Hej :)
Na wstępie dziękuję za wszystkie słowa spod poprzedniej części. Wiem, że to już nudne do bólu, ale muszę to powiedzieć: uwielbiam Was i tą świadomość, że tu jesteście ❤
Jeśli chodzi o sam rozdział, jest on krótszy niż zazwyczaj i nie wnosi zbyt wiele co do samej fabuły (z jednym, 'małym' wyjątkiem). Nie jestem z tego odcinka jakoś mega zadowolona, przyznaję bez bicia, ale tragedii też chyba nie ma - mam nadzieję :P Poprawiłam w paru miejscach, całkowicie zmieniłam muzykę i na pewno jest lepiej, niż było, a to już coś :) Jestem ciekawa opinii i mam nadzieję, że nie zjecie mnie za zakończenie tego rozdziału, haha :D
Ten rozdział prawdopodobnie pozostawi niedosyt, jak mówię jakościowo nie powala, więc może na pocieszenie powiem, że następna część podoba mi się o wiele bardziej :)
Tyle ode mnie dzisiaj, całuję Was mocno i do napisania! :*
❤
***
Ed Sheeran - Tenerife Sea
Na wstępie dziękuję za wszystkie słowa spod poprzedniej części. Wiem, że to już nudne do bólu, ale muszę to powiedzieć: uwielbiam Was i tą świadomość, że tu jesteście ❤
Jeśli chodzi o sam rozdział, jest on krótszy niż zazwyczaj i nie wnosi zbyt wiele co do samej fabuły (z jednym, 'małym' wyjątkiem). Nie jestem z tego odcinka jakoś mega zadowolona, przyznaję bez bicia, ale tragedii też chyba nie ma - mam nadzieję :P Poprawiłam w paru miejscach, całkowicie zmieniłam muzykę i na pewno jest lepiej, niż było, a to już coś :) Jestem ciekawa opinii i mam nadzieję, że nie zjecie mnie za zakończenie tego rozdziału, haha :D
Ten rozdział prawdopodobnie pozostawi niedosyt, jak mówię jakościowo nie powala, więc może na pocieszenie powiem, że następna część podoba mi się o wiele bardziej :)
Tyle ode mnie dzisiaj, całuję Was mocno i do napisania! :*
❤
***
Ed Sheeran - Tenerife Sea
Piękniejszy, niż pierwszy śpiew ptaków po zimie. Twój głos.
Cudowniejsze, niż treść ulubionej piosenki. Twoje słowa.
Wspanialszy, niż woń czekoladowego ciasta. Twój zapach.
Delikatniejszy, niż muśnięcie skóry piórkiem. Twój dotyk.
Lepsza, niż samotny poranek przesiąknięty ciszą. Twoja obecność.
Czarująca bardziej, niż cokolwiek na tym świecie. Twoja miłość.
Uwielbiała poranki takie, jak ten, kiedy ze snu nie wyrywał jej budzik pozbawiony subtelności, lecz poczucie, że rzeczywistość jest o niebo lepsza, niż nocne wizje, które pokazywał jej Morfeusz. Otworzyła oczy, budząc się nie w swoim pokoju i choć była tu tylko gościem, te cztery ściany wydawały jej się bliższe domowi, niż mieszkanie w Londynie, które dzieliła z Christiną. Victor traktował ją tak, jakby od samego początku była częścią jego życia, na tyle istotną, by mogła z czystym sumieniem czuć się tutaj jak u siebie. Kiedy zobaczyła puste miejsce obok siebie, zamiast twarzy zielonookiego, która stanowiła jeden z najwspanialszych widoków, jakie kiedykolwiek dane jej było obserwować, rzeczywistość zaczęła do niej docierać, stopniowo przeganiając wciąż senne myśli. Pamiętała, jak nad ranem Victor obudził ją delikatnym pocałunkiem i powiedział, że musi załatwić kilka spraw, a potem jechać na trening. Była wówczas zbyt nieprzytomna, by zbuntować się i zmusić ukochanego, aby został w domu. Żałowała, że nie mogła przytulić się teraz do jego obłędnie zbudowanej klatki piersiowej, ale dzień wciąż był młody i na pewno nadarzy się jeszcze tysiąc okazji, by spełnić swoje żądze. Na samą myśl Vanessę przeszywały przyjemne dreszcze, a w brzuchu odbywał się istny bal motyli, które dowodziły, że uczucie do piłkarza pochłaniało ją coraz bardziej.
Niebieskooka wydostała się spod kołdry i weszła do łazienki. W dużym lustrze zobaczyła swą szczupłą sylwetkę, teraz jednak całkowicie zniekształconą przez koszulkę Victora, która ledwie utrzymywała się na jej ramionach. Choć preferowała samą siebie w nieco innym wydaniu, intuicja podpowiadała jej, że Victor był zachwycony, kiedy zobaczył ją w swoich rzeczach. Mimo to Vanessa zdjęła koszulkę bez żalu i weszła pod prysznic, a strumienie gorącej wody zaczęły głaskać jej skórę, dając upragnione odprężenie.
Kiedy była gotowa, zeszła do kuchni, by zrobić sobie śniadanie. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek przedtem Victor widział ją w tak nieformalnym wydaniu - w luźnej koszulce, grubych, wełnianych skarpetach i z ręcznikiem na głowie. Jeśli nie, może to i lepiej, że wypadł mu ten trening? Przynajmniej uniknął szoku z samego rana. Brunetka posmarowała tosta masłem i odeszła od stołu, by z bliska przyjrzeć się fotografiom, które wisiały na niemal każdej ścianie tego domu. W centralnym punkcie, pośród starych zdjęć z rodzinnych wakacji albo pierwszych turniejów Victora, znajdował się portret pary młodej. Kobieta miała jasne włosy, intensywnie zielone oczy i rysy tak zbliżone do jej syna. Suknia w kolorze kości słoniowej z licznymi, ale nie przesadzonymi zdobieniami przy dekolcie, tworzyła doskonałą całość z delikatną biżuterią i lokami, puszczonymi wolno na ramiona. Mężczyzna miał rudawe włosy i twarz obsypaną piegami, które w połączeniu z nieco chytrym uśmiechem i tajemniczym błyskiem w jasnoniebieskich oczach, sprawiało, że pan młody wydawał się małym, kilkuletnim chłopcem, który musi porządnie nabroić, by móc naprawdę dobrze się bawić. Zakochani patrzyli wprost, tak, jakby jakimś cudem wiedzieli o tym, że są obserwowani przez Vanessę, z minuty na minutę coraz bardziej oczarowaną tym portretem. Lekarka odniosła wrażenie, że młodzi z prawdziwym trudem zgodzili się na oderwanie od siebie wzroku na czas tworzenia portretu, zdawali się bowiem tak szczęśliwi i przepełnieni szaloną miłością, że najchętniej spędziliby tę chwilę wyłącznie w swoim własnym towarzystwie. Rodzice Victora i Jenny. Z biegiem czasu Vanessa coraz bardziej chciała poznać tych ludzi, a obawa przed pierwszym spotkaniem malała. Przeczuwała, że nastąpi to szybciej, niż podejrzewała jeszcze kilka dni wcześniej. Razem z Victorem rozpoczynali nowy etap, którego żadne z nich nie potrafiło nazwać, jednak oboje byli nim równie podekscytowani.
Dziewczyna ubrała się pospiesznie, na wciąż wilgotne włosy nakładając jedyną czapkę, jaką znalazła, należącą do Victora. Była trochę za duża i zsuwała jej się na czoło, ale w tej chwili absolutnie jej to nie przeszkadzało. Upewniła się, że zamknęła dom na klucz, który dostała od Victora na wypadek, gdyby chciała pójść na spacer po Manchesterze, po czym ruszyła w drogę. Nie była pewna, czy trafi na miejsce bez żadnych przeszkód, w końcu miasto to wciąż było dla niej wielką tajemnicą, nie przestawała jednak wierzyć w swoje możliwości. Kiedy dotarło do niej, że ośrodek treningowy znajduje się dalej, niż przypuszczała, złapała taksówkę i dalszą część podróży spędziła na wpatrywaniu się w obrazy poprzez szybę samochodu.
- Za chwileczkę będziemy na miejscu - powiedział taksówkarz, a był to mężczyzna po pięćdziesiątce, obdarzony sumiastymi wąsami i wyjątkowo promiennym uśmiechem. - Jak powiem kolegom, kogo wiozłem, to pewnie mi nie uwierzą.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona Vanessa, po raz pierwszy od jakiegoś czasu odrywając wzrok od uroczego, choć pochmurnego dziś miasteczka.
- Pani tak na poważnie? - spytał mężczyzna, a niebieskooka skinęła głową niepewnie. - Dla nas Anglików piłka jest jak religia. Idąc tym tropem, nietrudno domyślić się, kim są dla nas zawodnicy dopingowanej przez nas drużyny. Interesujemy się nimi, bo kiedy piłkarz ma poukładane życie osobiste, to bardzo często przekłada się to na jego grę. Kiedy zobaczyłem okładkę, a podejrzewam, że dobrze wie pani, którą mam na myśli...
- Wygląda na to, że bezpowrotnie straciłam anonimowość - westchnęła Vannie, a taksówkarz zaśmiał się pod nosem.
- Niech pani o niego dba, jak o samą siebie - zastrzegł mężczyzna, parkując auto pod ośrodkiem w Carrington. - Mam też nadzieję, że nie pociągnie go pani za sobą do Londynu. To nie jest tajemnica, że Victor od dziecka kibicował Chelsea, ale Manchester wiele by na tym zyskał, gdyby to pani przeprowadziła się tutaj, a nie na odwrót.
- Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym - rzekła Vanessa i wysiadła z samochodu. Zajrzała do środka, posyłając kierowcy serdeczny uśmiech. - Dziękuję za podwózkę.
- Dla pani Joyce wszystko - odparł uradowany i chwilę później odjechał, pozostawiając po sobie kłęby kurzu.
Brunetka usiadła na ławeczce przed ośrodkiem, wpatrując się w budynek jak urzeczona. Miała nadzieję, że Victor skończy trening stosunkowo szybko, ponieważ było jej chłodno i nie pogardziłaby kimś, kto zechciałby ją rozgrzać, a właśnie on robił to najskuteczniej. Póki jeszcze była sama, lekarka przemyślała słowa taksówkarza. Czy właśnie do tego zmierzał ich związek? Do porzucenia przez nią pracy w Londynie, tej, którą przecież tak lubiła i zmienienia właściwie wszystkiego w swoim życiu? Czy będzie musiała pogodzić się z rozłąką z ludźmi, którzy byli jej bliscy? Czy znów opuści miejsce, które kocha, tak, jak nie tak dawno uczyniła to z Mediolanem? Niebieskooka nie miała czasu, by zastanawiać się nad tym dłużej. Dotarł do niej jakiś szmer, który po chwili okazał się rozmowami dziesiątek zawodników, opuszczających ośrodek. Wszyscy byli w szampańskich humorach, dyskutując zawzięcie z pozostałymi, opowiadając dowcipy albo ekscytując się nadchodzącym meczem z Manchesterem City. Gdy piłkarze zauważyli Vanessę, posłali jej uśmiechy, a niektórzy pokusili się nawet o powitanie werbalne. Ci sami, którzy zaskoczyli ją swą śmiałością w pubie, gdy całowali ją w policzek, dziś uczynili to samo z niekrytą przyjemnością.
- Panowie, wszystko pięknie, ale ta ślicznotka jest moja - rzekł Victor, który wyłonił się z tłumu i jednym słowem odpędził kolegów od ukochanej. Pożegnał się z nimi, a potem przystąpił do witania ciemnowłosej. Właśnie na to czekała. Dłonie momentalnie przestały jej drżeć, a poczucie zimna ustąpiło niemal natychmiast. - Co ty tu robisz, Vannie?
- Chciałam cię zobaczyć - odparła, zgodnie z prawdą.
- Powinienem pytać, jak tu trafiłaś? - zapytał, a niebieskooka wzruszyła ramionami. - Masz mokre włosy? - spytał, tym razem innym, bardziej zdumionym tonem. - Odbiło ci? Chcesz się przeziębić?
- Tak, to moje największe marzenie - mruknęła. - Rozmawiałam dzisiaj z twoim wielkim fanem i podejrzewam, że gdybyś teraz zachorował i opuścił mecz, długo bym nie pożyła.
- Do czego zmierzasz? - spytał z niepokojem w głosie.
- Do tego, mój drogi, że nie powinieneś się do mnie zbliżać, nie wspominając nawet o pocałunkach. Chyba nie chcesz, aby akurat teraz rozłożyła cię choroba, prawda?
Victor popatrzył na nią, zastanawiając się, ile w jej słowach żartu, a ile szczerości. Im dłużej patrzył, tym coraz bardziej absorbowała go jej uroda i wdzięk, niż cokolwiek innego. Właśnie to skłoniło go do przysunięcia twarzy nieco bliżej.
- Mogę pocierpieć - szepnął i pocałował ją tak, jakby miało to być ich ostatnie spotkanie.
Vanessa nie mogłaby być szczęśliwsza. Była to końcówka jej urlopu, miała więc zamiar wycisnąć z niego to, co najlepsze. Nic nie mogłoby pokrzyżować jej planów - nawet choroba, którą pomału zaczynała wyczuwać nosem, jednak prędzej by umarła, niż przyznała, iż obawy Victora były słuszne.
***
Rosalie zamknęła za sobą drzwi, a kiedy spojrzała przed siebie, jej oczom ukazało się miejsce, które tak dobrze znała. Nie trzeba być niezwykle spostrzegawczym, by dostrzec, jak bardzo zmienił się ośrodek, w którym w przeszłości uczyła się tańczyć. Na ścianach wisiały zupełnie nowe plakaty, a w gablotach lśniły puchary z wygrawerowanymi nazwiskami, których Rosalie nie była w stanie z nikim zidentyfikować. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zorientowała się, że pozostał tu po niej ślad trwalszy, niż stare fotografie na poziomie wzroku czy pamiątkowe trofeum, stojące wciąż na honorowym miejscu. Jej twarz przeciął uśmiech, kiedy dostrzegła kilka symboli wyskrobanych na ścianie. W jej oczach jarzyło się wzruszenie. ,,J+R = ♡''. Pamiętała, kiedy spotkali się z Jamesem, gdy oboje skończyli zajęcia. Chcieli, aby to miejsce nigdy nie utraciło wyjątkowości, jakiej nabrało, kiedy się poznali. Ich wspólna historia rozpoczęła się właśnie tutaj. Chcieli móc tu wrócić, nawet, gdyby już nie byli razem, by w godzinie nieszczęścia przypomnieć sobie, że kiedyś byli kochani. Zadziwiające, że przez tyle lat nikt nie pofatygował się, by zakryć szkodę, którą narobiła dwójka rozbrykanych dzieciaków. Pewnie któregoś dnia ulegnie to zmianie. Być może to miejsce przestanie kiedyś być kopalnią młodych talentów w dziedzinie baletu i piłki nożnej. Może ktoś postanowi zamienić ośrodek treningowy w supermarket albo postawi tu osiedle. Życie się zmienia i wciąż gna do przodu. Robi to nawet wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie dotrzymać mu kroku. Zatrzymasz się i pozwolisz mu uciec? A może zrobisz wszystko, by biec razem z nim i nie stracić żadnego kolejnego dnia?
Dziewczyna ubrała się pospiesznie, na wciąż wilgotne włosy nakładając jedyną czapkę, jaką znalazła, należącą do Victora. Była trochę za duża i zsuwała jej się na czoło, ale w tej chwili absolutnie jej to nie przeszkadzało. Upewniła się, że zamknęła dom na klucz, który dostała od Victora na wypadek, gdyby chciała pójść na spacer po Manchesterze, po czym ruszyła w drogę. Nie była pewna, czy trafi na miejsce bez żadnych przeszkód, w końcu miasto to wciąż było dla niej wielką tajemnicą, nie przestawała jednak wierzyć w swoje możliwości. Kiedy dotarło do niej, że ośrodek treningowy znajduje się dalej, niż przypuszczała, złapała taksówkę i dalszą część podróży spędziła na wpatrywaniu się w obrazy poprzez szybę samochodu.
- Za chwileczkę będziemy na miejscu - powiedział taksówkarz, a był to mężczyzna po pięćdziesiątce, obdarzony sumiastymi wąsami i wyjątkowo promiennym uśmiechem. - Jak powiem kolegom, kogo wiozłem, to pewnie mi nie uwierzą.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona Vanessa, po raz pierwszy od jakiegoś czasu odrywając wzrok od uroczego, choć pochmurnego dziś miasteczka.
- Pani tak na poważnie? - spytał mężczyzna, a niebieskooka skinęła głową niepewnie. - Dla nas Anglików piłka jest jak religia. Idąc tym tropem, nietrudno domyślić się, kim są dla nas zawodnicy dopingowanej przez nas drużyny. Interesujemy się nimi, bo kiedy piłkarz ma poukładane życie osobiste, to bardzo często przekłada się to na jego grę. Kiedy zobaczyłem okładkę, a podejrzewam, że dobrze wie pani, którą mam na myśli...
- Wygląda na to, że bezpowrotnie straciłam anonimowość - westchnęła Vannie, a taksówkarz zaśmiał się pod nosem.
- Niech pani o niego dba, jak o samą siebie - zastrzegł mężczyzna, parkując auto pod ośrodkiem w Carrington. - Mam też nadzieję, że nie pociągnie go pani za sobą do Londynu. To nie jest tajemnica, że Victor od dziecka kibicował Chelsea, ale Manchester wiele by na tym zyskał, gdyby to pani przeprowadziła się tutaj, a nie na odwrót.
- Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym - rzekła Vanessa i wysiadła z samochodu. Zajrzała do środka, posyłając kierowcy serdeczny uśmiech. - Dziękuję za podwózkę.
- Dla pani Joyce wszystko - odparł uradowany i chwilę później odjechał, pozostawiając po sobie kłęby kurzu.
Brunetka usiadła na ławeczce przed ośrodkiem, wpatrując się w budynek jak urzeczona. Miała nadzieję, że Victor skończy trening stosunkowo szybko, ponieważ było jej chłodno i nie pogardziłaby kimś, kto zechciałby ją rozgrzać, a właśnie on robił to najskuteczniej. Póki jeszcze była sama, lekarka przemyślała słowa taksówkarza. Czy właśnie do tego zmierzał ich związek? Do porzucenia przez nią pracy w Londynie, tej, którą przecież tak lubiła i zmienienia właściwie wszystkiego w swoim życiu? Czy będzie musiała pogodzić się z rozłąką z ludźmi, którzy byli jej bliscy? Czy znów opuści miejsce, które kocha, tak, jak nie tak dawno uczyniła to z Mediolanem? Niebieskooka nie miała czasu, by zastanawiać się nad tym dłużej. Dotarł do niej jakiś szmer, który po chwili okazał się rozmowami dziesiątek zawodników, opuszczających ośrodek. Wszyscy byli w szampańskich humorach, dyskutując zawzięcie z pozostałymi, opowiadając dowcipy albo ekscytując się nadchodzącym meczem z Manchesterem City. Gdy piłkarze zauważyli Vanessę, posłali jej uśmiechy, a niektórzy pokusili się nawet o powitanie werbalne. Ci sami, którzy zaskoczyli ją swą śmiałością w pubie, gdy całowali ją w policzek, dziś uczynili to samo z niekrytą przyjemnością.
- Panowie, wszystko pięknie, ale ta ślicznotka jest moja - rzekł Victor, który wyłonił się z tłumu i jednym słowem odpędził kolegów od ukochanej. Pożegnał się z nimi, a potem przystąpił do witania ciemnowłosej. Właśnie na to czekała. Dłonie momentalnie przestały jej drżeć, a poczucie zimna ustąpiło niemal natychmiast. - Co ty tu robisz, Vannie?
- Chciałam cię zobaczyć - odparła, zgodnie z prawdą.
- Powinienem pytać, jak tu trafiłaś? - zapytał, a niebieskooka wzruszyła ramionami. - Masz mokre włosy? - spytał, tym razem innym, bardziej zdumionym tonem. - Odbiło ci? Chcesz się przeziębić?
- Tak, to moje największe marzenie - mruknęła. - Rozmawiałam dzisiaj z twoim wielkim fanem i podejrzewam, że gdybyś teraz zachorował i opuścił mecz, długo bym nie pożyła.
- Do czego zmierzasz? - spytał z niepokojem w głosie.
- Do tego, mój drogi, że nie powinieneś się do mnie zbliżać, nie wspominając nawet o pocałunkach. Chyba nie chcesz, aby akurat teraz rozłożyła cię choroba, prawda?
Victor popatrzył na nią, zastanawiając się, ile w jej słowach żartu, a ile szczerości. Im dłużej patrzył, tym coraz bardziej absorbowała go jej uroda i wdzięk, niż cokolwiek innego. Właśnie to skłoniło go do przysunięcia twarzy nieco bliżej.
- Mogę pocierpieć - szepnął i pocałował ją tak, jakby miało to być ich ostatnie spotkanie.
Vanessa nie mogłaby być szczęśliwsza. Była to końcówka jej urlopu, miała więc zamiar wycisnąć z niego to, co najlepsze. Nic nie mogłoby pokrzyżować jej planów - nawet choroba, którą pomału zaczynała wyczuwać nosem, jednak prędzej by umarła, niż przyznała, iż obawy Victora były słuszne.
***
Rosalie zamknęła za sobą drzwi, a kiedy spojrzała przed siebie, jej oczom ukazało się miejsce, które tak dobrze znała. Nie trzeba być niezwykle spostrzegawczym, by dostrzec, jak bardzo zmienił się ośrodek, w którym w przeszłości uczyła się tańczyć. Na ścianach wisiały zupełnie nowe plakaty, a w gablotach lśniły puchary z wygrawerowanymi nazwiskami, których Rosalie nie była w stanie z nikim zidentyfikować. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zorientowała się, że pozostał tu po niej ślad trwalszy, niż stare fotografie na poziomie wzroku czy pamiątkowe trofeum, stojące wciąż na honorowym miejscu. Jej twarz przeciął uśmiech, kiedy dostrzegła kilka symboli wyskrobanych na ścianie. W jej oczach jarzyło się wzruszenie. ,,J+R = ♡''. Pamiętała, kiedy spotkali się z Jamesem, gdy oboje skończyli zajęcia. Chcieli, aby to miejsce nigdy nie utraciło wyjątkowości, jakiej nabrało, kiedy się poznali. Ich wspólna historia rozpoczęła się właśnie tutaj. Chcieli móc tu wrócić, nawet, gdyby już nie byli razem, by w godzinie nieszczęścia przypomnieć sobie, że kiedyś byli kochani. Zadziwiające, że przez tyle lat nikt nie pofatygował się, by zakryć szkodę, którą narobiła dwójka rozbrykanych dzieciaków. Pewnie któregoś dnia ulegnie to zmianie. Być może to miejsce przestanie kiedyś być kopalnią młodych talentów w dziedzinie baletu i piłki nożnej. Może ktoś postanowi zamienić ośrodek treningowy w supermarket albo postawi tu osiedle. Życie się zmienia i wciąż gna do przodu. Robi to nawet wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie dotrzymać mu kroku. Zatrzymasz się i pozwolisz mu uciec? A może zrobisz wszystko, by biec razem z nim i nie stracić żadnego kolejnego dnia?
Ciemnooka usłyszała piskliwe głosy, które przerwały błogą, skłaniającą do spokojnych przemyśleń ciszę. Dziewczyna udawała, że uważnie wczytuje się w tablicę z ogłoszeniami, podczas gdy tak naprawdę dyskretnie poszukiwała pośród anonimowych twarzy tej jednej, którą po prostu musiała zobaczyć. Nie znała szczegółów, a jednak była pewna, że kiedy nadejdzie ta chwila, bez trudu zobaczy w twarzy dziesięciolatka to, co kiedyś tak kochała w jego ojcu. Musieli być do siebie podobni - sam fakt, że chłopiec też trenował piłkę, świadczył o tym doskonale. Kiedy w tłumie odnalazła migdałowe oczy Jenny i ciemne włosy oraz rysy Jamesa, od razu wiedziała, że to był właśnie Oliver. Początkowo chłopiec nie zwrócił na nią uwagi, potem jednak podszedł bliżej razem z kolegami. Rosalie spojrzała na nich pytająco, na co dziesięciolatek obdarzony bardzo jasnymi włosami wyszczerzył się głupawo.
- Cześć, piękna - powiedział, co w głowie Dainty zabrzmiało jak wyjątkowo kiepski żart. Nie wiedziała, w jaki sposób zareagować, z uśmiechem czekała więc na dalszy rozwój akcji. - Może mogę w czymś pomóc?
- Masz coś konkretnego na myśli? - zapytała, a mali piłkarze roześmiali się, włącznie z Oliverem, który sprawiał jednak wrażenie nieco speszonego.
- Pomyślałem sobie, że mogło cię zaboleć, kiedy spadłaś z nieba - rzekł, a paru nastolatków zagwizdało, nie kryjąc, jak świetnie bawili się kosztem Rosalie. Dziewczyna pochyliła się, by jej oczy znalazły się na poziomie wzroku rozmówcy. Uśmiechnęła się, ponieważ i ją śmieszyła cała ta sytuacja.
- Rzekłabym, że za chwilę kogoś innego będzie coś bolało, gdyby nie fakt, iż mogłabym być twoją matką - powiedziała. Policzki chłopca pokryły się szkarłatem, podczas gdy pozostali nie kryli rozbawienia. - Zmykaj - skwitowała, klepiąc blondyna po ramieniu, po czym wyprostowała się.
Zobaczyła, jak Oliver obejrzał się, a kiedy dotarło do niego, że został namierzony, szybko odwrócił wzrok. Po dzieciach najlepiej widać, jak zabójcze prędkości może osiągać życie. Wskazówki pędzą tak szybko, że wręcz nie jesteśmy w stanie tego zarejestrować. Spotkanie z Oliverem umocniło w sercu Rosalie obawę, która rosła w niej od jakiegoś czasu. Moment zmierzenia się z przeszłością bez stosowania uników zbliżał się wielkimi krokami, a ona nie miała już siły, by z tym walczyć.
***
Sophia sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, choć fizycznie, ku niezmiernej uciesze Christiny Dainty, wciąż okupowała krzesło naprzeciwko biurka ciemnowłosej. Zdarzyło jej się przerwać w połowie zdania, kiedy myśli uciekały z jej głowy, była jednak wyjątkowo gadatliwa i wylewna - tak, jakby po raz pierwszy naprawdę cieszyła się ze spotkania z Tiną. Być może od dłuższego czasu potrzebowała wypłakać się komuś w rękaw, jednak wokół nie potrafiła odnaleźć odpowiedniej osoby, która zechciałaby jej wysłuchać. W pewnym momencie Christina zrozumiała, że nie może bujać w obłokach, ponieważ Sophia nie za to płaciła jej niemałe pieniądze. Odrzuciła na bok swoje rozmyślanie na temat premiery książki Gregory'ego, która zbliżała się wielkimi krokami i postanowiła skupić się w stu procentach na blondynce.
- Potrzebuję przerwy - rzekła Sophia akurat w tym samym momencie, kiedy Christina zaczęła naprawdę jej słuchać. - Muszę zadzwonić.
Brunetka skinęła delikatnie głową i w milczeniu pożegnała sylwetkę Haggerty, która opuściła gabinet, pozostawiając za sobą intensywną, kwiatową woń swoich perfum. Dainty zastanawiała się, czy Gregory jednak zaprosił żonę na premierę. Sophia sprawiała wrażenie zakochanej, bo czy tego stanu nie charakteryzuje właśnie myślenie o bożym świecie i bycie w kółko oderwanym od rzeczywistości? Zawsze istniała możliwość, że państwo Haggerty zaczęli wyczuwać pozytywne działanie spotkań z Christiną, a ich małżeństwo wraca na dobre tory. Tylko dlaczego szarooka nie potrafiła cieszyć się z kolejnego zawodowego sukcesu na koncie? Im więcej czasu Christina spędzała z pisarzem, niezależnie od tego, czy spotykali się w jej gabinecie, czy na mieście w wyniku przypadkowego wpadnięcia na siebie w niepozornym miejscu, tym bardziej zastanawiała się, dlaczego Sophia zdradziła męża. Choć Gregory nie zrobił na Tinie dobrego pierwszego wrażenia, to przy bliższym poznaniu okazywał się trudnym, ale wbrew pozorom miłym mężczyzną, do którego być może kiedyś uda jej się dotrzeć. Sophia była prawdziwą szczęściarą, że przez parę dobrych lat dzieliła życie z kimś takim. Czy można wybaczyć zdradę? Czy można żyć dalej z osobą, która tak mocno nadszarpnęła nasze zaufanie? Czy próba udzielenia pomocy państwu Haggerty nie była stratą czasu i waleniem głową w mur? Mina Sophii, kiedy wróciła do gabinetu, zdawała się być przeczącą odpowiedzią samą w sobie. Owszem, była zestresowana i nieco przygaszona, jednak w jej oczach iskrzyło się dziwne światełko, które Christina z marszu utożsamiała z zauroczeniem. Być może istnieją rzeczy, o których Gregory nie mówi Tinie, pomimo ich coraz lepszych i pogłębiających się relacji.
- Na czym skończyłam? - zapytała Sophia, a na jej twarzy zagościł łagodny uśmiech, tak inny od tego, którym obdarowywała ludzi najczęściej - pogardliwego i fałszywego.
- Mówiłaś o swoim wczorajszym śnie - odparła Tina, a niebieskooka nie kryła pozytywnego zaskoczenia. Chyba po raz pierwszy od dawna ktoś naprawdę jej słuchał.
Christina nie zdołała odwzajemnić uśmiechu blondynki, jej rezerwa nie zmalała bowiem ani trochę, jednak poczuła, jak jej stosunek do Sophii nieco się zmienia. Dostrzegała w niej bardzo zagubioną istotę i mogłaby przysiąc, że wyniosła baletnica jakimś cudem zaczynała kojarzyć ją jako osobę, która chce jej pomóc, a nie jako siostrę swej dawnej ofiary.
***
Zobaczyła, jak Oliver obejrzał się, a kiedy dotarło do niego, że został namierzony, szybko odwrócił wzrok. Po dzieciach najlepiej widać, jak zabójcze prędkości może osiągać życie. Wskazówki pędzą tak szybko, że wręcz nie jesteśmy w stanie tego zarejestrować. Spotkanie z Oliverem umocniło w sercu Rosalie obawę, która rosła w niej od jakiegoś czasu. Moment zmierzenia się z przeszłością bez stosowania uników zbliżał się wielkimi krokami, a ona nie miała już siły, by z tym walczyć.
***
Sophia sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, choć fizycznie, ku niezmiernej uciesze Christiny Dainty, wciąż okupowała krzesło naprzeciwko biurka ciemnowłosej. Zdarzyło jej się przerwać w połowie zdania, kiedy myśli uciekały z jej głowy, była jednak wyjątkowo gadatliwa i wylewna - tak, jakby po raz pierwszy naprawdę cieszyła się ze spotkania z Tiną. Być może od dłuższego czasu potrzebowała wypłakać się komuś w rękaw, jednak wokół nie potrafiła odnaleźć odpowiedniej osoby, która zechciałaby jej wysłuchać. W pewnym momencie Christina zrozumiała, że nie może bujać w obłokach, ponieważ Sophia nie za to płaciła jej niemałe pieniądze. Odrzuciła na bok swoje rozmyślanie na temat premiery książki Gregory'ego, która zbliżała się wielkimi krokami i postanowiła skupić się w stu procentach na blondynce.
- Potrzebuję przerwy - rzekła Sophia akurat w tym samym momencie, kiedy Christina zaczęła naprawdę jej słuchać. - Muszę zadzwonić.
Brunetka skinęła delikatnie głową i w milczeniu pożegnała sylwetkę Haggerty, która opuściła gabinet, pozostawiając za sobą intensywną, kwiatową woń swoich perfum. Dainty zastanawiała się, czy Gregory jednak zaprosił żonę na premierę. Sophia sprawiała wrażenie zakochanej, bo czy tego stanu nie charakteryzuje właśnie myślenie o bożym świecie i bycie w kółko oderwanym od rzeczywistości? Zawsze istniała możliwość, że państwo Haggerty zaczęli wyczuwać pozytywne działanie spotkań z Christiną, a ich małżeństwo wraca na dobre tory. Tylko dlaczego szarooka nie potrafiła cieszyć się z kolejnego zawodowego sukcesu na koncie? Im więcej czasu Christina spędzała z pisarzem, niezależnie od tego, czy spotykali się w jej gabinecie, czy na mieście w wyniku przypadkowego wpadnięcia na siebie w niepozornym miejscu, tym bardziej zastanawiała się, dlaczego Sophia zdradziła męża. Choć Gregory nie zrobił na Tinie dobrego pierwszego wrażenia, to przy bliższym poznaniu okazywał się trudnym, ale wbrew pozorom miłym mężczyzną, do którego być może kiedyś uda jej się dotrzeć. Sophia była prawdziwą szczęściarą, że przez parę dobrych lat dzieliła życie z kimś takim. Czy można wybaczyć zdradę? Czy można żyć dalej z osobą, która tak mocno nadszarpnęła nasze zaufanie? Czy próba udzielenia pomocy państwu Haggerty nie była stratą czasu i waleniem głową w mur? Mina Sophii, kiedy wróciła do gabinetu, zdawała się być przeczącą odpowiedzią samą w sobie. Owszem, była zestresowana i nieco przygaszona, jednak w jej oczach iskrzyło się dziwne światełko, które Christina z marszu utożsamiała z zauroczeniem. Być może istnieją rzeczy, o których Gregory nie mówi Tinie, pomimo ich coraz lepszych i pogłębiających się relacji.
- Na czym skończyłam? - zapytała Sophia, a na jej twarzy zagościł łagodny uśmiech, tak inny od tego, którym obdarowywała ludzi najczęściej - pogardliwego i fałszywego.
- Mówiłaś o swoim wczorajszym śnie - odparła Tina, a niebieskooka nie kryła pozytywnego zaskoczenia. Chyba po raz pierwszy od dawna ktoś naprawdę jej słuchał.
Christina nie zdołała odwzajemnić uśmiechu blondynki, jej rezerwa nie zmalała bowiem ani trochę, jednak poczuła, jak jej stosunek do Sophii nieco się zmienia. Dostrzegała w niej bardzo zagubioną istotę i mogłaby przysiąc, że wyniosła baletnica jakimś cudem zaczynała kojarzyć ją jako osobę, która chce jej pomóc, a nie jako siostrę swej dawnej ofiary.
***
- Żyjesz jeszcze? - krzyknął Victor, gasząc ogień na kuchence i szukając miski. Z salonu dotarł do niego jęk, który okazał się jedyną odpowiedzią, jakiej piłkarz mógł się teraz spodziewać. Uśmiechnął się, a kiedy wlał do miski bardzo dużą ilość zupy, której gorąca para uderzyła jego skórę przyjemnie, ruszył w kierunku salonu, niosąc posiłek dla ukochanej.
- Nie wchodź! - wrzasnęła Vanessa na tyle, na ile pozwoliło jej bolące coraz bardziej gardło.
- A co, rozebrałaś się do rosołu? To całkiem zrozumiałe - zażartował.
- Po pierwsze, to wcale nie było śmieszne - rzekła, a Victor roześmiał się, kiedy wyobraził sobie, jaką niebieskooka musi mieć teraz minę. - Po drugie, wyglądam jak śmierć i naprawdę nie chcę, abyś musiał oglądać mnie w takim stanie.
- A masz może pomysł, jak mam ci dostarczyć zupę? Bo wiesz, przez dziurkę od klucza raczej się nie da - prychnął. - Dobra, Vannie, nie wygłupiaj się. Wchodzę.
Kiedy mężczyzna wolną dłonią otworzył drzwi, brunetka miała twarz schowaną pod poduszką, którą mocno docisnęła. Victor postawił miskę na stoliku, a zaciekawiona zapachem Vanessa w końcu odłożyła poduszkę na bok, ukazując ukochanemu swe oblicze. Miała zaczerwieniony nos i policzki, załzawione oczy i spierzchnięte usta.
- To dla mnie tak się wypindrzyłaś? - spytał, starając się, aby jego głos brzmiał jak najbardziej poważnie. Vannie spojrzała na niego jak na skończonego idiotę.
- Jeszcze jedno słowo - ostrzegła go, zajadając rosół ze smakiem.
- Aspiryna - powiedział z uciechą, przerywając ciszę wbrew jej sprzeciwowi, po czym podał jej tabletkę, a raczej cały ich zestaw.
- Może od razu daj mi całą apteczkę? - zaproponowała.
- Z chęcią bym to zrobił, ale chwilowo nie mam na to czasu - odrzekł i ze zdumieniem spostrzegł, że Vanessa zdążyła już zasiać całkowite spustoszenie w swojej misce. Dziewczyna wyprostowała się wygodniej na kanapie, patrząc na Victora z zaciekawieniem.
- Niech zgadnę. Jesteś zbyt zajęty nabijaniem się ze mnie, by zrobić mi przysługę?
- Pudło - odparł, po czym, ku jej ogromnemu zaskoczeniu, ukląkł na podłodze. Vanessa zakasłała, a Victor nie potrafił dociec, czy było to efektem narastającego przeziębienia, czy też brunetka zakrztusiła się z wrażenia.
- Co ty wyprawiasz? - spytała, a twarz zielonookiego przeciął uśmiech. Fantastycznie się bawił, mimo emocji, które dorównywały tym meczowym, kiedy to on zdobywał zwycięską bramkę dla swojej drużyny. Denerwował się, lecz nie chciał tego kończyć. Nie przed czasem.
- Planowałem to od jakiegoś czasu - powiedział i ani myślał, aby wstać. - Chciałem, aby ten moment miał dla ciebie większe znaczenie i abyś zapamiętała go na zawsze. Zapewne zauważyłaś, że nie znajdujemy się obecnie w eleganckiej restauracji, a ty nie masz na sobie drogiej kiecki i szlachetnej biżuterii. Jesteś cała zasmarkana, zziębnięta i rozsiewasz zarazki, a mimo to nie mógłbym wyobrazić sobie piękniejszej kobiety od ciebie.
Mężczyzna zrobił pauzę, by chwilę później zaprezentować Vanessie niewielkie pudełeczko, kryjące w sobie pierścionek z największym kamieniem, jaki kiedykolwiek widziała. Diament lśnił niemal tak intensywnie, jak łzy w jej oczach. Victor miał ochotę roześmiać się - był tak szczęśliwy, bo zrozumiał już, że Vanessa na pewno mu nie odmówi. Zrobił wszystko, by zachować powagę.
- Zostaniesz moją żoną? - zapytał, a Vannie pokręciła przecząco głową. - Nie? - spytał piskliwie, nie kryjąc zdziwienia. Tym razem to niebieskooka wybuchnęła śmiechem, który tworzył zabójcze połączenie ze łzami, które teraz nie były symbolicznym wyrazem wzruszenia, lecz istną rzeką zalewającą jej twarz.
- Nie mogę w to uwierzyć - szepnęła, wierzchem dłoni ocierając łzę, co było syzyfową pracą, ponieważ i tak już po sekundzie to samo miejsce znowu było mokre. - Tak! Oczywiście, że tak!
Victor wsunął pierścionek na palec ukochanej, po czym przytulił ją najmocniej, jak potrafił. Przez wiele lat błąkał się po świecie, poszukując szczęścia. Miał tak dużo... Sławę, pieniądze, przyjaciół. W którymś momencie zrozumiał, że czegoś mu jednak brakuje. To była ona. Teraz, gdy mógł poczuć jej dotyk i miłość, którą dostrzegał w każdym geście i słyszał w każdym słowie, czuł, że życie nie mogłoby być lepsze. To jasne, że kiedyś w jego sercu zapłoną nowe marzenia, teraz jednak mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że miał wszystko i nie potrzebował niczego więcej. Każde pragnienie jego serca właśnie zostało ugaszone, otwierając przed nim nowe możliwości i szczęście, które będzie dzielić razem z Vanessą tak długo, jak się da. Przypomniał sobie, jak się poznali i jak uczucie kiełkowało w nich od samego początku. Pośród dziesiątek wspomnień najwyraźniejsze było to jedno, które nie mogłoby bardziej pasować do tej sytuacji. Powiedział jej, że planował te oświadczyny od jakiegoś czasu. Wygląda na to, że nie blefował.
Brunetka zastygła w miejscu, kiedy poczuła, jak komórka zaczęła wibrować jej w torebce. Uniosła wzrok wymownie do góry, niezadowolona z faktu, iż nawet teraz ktoś zawraca jej głowę. Kiedy w końcu udało jej się odnaleźć telefon na samym dnie torby, w pierwszej chwili nie wiedziała, jak zareagować. Na wyświetlaczu pojawiła się informacja, że dzwoni do niej...
- Mój przyszły mąż? - zapytała ze zdziwieniem, po raz kolejny czytając te słowa. Była już pewna, że się nie przeoczyła. Nacisnęła zieloną słuchawkę, nie wiedząc, czego powinna się spodziewać. - Słucham?
- Dobry wieczór, moja przyszła żono - odezwał się męski głos, którego Vanessa nie rozpoznała od razu.
Zapanowała niezręczna cisza.
- Vanessa? - zapytał, a dziewczyna w końcu zrozumiała, z kim miała do czynienia.
- Victor! - rzekła, zadowolona z tego, że udało jej się rozwikłać tę zagadkę. - Dlaczego zapisałeś mi swój numer pod tak absurdalną nazwą?
- Czy ja wiem... - mruknął piłkarz. - Mi tam się ona podoba.
***
First ! :)
OdpowiedzUsuńDzisiaj bez słowa wstępu :-)
UsuńBardzo podoba mi się tekst pisany kursywą. Świetnie to napisała, kłaniam się nisko. I duży plus za piosenkę Twojego ulubieńca. :)
Zazdroszczę Vanessie szczęścia. Jest zakochana i kochana. Cały fragment czytałam z takim szerokim uśmiechem, że aż bolą mnie policzki. Uwielbiam ich i kupuję wszystko, co z nimi związane. Wiem, że przednimi jeszcze długa droga, która będzie wymagała podjęcia niełatwych decyzji, ale na to wszystko mają jeszcze czas. Na obecną chwilę cieszę się ich szczęściem, o którym mogłabym czytać w nieskończoność. :)
Rosalie jest największą zagadką tego opowiadania. Nie potrafię rozszyfrować tej dziewczyny. Irytuje mnie bardzo, co może mieć właśnie związek z tym, że nie potrafię jej zrozumieć. Dzisiaj znowu mnie zaskoczyła. Nie podejrzewałam, że wybierze się do tego miejsca, aby zobaczyć Olivera. Wydawało mi się, że przyszła powspominać, a jednak myliłam się. Sama nie wiem co takiego ukrywa ta dziewczyna, ale chciałabym to odkryć. Musi to być coś istotnego, skoro tak długo zabiera się do wyjawienia prawdy. Nie wiem dlaczego, ale ja ciągle obstawiam przy tym, że jest ona po prostu śmiertelnie chora i wróciła, aby naprostować pewne niewyjaśnione sprawy. Ale to tylko moje zdanie i chętnie porównam je z tym, co Ty sama wymyśliłaś. Lubię to jak wpływasz na moją wyobraźnie, bo czytając każdy kolejny odcinek, ona pracuje bardziej i bardziej... :-) Piosenka kapitalnie wpasowała się w klimat fragmentu!
Sophii też nie potrafię rozgryźć. Raz wydaje się być pustą, bezuczuciową kobietą, aby później zaskoczyć mnie bardziej ludzką stroną. Ciężko nie zgodzić się z Christiną - Sophia się zagubiła. Myślę, że każdy z nas w życiu przechodzi taki etap. Niektórym udaje się przejść przez niego bezboleśnie, a innym niekoniecznie. I tutaj jest właśnie Sophia. Z jednej strony czuję, że kocha Gregor'ego, ale nie jest to już uczucie kochanków, lecz przyjaciół, a nawet ludzi, którzy spędzili ze sobą kawał czasu. Myślę, że ich małżeństwo posypało się na dobre. Wczoraj oglądałam nowy odcinek Chirurgów i tam właśnie była pokazana podobna sytuacja, która skończyła się ciekawą puentą, że czasami - mimo iż się kogoś kocha - warto z tego zrezygnować, bo nieustanne naprawianie związku tak naprawdę odbiera ludziom prawdziwe szczęście (coś w tym stylu). Chodzi mi po prostu o to, że Sophia i Gregory na siłę walczą o coś, co tak naprawdę nie przynosi im szczęścia. Mają te swoje małe przebłyski, ale to już nie jest prawdziwa miłość, a przynajmniej nie taka, o którą należy walczyć. Próbowali, ale nie wyszło im. Powinni się z tym pogodzić i ruszyć do przodu, aby każde z nich mogło zaznać prawdziwe szczęście. A blask w oczach Sophii wydaje mi się być spowodowany innym mężczyzną, a nie jej mężem. Jestem naprawdę ciekawa jak to się potoczy. I jak to skończy się dla Christiny.
Co tu dużo mówić - Rudzielec wymiata. Nie nagrał ani jednej piosenki, która by mi się nie spodobała. Dokładnie tak samo jak Ty nie napisała czegoś, co by mi się nie podobało. Kocham wszystko co tworzysz. Wszystko i widzę jak bardzo się przy tym zmieniasz, rozwijasz i to jest piękne oraz wyjątkowe! :)
UsuńAch... rozmarzyłam się i znalazłam się w niebie Victora. Zacznę od tego, że kompletnie się tego nie spodziewałam. Victor znowu mnie zaskoczył i myślę, że nie tylko mnie (reakcja Vannie to potwierdza). Podoba mi się to, że nie oświadczył się jej w drogie restauracji, nie wywiózł do Paryża, czy nie wybrał jednego z wielu schematów, którymi kierują się ludzie podczas oświadczyn. Dzięki temu widać, że to jest ICH moment. ICH i tylko ICH. Kocham to i nie mogę się doczekać ich ślubu, chociaż zdaję sobie sprawę, że nim do tego dojdzie, to będą musieli pokonać jeszcze wiele przeszkód. :) Ach.. rozpłynęłam się.
Deluxe, co tu dużo mówić - wymiatasz. W każdym odcinku zdumiewasz mnie bardziej i zachwycasz. Sprawiasz, że za każdym razem na nowo zakochuję się w Twojej twórczości i nie chcę, aby kiedykolwiek się to skończyło. Napisałaś, że nie jesteś jakoś szczególnie zadowolona z tej części, więc pozwól, że ja będę za Ciebie. Bo jako czytelnik widzę ile serca i pracy w to włożyłaś, a także jak delikatnie posunęłaś historię do przodu. Jesteś niesamowita! :*
Dziękuję za kolejną rewelacyjną część i już nie mogę się doczekać nowości. Odliczanie czas zacząć ! :)
Ściskam mocno! :*
napisałaś*, przed nimi* <- wybacz za błędy, ale jak piszę to jestem w transie, a dzisiaj nie sprawdziłam komentarza przed publikacją. Przyznaję się! :*
UsuńSpóźnione, ale bardzo bardzo dziękuję za komentarz. Twoja opinia jest dla mnie bardzo ważna, a że jest tak pozytywna, to już w ogóle jestem w niebie i nie chcę wracać na ziemię.
UsuńDziękuję raz jeszcze! :)
Całuję :*
To, że jestem spóźniona nie jest żadną nowością, dlatego nie będę przedłużać i od razu zabiorę się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńBardzo lubię piosenki Ed'a. Nigdy wcześniej nie słyszałam jego utworów do czasu, aż moja siostra zaczęła ich słuchać. Ma naprawdę ciekawą barwę głosu i miło słuchać te jego piosenki :) tak więc muzyka przypadła mi do gustu i teraz już naprawdę zabieram się za czytanie. O tym, co łączy Vanessę i Victora można by pisać naprawdę dużo, ale prawda jest taka, że ja już nie wiem jakich słów jeszcze użyć. Pięknie to wszystko opisujesz i aż dziwie się, że po tak krótkiej znajomości może narodzić takie piękne uczucie. Widać to szczęście u Vanessy nawet w najzwyklejszych czynnościach przez nią wykonywanych. Czasami aż jej nie poznaję, kto by pomyślał, że aż tak zakocha się w Victorze? Dalej uważam, że oboje mieli niesamowite szczęście, że wtedy na siebie wpadli, choć domyślam się, że taka wieczna sielanka nie będzie trwała wiecznie. Niby są ze sobą szczęśliwi, ale myślę, że jeszcze niejedna przeszkoda pojawi się na drodze do całkowitego szczęścia. Ta sytuacja z taksówkarzem... szczerze? Ja pewnie byłabym w takim szoku, że nie wydusiłabym z siebie ani słowa. No ale to chyba nieodłączny element bycia w związku ze znaną osobą. Życzę Vanessie cierpliwości, żeby w przyszłości nie pozabijała tych wszystkich dziennikarzy pstrykających zdjęcia z ukrycia :P domyślam się, że może to być naprawdę irytujące i może przynieść więcej szkody niż pożytku. Chyba troszkę się zagalopowałam, dlatego lecę czytać dalej :)
Rosalie z każdym kolejnym rozdziałem zaskakuje mnie coraz bardziej, chociaż sama nie wiem, czy da się jeszcze bardziej kogoś zaskoczyć :) jej tajemniczość z jednej strony może przyciągać, ale po innych opiniach tutaj widzę, że jest wręcz odwrotnie. Rzeczywiście robi się to już nieco denerwujące, ale staram się też chociaż minimalnie zrozumieć postępowanie Rosalie. Nie jest jeszcze gotowa na to, by wyrzucić z siebie całą prawdę za jednym zamachem i wszyscy dookoła mają do niej o to pretensje. Prawda jest taka, że dziewczyna wszystkim nie dogodzi, ale mimo wszystko czuję, że już niedługo poznamy prawdę na temat wyjazdu Rosalie i wszystkich tajemnic z nim związanych, jak i z całym jej życiem. Ale trzeba przyznać, że wspomnienia tej dziewczyny są naprawdę piękne i niejednokrotnie mnie oczarowały :) jak to jest, że kiedyś miała praktycznie wszystko, a teraz tak naprawdę nie zostało jej już nic? Smutne, ale jednak troszkę prawdy w tym jest. Ciekawi mnie, dlaczego odwiedziła to miejsce, żeby zobaczyć Olivera... kolejna tajemnica, ale myślę, że z odcinka na odcinek będzie ich coraz mniej, prawda? Mimo wszystko podobał mi się ten fragment :)
OdpowiedzUsuńWątek Sophii i Gregory'ego jest jednym z najbardziej wciągających z całej historii, chociaż oczywiście nie mam tutaj na myśli tego, że pozostałe są nudne, o nie! Od razu sprostowałam, żeby nie było Ci przykro z powodu tego, że coś podoba mi się bardziej, a coś innego mniej, bo wcale tak nie jest :) nie ukrywam, że coraz bardziej intryguje mnie to jak zakończy się ta terapia u Christiny i czy w ogóle przyniesie ona zamierzone skutki? Ten fragment sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę jest jeszcze szansa na uratowanie małżeństwa Sophii? Może rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby zarówno ona, jak i Gregory poszli w swoją stronę? Uniknęliby niepotrzebnego nikomu cierpienia, ranienia siebie nawzajem. Niby mają jakieś przebłyski, ale czy one tak naprawdę mają jakieś znaczenie? Myślę, że nie i im szybciej oboje dojdą do takiego wniosku tym lepiej. Sophia się zakochała? Wszystko jest możliwe, bo co innego mogłoby być powodem jej zmiany w zachowaniu? Ta kobieta ma tyle twarzy, że momentami za nią nie nadążam, że jest zagubiona to widać. Ale czasami dostrzegam w niej też jakieś ludzkie odruchy i ciekawa jestem, czy jej przemiana jest rzeczywiście możliwa? Myślę, że kolejne rozdziały wszystko wyjaśnią ;)
A jeszcze pod poprzednim rozdziałem pisałam, że to wszystko między Vanessą a Victorem dzieje się zbyt szybko i na zaręczyny jest jeszcze stanowczo za wcześnie, ale wygląda na to, że Victor ma na ten temat troszeczkę inny punkt widzenia :) kompletnie się nie spodziewałam tych zaręczyn, ale pewne było to, że Vanessa się zgodzi. Trzeba przyznać, że piłkarz jest przeuroczym facetem i nawet ja sama nie pogardziłabym kimś takim jak on :) krótko mówiąc rozpłynęłam się czytając ten fragment :) więcej takich poproszę! :)
To tyle ode mnie. Rozdział jak zwykle rewelacja, ja nie mam się do czego przyczepić, ale czy kiedyś było inaczej? Pytanie retoryczne :)
Pozdrawiam i ściskam mocno :*
Ed jest moją przeogromną miłością. Cieszę się, że i Tobie przypadła do gustu muzyka mojego rudzielca :P
UsuńA wiesz, to całkiem normalne, że jeden wątek spodoba się komuś bardziej, niż drugi. W gruncie rzeczy każdy oczekuje od tej historii czegoś innego, każdy ma na nią jakiś swój pomysł. I to jest super. I mam nadzieję, że to, co wymyśliłam dla poszczególnych bohaterów, nie rozczaruje Cię do samego końca :)
Haha, a myślałam, że za te zaręczyny to mnie zjesz żywcem :P Wiem, że tempo jest zabójcze. Takie moje mini szaleństwo z Victorem i Vanessą :P
Kochana, dziękuję z całego serducha za fantastyczne słowa i poświęcony czas. Ubóstwiam Cię i wiesz o tym doskonale!
Całuję i trzymaj się :*
<3