19 października 2014

21. ,,Wpuścił ją do swego świata''

Hej :)
Standardowo po tygodniu wracam do Was z nowością. W razie, gdybym mogła pójść komuś na rękę, jestem w stanie publikować rzadziej - dla mnie do żaden problem, bo zapasik rozdziałów po prostu czeka sobie na swoją kolej i tyle :) A chcę, żeby dla każdego czytanie Forever było jak najwygodniejsze. Wiecie, że jestem mega wyrozumiała (tak mi się wydaje), więc jak coś, mówcie śmiało. Nie pogryzę, obiecuję :)
Jeśli chodzi o sam rozdział, to jestem z niego bardziej zadowolona, niż z poprzedniego. Na moje oko trochę więcej się tu dzieje. No i jest Gregory ^^ Dobra, już nic nie mówię :P
Dziękuję za cudowne komentarze i za to, że jesteście!
Miłej lektury i do napisania wkrótce :*

***
James Blunt - Heart To Heart

Choć deszcz zacinał srogo w okno, jasnowłosa obudziła się z uśmiechem na twarzy i wiedziała, że tego dnia nikt ani nic nie zdoła popsuć jej humoru. Usiadła na łóżku, przeciągając się leniwie, po czym ziewnęła. Jej stopy odnalazły miękkie kapcie, a dłonie puszysty szlafrok w kolorze subtelnej kanarkowej żółci. Londyn przyjął swą najczęstszą postać, mimo to Rosalie czuła się tak, jakby mieszkała w zupełnie innej części świata - cieplejszej i o wiele słoneczniejszej. Uchyliła lekko okna, zaskoczona, że z zewnątrz nie uderzyło w nią chłodne, lecz przyjemnie ciepłe powietrze. Ostatnie dni nie były dla niej zbyt łaskawe. Wierzchołkiem góry lodowej była sprzeczka z Christiną, co w konsekwencji doprowadziło do nieplanowanej wyprowadzki młodszej z sióstr. Rosalie wiedziała, że kiedyś nastąpi ten moment, ponieważ jej relacje z Tiną były tak dalekie od ideału, jak tylko można to sobie wyobrazić. Kiedyś wzajemne pretensje musiały o sobie przypomnieć, a Rosalie cieszyła się, że miało to miejsce właśnie teraz. Minęły dopiero trzy pełne miesiące, od kiedy wróciła do rodzinnego miasta. Miała do zrealizowania plan, o którym pamiętała każdego dnia i kiedy patrzyła na swoje dotychczasowe poczynania, dostrzegała niewielkie, a jednak bardzo istotne postępy. Obiecała sobie, że nie pozwoli na kolejne lata milczenia pomiędzy nią a starszą siostrą, nie chciała jednak robić wszystkiego na raz. Christina ewidentnie potrzebowała więcej czasu, toteż Rosalie postanowiła usunąć się nieco w cień, nie odkładając jednak na później swoich innych pomysłów. Kolejne punkty na jej liście wciąż czekały na to, aż Rosalie zajmie się nimi na sto procent i ciemnooka czuła, że był to idealny czas, by zabrać się za coś na poważnie. Liczyła się z każdym dniem, ponieważ czas jest zbyt cenny, by go marnotrawić, a ona w swoim życiu zmarnowała okrągłe jedenaście lat, podczas których nieustannie uciekała przed swoim życiem. Teraz czuła, jak energia napływa do jej wnętrza i wiedziała, że jest do dobry znak, który pozwalał jej patrzeć w przyszłość przez różowe okulary. ,,Będzie dobrze'', powiedziała sobie w duchu, po czym wyszła z pokoju, który przez ostatnie dwie noce pełnił funkcję jej sypialni.
Rosalie weszła do kuchni i nalała sobie do szklanki soku jabłkowego. Zaczerpnęła łyk, a słodka ciecz w przyjemny sposób podrażniła jej gardło. Kobieta uchyliła kolejne okno, po czym zajęła miejsce przy stole, czekając na gospodarza domu. Póki jeszcze była sama, rozglądała się dookoła. Jak na kawalera, Martin miał naprawdę przyzwoicie urządzone mieszkanie. Wszystko było tutaj dopieszczone do ostatniego milimetra, mając specyficzny charakter, którego Rosalie nie mogła nie docenić. Czuła się tu doskonale i była szczęśliwa, że w Londynie znalazła się jeszcze jedna osoba, na którą mogła liczyć w kryzysowej sytuacji.
Przemyślenia dziewczyny przerwał nagły dźwięk otwieranych drzwi. Kiedy Rosalie szykowała się już do przywitania Martina promiennym uśmiechem, chłopak ukazał jej się z mokrymi włosami taki, jakim stworzyła go natura. Blondynka odwróciła wzrok, a Martin oblał się rumieńcem i szybko sięgnął po ręcznik, przypominając sobie o swoim gościu.
- Kurczę, przepraszam! - powiedział gorączkowo, podczas gdy Rosalie chichotała jak mała dziewczynka. - Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że tu jesteś.
- Mogę już otworzyć oczy? - zapytała jasnowłosa, a kiedy otrzymała twierdzącą odpowiedź, ponownie spojrzała na Martina. Chłopak przez chwilę śmiał się razem z nią, a następnie oparł się o blat, wcinając wcześniej przygotowaną przez siebie kanapkę.
- Jadłaś coś? - spytał, a Rosalie pokręciła głową. - Wszystko do twojej dyspozycji, częstuj się.
- Jakoś nie mam apetytu - rzekła zgodnie z prawdą. - Pewnie powiesz, że jestem koszmarnie nudna, ale muszę po raz setny zadać ci to samo pytanie. Powiedz mi, czy aby na pewno nie jestem tu dla ciebie ciężarem?
- Jesteś koszmarnie nudna - stwierdził bez ogródek. - Możesz się u mnie zatrzymać na jakiś czas, pod warunkiem, że zjesz grzecznie śniadanie. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
- Ty tu rządzisz - westchnęła, po czym pokierowała się do lodówki, z której wyjęła sobie kabanosa. Wróciła na swoje poprzednie miejsce i wzięła pierwszy kęs, patrząc Martinowi w oczy. - Zadowolony?
Mężczyzna nic nie powiedział, pokiwał jednak energicznie głową.
- Bardzo się zmieniłeś - zauważyła, a Martin wyprężył się godnie.
- To te mięśnie, maleńka - oświadczył z dumą. - Wreszcie wyglądam jak człowiek.
- Już nie bądź taki skromny. Akurat na powodzenie nigdy nie mogłeś narzekać. A skoro już o tym mowa... Powiedz mi, masz kogoś? Bo jeśli tak, to postaram się wynieść stąd jak najszybciej, by nie wchodzić w drogę tobie i twojej miłości.
- Już ci mówiłem, że możesz tu zostać, ile tylko chcesz - oznajmił Martin. - Wiesz, zawsze mogę zmienić zamki w drzwiach, kiedy postanowię zamieszkać z...
- A więc masz kogoś! - zawołała Rosalie z radością, a mężczyzna oblał się rumieńcem. - Jako, iż jestem największym kibicem prawdziwych uczuć, które w dzisiejszych czasach zdają się wymierać, daję ci pozwolenie, by wyrzucić mnie za drzwi, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba. I wiesz co? Cieszę się twoim szczęściem, Martin.
- Właśnie widzę - rzekł, uśmiechając się. - A co z tobą? Chcesz się wyłamać? Nie chcę nic mówić, ale powinnaś sobie kogoś znaleźć.
- To nie jest najlepszy czas w moim życiu na amory - stwierdziła ciemnooka.
- Zawsze mówimy, że mamy za mało czasu, ale jak spotykamy kogoś szczególnego i zakochujemy się w tej osobie, nagle nasz dzień staje się wystarczająco długi, by spędzić godziny na gapieniu się sobie w oczy.
- Kiedy zrobiłeś się taki romantyczny? - zapytała, przyglądając się przyjacielowi ze zdziwieniem. Martin wzruszył ramionami. - Kimkolwiek jest ta dziewczyna, to jasne, że ma na ciebie świetny wpływ. Osobiście kopnę cię w tyłek, jeśli pozwolisz jej kiedyś odejść.
- Grozisz mi? - spytał, wówczas Rosalie podeszła i pocałowała go w policzek przyjacielsko.
- Dzięki za śniadanie - rzekła i uciekła do sypialni, gdzie zaczęła przygotowywać się do kolejnego, pełnego nowych wyzwań dnia.

***

Choć poprzedniego wieczoru Victor nakazał jej, aby dobrze przespała całą noc, Vanessa miała prawdziwe trudności z wyciszeniem się. Lampka przy jej łóżku wciąż była zapalona, gdy niebieskooka snuła przeróżne teorie na temat dnia, który zaplanował za nią ukochany. W krytycznym momencie, gdy jej wyobraźnia zaczęła pracować na obrotach wyższych niż kiedykolwiek, ciemnowłosa pomyślała o romantycznych chwilach w sekretnym miejscu Victora, do którego nigdy nie zaprosił żadnej kobiety, a finał dnia kreował się w głowie Vannie w formie pierścionka z imponującym brylantem, który piłkarz z radością wsunąłby na jej palec. Kiedy do dziewczyny dotarło, że zachowywała się jak nastolatka, dopisująca swoje imię do nazwiska ukochanego chłopaka, zgasiła światło i przewróciła się z boku na bok. Spoglądała na zegarek, na którym jarzyły się zielone cyfry. Chciała, aby czas płynął szybciej i aby niebo za oknem już w tym momencie zmieniło barwę z granatowej w dużo jaśniejszą. Chciała, aby był ranek, by mogła wstać z łóżka, ubrać się, umalować, zapanować nad włosami i wyjść na spotkanie ze swoim mężczyzną. Jej radość była nie do opisania, kiedy dotarło do niej, że owe pragnienie zostało spełnione. Vanessa wyszła spod kołdry i potrzebowała naprawdę niewiele, by stwierdzić, że jest już gotowa do drogi. Długie ciemne włosy spięła w elegancki kok, który przyozdobiła kokardką w granatowym kolorze. Albo jej się wydawało, albo jej oczy lśniły tego dnia o wiele intensywniej, niż zazwyczaj. Wszystko za sprawą Victora, który tak namieszał jej w głowie, że przez niego Vanessa zarwała noc.
Z przemyśleń wyrwało ją ciche pukanie do drzwi. Lekarka od razu wiedziała, że po drugiej stronie odnajdzie zielonookiego, otworzyła więc drzwi energicznie i wydęła usta, gotowa, by złożyć na policzku mężczyzny pocałunek na powitanie. Jej zdziwienie było ogromne, kiedy u progu zobaczyła starszą kobietę, sąsiadkę.
- Pani Bonfire? - zapytała niepewnie, chcąc w jakiś sposób zamaskować rozczarowanie. - Mogę w czymś pomóc?
- Miłość... - rzuciła staruszka, po czym uśmiechnęła się przyjaźnie i oddaliła w stronę swojego mieszkania.
Vanessa przez dłuższą chwilę stała jak wryta, nie rozumiejąc nic z dziwnej konfrontacji z kobietą. Gdy zamknęła drzwi, pukanie znów rozległo się po mieszkaniu. Niebieskooka otworzyła drzwi niechętnie.
- Pani Bonfire, przykro mi, ale nie mam teraz czasu na... Victor! - krzyknęła, kiedy dotarło do niej, że tym razem trafił jej się o wiele atrakcyjniejszy gość. Blondyn zaśmiewał się, nie potrafiąc w żaden sposób ukryć rozbawienia.
- Widziałem to - powiedział, wymachując groźnie palcem. - Chciałaś pocałować niewinną starszą panią!
- To twoja sprawka, tak? - zapytała dziewczyna, opierając dłonie na biodrach.
- Musiałem sprawdzić, czy wyspałaś się tak, jak cię o to prosiłem. Sądząc po twoim nieprzytomnym zachowaniu, raczej nie.
- Wkurzasz mnie - mruknęła, patrząc na Victora spode łba.
- Bardzo? - spytał piłkarz i przekroczył próg mieszkania Vanessy. Ruchem jednej ręki zamknął za sobą drzwi, a drugą objął ukochaną w pasie. Do nozdrzy niebieskookiej dotarł zapach jego perfum, a była to obecnie najatrakcyjniejsza dla niej woń. - Mam nadzieję, że po drodze nie będziesz podrywać innych starszych pań. Gdyby to wyszło na jaw, pani Bonfire mogłaby być cholernie zazdrosna.
- Przestaniesz się wydurniać? - zapytała Vannie, a Victor ponownie parsknął śmiechem.
- Gotowa? - spytał, kiedy brunetka wydostała się z jego uścisku i ruszyła w stronę sypialni.
- Żartujesz sobie ze mnie? - spojrzała na niego z wyrzutem. - Nie powiedziałeś mi nawet, na jak długo jedziemy. Wiesz, że mam pracę?
- Dzisiaj nie masz - stwierdził zgodnie z prawdą.
- No dobra, a co mam spakować?
- Najlepiej nic - odparł, szczerząc się, za co dostał po łbie koszulką, którą Vannie wrzucała do torby. - No co? Nie moja wina, że najbardziej podobasz mi się bez niczego.
- Podejrzewam, że to ty się nie wyspałeś i dlatego jesteś dzisiaj tak denerwujący.
- Przez całą noc myślałem o tobie - rzekł. - Jedziemy tylko na kilka dni. Nie musisz zabierać ze sobą całej szafy.
Vanessa zatrzasnęła szafę z hukiem, usiadła na łóżku i ponownie skrzyżowała ręce na piersiach.
- Nie biorę niczego, zadowolony? - zapytała złośliwie.
- Jeszcze jak - odrzekł uradowany, po czym wyciągnął dłoń w jej stronę. - Zapraszam, pani Joyce.
- Nie zapędzasz się troszeczkę? - spytała, podając mu rękę. A więc nie tylko ona wyobrażała sobie brzmienie swego nazwiska po ewentualnym ślubie. - Mój wariat.
- Twój, twój - odrzekł i pocałował Vanessę z największą przyjemnością. - Zanim zrobi się tak obrzydliwie słodko, że nas zemdli...
- Teraz jeszcze będziesz mnie popędzał? - zapytała, mijając go i wychodząc z mieszkania z godnością.
Victor stał w miejscu, pośrodku rzeczy, które nosiły imię jego ukochanej. Musiał naprawdę za nią szaleć, skoro wszystkie jej złośliwości znosił z szerokim uśmiechem na twarzy. Był tak szczęśliwy, kiedy mógł nazwać Vannie swoją dziewczyną, że coraz trudniej przychodziło mu ukrywanie tego uczucia przed kolegami z drużyny. Vanessa nie wiedziała jeszcze, że od czasu feralnego artykułu na ich temat, który pojawił się w gazecie parę miesięcy temu, przyjaciele Victora liczą dni do poznania uroczej brunetki. Cieszył się, bo była to jedna z kilku niespodzianek, jakie dla niej przygotował.
- Mężu, czekasz na specjalne zaproszenie? - rzuciła Vannie, stając ponownie u progu drzwi.
Victor skinął lekko głową, po czym ruszył wiernie za nią, pochłaniając ją wzrokiem z miłością, która od jakiegoś czasu znaczyła każdy jego dzień.

***

Ciemnooki siedział w kawiarni, nerwowo postukując palcami o blat stolika. Z niecierpliwością wyczekiwał momentu, kiedy jasnowłosa stanie tuż przed nim. Chciał spojrzeć w te jej nieskazitelnie brązowe oczy, by mieć pewność, że każde słowo, jakie wypowie, dotrze właśnie tam, gdzie powinno. Kiedy dość skomplikowaną drogą poznał najświeższą prawdę na temat londyńskiego życia Rosalie, czuł się tak, jakby za moment miał wybuchnąć z tych emocji. Był wściekły na wszystkich, którzy przychodzili mu do głowy. Na Tinę, bo wyrzuciła siostrę z domu, kiedy ta najbardziej jej potrzebowała. Na Rosalie, że zwaliła się Christinie na głowę, bo nie można nazwać tego inaczej, jeśli chce się być szczerym. Na Jenny i Victora, bo zajęli jego uwagę, kiedy powinien bardziej zainteresować się Rosalie. W końcu James zły był na samego siebie za to, że przegapił moment, kiedy przestał być jasnowłosej potrzebny - bo gdyby był, prawdopodobnie to do niego zwróciłaby się z prośbą o pomoc. Gdyby powiedziała chociaż słówko, bez wahania odstąpiłby jej swoje własne łóżko, a sam przeniósłby się na niewygodną, zbyt twardą jak na jego gust kanapę. Czuł się pominięty i zastanawiał się, u kogo zamieszkała Rosalie. Czy w ogóle miała tu kogokolwiek, na kogo mogłaby liczyć? Może to trochę egoistyczne, ale James poczuł się naprawdę dotknięty tym, że w jakimś stopniu został przez ciemnooką zapomniany.
Mężczyzna poczuł miękkie i chłodne dłonie na swoim czole, a każdy z palców przysłaniał mu widok. Od samego początku wiedział, że to była ona, był jednak w zbyt kiepskim humorze, by z lekkim sumieniem bawić się w te dziecinne zgadywanki. Rosalie, nieco zrezygnowana, puściła Jamesa i usiadła na krześle naprzeciwko, mierząc mężczyznę wzrokiem badawczo.
- Nie będę udawać, że nie wiem, o co ci chodzi - powiedziała dziewczyna, a brązowooki uniósł wzrok. Miała na sobie beżowy sweterek, który wspaniale współgrał z jej delikatną, niezwykle subtelną urodą. Na jej twarzy gościła powaga, przełamana jednak łagodnym uśmiechem pełnym ciepła. - Od razu cię uspokoję - nie wylądowałam pod mostem.
- Nawet sobie tak nie żartuj - żachnął się James.
- Posłuchaj. Wiem, że ty zawsze jesteś przy mnie i cokolwiek nawywijam w naszym życiu, ty i tak będziesz mnie wspierał. Pamiętam o tym każdego dnia i doceniam to, choć nie rozumiem, jak to możliwe, że po tym wszystkim, co zrobiłam, ty wciąż darzysz mnie tak dużą sympatią. Jestem ci za to wdzięczna.
- Dlaczego nie zwróciłaś się do mnie? - zapytał. Nie chciał, by w jego głosie zabrzmiała zbyt duża pretensja, ostatecznie nie wiedział jednak, czy udało mu się osiągnąć zamierzony efekt.
- Bo chrapiesz, a ja powinnam się wysypiać - odparła i uśmiechnęła się pogodnie, mina Jamesa uzmysłowiła jej jednak, że nie była to odpowiedź, której oczekiwał. - Przestań się o mnie martwić, dobrze? Wszystko jest w porządku.
- Więc u kogo się zatrzymałaś?
- U starego znajomego - odrzekła, a James zmarszczył czoło. Ponownie życzył sobie nieco mniej zwięzłej odpowiedzi. Blondynka przewróciła oczami. - Ma na imię Martin. Koniec śledztwa?
- A co ty taka nerwowa? - zapytał rozbawiony mężczyzna. - Założę się, że to przez bezsenną noc. Wiesz, moje łóżko z pewnością jest wygodniejsze, niż to, które zaoferował ci ten twój Martin.
- Co ty się tak uparłeś na to wspólne mieszkanie? - Rosalie uśmiechnęła się wesoło. - Dobra, ty już wyczerpałeś limit pytań na dzisiaj, więc teraz przyszła kolej na mnie. Jak się trzymasz po spotkaniu z Victorem?
- A ty skąd o tym wiesz? - zdziwił się, poczuł również nieprzyjemne ukłucie w okolicach żołądka, kiedy został zmuszony do pomyślenia o dawnym przyjacielu. Rosalie nie musiała odpowiadać - James zorientował się, że to Vanessa musiała wszystko jej wyśpiewać. - Zostałem potrącony przez pędzącego tira.
- Cudowna metafora - przyznała. - Zetknięcie z przeszłością nigdy nie jest łatwe.
- Czy ja wiem? - zastanowił się. - W tamtą grudniową noc, kiedy po jedenastu latach znowu zagościłaś w moim życiu, czułem się wspaniale. Dziwnie, przyznaję, ale i tak nigdy tego nie zapomnę.
Pozwolili, by nie tak odległe wspomnienia na nowo wypełniły ich ciała i serca, by po chwili ustąpić znów miejsca teraźniejszości. Była ona trudna do zrozumienia, jednak oboje wiedzieli, że muszą jakoś sobie z nią poradzić. Było o tyle łatwiej, że mieli siebie nawzajem.
- Uważam, że powinieneś pogodzić się z Victorem.
- Następna - burknął James, zarzucając dłonie na kark. Przypominał zbuntowanego nastolatka, którym na dobrą sprawę nigdy nie był. Na Rosalie jego minki nie robiły najmniejszego wrażenia.
- Jeśli chcesz mi powiedzieć, że nie rozumiem, co czujesz, to pomyśl o mnie i Christinie. Dobrze wiesz, że nasze relacje nie są dobre, ale ja naprawdę próbuję ocalić to, co pozostało. Staram się, choć jest ciężko i sam widzisz, do czego prowadzą te nasze kontakty - a jednak ja się nie poddaję. Nie zniechęcaj się i walcz, póki nie jest za późno.
- Masz na myśli coś konkretnego?
- James, nigdy nie możesz być stuprocentowo pewny, ile czasu ci pozostało. Powinniśmy wykorzystywać każdy dzień i naprawiać stare błędy, dopóki jesteśmy w stanie to robić.
- Wiesz, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że tak naprawdę to przez ciebie nie jesteśmy już przyjaciółmi. To z twojego powodu odszedłem od Jenny i to dwukrotnie. Na długo po twoim wyjeździe wciąż nie potrafiłem przestać o tobie myśleć. Nie umiałem tak żyć. Zostawiłem Jenny i Olivera.
- Masz dziecko? - zapytała Rosalie, choć James spodziewał się zupełnie innych słów - czegoś, co odnosiłoby się do paskudnych i okrutnych wyrazów, jakie przez momentem wydostały się z jego ust.
- Nie mówiłem ci? - spytał brunet, a jasnowłosa pokręciła przecząco głową.
- Wygląda na to, że narozrabiałam bardziej, niż przypuszczałam - powiedziała, patrząc w punkt, którego James nie potrafił namierzyć, wiedział jednak, że Rosalie celowo omijała jego spojrzenie szerokim łukiem. - Jak myślisz, uda mi się przeprosić wszystkich, których skrzywdziłam?
- Powinniśmy wykorzystywać każdy dzień i naprawiać stare błędy. Ty mi to powiedziałaś.
- Cieszę się, że mnie słuchasz - rzekła. - Dobrze, James. Obiecuję, że się postaram i liczę, że ty zrobisz to samo. W końcu Victor raczej cię nie zbije, jeśli na spokojnie powiesz mu, co ci leży na sercu.
- Już chyba wolałbym dostać po mordzie, niż słuchać jego moralizatorskich gadek.
- Przestań marudzić - powiedziała Rosalie.
- Powinienem przeprosić cię za to, co powiedziałem? Wiesz, to o Jenny i Oliverze.
- Jeśli to była prawda, to nie. Nie mamy wpływu na naszą przeszłość. Gdyby było inaczej, już dawno znałbyś odpowiedzi na pytania, których jeszcze mi nie zadałeś. Te o moim zniknięciu i tym podobne.
- Więc nie przepraszam - rzekł. - Swoją drogą, dzięki, że przypomniałaś mi o tych pytaniach. Na śmierć zapomniałem o tym, że muszę ci jeszcze powiercić dziurę w brzuchu, zanim znowu mi uciekniesz.
- Spokojnie, James - szepnęła jasnowłosa. - Nigdzie się stąd nie ruszam.
Dodałaby ,,na razie'', gdyby nie duże, wpatrzone w nią oczy, w które nie chciała wprowadzać niepotrzebnego smutku. Zbyt wiele go doświadczyli, by z własnej woli psuć każdą pozytywną chwilę, jaką dane im było przeżywać razem.

***

Przez kilka pierwszych godzin Christina usiłowała przekonać samą siebie, że wcale nie przejmuje się tym, co wydarzyło się między nią, a Rosalie. Po upływie czasu kobieta zrozumiała, że od początku była to przegrana walka, a własnego serca nie można oszukać. Tina wolałaby, aby ich relacje były o wiele prostsze, dużo bliższe ideałom, które stawiały sobie zawsze przed oczy, jednak na niektóre sprawy po prostu nie mamy wpływu - albo nie potrafimy dostrzec nadarzającej się okazji. Szarooka szła po mieście, wiedząc, że musi zrobić cokolwiek, by odreagować. Serce ściszonym głosem podpowiadało jej, że powinna spotkać się z wysokim mężczyzną obdarzonym niemożliwie jasnymi tęczówkami, Tina znała zresztą jego imię na pamięć, jednak przez cały ten czas próbowała zająć myśli czymś innym. Kiedy przez przypadek zauważyła go w środku jednego z tych lokali, w których absolutnie nie spodziewała się go spotkać, pojęła, że walczyła z wiatrakami. Potrzebowała rozmowy z nim, albo krótkiej chwili, kiedy dane jej będzie pomilczeć w jego towarzystwie. To nie była już zwyczajna zachcianka zagubionej kobiety po trzydziestce - to było pragnienie, swą intensywnością przypominające typowe marzenie nastolatki bujającej w obłokach.
Szarooka weszła do środka, a otwieranym drzwiom towarzyszył dźwięk dzwoneczka. Brunetka spojrzała na Gregory'ego, który nie raczył unieść wzroku sponad stosu kartek, wertowanych przez niego linijka po linijce. Nim Christina znalazła się tuż obok niego, chyba po raz tysięczny zastanowiła się, dlaczego ich spotkaniami tak często rządzą przypadki. Znalazła go tutaj, choć wcale się tego nie spodziewała. Czy te najskrytsze pragnienia, które tkwią na dnie naszych serc, mają moc, o której nie wiemy?
- Pańska powieść, zgadłam? - zapytała Tina, nie trudniąc się typowymi słowami powitania. Gregory spojrzał na nią, a jego twarz, dotąd skupiona i pełna nerwów, nagle rozpromieniła się, pojaśniała. Psycholog potraktowała to jako dobry znak. - Już gotowa? - spytała ponownie, ruchem głowy wskazując na kartki, którymi zasypany był stolik.
- W przyszłym tygodniu premiera - powiedział Gregory, podczas gdy Christina zajęła miejsce po drugiej stronie, patrząc to na rozmówcę, to znów na dzieło, nad którym pracował przez kilka ostatnich miesięcy.
- Stresuje to pana? - zapytała brunetka. - Ja zapewne umarłabym ze wstydu, gdyby nagle setki oczu spoczęły na mnie, żądne krwi.
- Kiedy jest się w czymś naprawdę dobrym, tak naprawdę opinia innych wcale nie jest taka ważna, a już na pewno nie jest stresująca - odparł Gregory ze stoickim spokojem, czyniąc to niezwykle uprzejmie. Tina nie przywykła do tak pokojowej postawy pisarza. - Chcę, aby choć jedna osoba przeniosła się w wykreowany przeze mnie świat, czerpała z tego przyjemność i poczuła coś wyjątkowego - to, co towarzyszyło mi podczas pisania. Jeśli uda mi się to osiągnąć, będzie to warte o wiele więcej, niż krytyka niby znawców.
- Pięknie powiedziane, panie Haggerty - przyznała Christina, opierając twarz na dłoni.
- Może nie jestem człowiekiem renesansu, ale władać słowem akurat umiem - stwierdził, a Tina uległa złudzeniu, iż policzki mężczyzny nagle nabrały nieco innej barwy. - Mam do pani mały romans - rzekł, a Tina przypomniała sobie, jak podczas ich ostatniego spotkania, Gregory Haggerty zwrócił się do niej po imieniu. Wiedział, że nie była tym zachwycona i postanowił to zmienić. Po raz kolejny pozytywnie ją zaskoczył.
- Zamieniam się w słuch - rzekła, czekając na dalszy rozwój akcji.
- Chciałbym, aby towarzyszyła mi pani podczas premiery mojej książki - powiedział Gregory. - Nie chcę być sam.
- A co z Sophią? - zapytała Christina, wiedząc, że wciąż powinna pamiętać o żonie swego pacjenta.
- Podejrzewam, że i tak by nie przyszła - odrzekł niewzruszony.
- To pewnie jest panu przykro?
- Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek płakał z tego powodu - rzekł mężczyzna, a Tina poczuła się niezręcznie, jakby szarpnęła niewłaściwą strunę. Już miała przepraszać, kiedy Gregory nieoczekiwanie położył dłoń na jej własnej, a kiedy Christina uniosła wzrok, na twarzy pisarza zauważyła chyba najszczerszy uśmiech, jakim kiedykolwiek ją obdarzył. - Naprawdę ucieszyłbym się, gdyby pani przyszła.
Ciemnowłosa chłonęła głos Haggerty'ego, jakby był to jeden z najcudowniejszych dźwięków, jakie dane jej było usłyszeć przez te trzydzieści pięć lat życia. Kiedy patrzył na nią w taki sposób, Christina czuła się wyróżniona spośród tłumu. Nigdy nie uważała się ani za najmądrzejszą, ani najpiękniejszą, jednak w jednej chwili stawała się ucieleśnieniem samych najwspanialszych cech. To była ta chwila, kiedy Gregory patrzył na nią swymi przenikliwymi oczami, wraz z każdą sekundą odsłaniając przed nią coraz więcej elementów swojej duszy. Co ten Haggerty z nią robił? Dlaczego mężczyzna, którego do niedawna wręcz nie trawiła, tak umiejętnie grał na jej emocjach? Tina nie chciała zastanawiać się nad ewentualnymi konsekwencjami decyzji, którą musiała podjąć. Po pierwsze, istnieje szansa, że Sophia nie dowie się o tym, że Gregory zaprosił kogoś innego na premierę swojej książki, a po drugie... przecież to wcale nie była randka.
- Kiedy dokładnie ta premiera? - zapytała brunetka, a przez twarz mężczyzny przemknęło zadowolenie.

***

Od dzisiaj nie potrzebowała niczego więcej, by upewnić się co do prawdziwości uczuć Victora. Mężczyzna nie obdarował jej kosztownym prezentem i nie przedstawił swoim rodzicom, jednak Vanessa musiałaby być pozbawiona serca, jeśli nie doceniłaby tego, co dla niej zrobił. Wpuścił ją do swego świata, pokazując miejsca, o których do tego momentu mogła co najwyżej słuchać. Victor zapewnił jej wspaniałą, pełną interesujących odkryć wycieczkę po Manchesterze, raz po raz racząc ją zabawną anegdotką związaną z danym miejscem. Spędzili trochę czasu w knajpie, w której Victor zazwyczaj świętuje zwycięstwa z kolegami z drużyny, a Vannie poczuła przyjemną falę ciepła w sercu, kiedy na jednej ze ścian lokalu dostrzegła koszulkę ukochanego mężczyzny z autografem, oprawioną i zawieszoną w centralnym punkcie. Ludzie, których mijali na ulicach, które dla Vanessy były wciąż nieodkryte i nieznane, patrzyli na zielonookiego z niekrytym podziwem, a kiedy uprzejmie zgadzał się na podpisanie swoich zdjęć, z którymi ci najzagorzalsi fani nie ośmielali się rozstawać, w ich oczach płonęła prawdziwa sympatia oraz wdzięczność. Młoda lekarka czuła się niezwykle wyróżniona przez los, ponieważ miała kogoś tak wspaniałego, uwielbianego przez tysiące ludzi na całym świecie, właściwie na własność. Była bliżej, niż jakikolwiek fan i cieszyła się, że w tamtą noworoczną noc los postawił go na jej drodze. Rok zaczął się dla niej lepiej, niż odważyłaby się to sobie wyobrazić.
Kiedy Vanessa sądziła, że nic jej już nie zaskoczy, knajpa wypełniła się kilkunastoma kolegami Victora z drużyny. Piłkarze ściskali dłoń ciemnowłosej, a kilku odważyło się nawet na pocałowanie jej w policzek. Choć Victor ewidentnie chciał tego uniknąć, mężczyźni z rozbawieniem opowiadali Vannie historyjki, w których to Joyce grał pierwsze skrzypce. Poznała go od tej strony, o której nawet nie myślała i zdarzyło jej się nawet popłakać ze śmiechu. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni bawiła się tak dobrze i beztrosko, jak wówczas - zwłaszcza, że w jej ustach nie wylądowała tego dnia ani jedna kropelka alkoholu.
Gdy zabawa dobiegła końca, Victor zawiózł ukochaną do swojego domu - a warto przypomnieć, że pomimo ponad czteromiesięcznego związku, Vanessa nie była tam jeszcze ani razu. Kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg imponującego rozmiarami domu Victora, na chwilę odebrało jej dech. Właśnie tak go sobie wyobrażała - nowoczesne wnętrze, jak z katalogu, na ścianach liczne zdjęcia rodzinne, a w salonie pokaźna gablota z nagrodami za sportowe osiągnięcia. Wszystko idealnie pasowało do mężczyzny, którego znała i który każdego dnia stawał jej się coraz bliższy. Kiedy Vannie weszła do sypialni, w której miała spędzić tę noc, zamarła na widok gigantycznego łóżka, trzy razy większego od tego, które zajmowała zazwyczaj. Victor naprawdę się postarał, bo na każdej półeczce znajdowały się dziesiątki świeczek, które właśnie rozpalał. Podczas, gdy on był całkowicie pochłonięty tym zajęciem, Vanessa rzuciła się na łóżko, a jej ciało momentalnie się rozluźniło. W życiu nie było jej wygodniej.
- Cudowny dzień - westchnęła, patrząc na sufit. Świeczki rzucały błyski i cienie na wszystkie ściany, sprawiając, że klimat stawał się jeszcze bardziej intymny, wyjątkowy. - Właśnie dlatego przykro mi, że muszę na sam koniec popsuć ci nastrój.
Victor spojrzał na nią, gasząc zapalniczkę. Spodziewał się czegoś poważniejszego niż to, co po chwili wydostało się z roześmianych ust niebieskookiej.
- Nie mam piżamki - rzekła Vanessa, robiąc niemowlęce oczy pełne niewinności. - I ośmielę się wspomnieć, że to wszystko twoja wina. Gdybyś mnie nie popędzał...
- Naprawdę myślałaś, że popsuje mi to humor? - zapytał Victor podejrzliwie, odkładając zapalniczkę na blat i robiąc krok za krokiem w kierunku ukochanej.
- Szczerze? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, czując, jak serce zaczyna jej bić coraz mocniej. Kiedy mężczyzna nachylił się tak, że jego twarz znajdowała się tuż nas jej ustami, Vanessa wyciągnęła szyję, by wyszeptać mu do ucha słowo, które i tak nie było dla niego żadną niespodzianką: - Nie.
Victor uśmiechnął się, po czym pocałował brunetkę po raz pierwszy, drugi, trzeci... W pewnym momencie jej usta przestały mu wystarczać, skupił się więc na szyi, która pachniała perfumami, które zawsze doprowadzały go do szaleństwa.
- Nie miałeś przypadkiem zająć się świecami? - spytała dziewczyna.
- Masz rację - rzekł Victor i zaczął wstawać z łóżka. - Jest ich jeszcze ze sto, więc wrócę do ciebie za jakieś pół godziny.
- Kpisz sobie ze mnie?
- Chcesz, żeby było nastrojowo, prawda?
Vanessa pokręciła głową, intrygując blondyna bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
- Chcę ciebie - rzekła i kiedy słowa te zderzyły się z rzeczywistością, a Victor ponownie wylądował w ramionach ukochanej, oboje wiedzieli, że od teraz nie będą już mówić zbyt wiele. Dla jednych noc była końcem, dla nich była jednak dopiero początkiem - takim, którego nie omieszkają odtworzyć jeszcze wielokrotnie w przyszłości, którą razem będą czynić najpiękniejszą z możliwych.

***

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Nudzi mi się, więc weszłam na laptopa. Myślę sobie: 'zerknę co na opowiadaniu u Deluxe słychać, przecież powinna być nowość." I co? I jest! :) Ha! Chyba mamy jakąś magiczną więź, bo nawet na gadu ostatnio nie muszę zaglądać, aby wyczuć nowość tutaj. Takie czary! ;)
      I jak dla mnie to częstotliwość publikacji jest idealna! Powiem nawet, że nie pogardziłabym częstszymi, ale zdaję sobie sprawę, że nie każdy tak jak ja obecnie siedzi na bezrobociu. :/ Więc myślę, że tydzień przerwy jest odpowiedni.
      Czas przejść do najważniejszej części komentarza! Do oceniania odcinka! :)
      James Blunt jedyny w swoim rodzaju! <3
      Taka radosna Rosalie wywołała uśmiech na mojej twarzy i przez chwilę zapomniałam, dlaczego tak bardzo mnie denerwuje. Słońce chyba tak działa na wszystkich - nastraja pozytywnie i motywuje do działania. Szkoda, że u nas powoli zbliżają się długie, ponure dni. :( Wracając jednak do tematu, to polubiłam Martina. Nie wiem o nim jeszcze za wiele, ale sprawia sympatycznego i ułożonego faceta. I chyba nie muszę mówić, że ja bym tam nie miała nic przeciwko zobaczeniu Martina jak Pan Bóg go stworzył? :p
      Mam nadzieję, że Vanessa nie spieszy się zbytnio w swoich planach? Wiem, że jest zakochana w Victorze (i wcale się jej nie dziwię), ale uważam, że na rozmyślanie o zaręczynach jest jeszcze za wcześnie. Za to dopisywanie nazwiska swojego ukochanego do własnego imienia jest bardzo w porządku! :p A co? Trzeba wiedzieć, czy wszystko będzie do siebie pasować! A nazwisko to bardzo istotny element.
      Kocham tą dwójkę. Są tak pozytywnie zakręceni i to ich przedrzeźnianie się. Nigdy mi się to nie znudzi. I jeszcze Victor, ten facet jest I D E A L N Y! :)
      Nie znałam tej piosenki wcześniej, ale jest przecudowna. Dziękuję za zapoznanie mnie z tym utworem. :*
      Relacja Rosalie i Jamesa jest dziwna, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Z całą pewnością nie jest to już miłość. Nie wiem, czy kiedykolwiek połączyło ich prawdzie uczucie, czy tylko chwilowa fascynacja, ale cokolwiek by to nie było, to już się skończyło. Teraz bardziej przypominają mi przyjaciół, ale i do tego im trochę brakuje. Są jakby między lubieniem się, a nienawiścią. Bo chociaż James tego nie powiedział na głos, to wiem, że ma wobec Rosalie duży żal. Moja kobieca intuicja coraz częściej podpowiada mi, że Rosalie jest ciężko chora i wróciła tutaj, aby naprawić wszystko zanim umrze.
      Od początku tego opowiadania polubiłam Christinę, i dlatego nie mogę się przestać martwić o to, że Christina weszła na złą drogę. Gregory jest tajemniczą postacią. Trochę go lubię, a trochę nie. Jednak zdecydowanie nie widzę go u boku pani psycholog. To jest zajęty mężczyzna, który próbuje ratować relacje ze swoją żoną. Oczywiście efekt jest bardzo marny, ale jednak nie podjął decyzji o rozwodzie. Obawiam się, że pewnego dnia Christina obudzi się z przysłowiowym palcem w nocniku. On złamie jej serce, bo postanowi po raz setny dać szansę Sophie. Nie potrafię tego lepiej wytłumaczyć, ale uważam, że to nie jest mężczyzna dla Christiny. Ona jest za cudowna dla niego.
      Rozmarzyłam się i w tej chwili jestem w tym lepszych, barwniejszym świecie, gdzie miłość naprawdę istnieje. I to dzięki Tobie. Dziękuję :* Uśmiechałam się przez cały fragment. Genialne opisy, a końcówka.. Ach, rozpłynęłam. Sama chętnie znalazłabym się z Victorem w jego domu. Obawiam się, że mogłabym go nawet z niego nie wypuścić. Byłby moim zakładnikiem! Jak dobrze, że człowiek może sobie pomarzyć. :)
      Kochana, przecudowny odcinek, naprawdę ! Przede wszystkim dlatego, że było w nim dużo Victora! :-) Poza tym Twoje opisy, to mistrzostwo świata, podobnie jak dialogi. Akcja powoli się rozkręca i już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka!
      Widzimy się za tydzień! :*

      Usuń
    2. Zwykle nie odpowiadam od razu, ale dzisiaj jakoś nie mogę się opanować. Twój komentarz wywołał u mnie bardzo duży uśmiech. Uwielbiam Twoje przemyślenia dotyczące Jamesa i Rosalie oraz Tiny i Gregory'ego, chęć zobaczenia Martina bez ręcznika (jak ja Cię rozumiem, kochana! :D) i oczywiście to rozpływanie się z powodu Victora. Jesteś niezastąpiona.
      DZIĘKUJĘ <3

      Usuń
  2. Hej Kochana:* jeśli chodzi o Twoje słowa wstępu, to przyznaję szczerze, że mi jest obojętne to, kiedy publikujesz kolejne rozdziały, bo ostatnio z moim czasem wolnym jest kiepsko, a co za tym idzie mój komentarz jest zawsze spóźniony, więc publikuj nowości wtedy, kiedy najbardziej Tobie odpowiada a ja się po prostu jakoś dostosuję :) oczywiście piszę to w swoim imieniu, mogą być różne zdania na ten temat. Ale ważne, że moje zdanie w tej kwestii już poznałaś, więc mogę ze spokojem przejść do czytania i komentowania :)
    Pierwszy fragment zdecydowanie różnił się od wszystkich innych w których Rosalie była tą główną postacią. Chyba jeszcze nie miałam okazji przeczytać, że ta kobieta jest taka radosna i zadowolona z życia. Bardziej dała się nam poznać jako nieszczęśliwa i pokrzywdzona przez los, chociaż oczywiście z tymi stwierdzeniami też mogę się mylić. Osobiście nie lubię, kiedy ludzie robią z siebie męczenników, nie lubię wzbudzania w kimś litości na siłę, a czasami mam wrażenie, że Rosalie właśnie taka jest. Myślę, że ta wyprowadzka z mieszkania Christiny była dobrym pomysłem. Siostry z pewnością potrzebują nieco więcej czasu, żeby przemyśleć pewne sprawy i kto wie, może pewnego dnia uda im się szczerze porozmawiać i może te wszystkie nieporozumienia pójdą w niepamięć? A co do samego Martina, to tak naprawdę nie wiele można o nim powiedzieć, bo dopiero pojawił się w tej historii, więc nie wiemy jaki jest naprawdę. Na pierwszy rzut oka wydaje się sympatyczny i ogarnięty życiowo, ale z tym to też się dopiero okaże jak będzie :) mimo wszystko dobrze, że Rosalie ma dach nad głową, że jest jeszcze ktoś, kto pomoże jej w kryzysowej sytuacji.
    Nadal jestem zdania, że Vanessa bardzo się zmieniła od czasu wyjazdu z Mediolanu. Wiem, że wcześniej nie darzyłam jej szczególną sympatią, ale mimo wszystko wydawała mi się bardzo dojrzałą osobą, a teraz, od czasu przyjazdu do Londynu i przede wszystkim od czasu, kiedy poznała Victora rzeczywiście zachowuje się jak zakochana po uszy nastolatka. Nie dziwi mnie to ani trochę, bo Victor to rzeczywiście świetny facet i myślę, że Vanessa lepiej trafić nie mogła :) są naprawdę świetną parą i pasują do siebie bardzo. Ale czy przypadkiem lekarka się trochę nie zapędza? Zaręczyny po czterech miesiącach znajomości? Według mnie kiepski pomysł, nawet jeżeli kochają się nie wiadomo jak bardzo. Za wcześnie na takie sprawy, przede wszystkim muszą się lepiej poznać, żeby myśleć o zaręczynach i ewentualnym ślubie. Widzę, że Vanessa jest okropnie szczęśliwa, ale wyobraźnia trochę za bardzo ją ponosi ;) czas zejść na ziemię, a co przyszłość przyniesie tego nie wie nikt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten fragment pokazał, że po miłości Rosalie i Jamesa nie zostało praktycznie ani śladu. Będę okrutna, ale powiem, że nawet mnie to cieszy. Myślę, że nie byliby ze sobą szczęśliwi, na pewno James nie czułby się szczęśliwy w tym związku. Zapewne nie powie tego na głos, ale myślę, że jednak jest w nim żal i pretensje do Rosalie o ten wyjazd i te wszystkie tajemnice z nim związane. Zostali przyjaciółmi i niech tak zostanie. Obojgu wyjdzie to na dobre. Czytałam też komentarz od Motylka i przyznaję, że nasunęły mi się dokładnie te same skojarzenia. Rosalie coś ukrywa, to wiedzą wszyscy, którzy czytają to opowiadanie i ja też myślę, że może to mieć coś wspólnego ze zdrowiem blondynki. Jakoś nie mogę się pozbyć tych skojarzeń i coraz bardziej jestem ciekawa, co tak naprawdę ukrywa ta dziewczyna.
    Ach ta Christina. Bez wątpienia moja ulubiona bohaterka całej tej historii. Z każdym kolejnym rozdziałem przekonuję się, jak bardzo ta kobieta czuje się samotna. Gołym okiem widać, że brakuje jej faceta, kogoś do kogo tak po prostu mogłaby się przytulić po ciężkim dniu w pracy, lub po prostu porozmawiać nawet o nic nie znaczących głupotach. Do tej pory myślałam, że Gregory to odpowiedni dla niej mężczyzna, ale teraz już sama nie wiem. Mam wrażenie, że pisarz ewidentnie ją zwodzi, że najpierw wysyła jej jakieś sygnały świadczące niby o jego zainteresowaniu psycholog, a później zachowuje się jak ostatni d.pek i zwyczajnie ją olewa. Teraz znowu wyskoczył z premierą tej książki. I jak tu się nie pogubić? Coraz częściej wydaje mi się, że Tina powinna poszukać swojego szczęścia gdzieś indziej. Rzeczywiście Gregory potrafi być czarujący, ale mam wątpliwości co do tego, by był odpowiednim kandydatem dla Christiny. Może jeszcze się zmieni? Nie wiem, ale jestem bardzo ciekawa jak dalej rozwinie się ta znajomość :)
    Ostatni fragment czytało się naprawdę przyjemnie :) tak naprawdę nie wiem co jeszcze mogłabym napisać odnośnie związku Vanessy i Victora :) są ze sobą bardzo szczęśliwi i oby to ich szczęście trwało jak najdłużej, po prostu :)
    Pozdrawiam i czekam na kolejne rozdziały :)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraźnia dopisuje nie tylko Vanessie, ale przemilczę to do publikacji następnego rozdziału :P A Gregory... cóż, ten facet jest dość specyficzny, po prostu :D
      Kochana, bardzo dziękuję, bardziej za samą obecność, niż komentarz - bo wiele to dla mnie znaczy i dobrze mieć Ciebie tu obok!
      Całuję :*
      <3

      Usuń