała na siostrę z wyrzutem. Christina wyglądała tak, jakby cała ta sytuacja nie robiła na niej żadnego wrażenia, prawda jednak była nieco inna.
- Dzięki, że pozwoliłaś mi u siebie pomieszkać - rzekła Rosalie, po czym uśmiechnęła się słabo, nieco ironicznie. - Wszyscy popełniamy błędy. Wiesz, w czym jestem od ciebie lepsza? Ja widzę, co zrobiłam źle i robię wszystko, by to naprawić, podczas gdy ty wciąż zachowujesz się jak wielce pokrzywdzona. Czekasz na przeprosiny? A może liczysz na to, że w magiczny sposób zwrócę ci ten wspaniały czas, kiedy nie było mnie na świecie, a mama poświęcała ci każdą wolną chwilę?
- Powiesz jeszcze słowo, a...
- Już wychodzę, siostrzyczko - skwitowała Rosalie. Choć słowa te zdawały się być przesiąknięte gniewem, niemal natychmiast na twarzy jasnowłosej dało się zauważyć żal. Tak, jakby chciała od razu przeprosić siostrę za wszystko i zacząć jeszcze raz, jednak nie zrobiła tego. Odeszła, póki czas i choć nie wiedziała, dokąd pójść, mimo wszystko nie miała Tinie niczego za złe. Może powinna? Bo czy to jej wina, że ich matka popełniła tyle kardynalnych błędów i w którymś momencie kompletnie zapomniała o swojej starszej córce?
Christina opadła na kanapę, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Rosalie sprawiła, że demony przeszłości przypomniały o sobie i po kolei wbijały szpilkę w serce ciemnowłosej.
***
Nie wiem, kim jestem, gdy ty wciąż pojawiasz się w moich myślach.*
Każda podróż musi kiedyś się skończyć, wówczas trzeba wrócić do teraźniejszości, do miejsc i do ludzi, którzy tworzą naszą rzeczywistość. Mężczyzna prowadził samochód ze spokojem, choć nieco drżące dłonie zdradzały jego prawdziwe emocje. Chciał zobaczyć się z synem i była to najszczersza potrzeba wypływająca z jego serca. Nie mógł pojąć, jak zdołał przeżyć tyle lat właściwie bez kontaktu z Oliverem. Teraz zabijało go kilka krótkich dni rozłąki. Chęć bycia istotną częścią życia swego syna nie zmalała ani trochę, a właściwie można powiedzieć, że stawała się coraz większa każdego dnia. Nie mógł doczekać się spotkania ze swoim potomkiem i było to pozytywne, pełne radości doznanie. Skąd więc ten stres, który widać było chociażby w wyrazie jego twarzy? James znał odpowiedź na to pytanie, a kiedy zatrzymał auto pod domem rudowłosej, poczuł, jak owa prawda staje się coraz bardziej klarowna. Wysiadł z samochodu i przez chwilę tkwił w bezruchu. Wieczór był przyjemny, a wiosna była już widoczna wszędzie, gdzie sięgnął okiem. Nie chciał, aby wydarzyło się coś, co zniszczy całkiem udany dzień. Właśnie wtedy pod domem Jenny zatrzymał się inny samochód, w środku którego majaczyły się dwie postaci. James skurczył się nieco w sobie, nie chciał, by zielonooka go zauważyła. Był ciekaw, z kim spędzała czas. Przez jego myśli przemknęła Vanessa, która po nieudanej imprezie urodzinowej Christiny tak dobrze zaopiekowała się pieguską. Niestety, z auta nie wysiadła ciemnowłosa piękność o rozbrajającym uśmiechu, lecz niski mężczyzna o mysich włosach z okularami na nosie. Miał na sobie garnitur, co z jakichś przyczyn od razu przekreślało jego szanse u Jenny w oczach Jamesa. Nigdy nie gustowała w sztywniakach, czego najlepszym dowodem był fakt, iż przez wiele lat spotykała się z rozbrykanym piłkarzem, nie bojącym się swoich marzeń, nawet tych szalonych. Kiedy Jenny wysiadła z samochodu, brunet przeżył szok. Dawno nie widział jej w tak eleganckim wydaniu. Czerwona sukienka pięknie współgrała z ognistym kolorem jej włosów oraz odcieniem szminki. Jej twarz przecinał uśmiech, który wydał się Jamesowi przekroczeniem pewnej granicy. Nigdy nie widział, by rudowłosa uśmiechała się w taki sposób do kogoś innego. Kiedyś to on zajmował miejsce mężczyzny, z którym Joyce spędziła wieczór. A może była jeszcze nadzieja? Może to tylko kolega z pracy, zwykły znajomy, który nie ma wobec zielonookiej żadnych poważnych planów? James wytężył słuch, przekonany, że wciąż nie został przyłapany przez dawną ukochaną.
- Dziękuję za ten wieczór, Jeremy - powiedziała kobieta, uśmiechając się najładniej, jak potrafiła. Albo zrobiła to wyjątkowo nieszczerze, albo James tak bardzo chciał w to uwierzyć, że w końcu uległ takiemu złudzeniu.
- Technicznie wieczór jeszcze się nie skończył - odrzekł dziarsko mężczyzna. Jenny uniosła brwi, a James mimowolnie zacisnął pięść. - Może mógłbym wejść do środka?
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł - odparła rudowłosa. Jej dawny partner poczuł zadowolenie.
- Dlaczego? - zapytał blondyn. - Przecież nie masz męża.
- Ale mam dziecko i wiesz o tym - rzekła Jenny, po czym uśmiechnęła się łagodnie. Koniec tej rozmowy miał nadejść o wiele szybciej, niż mogli przypuszczać.
- Dobry wieczór, Joyce - powiedział James, a pojawił się obok nich tak nagle, że oboje wzdrygnęli się na dźwięk jego głosu. Jeremy odchrząknął, jednak Devon nic sobie z tego nie robił. Na jego twarzy gościł chytry uśmieszek, który z lekkością posyłał dawnej ukochanej.
- Co ty tu robisz? - zapytała, nie kryjąc zdenerwowania.
- Jakiś problem? - wtrącił Jeremy, patrząc to na Jenny, to znów na potencjalnego rywala. James odwrócił się w jego stronę, po czym prychnął z wyższością.
- Posłuchaj, Jeremy - rzekł James, nasączając imię rozmówcy pogardą. - Z naszego towarzystwa jedyny problem ma twój samochód.
- Nieprawda - żachnął się mężczyzna.
- Nie? - James klasnął w dłonie z radością. - To dlaczego jeszcze stąd nie odjechałeś? No już, zrób z niego użytek, wejdź do środka i zjeżdżaj stąd. Radzę ci to zrobić teraz, póki jestem jeszcze w dobrym humorze.
James wszedł na posesję ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był tu nieproszonym gościem, lecz pełnoprawnym mieszkańcem. Usłyszał, jak Jenny przepraszała Jeremy'ego za zachowanie ojca jej dziecka. Kiedy obejrzał się, zobaczył, jak Joyce przewracała oczami.
- Nie zapomnij zapiąć pasów - krzyknął James, kiedy niezadowolony Jeremy wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce.
Gdy mężczyzna odjechał, Jenny podeszła do Jamesa, a na jej twarzy widniała złość.
- Co to miało być? - zapytała dziewczyna, zaciskając palce.
- Chciałbym zadać ci to samo pytanie - odparł brunet.
- Wszystko w porządku? - wtrąciła Vanessa, która wyszła z domu przyjaciółki, kiedy tylko zauważyła obecność nieproszonego gościa. - Co ty tu robisz?
- Nie chcę być niemiły, ale to chyba nie jest twoja sprawa - odrzekł James, po czym spojrzał znów na rudowłosą. - Po co to robisz? Chcesz zrobić mi na złość, umawiając się z jakimś pajacem, prawda?
- Nie wszystko kręci się wokół ciebie - powiedziała Vannie, kiedy zobaczyła bezradną minę Jenny. Wiedziała, że zielonooka nie zaprzeczy słowom Jamesa, choć właśnie to powinna była zrobić, aby się odczepił. - Jenny, idź do domu. Oliver czeka.
Rudowłosa ruszyła w kierunku podpowiedzianym przez Vanessę, a James odruchowo obrał tę samą drogę. Vannie zatrzymała go, łapiąc za rękę.
- Chyba mam prawo zobaczyć się z synem - oponował mężczyzna.
Nim brunetka zdążyła ponownie zabrać głos, pod domem zatrzymał się kolejny samochód. James pokręcił głową, po czym odnalazł spojrzenie Jenny.
- Następny kochaś? - zapytał, a po chwili pożałował tych słów.
- Victor... - szepnęła Vannie bez przekonania. Po minie Jenny wywnioskowała, że ona również nie miała pojęcia o przyjeździe brata do Londynu.
Minęły wieki, od kiedy James widział Victora po raz ostatni. Atmosfera natychmiast stała się ciężka. Nikt nie był w stanie odezwać się chociaż słowem. James odwrócił wzrok. Spojrzał na Jenny, jednak jej wzrok szybko uciekł w inne miejsce. Chciał, aby ktoś przerwał tę krępującą ciszę. Ostatecznie osobiście to uczynił, choć przyszło mu to z wielkim trudem.
- Zadzwonię do Olivera później - rzucił James na odchodne, po czym zaczął oddalać się w kierunku swojego samochodu.
Kiedy przechodził bardzo blisko Victora, jego ciało próbowało odmówić mu posłuszeństwa - jakby jakaś siła kazała mu zatrzymać się i porozmawiać z dawnym przyjacielem, zamiast uciekać po raz kolejny. Mężczyzna zaparł się i odjechał, rzucając ostatnie spojrzenie trójce ludzi, których zostawił. W tym wszystkim to nie nagłe spotkanie Victora było dla niego największym przeżyciem. Najbardziej bolał go fakt, że Jenny zaczynała nowe życie bez niego. Mógł to przewidzieć. Powinien być przygotowany na to wszystko, dlaczego więc pogodzenie się z rzeczywistością było tak niesamowicie kłopotliwe?
- Dziękuję za ten wieczór, Jeremy - powiedziała kobieta, uśmiechając się najładniej, jak potrafiła. Albo zrobiła to wyjątkowo nieszczerze, albo James tak bardzo chciał w to uwierzyć, że w końcu uległ takiemu złudzeniu.
- Technicznie wieczór jeszcze się nie skończył - odrzekł dziarsko mężczyzna. Jenny uniosła brwi, a James mimowolnie zacisnął pięść. - Może mógłbym wejść do środka?
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł - odparła rudowłosa. Jej dawny partner poczuł zadowolenie.
- Dlaczego? - zapytał blondyn. - Przecież nie masz męża.
- Ale mam dziecko i wiesz o tym - rzekła Jenny, po czym uśmiechnęła się łagodnie. Koniec tej rozmowy miał nadejść o wiele szybciej, niż mogli przypuszczać.
- Dobry wieczór, Joyce - powiedział James, a pojawił się obok nich tak nagle, że oboje wzdrygnęli się na dźwięk jego głosu. Jeremy odchrząknął, jednak Devon nic sobie z tego nie robił. Na jego twarzy gościł chytry uśmieszek, który z lekkością posyłał dawnej ukochanej.
- Co ty tu robisz? - zapytała, nie kryjąc zdenerwowania.
- Jakiś problem? - wtrącił Jeremy, patrząc to na Jenny, to znów na potencjalnego rywala. James odwrócił się w jego stronę, po czym prychnął z wyższością.
- Posłuchaj, Jeremy - rzekł James, nasączając imię rozmówcy pogardą. - Z naszego towarzystwa jedyny problem ma twój samochód.
- Nieprawda - żachnął się mężczyzna.
- Nie? - James klasnął w dłonie z radością. - To dlaczego jeszcze stąd nie odjechałeś? No już, zrób z niego użytek, wejdź do środka i zjeżdżaj stąd. Radzę ci to zrobić teraz, póki jestem jeszcze w dobrym humorze.
James wszedł na posesję ze stoickim spokojem, jakby wcale nie był tu nieproszonym gościem, lecz pełnoprawnym mieszkańcem. Usłyszał, jak Jenny przepraszała Jeremy'ego za zachowanie ojca jej dziecka. Kiedy obejrzał się, zobaczył, jak Joyce przewracała oczami.
- Nie zapomnij zapiąć pasów - krzyknął James, kiedy niezadowolony Jeremy wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce.
Gdy mężczyzna odjechał, Jenny podeszła do Jamesa, a na jej twarzy widniała złość.
- Co to miało być? - zapytała dziewczyna, zaciskając palce.
- Chciałbym zadać ci to samo pytanie - odparł brunet.
- Wszystko w porządku? - wtrąciła Vanessa, która wyszła z domu przyjaciółki, kiedy tylko zauważyła obecność nieproszonego gościa. - Co ty tu robisz?
- Nie chcę być niemiły, ale to chyba nie jest twoja sprawa - odrzekł James, po czym spojrzał znów na rudowłosą. - Po co to robisz? Chcesz zrobić mi na złość, umawiając się z jakimś pajacem, prawda?
- Nie wszystko kręci się wokół ciebie - powiedziała Vannie, kiedy zobaczyła bezradną minę Jenny. Wiedziała, że zielonooka nie zaprzeczy słowom Jamesa, choć właśnie to powinna była zrobić, aby się odczepił. - Jenny, idź do domu. Oliver czeka.
Rudowłosa ruszyła w kierunku podpowiedzianym przez Vanessę, a James odruchowo obrał tę samą drogę. Vannie zatrzymała go, łapiąc za rękę.
- Chyba mam prawo zobaczyć się z synem - oponował mężczyzna.
Nim brunetka zdążyła ponownie zabrać głos, pod domem zatrzymał się kolejny samochód. James pokręcił głową, po czym odnalazł spojrzenie Jenny.
- Następny kochaś? - zapytał, a po chwili pożałował tych słów.
- Victor... - szepnęła Vannie bez przekonania. Po minie Jenny wywnioskowała, że ona również nie miała pojęcia o przyjeździe brata do Londynu.
Minęły wieki, od kiedy James widział Victora po raz ostatni. Atmosfera natychmiast stała się ciężka. Nikt nie był w stanie odezwać się chociaż słowem. James odwrócił wzrok. Spojrzał na Jenny, jednak jej wzrok szybko uciekł w inne miejsce. Chciał, aby ktoś przerwał tę krępującą ciszę. Ostatecznie osobiście to uczynił, choć przyszło mu to z wielkim trudem.
- Zadzwonię do Olivera później - rzucił James na odchodne, po czym zaczął oddalać się w kierunku swojego samochodu.
Kiedy przechodził bardzo blisko Victora, jego ciało próbowało odmówić mu posłuszeństwa - jakby jakaś siła kazała mu zatrzymać się i porozmawiać z dawnym przyjacielem, zamiast uciekać po raz kolejny. Mężczyzna zaparł się i odjechał, rzucając ostatnie spojrzenie trójce ludzi, których zostawił. W tym wszystkim to nie nagłe spotkanie Victora było dla niego największym przeżyciem. Najbardziej bolał go fakt, że Jenny zaczynała nowe życie bez niego. Mógł to przewidzieć. Powinien być przygotowany na to wszystko, dlaczego więc pogodzenie się z rzeczywistością było tak niesamowicie kłopotliwe?
I nie wiem, kim jesteś ty, gdy śpisz w łóżku kogoś innego.*
***
You Me At Six - Fireworks *
Pierwsza! :*
OdpowiedzUsuńZacznę od tego, że jeszcze żaden rozdział, który tutaj opublikowałaś nie był nudny, a cała historia jest po prostu ekscytująca i interesująca. Wciągnęłaś mnie w losy bohaterów i naprawdę z niecierpliwością oczekuję kolejnych nowości. Dlatego nawet nie myśl, że to opowiadanie mogłoby być nudne. Tyle słowem wstępu. Zabieram się za ważniejszą część komentarza.
OdpowiedzUsuńMuzyka dla mnie idealna. Uwielbiam tą piosenkę.
Uważam, że czasami warto cofnąć się do przeszłości, aby przypomnieć sobie dlaczego znaleźliśmy się w tym, a nie w innym miejscu w naszym życiu. Szczególnie, gdy nie wszystkie drzwi zostały do końca zamknięte. Myślę, że ta podróż uświadomiła coś Rosalie. Powinna cieszyć się z tego co ma. Doceniać to, co przeżyła, przeżywa i to co będzie przeżywać w swoim życiu. Nie wiem o niej zbyt wielu rzeczy. Jest totalną zagadką, ale z tego, co wiem, to jej życie nie było najgorsze. Miała problemy z Sophią, ale miała też faceta, który kochał ją ponad wszystko i siostrę na którą mogła liczyć. Zrezygnowała z tego. Popełniła błąd, którego - mam nadzieję - nie będzie powielać.
Przez chwilę myślałam, że Vanessa ma randkę z Victorem. Stęskniłam się za tą dwójką. Niestety, końcówka fragmentu rozwiała wszelkie wątpliwości.
A co do rozmowy Vannie i Rosalie, to obie miały rację. Reakcja Vanessy mnie nie zaskoczyła, a odpowiedź Rosalie na atak miała w sobie odrobinę prawdy. Każdy ma z nas ma jakieś tajemnice, których nie chciałby zdradzić.
Zacznę od tego, że jestem zawiedziona, że to nie Victor jest na miejscu Josha. Osobiście uważam, że Vanessa i tak igra z ogniem. Oboje uznali, że nie jest to randka, ale doświadczenia wiem, że takie spotkania nigdy dobrze się nie kończą. W pewnym momencie wybudzają się ze snu wspomnienia, który pobudzają uczucia dawno zgaszone. Można się w tym bardzo łatwo pogubić. Osobiście nie jestem przeciwniczką przyjaźni męsko-damskiej, ale nie w takiej sytuacji. Nie kiedy dwoje ludzi kiedyś łączyło coś więcej. W pewnym momencie któraś ze stron będzie chciała czegoś więcej. To nieuniknione. A na dodatek uważam, że Vanessa zachowuje się nieładnie w stosunku do Victora, który nie ma bladego pojęcia, że jej były chłopak jest w mieście. Nie wspominając już o tym, że piłkarz nie ma pojęcia, że ona i Josh się spotykają i wychodzą razem do kina. Co jakby nie było dla mnie wygląda na randkę.
Jestem dumna z Christiny. Powiedziała dosłownie to, co sobie myślałam, czytając ten fragment! Pojawia się problem z Sophią, to Gregory biegnie do Christiny. Gdy z Sophią układa mu się idealnie - Christinę traktuje jak śmiecia. Dziewczyna zasługuje na coś więcej niż na takie traktowanie. Nie jest zabawką, a tym bardziej substytutem, który będzie zastępować mu jego żonkę. Czas chyba najwyższy, aby Gregor dojrzał i podjął męską decyzję. Jestem naprawdę, naprawdę dumna z Christiny! Moja babka! :)
UsuńSzkoda mi Christiny. Znalazła się w beznadziejnej sytuacji. Rozumiem, że zakochała się w Gregorym. Chemię między nimi było czuć od samego początku. Mężczyzna wysyłał jej sprzeczne sygnały, a ona się w tym wszystkim pogubiła. Trudno słuchać rozumu, gdy serce tak mocno wali w pierś. Najważniejsze jednak, że nie popełniła kolejnego błędu i wycofała się. Nie zasługuje na to, aby być tą drugą. A na obecną chwilę tak wygląda sytuacja. Kiedyś i ona zazna szczęścia. :)
A ja znowu popieram Christinę. Mam już dosyć tego, że wszyscy obchodzą się z Rosalie jak z jajkiem. A przede wszystkim dlatego, że dziewczyna nie potrafi z godnością przyjąć prawdy. Zaczyna płakać lub jak w tym przypadku znowu ucieka. Christina nie powiedziała niczego, co by nie było prawdą. Rosalie zachowywała się egoistycznie wtedy i teraz. I niestety nie potrafię zmienić zdania.
I niech mówią, co chcą, ale ta dwójka się kocha ! James jest zazdrosny o Jenny, a ona nigdy nie ułoży sobie życia z innym mężczyzną dopóki jej serce ma James. A że nie zapowiada się na to, aby poprosiła go o jego oddanie, a on żeby zamierzał to zrobić - och, jak ja bym chciała jednak ich razem. Mam takiego rogala na twarzy, że sobie nie wyobrażasz.
Vanessa, bo zacznę Cię nie lubić! Dlaczego ona musiała się wtrącić? Wiem, że chce chronić Jenny, ale dziewczyna poradziłaby sobie sama. Och! Jestem niepocieszona.
I jest Victor, a odcinek się kończy! :(
Ja wiem, że James nie miał prawa się tak zachować, ale on był tak uroczy, gdy był zazdrosny. I chyba wreszcie stało się jasne, że Jenny nie jest mu obojętna. Chyba nigdy nie była. Tak myślę! :)
Cudowny odcinek. I już bym chciała kolejną część. Szczególnie jeśli ma być w niej mój Victor ! :)
Opisy bomba. Dialogi jak zawsze nieziemskie i cała akcja toczy się w dobrym tempie. Podoba mi się to. Komentarz mógłby być lepszy, ale ostatni fragment wprowadził mnie w 'szampański' nastrój ! :*
Jedynie nie zgodzę się z tym, że Rosalie miała siostrę, na którą mogła liczyć. Ich relacje dalekie były od perfekcji - niestety.
UsuńWątek Josha określiłabym petardą całej tej historii. Cieszę się, że już teraz jego obecność wywołuje u Ciebie takie emocje - to dobrze zwiastuje na przyszłość :P
Strasznie się cieszę, że końcówka tak przypadła Ci do gustu :)
Cieszę się też, że muzyka Cię nie rozczarowała.
Dziękuję za Twoje przemyślenia i za obecność. Bardzo wiele to dla mnie znaczy, ale wiesz o tym najlepiej :*
<3
Jestem. Przepraszam, że dopiero dzisiaj, ale wcześniej naprawdę nie miałam czasu. Praca na dwie zmiany jednak daje się we znaki, a po powrocie do domu zwyczajnie nie mam siły na nic i odpoczywam ile się da :) ale oczywiście będę się starała być na bieżąco, nie chcę mieć żadnych zaległości, więc prędzej czy później na pewno tutaj dotrę :) możesz być spokojna o moją obecność tutaj :)
OdpowiedzUsuńZastanawiam się, czy Rosalie wyciągnie jakieś wnioski z tej podróży do przeszłości. Ale jednego jestem pewna. Ta kobieta w ogóle się nie zmieniła, tak naprawdę nawet wyjazd z Londynu jej nie zmienił. Naprawdę jestem w stanie zrozumieć to, że każdy ma jakieś swoje sekrety, które niekoniecznie chce ujawniać całemu światu, ale problem Rosalie polega na tym, że ona całe swoje życie traktuje jak jakąś wielką tajemnicę, której nikt nie ma prawa odkryć. Aż się boje pomyśleć co się działo w jej życiu podczas nieobecności w rodzinnych stronach. Ale patrząc na jej przemyślenia w tym rozdziale, to chyba stopniowo zaczyna coś do niej docierać. Wspomnienia pokazały, że jednak coś dobrego ją w życiu spotkało. Kochała i była kochana, ale były też gorsze momenty w życiu. Większość z nas ma jakiś wrogów, wszystkim nie jesteśmy w stanie dogodzić, ale przede wszystkim Rosalie powinna pamiętać o tych szczęśliwych chwilach, których jednak trochę było. A teraz, kiedy już zdecydowała się na powrót do Londynu powinna docenić to co ma, że jednak są osoby, które nie odwróciły się do niej plecami, że mimo swojego owianego tajemnicą życia ma jeszcze kogoś do kogo może wrócić, chociaż nie jestem pewna ile jeszcze cierpliwości będą miały te osoby. Myślę, że Rosalie miała troszkę racji w rozmowie z Vanessą. Możliwe, że każdy coś przed kimś ukrywa, ale na pewno nie robi ze swojego życia nie wiadomo jakiej tajemnicy :)
Ale się zdziwiłam, kiedy okazało się, że Vanessa nie idzie na randkę z Victorem, tylko z Joshem. Pamiętam jeszcze początki opowiadania, kiedy Josh ponownie pojawił się w życiu Vanessy. Wtedy nawet się ucieszyłam, że los znów postawił ich na swojej drodze, ale z biegiem czasu jednak zaczęłam bardziej skłaniać się ku Victorowi i dalej myślę, że to właśnie on jest tym, który bardziej pasuje mi do lekarki. Czy rzeczywiście jest sens wracać do tego, co było kiedyś? Przyjeżdżając do Londynu Vanessa dostała szansę na rozpoczęcie nowego życia, spotkała wręcz idealnego mężczyznę (chociaż gdzieś tam w środku mam obawy, że Victor wcale nie jest taki idealny, ale oczywiście mogę się mylić) więc po co dodatkowo igrać z ogniem? Zapewnienia zapewnieniami, ale czy rzeczywiście jest dokładnie tak, jak powiedział Josh? Myślę, że przy każdym kolejnym spotkaniu wspomnienia ożyją i wtedy dopiero zaczną się kłopoty. Jestem zdania, że Josh przyleciał do Londynu z zamiarem odzyskania Vanessy i stopniowo będzie swój plan realizował. Oj zapowiada się naprawdę ciekawie i już nie mogę się doczekać kolejnych rozdziałów :)
OdpowiedzUsuńJuż kiedyś pisałam, że Gregory sam nie wie, czego tak naprawdę chce od życia i w tym rozdziale mamy tego dowód czarno na białym. Ciekawa jestem, co tak naprawdę sprawiło, że przeszły mu chęci ratowania swojego małżeństwa. Myślę, że nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o Christinę. Ten mężczyzna zwyczajnie stracił cierpliwość do swojej żony. Tak samo jest z Sophią. Z jednej strony się stara i to czasami aż za bardzo, a później olewa całą sprawę jakby nigdy nic. No ludzie! Czy tak zachowują się dorośli ludzie? Plus dla Gregory'ego za to, że nie siedział w domu i nie czekał na Sophię jak na posłusznego męża przystało, ale z drugiej strony, jaki sens ma odgrywanie się na sobie? Dla mnie żaden, bo oboje robią sobie przykrość zupełnie niepotrzebnie. Brawa dla Christiny! Wreszcie pokazała, że potrafi być silna i nie dała się po raz kolejny zwieść pisarzowi. To prawda, że przypomina sobie o niej tylko wtedy, kiedy nie układa mu się z żoną, a kiedy Sophia wykaże troszkę więcej chęci, to od razu zapomina o psycholog. To co zrobił Gregory w końcówce fragmentu moim zdaniem nie było zwykłym impulsem, chociaż dla mnie to też facet zagadka i od początku nie potrafię go rozgryźć, dlatego czekam na dalsze wydarzenia :)
Szkoda mi Tiny, naprawdę. Od początku nie miała łatwo w życiu. Kiedy była jeszcze nastolatką olała ją matka, która cały swój czas poświęcała młodszej córce, a teraz, kiedy jest już dorosłą kobietą to przyszło jej się zmierzyć z fatalnym zauroczeniem. Przykro mi, ale nie potrafię inaczej tego nazwać. Przykra prawda, ale w moim odczuciu rzeczywiście jest tak, że Gregory zwyczajnie bawi się uczuciami Christiny i już sama nie wiem, czy robi to świadomie czy jednak nieświadomie. To smutne, że przez całą tą sprawę z pisarzem cierpią na tym bliscy psycholog, ale wybuch Tiny był nieunikniony. Bo jednak są na tym świecie ludzie, którzy nie są obojętni na krzywdzenie innych ludzi i tutaj mamy tego przykład. W tym fragmencie Christina pokazała, że jej cierpliwość ma swoje granice i ma już dosyć zachowania młodszej siostry. A sama Rosalie znowu stchórzyła, bo zawsze w takich sytuacjach zaczyna płakać, albo tak jak teraz pakuje się i wyprowadza. Ja ciągle widzę w niej małą dziewczynkę, która bez opieki nad sobą kompletnie sobie nie radzi. Możliwe, że Tina powiedziała o kilka słów za dużo, ale może właśnie ta rozmowa sprowadzi Rosalie na ziemię i da do myślenia.
OdpowiedzUsuńBrawo dla Jenny! Chyba nareszcie nadszedł ten moment, kiedy kobieta poszła po rozum do głowy i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Po za tym Jeremy nie musi być od razu potencjalnym kandydatem na chłopaka. Mógł to być po prostu znajomy lub kolega z pracy. Nikt tu nie mówi od razu o wielkiej miłości, chociaż kto jak kto, ale Jenny ma pełne prawo do tego, by ułożyć sobie życie z kim będzie chciała. Ta sytuacja pod jej domem pokazuje, że James jest zazdrosny o Jenny. Ma do niej pretensje, że spotyka się z obcym mężczyzną, podczas gdy on sam sypia z Sophią i jednocześnie spotyka się z Rosalie, więc uważam, że jest ostatnią osobą, która powinna się na takie tematy wypowiadać. Czy to dobrze, że Vanessa stanęła między nimi? Możliwe, że pozwoliła Jenny uniknąć kolejnych wylanych łez z powodu Jamesa, choć dalej uważam, że takie sprawy powinni załatwiać między sobą, bez udziału osób trzecich. I jeszcze na koniec nagły przyjazd Victora... oj czuje, że będzie się działo :)
Ściskam mocno i całuję :*
W końcu się Ciebie doczekałam, kochana :) Wszystko rozumiem. Mam nadzieję, że mimo obowiązków jakoś uda Ci się znaleźć troszkę czasu dla mnie, bo zwyczajnie mi Ciebie brakuje - o czym przekonałam się bardzo podczas tego tygodnia :P To taki ukryty komplement. Naprawdę cenię sobie Twoje komentarze i obecność, chcę, żebyś o tym wiedziałam :)
UsuńWszystkie te Twoje przemyślenia odnośnie Victora, Josha i innych, są cudowne. Skłaniają mnie do takich refleksji, że nawet nie umiem tego opisać :D Dziękuję Ci za to!
Jedna rzecz - James już nie sypia z Sophią, od tamtej nocy 31 grudnia, więc to już przeszło 4 miesiące. Raz przyszła do niego, upiła się i prawie do czegoś doszło, ale jednak nie. A mówię to, bo to dość istotne i od razu stawia tego naszego Jamesa w trochę innym świetle :)
Kochana, raz jeszcze dziękuję :*
Trzymaj się i nie przepracowuj!
Buziaczki :*
<3