Hej :)
Minęło trochę więcej czasu od ostatniej publikacji, niż zwykle. Uprzedzałam Was, że od teraz będzie raczej nieregularnie, i dzielnie dotrzymuję słowa, hehe :P
Rozdział jest w pewnym sensie petardą - w każdym razie w jednym miejscu. I nie jest zbyt entuzjastyczny. Nie mówię, żebyście uzbroiły się w chusteczki do ocierania łez - jest bardziej nerwowo, niż wzruszająco, więc co najwyżej podniosę Wam ciśnienie. Sorry :)
Dziękuję za komentarze! Dobrze znać Wasze opinie odnośnie rozdziałów, a także Wasze przypuszczenia, co dalej się stanie w życiu bohaterów. Uwielbiam porównywać Wasze scenariusze z moim własnym. Czasem jesteście bliżej, a czasem dalej prawdy, ale za każdym razem objawia się to wielkim bananem na mojej twarzy, i to jest super :)
Do następnego! :*
***
Stateless - Bloodstream
Minęło trochę więcej czasu od ostatniej publikacji, niż zwykle. Uprzedzałam Was, że od teraz będzie raczej nieregularnie, i dzielnie dotrzymuję słowa, hehe :P
Rozdział jest w pewnym sensie petardą - w każdym razie w jednym miejscu. I nie jest zbyt entuzjastyczny. Nie mówię, żebyście uzbroiły się w chusteczki do ocierania łez - jest bardziej nerwowo, niż wzruszająco, więc co najwyżej podniosę Wam ciśnienie. Sorry :)
Dziękuję za komentarze! Dobrze znać Wasze opinie odnośnie rozdziałów, a także Wasze przypuszczenia, co dalej się stanie w życiu bohaterów. Uwielbiam porównywać Wasze scenariusze z moim własnym. Czasem jesteście bliżej, a czasem dalej prawdy, ale za każdym razem objawia się to wielkim bananem na mojej twarzy, i to jest super :)
Do następnego! :*
***
Stateless - Bloodstream
Tego wieczoru powietrze było tak ciepłe, jakby był już co najmniej lipiec, dzięki czemu spacer Vanessy, Jenny i Constance był jeszcze przyjemniejszy. Świeżo upieczona narzeczona wciąż nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Przyjęcie, którego wszyscy tak się obawiali, potoczyło się lepiej, niż mogliby sobie wymarzyć. Im więcej czasu upływało i im więcej kieliszków wina lądowało w przełykach zwaśnionych przyjaciół, tym mniejsza stawała się ich wzajemna rezerwa. Kiedy kobiety szykowały się do wyjścia, by zaczerpnąć świeżego powietrza, Victor i James rozmawiali w najlepsze, raz po raz wybuchając śmiechem. Na uboczu zawzięcie rozprawiali o sobie tylko znanych rzeczach, podczas gdy Oliver oglądał z dziadkiem mecz. Vanessa pomału zaczynała myśleć o swoim ślubie, wyobrażać sobie, jak będzie on wyglądał. Kwestia sukni, wystroju i muzyki, wciąż była czymś spornym i niejasnym, tego wieczoru uzyskała jednak gwarancję, iż atmosfera będzie po prostu wyśniona. Była pewna, że Victor poprosi Jamesa, aby ten został jego świadkiem. Była szczęśliwa na samą myśl o tym, że z serca ukochanego spadł gigantyczny ciężar w momencie, kiedy udało mu się pogodzić z przyjacielem, za którym tak bardzo tęsknił przez te wszystkie lata, choć nie zwykł mówić o tym na głos. Vanessa miała nadzieję, że jej relacje z Christiną będą równie dobre, ponieważ to właśnie psycholog miała być drugim świadkiem. Nie chciała więcej kłótni, nieporozumień czy wzajemnego unikania. Liczyła, że wkrótce pomiędzy nimi znów górował będzie śmiech, a nie głucha cisza.
- Naprawdę cieszę się, że Victor w końcu się ustatkuje i założy rodzinę - powiedziała Constance, wyrywając Vannie z głębokiego zamyślenia. Przez kilka ostatnich minut nie odezwała się słowem, podczas gdy matka z córką wciąż dyskutowały o zbliżającym się ślubie. - Już myślałam, że prędzej się przekręcę, niż doczekam się tego dnia.
- Mamo... - westchnęła Jenny, a kobieta spojrzała na nią surowo.
- Nie moja wina, że mam tak niezdecydowane dzieci - stwierdziła. - Oboje koło trzydziestki, a wciąż bujają w obłokach. Nie przewracaj tak oczami, Jennifer, bo jeszcze ci tak zostanie i wtedy na pewno nikt cię nie zechce.
- Czy pod słowem ,,nikt'' kryje się imię James? - zapytała rudowłosa, a jej matka skinęła głową gwałtownie. - Muszę cię rozczarować, ale twój syn z wyboru nigdy nie poprosi mnie o rękę.
- Do niedawna mówiłaś, że Victor nigdy się nie ożeni - zauważyła Constance, a Vanessa spojrzała na przyjaciółkę pytająco, uśmiechając się. - Nigdy nie mów nigdy, Jennifer. Ja na przykład nigdy nie przestanę wierzyć w ciebie i Jamesa.
- Nigdy nie mów nigdy - zielonooka pokazała rodzicielce język, biorąc Vannie pod rękę. - Ciekawe, czy za kilkanaście lat to ja będę tak truć Oliverowi.
- Jak pozna dziewczynę, która przypadnie ci do gustu tak, jak mi James, to tak - rzekła Constance i nagle zaświeciły jej się oczy. - Skoro już mówimy o dzieciach...
- Nie, mamo, Vanessa nie jest w ciąży - wycedziła Jenny przez zęby.
- Na pewno? - zapytała kobieta, patrząc na niebieskooką uważnie. - Jesteś jakaś blada, kochanie. Może nowy Joyce jednak jest w drodze?
Vanessa pokręciła głową przecząco, odniosła jednak wrażenie, że Constance do ostatniego momentu będzie się twardo trzymać swego zdania. Według niej Vannie była już w okolicach piątego miesiąca i wkrótce zostanie matką. Mimo ciężkiego charakteru, Vanessa od pierwszej chwili polubiła przyszłą teściową i kiedyś na pewno uczyni ją babcią, tylko jeszcze nie teraz.
- Ciekawe, który z dżentelmenów pierwszy wylądował pod stołem - powiedziała Jenny, kiedy na horyzoncie znów pojawił się jej dom. Rozmówczynie uśmiechnęły się i nieco przyspieszyły kroku, ciekawe, co zastaną po powrocie.
To była sekunda, kiedy Vanessa zauważyła zakapturzoną postać po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna stał w miejscu i wyraźnie na kogoś czekał, a kiedy zobaczył niebieskooką, momentalnie ruszył w jej kierunku. Zaskoczyła samą siebie, że tak szybko go rozpoznała. To był Josh. Nie była w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd się tu wziął i od jak dawna wyczekiwał spotkania z nią. W jednej chwili radość ulotniła się z serca Vanessy, robiąc dużo miejsca wątpliwościom i lękowi. Modliła się w duchu, by udało jej się szybko i bezboleśnie poprosić Josha, by wrócił do domu bez niej. Nie chciała, by Victor go zauważył, wiedziała bowiem, że jego reakcja byłaby wybuchowa, głównie z powodu dużej ilości wypitego alkoholu.
- Przepraszam - powiedziała lekarka do Constance i Jenny, po czym ruszyła w stronę Josha.
Mężczyzna zdjął kaptur i skinął lekko głową.
- Co ty tu robisz? - zapytała Vannie, nie kryjąc zdziwienia.
- Przyszedłem po ciebie - powiedział chłopak. - Zabieram cię do domu.
- Josh, ale ja wcale nie...
- Vannie? - zawołał głos, który sprawił, że serce brunetki w jednej chwili stanęło w miejscu. Kiedy obejrzała się za siebie, zobaczyła Victora, który zmierzał ku nim nieco chwiejnym, jednak szybkim krokiem. - Co on tutaj robi?
- Spokojnie, za chwilę się... - zaczęła niepewnie Vanessa, jednak żaden z mężczyzn nie zarejestrował tych słów, byli bowiem zbyt zajęci mierzeniem się wzrokiem.
- Zmiataj stąd, gościu - powiedział Victor zdecydowanie. - Nikt cię tu nie zapraszał.
- Nie przyszedłem na imprezę, tylko po Vanessę, a to zasadnicza różnica - rzekł Josh, spokojny, jak nigdy przedtem. Na jego twarzy gościło rozbawienie, jakby Victor był dla niego nikim. - Chodź - powiedział i wyciągnął rękę ku Vannie, ta jednak nie ruszyła się ani o krok. Wciąż tkwiła w miejscu, przestraszona i zażenowana tym, że teraz wszyscy, z matką Victora na czele, byli świadkami kompromitującego spotkania jej dawnego i obecnego ukochanego.
- Nie zauważyłeś, że ona nie chce nigdzie z tobą iść? - spytał Victor.
- Chodź - powtórzył Josh, patrząc na Vanessę i całkowicie ignorując coraz bardziej nabuzowanego piłkarza.
- Ty jesteś jakiś psychiczny? - zapytał Joyce, co zmroziło Vannie po sam czubek głowy. Przypomniała sobie o terapii Josha, na którą musiał uczęszczać po traumatycznych doświadczeniach wojny. Wiedziała, że słowa, które wyszły z ust Victora pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, miały gigantyczną wagę dla żołnierza.
Josh pokręcił głową, uśmiechając się. Spojrzał na Victora w sposób, którego Vanessa nie potrafiła pojąć. W jego oczach gościła zarówno pogarda, jak i strach, tworząc przerażającą mieszankę.
- Josh! - krzyknęła, kiedy mężczyzna rzucił się z pięściami na Victora. Był od niego dużo silniejszy i bez trudu rzucił rywala na ziemię.
Jenny uklękła przy bracie, który nie przestawał celować wulgarnymi słowami na oślep. Żołnierz pokręcił głową i odszedł, a wszystkie oczy nagle spoczęły na Vannie. To nie ona była przy Victorze, by zaopiekować się nim, gdy z jego rozciętej wargi sączyła się krew. Dziewczyna patrzyła na narzeczonego z żalem w oczach.
- Kretyn! - krzyknęła.
- Zwariowałaś? - zapytała Jenny. - Przecież to tamten go uderzył!
- Victor sam się o to prosił - powiedziała. - Sprowokował go.
- Niesłychane... - westchnęła Constance, do tej pory obserwując scenę w ciszy.
Vanessa po raz ostatni spojrzała w oczy Victora, a widok ten przyniósł jej tylko smutek. Tak, Victor nie mógł wiedzieć o trudnej przeszłości Josha, ale gdyby pierwszy nie zaatakował Hartleya tylko dlatego, że ten pojawił się w pobliżu, w ogóle nie doszłoby do takiej sytuacji. Vannie nie chciała nawet dociekać, czy tak wybuchową reakcję spowodowała zazdrość o ukochaną, czy alkohol, który wciąż płynął w jego krwi. Obróciła się na pięcie i rzuciła się biegiem w stronę, którą parę minut wcześniej obrał Josh. Kiedy go dogoniła, przytuliła go, nie mając mu za złe, że powalił jej narzeczonego na ziemię. Było jej go szkoda, ponieważ nikt, niż ona, nie wiedział lepiej, przez jakie piekło przeszedł kiedyś Josh. Chciała wrócić z nim do domu i jak najszybciej zapomnieć o tym, co się stało. Wiedziała, że kiedy nadejdzie ranek, przyjdzie czas na przeprosiny i wyznanie win, teraz jednak Victor był ostatnią osobą, o której chciała myśleć.
***
- Czy pod słowem ,,nikt'' kryje się imię James? - zapytała rudowłosa, a jej matka skinęła głową gwałtownie. - Muszę cię rozczarować, ale twój syn z wyboru nigdy nie poprosi mnie o rękę.
- Do niedawna mówiłaś, że Victor nigdy się nie ożeni - zauważyła Constance, a Vanessa spojrzała na przyjaciółkę pytająco, uśmiechając się. - Nigdy nie mów nigdy, Jennifer. Ja na przykład nigdy nie przestanę wierzyć w ciebie i Jamesa.
- Nigdy nie mów nigdy - zielonooka pokazała rodzicielce język, biorąc Vannie pod rękę. - Ciekawe, czy za kilkanaście lat to ja będę tak truć Oliverowi.
- Jak pozna dziewczynę, która przypadnie ci do gustu tak, jak mi James, to tak - rzekła Constance i nagle zaświeciły jej się oczy. - Skoro już mówimy o dzieciach...
- Nie, mamo, Vanessa nie jest w ciąży - wycedziła Jenny przez zęby.
- Na pewno? - zapytała kobieta, patrząc na niebieskooką uważnie. - Jesteś jakaś blada, kochanie. Może nowy Joyce jednak jest w drodze?
Vanessa pokręciła głową przecząco, odniosła jednak wrażenie, że Constance do ostatniego momentu będzie się twardo trzymać swego zdania. Według niej Vannie była już w okolicach piątego miesiąca i wkrótce zostanie matką. Mimo ciężkiego charakteru, Vanessa od pierwszej chwili polubiła przyszłą teściową i kiedyś na pewno uczyni ją babcią, tylko jeszcze nie teraz.
- Ciekawe, który z dżentelmenów pierwszy wylądował pod stołem - powiedziała Jenny, kiedy na horyzoncie znów pojawił się jej dom. Rozmówczynie uśmiechnęły się i nieco przyspieszyły kroku, ciekawe, co zastaną po powrocie.
To była sekunda, kiedy Vanessa zauważyła zakapturzoną postać po drugiej stronie ulicy. Mężczyzna stał w miejscu i wyraźnie na kogoś czekał, a kiedy zobaczył niebieskooką, momentalnie ruszył w jej kierunku. Zaskoczyła samą siebie, że tak szybko go rozpoznała. To był Josh. Nie była w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd się tu wziął i od jak dawna wyczekiwał spotkania z nią. W jednej chwili radość ulotniła się z serca Vanessy, robiąc dużo miejsca wątpliwościom i lękowi. Modliła się w duchu, by udało jej się szybko i bezboleśnie poprosić Josha, by wrócił do domu bez niej. Nie chciała, by Victor go zauważył, wiedziała bowiem, że jego reakcja byłaby wybuchowa, głównie z powodu dużej ilości wypitego alkoholu.
- Przepraszam - powiedziała lekarka do Constance i Jenny, po czym ruszyła w stronę Josha.
Mężczyzna zdjął kaptur i skinął lekko głową.
- Co ty tu robisz? - zapytała Vannie, nie kryjąc zdziwienia.
- Przyszedłem po ciebie - powiedział chłopak. - Zabieram cię do domu.
- Josh, ale ja wcale nie...
- Vannie? - zawołał głos, który sprawił, że serce brunetki w jednej chwili stanęło w miejscu. Kiedy obejrzała się za siebie, zobaczyła Victora, który zmierzał ku nim nieco chwiejnym, jednak szybkim krokiem. - Co on tutaj robi?
- Spokojnie, za chwilę się... - zaczęła niepewnie Vanessa, jednak żaden z mężczyzn nie zarejestrował tych słów, byli bowiem zbyt zajęci mierzeniem się wzrokiem.
- Zmiataj stąd, gościu - powiedział Victor zdecydowanie. - Nikt cię tu nie zapraszał.
- Nie przyszedłem na imprezę, tylko po Vanessę, a to zasadnicza różnica - rzekł Josh, spokojny, jak nigdy przedtem. Na jego twarzy gościło rozbawienie, jakby Victor był dla niego nikim. - Chodź - powiedział i wyciągnął rękę ku Vannie, ta jednak nie ruszyła się ani o krok. Wciąż tkwiła w miejscu, przestraszona i zażenowana tym, że teraz wszyscy, z matką Victora na czele, byli świadkami kompromitującego spotkania jej dawnego i obecnego ukochanego.
- Nie zauważyłeś, że ona nie chce nigdzie z tobą iść? - spytał Victor.
- Chodź - powtórzył Josh, patrząc na Vanessę i całkowicie ignorując coraz bardziej nabuzowanego piłkarza.
- Ty jesteś jakiś psychiczny? - zapytał Joyce, co zmroziło Vannie po sam czubek głowy. Przypomniała sobie o terapii Josha, na którą musiał uczęszczać po traumatycznych doświadczeniach wojny. Wiedziała, że słowa, które wyszły z ust Victora pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, miały gigantyczną wagę dla żołnierza.
Josh pokręcił głową, uśmiechając się. Spojrzał na Victora w sposób, którego Vanessa nie potrafiła pojąć. W jego oczach gościła zarówno pogarda, jak i strach, tworząc przerażającą mieszankę.
- Josh! - krzyknęła, kiedy mężczyzna rzucił się z pięściami na Victora. Był od niego dużo silniejszy i bez trudu rzucił rywala na ziemię.
Jenny uklękła przy bracie, który nie przestawał celować wulgarnymi słowami na oślep. Żołnierz pokręcił głową i odszedł, a wszystkie oczy nagle spoczęły na Vannie. To nie ona była przy Victorze, by zaopiekować się nim, gdy z jego rozciętej wargi sączyła się krew. Dziewczyna patrzyła na narzeczonego z żalem w oczach.
- Kretyn! - krzyknęła.
- Zwariowałaś? - zapytała Jenny. - Przecież to tamten go uderzył!
- Victor sam się o to prosił - powiedziała. - Sprowokował go.
- Niesłychane... - westchnęła Constance, do tej pory obserwując scenę w ciszy.
Vanessa po raz ostatni spojrzała w oczy Victora, a widok ten przyniósł jej tylko smutek. Tak, Victor nie mógł wiedzieć o trudnej przeszłości Josha, ale gdyby pierwszy nie zaatakował Hartleya tylko dlatego, że ten pojawił się w pobliżu, w ogóle nie doszłoby do takiej sytuacji. Vannie nie chciała nawet dociekać, czy tak wybuchową reakcję spowodowała zazdrość o ukochaną, czy alkohol, który wciąż płynął w jego krwi. Obróciła się na pięcie i rzuciła się biegiem w stronę, którą parę minut wcześniej obrał Josh. Kiedy go dogoniła, przytuliła go, nie mając mu za złe, że powalił jej narzeczonego na ziemię. Było jej go szkoda, ponieważ nikt, niż ona, nie wiedział lepiej, przez jakie piekło przeszedł kiedyś Josh. Chciała wrócić z nim do domu i jak najszybciej zapomnieć o tym, co się stało. Wiedziała, że kiedy nadejdzie ranek, przyjdzie czas na przeprosiny i wyznanie win, teraz jednak Victor był ostatnią osobą, o której chciała myśleć.
***
Kojarzyła ten tępy ból głowy, który nadchodził w momencie gdzieś pomiędzy kolejnym kieliszkiem wódki, a snem. Nikt nie wiedział tego na sto procent, choć pewnie wszyscy się domyślali. Przez jedenaście lat, kiedy nie mogła i nie potrafiła wrócić do domu, szukała ukojenia i przez długi czas potrzebowała półśrodków, by choć na chwilę uciec od zmartwień. Nie uzależniła się od alkoholu, wciąż jednak pamiętała jego obrzydliwy smak. Pewnej nocy obudziła się na drugim końcu miasta, w obcym mieszkaniu, w łóżku u boku mężczyzny, którego kojarzyła jak przez mgłę. Zemdliło ją. To był ostatni raz, kiedy piła. Nie potrafiła powiedzieć, ile lat minęło od tamtego dnia, mogła natomiast wyrecytować pozostałe środki, które wydawały jej się antidotum na wszystko, a okazywały się bezużyteczne i krzywdzące. Kilka blizn na nadgarstkach przypominało o karach, jakie wymierzała samej sobie. Warto wiedzieć, o co miała do siebie tak duże pretensje. To nie sama ucieczka była powodem tego bólu i nienawiści, lecz to, co ją do owej ucieczki skłoniło. Zimne niebieskie oczy roześmianej dziewczyny, która wciąż chciała więcej i więcej. Rosalie budziła się w nocy, zmęczona koszmarem, w którym Sophia grała główną, tak kochaną przez siebie rolę. Wszystko było tak rzeczywiste, realne. Bała się, że powrócą najczarniejsze momenty, jakich doświadczyła. Jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby nigdy nie poznała Sophii. Nie dałaby się zastraszyć i zgnębić. Nie robiłaby paskudnych rzeczy, by przypodobać się komukolwiek i otrzymać spokój. Nie skrzywdziłaby po drodze tak wielu osób, na których jej zależało. Czasem tak bardzo chcemy zmienić rzeczywistość. Dołujące jest to, że wystarczyło podjąć inną decyzję, by wszystko było lepsze, piękniejsze. Gdyby jej matka nie miała niezdrowych ambicji, by Rosalie spełniła jej własne niezrealizowane marzenia i została baletnicą, dziewczyna nie poznałaby Sophii, nie dowiedziałaby się, czym jest ten okropny lęk, spędzający sen z powiek i w pewnym momencie prowadzący do próby samobójczej. Jasnowłosa po raz pierwszy pomyślała, że słowa, które kiedyś padły z ust Christiny, niosą w sobie większą prawdę i moc, niż przypuszczała. Najlepiej by było, gdyby nigdy się nie urodziła. Wszyscy byliby szczęśliwsi - Tina, James, Jenny i wielu innych, którzy z pewnością nie myślą o Rosalie ciepło.
Ciemnooka wstała z łóżka, masując obolałe skronie i mrużąc oczy. Marzyła o tym, by raz jeszcze wyjechać bez słowa. Pokusy czyhały wszędzie, gdzie tylko sięgnęła wzrokiem, a jednak dziś była mądrzejsza, niż kilkanaście lat wcześniej. Wiedziała, że ucieczka nie da jej tego, czego potrzebowała. Być może James jeszcze o tym nie wiedział, Rosalie jednak nie miała wątpliwości - brunet wkrótce pozna całą prawdę, dowie się wszystkiego. Prawdopodobnie znienawidzi ją, ona jednak nie będzie cierpieć przez kolejne jedenaście lat. Wraz z wyrzuceniem z siebie tego, co ciążyło jej przez tyle czasu, jej życie wreszcie stanie się łatwiejsze. Będzie szczera, bo życie w końcu ją tego nauczyło. Nie będzie kłamać, kolorować rzeczywistości, by prawda sprawiła Jamesowi mniejszy ból. Każdego dnia była coraz bardziej gotowa na to, co miało nadejść.
Rosalie wzdrygnęła się, kiedy usłyszała jakiś szmer dobiegający z kuchni. Szybko rozpoznała brzdęk butelek alkoholu, czemu towarzyszyła jednak zaskakująca cisza. Kiedy wyszła, zobaczyła Martina. Był sam. Przez nieco zamglone oczy wpatrywał się w wyświetlacz telefonu, po czym nabierał wódki w usta. Powtarzał ten schemat machinalnie.
- Widzę, że ty też nie możesz spać - powiedziała blondynka.
Mężczyzna uniósł wzrok. W pierwszej chwili chciał chyba szybko odstawić butelkę na bok i wcisnąć Rosalie głupią wymówkę, potem jednak zdał sobie sprawę z tego, że oszukiwanie jej nie ma najmniejszego sensu. Dziewczyna potrafiła poznać jego myśli na długo przed nim samym.
- Wszystko mi się popieprzyło - rzekł Martin, po czym skierował butelkę prosto do swych ust. - Twoje zdrowie, Rosie.
Jasnowłosa skinęła nieznacznie głową. W milczeniu poczekała, aż niebieskooki znów oderwie się od trunku. Gdy to się stało, usiadła obok niego i zmusiła, by na nią spojrzał.
- Możesz być ze mną szczery - oświadczyła. - Poczujesz się lepiej, jak powiesz komuś, co się stało.
- Pewnie masz rację, jak zwykle - stwierdził, po czym rozejrzał się po pokoju, jakby szukał wsparcia. Nie znalazł go. Zrozumiał, że musi to zrobić. Ponownie spojrzał na przyjaciółkę i otworzył usta, tym razem jednak czynność ta nie miała nic wspólnego z alkoholem. - Mówiłem ci, że nie układa mi się z dziewczyną, prawda?
- Podobno nie odbierała od ciebie telefonu - rzekła Rosalie, a Martin zaśmiał się pod nosem.
- W końcu odebrała - wycedził i po raz kolejny sięgnął butelkę, jasnowłosa jednak nie pozwoliła mu na nic więcej. Energicznie zabrała mu trunek i nie zamierzała mu go oddać. - Powiedziała, że musimy porozmawiać, ale potem się rozłączyła. Wydzwaniałem do niej jak idiota, by potem doczekać się jednej, krótkiej wiadomości.
Mężczyzna wstał i przeszedł się po pokoju, jakby w jego głowie tłukły się sprzeczne myśli. Odetchnął ciężko, po czym spojrzał ponownie na wyczekującą kolejnego wyznania dziewczynę.
- Będę ojcem.
Rosalie nie była pewna, co teraz czuł jej rozmówca. Jego twarz wyrażała zarówno trwogę i niepokój, jak i radość. Póki nie miała tej pewności, wolała nie robić niczego.
- Powinnam gratulować czy współczuć? - zapytała, a Martin uśmiechnął się i wzruszył ramionami. - Będzie dobrze - rzekła i objęła go mocno. - Na pewno będziesz dobrym tatą.
- O ile w ogóle będę mógł zobaczyć swoje dziecko... - mruknął. - Z nią nigdy nic nie wiadomo. Jednego dnia jest ze mną, a drugiego już jej nie widzę. Czasami normalnie mam ochotę ją udusić.
- Tak ci się tylko wydaje - powiedziała Rosalie, uśmiechając się. - Kochasz ją?
- Nie znam drugiej tak wspaniałej dziewczyny - stwierdził, a w jego oczach pojawiły się ogniki na samą myśl o kobiecie, która nosiła pod sercem jego syna lub córeczkę.
- Będziesz o nią walczyć? - spytała Dainty.
- Walczę o nią od samego początku - przyznał. - Od pierwszego spotkania wiedziałem, że nie będzie łatwo ją kochać, a jeszcze trudniej o niej zapomnieć.
- Musi być naprawdę wyjątkowa - powiedziała Rosalie. - Naprawdę chciałabym ją kiedyś poznać.
- Nie masz wyjścia - stwierdził Martin, a blondynka spojrzała na niego zaskoczona. - Mój syn musi poznać swoją najlepszą ciocię.
- Dobra, dobra... - machnęła ręką. - Tak swoją drogą, czemu od razu zakładasz, że to będzie chłopiec?
Martin wzruszył ramionami, a Rosalie uścisnęła go po raz ostatni.
- Kładę się i tobie radzę to samo - rzekła, posłała mu ostatni uśmiech i ponownie zniknęła za drzwiami sypialni.
Życie wciąż pędzi, nawet, jeśli ty akurat leżysz bezczynnie w łóżku. Rosalie poczuła, że i jej udzielił się nastrój Martina. Wybiegła w przyszłość. Miała nadzieję, że przyjaciel i wybranka jego serca jakoś zapanują nad swoim związkiem, by wychować swoje dziecko w stuprocentowym szczęściu. Chciała, aby maluch, który przyjdzie na świat za kilka miesięcy, zaznał prawdziwej rodzicielskiej miłości i troski. Chciała, aby miał to, czego jej zawsze brakowało.
***
- Podobno nie odbierała od ciebie telefonu - rzekła Rosalie, a Martin zaśmiał się pod nosem.
- W końcu odebrała - wycedził i po raz kolejny sięgnął butelkę, jasnowłosa jednak nie pozwoliła mu na nic więcej. Energicznie zabrała mu trunek i nie zamierzała mu go oddać. - Powiedziała, że musimy porozmawiać, ale potem się rozłączyła. Wydzwaniałem do niej jak idiota, by potem doczekać się jednej, krótkiej wiadomości.
Mężczyzna wstał i przeszedł się po pokoju, jakby w jego głowie tłukły się sprzeczne myśli. Odetchnął ciężko, po czym spojrzał ponownie na wyczekującą kolejnego wyznania dziewczynę.
- Będę ojcem.
Rosalie nie była pewna, co teraz czuł jej rozmówca. Jego twarz wyrażała zarówno trwogę i niepokój, jak i radość. Póki nie miała tej pewności, wolała nie robić niczego.
- Powinnam gratulować czy współczuć? - zapytała, a Martin uśmiechnął się i wzruszył ramionami. - Będzie dobrze - rzekła i objęła go mocno. - Na pewno będziesz dobrym tatą.
- O ile w ogóle będę mógł zobaczyć swoje dziecko... - mruknął. - Z nią nigdy nic nie wiadomo. Jednego dnia jest ze mną, a drugiego już jej nie widzę. Czasami normalnie mam ochotę ją udusić.
- Tak ci się tylko wydaje - powiedziała Rosalie, uśmiechając się. - Kochasz ją?
- Nie znam drugiej tak wspaniałej dziewczyny - stwierdził, a w jego oczach pojawiły się ogniki na samą myśl o kobiecie, która nosiła pod sercem jego syna lub córeczkę.
- Będziesz o nią walczyć? - spytała Dainty.
- Walczę o nią od samego początku - przyznał. - Od pierwszego spotkania wiedziałem, że nie będzie łatwo ją kochać, a jeszcze trudniej o niej zapomnieć.
- Musi być naprawdę wyjątkowa - powiedziała Rosalie. - Naprawdę chciałabym ją kiedyś poznać.
- Nie masz wyjścia - stwierdził Martin, a blondynka spojrzała na niego zaskoczona. - Mój syn musi poznać swoją najlepszą ciocię.
- Dobra, dobra... - machnęła ręką. - Tak swoją drogą, czemu od razu zakładasz, że to będzie chłopiec?
Martin wzruszył ramionami, a Rosalie uścisnęła go po raz ostatni.
- Kładę się i tobie radzę to samo - rzekła, posłała mu ostatni uśmiech i ponownie zniknęła za drzwiami sypialni.
Życie wciąż pędzi, nawet, jeśli ty akurat leżysz bezczynnie w łóżku. Rosalie poczuła, że i jej udzielił się nastrój Martina. Wybiegła w przyszłość. Miała nadzieję, że przyjaciel i wybranka jego serca jakoś zapanują nad swoim związkiem, by wychować swoje dziecko w stuprocentowym szczęściu. Chciała, aby maluch, który przyjdzie na świat za kilka miesięcy, zaznał prawdziwej rodzicielskiej miłości i troski. Chciała, aby miał to, czego jej zawsze brakowało.
***
Gdy weszli do środka, cisza była jedyną odpowiedzią, jaką otrzymali. Żadne z nich nie spodziewało się niczego innego, w końcu było już dość późno. Josh przepuścił ją w drzwiach, a potem skrupulatnie pozamykał wszystkie zamki. Na jego twarzy gościło wyraźne zadowolenie i spokój, choć zaszczycił Vanessę spojrzeniem może ze trzy razy. Tak, jakby wystarczyła mu sama jej obecność. Ciekawe, czy słowa Victora zabolały Josha tak bardzo, jak sądziła Vannie. Była wściekła na narzeczonego i najchętniej wróciłaby tam, by tym razem osobiście dać mu w twarz. Oczywiście piłkarz po prostu nie mógł wiedzieć o tym, że niefortunnym doborem słów krzywdzi drugiego człowieka, jednak w tym momencie młoda lekarka nie chciała o tym myśleć. Nie zamierzała go usprawiedliwiać, nawet, jeśli akurat to byłoby najsłuszniejszym posunięciem. Miała ochotę usiąść na środku korytarza i rozpłakać się jak dziecko. Zapewne wówczas Josh natychmiast zjawiłby się obok niej, służąc rękawem, w który mogłaby się wypłakać. Nie chciała tego. Im dłużej myślała o tym wszystkim, tym bardziej była pewna, że tak naprawdę nie miała pojęcia, czego chce. Potrzebowała kogoś, kto znajdzie odpowiedź na to pytanie za nią. Może była naiwna, jednak w tym momencie Christina wydała jej się strzałem w dziesiątkę, poza tym była ona znacznie bliżej, niż chociażby Rosalie.
- Potrzebujesz mnie jeszcze? - zapytał Josh, patrząc na nią z zainteresowaniem. W jego głosie brzmiało coś, czego Vanessa nie potrafiła zdefiniować. Czy była to troska, czy coś zupełnie innego, coś, o co nawet nie śmiałaby go podejrzewać? Brunetka uśmiechnęła się łagodnie, kręcąc głową, tym samym pozwalając byłemu żołnierzowi na zniknięcie za drzwiami swojej sypialni.
Niebieskooka odetchnęła. Po raz pierwszy od kilku dobrych godzin była wreszcie sama, z daleka od niewygodnych pytań i niekiedy trochę naciąganych uśmiechów. Sytuacja, która mogłaby wydawać się komfortową, teraz była jej prawdziwą zmorą. Poczuła, jak policzki znów zaczynają jej płonąć. Postanowiła działać jak najszybciej, zanim nie rozklei się na dobre. Nie zapukała do drzwi. Lekko nacisnęła klamkę i ucieszyła się, że Tina nie należała do osób, które na noc zamykają się w pokoju na cztery spusty. Szła na palcach, choć było to bezcelowe, ponieważ i tak lada moment obudzi przyjaciółkę. Zbliżała się coraz bardziej do łóżka szarookiej, gdy nagle zauważyła wyraźny zarys męskiej sylwetki pod pościelą. Wystająca spod kołdry stopa dużo większa, niż stopa Christiny, utwierdziła ją w przekonaniu, że to jest odpowiedni moment, by piszczeć.
Na ten niespodziewany dźwięk Tina i Gregory obudzili się i odruchowo oderwali swoje twarze od poduszek. Kiedy zobaczyli Vanessę i jej zażenowaną minę, pisarz spojrzał pytająco na Christinę, ta z kolei uśmiechnęła się do niego lekko i ponownie zwróciła się ku Vannie.
- Daj mi minutkę - powiedziała, a ciemnowłosa skinęła głową i czym prędzej wyszła z sypialni.
Weszła do kuchni i po omacku odnalazła włącznik. Kiedy światło pozwoliło jej dostrzec idealnie czyste wnętrze, dziewczyna usiadła przy stole i zaczęła obserwować swoje drżące palce. Była dosłownie roztrzęsiona, choć do niedawna wydawało jej się, że jest w nieco lepszym stanie, a spotkanie Josha z Victorem nie wywołało na niej zbyt dużego wrażenia. Cóż, myliła się, zresztą nie po raz pierwszy. Vanessa wzdrygnęła, kiedy usłyszała kroki. Do kuchni weszła Christina otulona szlafrokiem, który ewidentnie zakładała w pośpiechu. Jej twarz była zmęczona, nie wyglądała jednak jak ktoś, kto właśnie został wyrwany z kilkugodzinnego snu. Biorąc to pod uwagę i myśląc również o obecności Gregory'ego, Vanessa była gotowa przysiąc, że przyjaciółka była czymś bardzo zajęta i dopiero niedawno znalazła czas, by pójść spać. To wszystko było zbyt zaskakujące i niespodziewane, by lekarka mogła tak łatwo przyjąć to do wiadomości.
- Co się stało? - zapytała Tina, kładąc dłoń na ręku przyjaciółki, co dodatkowo ją rozkleiło. Vanessa z trudem powstrzymała wybuch płaczu.
- Muszę wiedzieć, dlaczego Josh z nami mieszka - powiedziała. - Zrobiłaś to, by mi dopiec?
- Ty tak na poważnie?
- Tina, musiałaś wiedzieć, że to on - rzekła Vannie. - Opowiadałam ci, co nas łączyło. To z jego powodu wyjechałam z Mediolanu. Trudno mi uwierzyć w to, że to zwykły zbieg okoliczności.
- Próbowałam ci powiedzieć - powiedziała Christina, nieco zdenerwowana. - Pamiętasz ten wieczór zaraz przed twoim wyjazdem do Manchesteru? Chciałam ci powiedzieć, bo dopiero po fakcie skojarzyłam, że właśnie zaproponowałam pokój twojemu byłemu, ale ty nie znalazłaś dla mnie czasu.
- Ostatnio ciągle się mijamy - rzekła Vanessa, a psycholog westchnęła, nie mogąc się nie zgodzić.
- Wszystko się pochrzaniło, kiedy Rosalie wróciła - stwierdziła Tina. - Zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Miałaś mi za złe, że wyrzuciłam ją z domu, a ja wściekałam się na ciebie, bo nigdy nie rozumiałaś, dlaczego mam takie, a nie inne relacje z siostrą. Nie miałaś prawa mnie osądzać, a robiłaś to od samego początku, od kiedy tylko poznałaś Rosalie.
- Wcale nie chciałam, żeby to tak wyglądało - powiedziała Vannie szczerze. - Miałam nadzieję, że się pogodzicie. Naprawdę ją polubiłam.
- Wiem, ale to nigdy nie nastąpi. Nie pogodzę się z Rosalie.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytała. - Co ona takiego zrobiła?
- Czy mi się wydaje, czy trochę uciekłyśmy od głównego tematu naszej rozmowy? - zapytała Tina, a Vanessa skinęła głową. Wiedziała, że nie wolno jej pociągać za tę strunę, choć była nieco zawiedziona tym faktem.
- Victor obraził dziś Josha w mojej obecności. Był trochę wstawiony i pewnie zazdrosny, ale to chyba nie upoważnia go do ranienia Bogu ducha winnego chłopaka, prawda?
- Dodajmy, że chłopaka, z którym nie tak dawno łączyło cię coś wyjątkowego - rzekła Tina, a niebieskooka nie od razu zrozumiała, do czego zmierzała Dainty. - Zastanawiałaś się kiedyś, czy uczucie, którym go darzyłaś w przeszłości, spaliło się doszczętnie, czy jednak jakaś cząstka ciebie może wciąż go...
- Przestań - powiedziała Vanessa. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że dawna miłość zmusi ją do zostawienia i skrzywdzenia Victora. - Josh zawsze będzie dla mnie kimś ważnym.
- Pytanie tylko, czy aby nie jest tym najważniejszym.
Vannie tak bardzo chciała pokręcić głową, zaprzeczyć z pełną stanowczością, jednak nie była w stanie chociaż kiwnąć palcem. Coś, co do tej pory wydawało jej się zupełnie oczywiste, nagle stało się największym dylematem w jej życiu. Przecież to mogło tak wyglądać. Mogła szukać pocieszenia w ramionach Victora, jednak w głębi duszy marzyć tylko o tym, by być znowu z Joshem.
- Co ja mam robić? - zapytała samą siebie, zrobiła to jednak na głos, więc Christina potraktowała te słowa jak wiadomość zaadresowaną właśnie do niej.
- Teraz idź spać i nie myśl już o niczym. Być może sen podsunie ci rozwiązanie twoich problemów. Bo wiesz, po burzy zawsze wychodzi słońce.
- Widzę, że pan Haggerty zdążył już przelać na ciebie trochę swojego talentu - zauważyła Vannie, a policzki brunetki oblały się rumieńcem.
- Pogadamy jutro - powiedziała Tina, przytuliła przyjaciółkę i wróciła do sypialni.
Vannie nie mogła się otrząsnąć. Jeszcze wczoraj sama była tak szczęśliwą i bezgranicznie zakochaną dziewczyną, a dziś dosłownie odchodziła od zmysłów. Miała nadzieję, że słowa Christiny okażą się prorocze, a nadchodzące godziny przyniosą Vannie odpowiedź na jedno z najtrudniejszych pytań - do kogo należało jej serce?
***
- Potrzebujesz mnie jeszcze? - zapytał Josh, patrząc na nią z zainteresowaniem. W jego głosie brzmiało coś, czego Vanessa nie potrafiła zdefiniować. Czy była to troska, czy coś zupełnie innego, coś, o co nawet nie śmiałaby go podejrzewać? Brunetka uśmiechnęła się łagodnie, kręcąc głową, tym samym pozwalając byłemu żołnierzowi na zniknięcie za drzwiami swojej sypialni.
Niebieskooka odetchnęła. Po raz pierwszy od kilku dobrych godzin była wreszcie sama, z daleka od niewygodnych pytań i niekiedy trochę naciąganych uśmiechów. Sytuacja, która mogłaby wydawać się komfortową, teraz była jej prawdziwą zmorą. Poczuła, jak policzki znów zaczynają jej płonąć. Postanowiła działać jak najszybciej, zanim nie rozklei się na dobre. Nie zapukała do drzwi. Lekko nacisnęła klamkę i ucieszyła się, że Tina nie należała do osób, które na noc zamykają się w pokoju na cztery spusty. Szła na palcach, choć było to bezcelowe, ponieważ i tak lada moment obudzi przyjaciółkę. Zbliżała się coraz bardziej do łóżka szarookiej, gdy nagle zauważyła wyraźny zarys męskiej sylwetki pod pościelą. Wystająca spod kołdry stopa dużo większa, niż stopa Christiny, utwierdziła ją w przekonaniu, że to jest odpowiedni moment, by piszczeć.
Na ten niespodziewany dźwięk Tina i Gregory obudzili się i odruchowo oderwali swoje twarze od poduszek. Kiedy zobaczyli Vanessę i jej zażenowaną minę, pisarz spojrzał pytająco na Christinę, ta z kolei uśmiechnęła się do niego lekko i ponownie zwróciła się ku Vannie.
- Daj mi minutkę - powiedziała, a ciemnowłosa skinęła głową i czym prędzej wyszła z sypialni.
Weszła do kuchni i po omacku odnalazła włącznik. Kiedy światło pozwoliło jej dostrzec idealnie czyste wnętrze, dziewczyna usiadła przy stole i zaczęła obserwować swoje drżące palce. Była dosłownie roztrzęsiona, choć do niedawna wydawało jej się, że jest w nieco lepszym stanie, a spotkanie Josha z Victorem nie wywołało na niej zbyt dużego wrażenia. Cóż, myliła się, zresztą nie po raz pierwszy. Vanessa wzdrygnęła, kiedy usłyszała kroki. Do kuchni weszła Christina otulona szlafrokiem, który ewidentnie zakładała w pośpiechu. Jej twarz była zmęczona, nie wyglądała jednak jak ktoś, kto właśnie został wyrwany z kilkugodzinnego snu. Biorąc to pod uwagę i myśląc również o obecności Gregory'ego, Vanessa była gotowa przysiąc, że przyjaciółka była czymś bardzo zajęta i dopiero niedawno znalazła czas, by pójść spać. To wszystko było zbyt zaskakujące i niespodziewane, by lekarka mogła tak łatwo przyjąć to do wiadomości.
- Co się stało? - zapytała Tina, kładąc dłoń na ręku przyjaciółki, co dodatkowo ją rozkleiło. Vanessa z trudem powstrzymała wybuch płaczu.
- Muszę wiedzieć, dlaczego Josh z nami mieszka - powiedziała. - Zrobiłaś to, by mi dopiec?
- Ty tak na poważnie?
- Tina, musiałaś wiedzieć, że to on - rzekła Vannie. - Opowiadałam ci, co nas łączyło. To z jego powodu wyjechałam z Mediolanu. Trudno mi uwierzyć w to, że to zwykły zbieg okoliczności.
- Próbowałam ci powiedzieć - powiedziała Christina, nieco zdenerwowana. - Pamiętasz ten wieczór zaraz przed twoim wyjazdem do Manchesteru? Chciałam ci powiedzieć, bo dopiero po fakcie skojarzyłam, że właśnie zaproponowałam pokój twojemu byłemu, ale ty nie znalazłaś dla mnie czasu.
- Ostatnio ciągle się mijamy - rzekła Vanessa, a psycholog westchnęła, nie mogąc się nie zgodzić.
- Wszystko się pochrzaniło, kiedy Rosalie wróciła - stwierdziła Tina. - Zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Miałaś mi za złe, że wyrzuciłam ją z domu, a ja wściekałam się na ciebie, bo nigdy nie rozumiałaś, dlaczego mam takie, a nie inne relacje z siostrą. Nie miałaś prawa mnie osądzać, a robiłaś to od samego początku, od kiedy tylko poznałaś Rosalie.
- Wcale nie chciałam, żeby to tak wyglądało - powiedziała Vannie szczerze. - Miałam nadzieję, że się pogodzicie. Naprawdę ją polubiłam.
- Wiem, ale to nigdy nie nastąpi. Nie pogodzę się z Rosalie.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytała. - Co ona takiego zrobiła?
- Czy mi się wydaje, czy trochę uciekłyśmy od głównego tematu naszej rozmowy? - zapytała Tina, a Vanessa skinęła głową. Wiedziała, że nie wolno jej pociągać za tę strunę, choć była nieco zawiedziona tym faktem.
- Victor obraził dziś Josha w mojej obecności. Był trochę wstawiony i pewnie zazdrosny, ale to chyba nie upoważnia go do ranienia Bogu ducha winnego chłopaka, prawda?
- Dodajmy, że chłopaka, z którym nie tak dawno łączyło cię coś wyjątkowego - rzekła Tina, a niebieskooka nie od razu zrozumiała, do czego zmierzała Dainty. - Zastanawiałaś się kiedyś, czy uczucie, którym go darzyłaś w przeszłości, spaliło się doszczętnie, czy jednak jakaś cząstka ciebie może wciąż go...
- Przestań - powiedziała Vanessa. Nie chciała dopuścić do siebie myśli, że dawna miłość zmusi ją do zostawienia i skrzywdzenia Victora. - Josh zawsze będzie dla mnie kimś ważnym.
- Pytanie tylko, czy aby nie jest tym najważniejszym.
Vannie tak bardzo chciała pokręcić głową, zaprzeczyć z pełną stanowczością, jednak nie była w stanie chociaż kiwnąć palcem. Coś, co do tej pory wydawało jej się zupełnie oczywiste, nagle stało się największym dylematem w jej życiu. Przecież to mogło tak wyglądać. Mogła szukać pocieszenia w ramionach Victora, jednak w głębi duszy marzyć tylko o tym, by być znowu z Joshem.
- Co ja mam robić? - zapytała samą siebie, zrobiła to jednak na głos, więc Christina potraktowała te słowa jak wiadomość zaadresowaną właśnie do niej.
- Teraz idź spać i nie myśl już o niczym. Być może sen podsunie ci rozwiązanie twoich problemów. Bo wiesz, po burzy zawsze wychodzi słońce.
- Widzę, że pan Haggerty zdążył już przelać na ciebie trochę swojego talentu - zauważyła Vannie, a policzki brunetki oblały się rumieńcem.
- Pogadamy jutro - powiedziała Tina, przytuliła przyjaciółkę i wróciła do sypialni.
Vannie nie mogła się otrząsnąć. Jeszcze wczoraj sama była tak szczęśliwą i bezgranicznie zakochaną dziewczyną, a dziś dosłownie odchodziła od zmysłów. Miała nadzieję, że słowa Christiny okażą się prorocze, a nadchodzące godziny przyniosą Vannie odpowiedź na jedno z najtrudniejszych pytań - do kogo należało jej serce?
***
Mężczyzna nie potrafił zapanować nad drżeniem swoich rąk. Rzeczywistość, która przez wiele lat niczym nie wyróżniała się z tłumu, nagle przerodziła się w specyficzny sen, z którego jeszcze nie wiedział, czy zechce się kiedykolwiek wybudzić. Pamiętał ten dzień, w którym ją poznał. Zrobiła na nim piorunujące wrażenie i to nie jej niepodważalna uroda spodobała mu się najbardziej. Wystarczyła jedna chwila i dwa krótkie słowa, które wydostały się z jej ust, by Martin zorientował się, jak niezależna jest ta kobieta. Dawała mu sygnał, że jeśli tylko zechce, może mieć wszystko. W którymś momencie sam stał się jej celem. Z niekrytą przyjemnością pozwalał jej, aby zdobywała kolejne góry i niewątpliwie na samym końcu udało jej się dotrzeć do jego serca. Znalazł miłość i dała mu ją kobieta, która od początku uparcie twierdziła, że wcale nie szuka uczucia, nie potrzebuje duchowej bliskości, wystarczy jej ta fizyczna. Zastanawiał się, co się stanie - czy dziewczyna odejdzie, czy odwzajemni jego uczucia. Teraz już wiedział, że nie pozwoli jej ruszyć się choćby o krok - nie, kiedy nosiła pod sercem ich dziecko. Wciąż nie docierało do niego, że nigdy więcej nie będzie już całkowicie wolny, ponieważ za kilka miesięcy na świecie pojawi się nowa istota. Będzie musiał zaopiekować się nie tylko nieco pogubioną ukochaną, lecz i synem lub córką. Pokaże swemu dziecku świat takim, jakim sam go teraz widział. Pięknym i pokolorowanym przez niebieskooką, choć sama zdawała się być wciąż pogrążona w mroku.
Martin usłyszał ciche pukanie do drzwi. Podszedł do nich szybko, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Chciał, aby dziewczyna sama powiedziała mu, co się stało. Chciał, aby wiedziała, że może na niego liczyć. Aby wreszcie zobaczyła w nim kogoś, kto ją kocha. Otworzył drzwi i zobaczył jej szczupłe ciało skryte pod dżinsową kurtką. Miała na sobie rurki i czarne trampki. W takim wydaniu jeszcze jej nie widział. Wiedział, że była z reguły elegancką, dystyngowaną kobietą, ceniącą sobie luksus i blask, sam miał jednak zaszczyt poznać ją od innej strony. Byli blisko, wciąż jednak wiedział, że jasnowłosa ma przed nim wiele tajemnic. Marzył o tym, że któregoś dnia kobieta pozwoli mu odkryć je wszystkie, albo przynajmniej pewną ich część.
- W końcu odebrałaś - powiedział, pozwalając jej, by weszła do środka. Zrobiła to niepewnie, jakby obawiała się, jak potoczy się to spotkanie, ostatecznie jednak zaufała jego dobrym oczom i głosowi, w którym rozbrzmiewała szczera troska. - Masz takie wystraszone oczy...
Kobieta pokręciła głową, a Martin nie wiedział, dlaczego to zrobiła - czy po to, by zaprzeczyć, czy jednak po to, by powstrzymać łzy, w jakiś sposób ukryć przed rozmówcą swoje emocje? Blondynka pociągnęła lekko nosem, a kiedy rozpięła kurtkę, Martin zauważył jej zaokrąglony brzuszek. Wypukłość ledwie widoczna, dla niego jednak stanowiąca gigantyczną różnicę, znał bowiem jej ciało na pamięć i bez trudu dostrzegł coś nowego.
- To nie tak miało wyglądać - rzekła dziewczyna, patrząc na mężczyznę z wyrzutem. - Mieliśmy być tylko...
- A jesteśmy czymś więcej? - zapytał, a ona zamrugała powiekami. - Kocham cię, a ty?
- Nie wiem - odparła.
- Masz ochotę wyjść i nie zobaczyć mnie nigdy więcej?
- Nie wiem - powtórzyła. Po chwili niekomfortowego milczenia spojrzała znów na Martina i tym razem pokręciła przecząco głową. - Nie chcę nigdzie iść. Nie chcę być sama.
- Nigdy nie będziesz sama - stwierdził i podszedł nieco bliżej. Jedną dłoń zatrzymał na jej policzku, ocierając z niego łzę, drugą natomiast dotknął brzuszka, w którym mieszkało jego dziecko. - Masz nas.
- Przytul mnie - nakazała, a Martin uczynił to bez momentu zawahania, bez lęku i obaw. - Tak bardzo się boję... Kiedy patrzę w lustro, nie poznaję samej siebie. Nie wiem, kim jestem.
- To ja ci powiem - rzekł stanowczo, czując ulgę, że ukochana nie odeszła, mało tego, pozwoliła, by trzymał ją w swych ramionach. - Jesteś moją jedyną. Jesteś najcudowniejszą kobietą, na jaką kiedykolwiek udało mi się trafić. Jesteś kimś wyjątkowym. Jesteś...
- Sophią Gallagher - odezwał się głos, którego nie spodziewało się żadne z nich.
Zakochani odsunęli się od siebie i po chwili odnaleźli źródło niezapowiedzianego hałasu. Rosalie stała kilka metrów dalej, zapewne wybudzona przez nich ze snu. Kiedy Martin spojrzał na Sophię, zobaczył, że i ona nie odrywa wzroku od Rosalie. Musiały się znać. Sam znał ją pod nazwiskiem Haggerty i dopiero teraz przypomniał sobie o jej mężu. Nie zdążył zastanowić się nad tym, jak pogodzić jej małżeństwo z nową rolą, której oboje musieli podołać, ponieważ właśnie wtedy Rosalie narzuciła na ramiona kurtkę i wyszła z mieszkania, zostawiając Sophię i Martina samych. Zanim odeszła, mężczyzna zauważył na jej twarzy strach, wręcz przerażenie, podczas gdy ukochana wyglądała na smutną, nieco zawstydzoną i speszoną. Było o wiele więcej rzeczy, o których nie miał pojęcia, niż przypuszczał. Chciał zapytać, wówczas Sophia pokręciła głową stanowczo i usiadła na kanapie. Nie chciała rozmawiać i nie zamierzała wysłuchiwać pytań Martina. Mężczyzna obiecał sobie, że zapanuje nad ciekawością, potem jednak dowie się wszystkiego. Musiał to zrobić, jeśli poważnie myślał o ułożeniu sobie życia z tą kobietą.
***
I jest nowość! Cieszy mnie to ogromnie, bo z każdym odcinkiem to opowiadanie intryguje mnie bardziej, a po takiej zapowiedzi to już w ogóle. Pozwolę sobie bez zbędnych słów wstępu przejść do czytania i komentowania nowego rozdziału! :)
OdpowiedzUsuńPodobają mi się relacje między Vanessą, Jenny i Constancą. Cieszę się, że wszystkie trzy znalazły wspólny temat i zaakceptowały się. Będą wkrótce tworzyć fajną rodzinę.
Moje ciśnienie podskoczyło tak drastycznie, że nie jestem pewna, czy serce to wytrzyma! Josh ma tupet. Koleś chyba naprawdę postradał rozum. Co to znaczy, że przyszedł po Vanessę? Kim on do jasnej ciasnej jest?! Zachował się jak totalny cham! Od początku uważałam, że Vanessa popełnia błąd wpuszczając Josha tak bardzo do swojego życia. I jak widać nie myliłam się. Ty chyba żartujesz?! Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Cała moja sympatia do Vanessy wyparowała. Przykro mi, ale w tym momencie pokazała jaka jest naprawdę. Dałam jej szansę i mnie zawiodła. Nie zasługuje na Victora. Ja pierdziele.. Naprawdę? Josh? Haha.. nie mogę! Wybacz, ale jestem tak wkurzona, że staram się powstrzymać od rzucenia kilkoma epitetami. To Josh zachował się jak pala*nt! Skąd Victor mógł wiedzieć o jego trudniej przeszłość? Vanessa nic mu o sobie nie powiedziała, a teraz jeszcze ma czelność mieć do niego pretensje?! Będę w ogromnym szoku, jak Victor jej wybaczy. Tutaj nie chodzi o jakąś tam błahostkę. Vanessa wybrała. Skoro Josh jest dla niej ważniejszy, to niech sobie z nim będzie. Ja zaopiekuję się Victorem. Co za ... Dobra, lepiej czytam dalej.
Trochę szkoda mi Rosalie, bo mimo błędów, które popełniła, to ona sama nie miała łatwego życia. Zastanawiam się, co takiego chce powiedzieć Jamesowi. Już nie mogę się doczekać tej chwili prawdy. Mam nadzieję, że Martin dostanie swoją szansę na byciem ojcem. Nie tylko na papierku, ale przede wszystkim takim, który zawsze będzie obok swojego dziecka, aby uczyć go życia. Nie wiem dlaczego, ale wiesz co sobie pomyślałam? Że kobietą, którą kocha Martin i która niebawem urodzi jego dziecko jest... Sophia! Szalone, wiem. Ale jakoś mi tak nagle ona przyszła na myśl. Czytam dalej:)
Naprawdę próbuję nie wybuchnąć. Nawet zastosowałam metodę uspakajających oddechów, ale na nic się to nie zdało. Jestem tak strasznie, strasznie zła! Victor to fantastyczny facet, nie zasługuje na coś takiego. A Vanessa? Ona naprawdę myśli o powrocie do Josha?! Matko.. chce mi się płakać ze złości. Jest mi przykro, a Vanessa mnie rozczarowała.. Całe to szaleństwo.. Nie wiem, co mam napisać.
Wiedziałam! A jednak moja kobieca intuicja mnie nie zawiodła. Cieszę się z tego obrotu spraw, bo skoro Sophia jest w ciąży z Martinem, to może wreszcie zdecyduje się na rozwód! A to znowu pozwoli Christinie i Gregorowi ułożyć sobie wspólną przyszłość. Jestem taka szczęśliwa. Pierwszy raz uśmiechnęłam się w trakcie czytania tego odcinka. Wiem, że to wszystko nie pójdzie tak gładko, ale jest już lepiej.. :) Szkoda mi tylko Rosalie. Mam nadzieję, że dziewczyna nie zrobi niczego głupiego!
Kochana, bardzo, bardzo emocjonujący odcinek. Nie spodziewałam się takiej bomby i szczerze powiedziawszy nie wiem, co mam o tym myśleć. Jest mi strasznie przykro. Możesz być z siebie dumna, bo doprowadziłaś mnie na skraj emocjonalnej przepaści. Kocham to w Twojej twórczości ! Wierzę, że Victorek znajdzie sobie cudowną dziewczynę, która go doceni (nieskromnie pozwolę sobie zauważyć, że ja pasowałabym do tego opisu) :). A Vanessa niech sobie będzie z Joshem, skoro jest dla niej taki ważny. Zobaczymy dokąd ją to doprowadzi. Cudowne opisy! Czekam na nowość :*
Przepraszam za jakość komentarza, ale Vanessa przeszła samą siebie. To jej wina !
UsuńPrzepraszam:*
To może na początek powiem, że nie mam absolutnie nic przeciwko temu, żeby od teraz rozdziały pojawiały się nieregularnie, bo przynajmniej moje spóźnienie nie będzie aż tak duże :) tylko tyle chciałam napisać i już przechodzę do czytania :)
OdpowiedzUsuńNie przypuszczałam, że ten wieczór zakończy się w ten sposób. Nic nie zapowiadało takiego zakończenia, ale byłoby zbyt pięknie, gdyby na sam koniec nie wydarzyło się coś, co zepsuje cały wieczór. Najlepsze w całej tej sytuacji jest to, że Victor i James się pogodzili. Myślę, że oboje znajdują się teraz w takiej sytuacji życiowej, że przyda im się wzajemne wsparcie. Jeśli chodzi o Josha, to kompletnie nie poznaję tego faceta. Tak jak w poprzednim opowiadaniu go polubiłam, tak teraz zupełnie nie wiem co o nim myśleć. Moim zdaniem on zwyczajnie śledzi Vanessę. Jestem w stanie nawet powiedzieć, że ją nachodzi. Obojętnie gdzie ona nie pójdzie, to Josh pojawia się w tym samym miejscu. To już nawet przestaje być śmieszne. Przykro mi z powodu konfrontacji obu mężczyzn, ale nie ma nic dziwnego w tym, że Victor jest zazdrosny o swoją narzeczoną. Vanessa nie powiedziała mu wszystkiego i myślę, że będzie z tego więcej kłopotu niż pożytku. Reakcja Vanessy mnie zdziwiła, bo skąd Victor mógł wiedzieć, że Josh miał naprawdę ciężkie przeżycia w wojsku? Pod wpływem alkoholu raczej nie był świadomy tego co mówi. Naprawdę lekarka pobiegła za Joshem? No to zaczynam mieć pewne wątpliwości na kim tak naprawdę jej zależy...
Ten fragment jeszcze bardziej pokazał jak ciężkie życie miała Rosalie, chociaż patrząc na to obecne, to tak naprawdę nic się nie zmieniło. Coraz bardziej obawiam się tej dziewczyny i tajemnicy, którą skrywa. Nie miała w życiu lekko, nawet wtedy, kiedy wyjechała z Londynu na te jedenaście lat. Aż się boję pomyśleć co wtedy działo się w jej życiu, jak przypomnę sobie o tym, że często piła i działo się z nią nie wiadomo co. Nie można powiedzieć, że całe jej życie było jednym, wielkim niepowodzeniem. Zakochała się przecież z wzajemnością i mimo swojej naprawdę długiej nieobecności, po przyjeździe w rodzinne strony jednak odnalazła ludzi, którzy nie mają do niej tylko i wyłącznie żalu o przeszłość. Fajnie się czyta o jej relacjach z Martinem, są naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Teraz, kiedy mężczyźnie się nie układa tym bardziej przyda mu się wsparcie Rosalie, która jednak jakiś bagaż doświadczeń ma. No i chyba nie muszę pisać jak bardzo czekam na "spowiedź" Rosalie? To oczywiste :)
OdpowiedzUsuńWreszcie porozmawiały! Ile można się unikać i obrażać na cały świat? Christina jest najodpowiedniejszą według mnie osobą, do której Vanessa mogła się zwrócić o pomoc. Ona jako jedna z nielicznych zna przeszłość swojej przyjaciółki, powody jej wyjazdu z Mediolanu. To przykre, że jeszcze nie tak dawno wszystko wskazywało na to, że Vanessa znalazła upragnione szczęście, a teraz to wszystko legło w gruzach. Przed nią naprawdę trudna do podjęcia decyzja i pewnie będzie tak, że ktoś będzie cierpiał. Nie da się rozwiązać tej sprawy tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Oj ta Vanessa. Jest niezdecydowana jak nigdy dotąd. Mimo wszystko ciekawa jestem jak to dalej z nią będzie :)
Czułam, że wybranką serca Martina jest Sophia. Nie chciałam pisać tego od razu, wolałam się upewnić i moja intuicja jednak mnie nie zawiodła :) teraz wychodzi na to, że jeżeli Sophia jest w ciąży z Martinem, to jej związek z Gregorym należy do przeszłości, prawda? Chociaż to też nie do końca jest pewne. Ale chciałam napisać coś jeszcze. Nie wiem czy tylko ja to zauważyłam, ale widzę w tym fragmencie inną Sophię, na pewno nie tą, którą poznałam na samym początku. Wyrachowaną, elegancką i lubiącą błyszczeć. Teraz widzę kompletnie pogubioną kobietę, która nie wie czego chce, a tym bardziej nie wie co dalej robić ze swoim życiem. To było nieuniknione, że Rosalie dowie się prawdy. Mam nadzieję, że dziewczyna nie zrobi nic głupiego.
Kochana przepraszam Cię bardzo, ale ten komentarz to marna kopia poprzedniego, który w całości się skasował jeszcze przed publikacją. Postaram się, żeby kolejny był o wiele lepszy :)
Pozdrawiam i ściskam mocno w te mroźne dni :) :*