Hej!
Minął tydzień i akurat mam chwilę, więc wracam z kolejnym rozdziałem. Ten jest spokojniejszy od poprzedniego, choć podejrzewam, że i tak wywoła w Was skrajne emocje. Osobiście lubię tą część i jestem ciekawa, czy i Wam przypadnie ona do gustu.
Dziękuję z całego serducha za komentarze pod poprzednim rozdziałem :)
Już się zamykam, bo słowo wstępne dzisiaj jest wybitnie nędzne :P
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
Dave Baxter - Whispers
Minął tydzień i akurat mam chwilę, więc wracam z kolejnym rozdziałem. Ten jest spokojniejszy od poprzedniego, choć podejrzewam, że i tak wywoła w Was skrajne emocje. Osobiście lubię tą część i jestem ciekawa, czy i Wam przypadnie ona do gustu.
Dziękuję z całego serducha za komentarze pod poprzednim rozdziałem :)
Już się zamykam, bo słowo wstępne dzisiaj jest wybitnie nędzne :P
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
Dave Baxter - Whispers
- To niesamowite. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że tu jesteś.
- Wiedziałem, że to będzie dla ciebie szok - stwierdził Josh. - Mam nadzieję, że to miła niespodzianka.
Vanessa uśmiechnęła się. Uznała, że jest to najlepsza odpowiedź, na jaką ją w tym momencie stać. Kiedy patrzyła na Josha, przypominały jej się okoliczności, w jakich się rozstali. Była naprawdę zaskoczona tym, że mężczyzna tak bardzo chciał się z nią zobaczyć po tym, jak go zostawiła.
- Nie musimy rozmawiać o tym, co kiedyś było - powiedział, jakby czytał jej w myślach. - Nie przyjechałem po to, by ci truć.
- A po co przyjechałeś? - to pytanie samo wyrwało się z ust ciemnowłosej.
- Chciałem się upewnić, że wszystko u ciebie w porządku - odparł i uśmiechnął się. - Bo tak jest, prawda?
Vannie skinęła głową. O dziwo, mimo tej niezręczności, poczuła się tak, jakby istotnie wszystko w jej życiu układało się po jej myśli. Była szczęśliwa. Czuła się wolna, tu i teraz, siedząc tuż obok mężczyzny, w którego głosie słyszała prawdziwą troskę.
Vanessa spojrzała na swoją tapetę, na której niezmiennie od kilku miesięcy gościła fotografia Victora. Na widok jego bystrych oczu i uśmiechu, który momentalnie przezwyciężał chłód całego świata, dziewczyną targnęły emocje tak skrajne i niespójne, że wręcz nierzeczywiste. Nie miała wątpliwości co do tego, że wszystko to działo się naprawdę, w końcu tej nocy właściwie nie zmrużyła oka. W napięciu czekała, aż ciemność za oknem ustąpi miejsca światłu, a kiedy tak się stało, wyszła spod kołdry i zamknęła się w łazience. Kiedy wyszła, nie przypominała już zmęczonej i zestresowanej kobiety, która właśnie teraz borykała się z jednym z najtrudniejszych dylematów w swoim życiu. Makijaż przykrył zapuchniętą od płaczu twarz, a kremowy sweterek dawał do zrozumienia, że nie zamierzała już wracać do sypialni. Dawno już nie była tak chętna, by iść do pracy. Jak zawsze, tak również teraz miała nadzieję, że kilka godzin spędzonych w szpitalu, pozwoli jej jakoś zapomnieć o kłótni z Victorem - choć na jedną, krótką chwilę. Potrzebowała spokoju, choć im więcej czasu mijało, tym bardziej była pewna, że prawdziwe ukojenie może dać jej tylko rozmowa z narzeczonym. Za jakiś czas, kiedy emocje opadną, będą musieli się spotkać i jakoś się dogadać, lecz jeszcze nie teraz. Kiedy Vanessa przypominała sobie, w jaki sposób Victor patrzył na Josha, który tak naprawdę nie zrobił nic złego, jej ciało przeszywały dreszcze. Jak on mógł? Wyobrażała sobie, co czuł Josh, kiedy obcy facet nagle przypomniał mu w dość brutalny sposób o jego trudnej przeszłości i koszmarze, jakim była wojna. Pamiętała ich rozmowy w Mediolanie. Momenty, kiedy istnieli tylko oni i jego zwierzenia, które Vanessa wysłuchiwała wiernie i cierpliwie. Ufał jej. Między innymi dzięki niej zaczął chodzić na terapię, leczyć się i radzić sobie z lękiem. Zastanawiała się, czy Josh będzie chciał raz jeszcze odbyć z nią taką rozmowę. Odnosiła wrażenie, że Josh, którego poznała w Mediolanie, różnił się diametralnie od mężczyzny, który obecnie mieszkał z nią pod jednym dachem. Być może powinni przekroczyć granicę, o której dotychczas nie wspominali, by życie wszystkich w końcu się polepszyło. Vanessa chciała żyć z daleka od wątpliwości i obaw. To straszne, ale przez tych kilka miesięcy, które spędzili w swoim towarzystwie, Josh wciąż nie powiedział jej, dlaczego tak naprawdę przyjechał do Londynu. Nie wierzyła w słowa, którymi nakarmił ją, gdy zapytała go o to po raz pierwszy. Tylko czy tych pytań nie było zbyt wiele, jak na jedną rozmowę? Lekarka upewniła się, że tak, kiedy zobaczyła Josha siedzącego przy stole w kuchni. Chłopak spojrzał na nią swymi niebieskimi jak ocean oczami i skinął łagodnie głową. Był spokojny i czuł się bezpiecznie. Nie chciała mu tego odbierać. Uśmiechnęła się i nastawiła wodę na herbatę.
- Powinnam raz jeszcze przeprosić cię za zachowanie Victora? - zapytała dziewczyna, drżącymi dłońmi wyciągając kubek z szafki. Kiedy spojrzała na Josha raz jeszcze, mężczyzna kręcił głową przecząco. - Nic nie powiesz?
- Nie widzę powodu, dla którego miałabyś czuć się głupio przez niego - odrzekł cierpko.
- No wiesz, to w końcu mój narzeczony i w pewnym sensie jestem za niego odpowiedzialna. Kto jak kto, ale akurat ty powinieneś to rozumieć - rzekła, przypominając sobie o Paige, kobiecie, która sporo namieszała w ich życiu. Na twarzy Josha gościła obojętność, która po raz kolejny wprawiła Vanessę w osłupienie. - Tak czy inaczej, Victor nie chciał cię obrazić.
- Zabawne, że przepraszasz mnie za niego, chociaż to ja dałem mu w mordę.
- Przecież Victor powiedział...
- Tak, ale nie wiedział, co robi. Ja natomiast przywaliłem mu celowo, w pełni świadom swoich czynów.
- I zrobiłeś to dlatego, że cię zdenerwował, tak? - zapytała z nadzieją, że Josh potwierdzi jej słowa, ten jednak mruknął nieznacznie i wrócił do pochłaniania rogalika. - Był inny powód? - nie dawała za wygraną.
- Był i wciąż jest - odparł, po czym spojrzał na nią, a ona poczuła się tak, jakby całe jej ciało poraził prąd. W jego oczach widziała coś, czego kiedyś w nich nie było. Coś, czego nie potrafiła zdefiniować. Coś, co albo ją przerażało, albo rozczulało - wciąż nie potrafiła tego pojąć.
Vannie była wdzięczna osobie, która właśnie w tym momencie zadzwoniła do drzwi. W ciemno uwielbiała swojego wybawcę, bo jeszcze trochę, a napięcie między nią, a Joshem, doprowadziłoby do czegoś, czego z pewnością mogłaby żałować. Wdzięczna losowi brunetka otworzyła drzwi, a kiedy u progu zobaczyła jasnowłosą, ucieszyła się tak bardzo, że bez zastanowienia rzuciła jej się na szyję.
- Udusisz mnie... - szepnęła Rosalie, na co Vannie uścisnęła ją jeszcze mocniej.
- I bardzo dobrze! - stwierdziła Yorke. - Zbyt długo kazałaś czekać na swój powrót i teraz będziesz musiała trochę pocierpieć w moich objęciach.
- To nie jest powrót - powiedziała Rosalie, a Vanessa puściła ją w tej samej sekundzie, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie, nie kryjąc niezadowolenia. - Muszę porozmawiać z Tiną. Jest u siebie, prawda?
- Jasne... - burknęła Vannie i gestem ręki zaprosiła blondynkę do środka, po czym zamknęła za nią drzwi z hukiem.
- Hej, nie denerwuj się - rzekła Rosalie, posyłając brunetce promienny uśmiech, tak niepasujący do twarzy, która zdradzała wyczerpanie. - W końcu mój stary pokój i tak jest już zajęty - zauważyła i z tym akurat Vanessa nie potrafiła się nie zgodzić.
Lekarka zapukała do pokoju Tiny, a ta odpowiedziała, że zaraz przyjdzie. Wszyscy słyszeli śmiech jej i mężczyzny, z którym spędziła noc, jednak żadne z nich nie wyrażało skrępowania. Dopiero kiedy wyszli z jej sypialni i zobaczyli, że w domu gościła jeszcze jedna osoba, ta, której absolutnie się tutaj nie spodziewali, miny nieco im zrzedły.
- Rosalie, co ty tu... - zaczęła Christina, jednak jasnowłosa szybko jej przerwała.
- Potrzebuję cię - powiedziała i bez pytania weszła wraz ze starszą siostrą do jej pokoju.
Gregory rozejrzał się dookoła, nie kryjąc zakłopotania. Nie mógł wejść do sypialni Tiny, w której wciąż leżały jego ubrania, toteż skazany był na marznięcie w samej bieliźnie. Kiedy zajrzał do kuchni, zobaczył dwie postaci, które kojarzył właściwie tylko z widzenia. Miał nadzieję, że rozmowa sióstr zakończy się szybko, ponieważ Christina była jego jedyną deską ratunku. Jego umiarkowana ufność wobec ludzi została wystawiona na próbę.
- Rogalika? - zaproponowała Vannie, patrząc na Haggerty'ego.
- Wolałbym papierosa, pani...
- O nie, Greg - Vanessa pogroziła mężczyźnie palcem. - Jeśli ze mną też będziesz przechodził na ,,ty'' przez pięć miesięcy, to stracę wiarę w ludzi. Jestem Vannie - skwitowała, podając niebieskookiemu dłoń. Jej uwadze umknęło zaciekawione i jakby nieufne spojrzenie Josha, który uniósł wzrok znad gazety.
- Gregory - odparł Haggerty i już odważniej wkroczył do kuchni, wciąż jednak mając nadzieję, że Tina wróci lada moment.
***
Jenny otarła czoło mokrą ręką, po czym westchnęła ciężko na widok góry naczyń, która wciąż czekała na nią z utęsknieniem. Wzięła do ręki kolejny talerz, modląc się w duchu, by ktoś wybawił ją od wykonywania czynności, której nie darzyła szczególnym uwielbieniem. Mimo niechęci, pewna cząstka niej doceniała obowiązek, któremu musiała sprostać. Zmaganie się z prostotą codziennego życia pomagało jej choć na chwilę puścić w niepamięć przykre zakończenie wczorajszego wieczoru. Rudowłosa skrzywiła się, kiedy ponownie przypomniała sobie o kłótni Vanessy i Victora, a także o narzekaniu Constance na zachowanie przyszłej synowej. Jenny najchętniej poszłaby w ślady Vannie i sama również uciekła od problemów, wiedziała jednak, że była potrzebna właśnie tu i nie mogła odejść. Zastanawiała się, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby ten cały Josh w ogóle nie przyszedł, no i gdyby Victor był trzeźwy. Mimo sprzecznych sygnałów i spekulacji, Jenny nie sądziła, że Vanessa mogłaby skrzywdzić jej brata i utrzymywać zakazane stosunki ze swoim byłym. Trochę już znała tą dziewczynę i wiedziała, czego może się po niej spodziewać. Za znajomością lekarki i żołnierza musi kryć się coś więcej, coś na tyle istotnego i trudnego do zaakceptowania, że dziewczyna nie zdecydowała się na podzielenie tą tajemnicą ze swoim narzeczonym. Jenny szanowała Vanessę i chciała, aby jej wiara w niewinność przyjaciółki okazała się uzasadniona i nie zaprowadziła ją na manowce. Z drugiej strony, w przeszłości był już człowiek, któremu ufała bezgranicznie i dałaby uciąć sobie za niego rękę, a jednak została przez niego zraniona, aż do granic wytrzymałości. Życie jest bardziej zaskakujące, niż mogłoby się nam wydawać. Ludzie, których znamy lepiej, niż samych siebie, w pewnym momencie przeobrażają się w zupełnie obce istoty, posuwające się do czynów, o które nawet byśmy ich nie podejrzewali. Bywa i tak, że nie tracimy tej wiary nawet wówczas, gdy zostajemy tak mocno dotknięci przez kochaną przez nas osobę. Wciąż wierzymy, że się zmieni i wyciągnie wnioski ze swych dotychczasowych poczynań. Czy jest to efekt niezwykle dobrego, skłonnego do wielkiej miłości serca, czy jednak naiwność?
- Pomóc ci? - zapytał James, a Jenny podskoczyła w miejscu. Głos mężczyzny, o którym akurat myślała i to w nie do końca pozytywny sposób, zaskoczył ją swoją obecnością. Kiedy spojrzała za siebie, zobaczyła uśmiech na jego twarzy i iskierki w obojgu oczu. A może tak jej się tylko wydawało?
- Nie, dzięki - odparła wreszcie, odstawiając mokry talerz na suszarkę. - Już kończę.
- Pogadamy z nim? - spytał Devon, po czym skinął głową w kierunku salonu. Jenny już wiedziała, że mówi o jej bracie. - Siedzi na kanapie i gapi się w sufit z tą swoją obrażoną miną.
- Sądzisz, że jestem w stanie cokolwiek na to poradzić? - dziewczyna spojrzała na rozmówcę, wycierając dłonie w ścierkę. - Znasz go. Wiesz, że jak się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Tutaj jedynie rozmowa z Vanessą może pomóc.
- Tylko, że on mi wcale nie wygląda na zainteresowanego taką rozmową... Obraził się na amen.
- Spokojna głowa - rzekła zielonooka, po czym dotknęła ramienia Jamesa i ruszyła w stronę salonu. Kroki, które słyszała za sobą, oznajmiły jej, że mężczyzna podążał za nią. - Żyjesz? - zapytała, kiedy odnalazła nieobecny wzrok Victora, tkwiącego w bezruchu na kanapie. Kiedy nie otrzymała odpowiedzi, bez namysłu trzasnęła brata po głowie, wówczas piłkarz spojrzał na nią z wyrzutem.
- Odwaliło ci? - spytał Victor, marszcząc czoło.
- Zadałam ci pytanie i wypadałoby na nie odpowiedzieć - rzekła Jenny.
- Twoje pytanie było głupie, więc postanowiłem nie zniżać się do takiego poziomu.
Za te słowa Victor dostał po głowie raz jeszcze. Skinął lekko głową, wiedząc, że nie ma innego wyjścia, jak zgodzić się na warunki siostry i przyjaciela. Jenny zajęła miejsce na stoliku do kawy, podczas gdy James usiadł obok jasnowłosego.
- Nie jest ci głupio? - zapytała Jenny.
- Ty tak na serio? - odpowiedział Victor pytaniem na pytanie, patrząc na siostrę tak, jakby jego zdaniem postradała zmysły. - A co ja takiego zrobiłem?
- Dałeś mu w ryj? - spytał James, za co przez oboje został skarcony.
- Widać, że cię tam nie było, stary - powiedział Joyce. - Powiedziałem coś, za co tamten rzucił się na mnie z łapami. Zaskoczył mnie i miał farta, że zastał mnie w tak nędznej formie. Gdybym był trzeźwy, to przysięgam, że normalnie bym go...
- Dobra, Rocky, nie szalej - Jenny machnęła ręką, chcąc uciszyć brata. - Rozumiem, że się wściekłeś, bo jesteś zwyczajnie zazdrosny o Vanessę, ale wyjaśnicie sobie wszystko i będzie dobrze, tak?
- Chcesz, żebym pogadał z Vannie, tak? - zapytał Victor, a kiedy rudowłosa skinęła energicznie głową, potwierdzając jego słowa, blondyn uśmiechnął się ironicznie. - Mowy nie ma.
- Że co? - zdziwili się równocześnie jego rozmówcy.
- Jeszcze dzisiaj wracam do Manchesteru - oznajmił chłopak. - Sama mówiłaś, że powinienem brać przykład z rodziców. Właśnie to robię.
Jenny natychmiast pomyślała o Constance i Robercie, którzy z samego rana pojechali do domu. Dziewczyna miała ochotę wykrzyczeć odchodzącemu bratu, co myśli o jego zachowaniu, powstrzymał ją jednak James.
- Wie, co robi - powiedział brunet. - Jeśli to prawdziwa miłość, to na pewno nie zginie przez byle sprzeczkę.
- Bez urazy, ale akurat ty nie powinieneś wypowiadać się na ten temat - ucięła Jenny i również wyszła z pokoju, zła zarówno na Victora, jak i na Jamesa, który chyba zapomniał, że kiedyś nazywał prawdziwą miłością to, co ich łączyło.
***
Gregory czekał na Christinę tak długo, że teraz nie miał już żadnego towarzystwa w kuchni. Vanessa wyszła do pracy, a Josh wiernie ruszył za nią, przez co pisarz musiał gapić się tępo w sufit, a głos uwiązł mu w gardle. Mimo to, nie obawiał się, że zabraknie mu słów, kiedy zobaczy znów szarooką. Miał zbyt dużo pytań, by milczeć. W pewnym momencie docenił chwilę samotności, jaka została mu ofiarowana. Nie rozpraszały go żadne bodźce i mógł w spokoju zastanowić się nad swoim zachowaniem i życiem, które z jednej strony waliło mu się na głowę, a z drugiej nigdy przedtem nie było tak poukładane i szczęśliwe. Przy Christinie czuł się po prostu dobrze - tak, jak kiedyś przy Sophii, jednak to, co ich łączyło, od dawna było tylko blaknącym wspomnieniem, tracącym na wartości. Tak naprawdę od wielu miesięcy wiedział, że jego małżeństwo dobiega końca. Próbował o to walczyć, ocalić resztki miłości, jednak czas pokazał mu, że to wszystko było zbędnym wysiłkiem, który prowadził donikąd. Sophia też musiała to wiedzieć. Gdyby było inaczej, nie znikałaby na całe dnie i noce, nie spędzałaby czasu z nie wiadomo kim i nie raczyła dać mężowi chociaż słowa wyjaśnienia. Jeśli o niego chodziło, gotów był pożegnać Sophię raz na zawsze. Pytanie tylko, czy Christina chciała tego samego. Choć w jej oczach widział potężne uczucie, to jednak dostrzegał również niepewność. Nie dziwiło go to. Gdyby nie ta żenująca próba uratowania jego małżeństwa, Gregory nigdy by jej nie poznał. Trafił na nią w nieodpowiednim miejscu i czasie, a jednak jakimś cudem zdołał ją pokochać, choć wydawało mu się, że miłość po prostu nie jest mu pisana. Nie chciał się zawieść. Jeśli Christina nie będzie chciała walczyć o tą miłość, w pewnym sensie zakazaną, Gregory znajdzie się w ślepym zaułku. Co zrobi, kiedy straci swoją muzę i natchnienie? Co, jeśli znów zostanie sam?
Mężczyzna wzdrygnął na krześle i szybko wstał, kiedy do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Zaraz potem u progu kuchni stanęły obie siostry, z czego młodsza szybko zajęła miejsce przy stole. Christina zignorowała pytające spojrzenie Haggerty'ego. Nalała wody do szklanki i podała ją Rosalie, a kiedy blondynka posłała w kierunku Tiny łagodny uśmiech, szarooka skinęła głową, patrząc na zaniepokojonego Gregory'ego.
- Chodź - powiedziała i wyszła z kuchni, a mężczyzna podążył za nią, nie zważając na zaciekawioną minę Rosalie. - Zamknij drzwi - rzekła, kiedy Gregory wszedł za nią do sypialni. Uczynił to, a następnie usiadł obok niej na łóżku, zastanawiając się, co wydarzy się za chwilę. - Muszę wyjechać na kilka dni.
- Tak nagle? - zdziwił się. - Ale dokąd?
- Nie mogę ci powiedzieć - mruknęła przepraszającym tonem, a na twarzy pisarza momentalnie pojawiło się zdenerwowanie. - Nie złość się na mnie, Greg.
- Po prostu mam dość tajemnic - wyznał urażonym tonem. - Moja żona ma ich przede mną tysiące.
Nie mógł wiedzieć, że Christina wie o romansie Sophii, toteż nie zauważył współczucia na jej twarzy.
- Rosalie mnie potrzebuje - powiedziała. - Zresztą... To dziwne, ale po raz pierwszy od bardzo dawna, ja potrzebuję jej.
- A gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie? - zapytał Gregory, a Tina prychnęła, choć gdyby tylko zdążyła się zastanowić, rozegrałaby to delikatniej. - Co to miało znaczyć? - spytał Haggerty, któremu nie umknęła jawna kpina ciemnowłosej.
- Słuchaj... - zaczęła niepewnie, chcąc wybadać grunt. - Będę z tobą szczera, bo jesteś dla mnie kimś ważnym. Nie powinieneś szukać miejsca dla siebie w moim życiu. Nie teraz. Zrozum, ty masz żonę, a ja zbyt dużo problemów, by móc teraz poświęcić ci swój czas i serce.
- Teraz na to wpadłaś? Jakoś wczoraj wcale ci to nie przeszkadzało - rzucił i choć wiedział, że nie powiedział nic złego, przez sekundę miał lekkie wyrzuty sumienia. Wstał z łóżka i spojrzał na Tinę, na której twarzy gościło zarówno niezadowolenie, jak i zmartwienie. - Wiesz, chciałem cię prosić, abyś dała znać, jak podejmiesz decyzję, co dalej z nami, ale zmieniłem zdanie.
- Dlaczego? - zapytała Christina.
- Bo mam żonę i zapewne do twojego powrotu będziemy znowu kochającą się rodziną, planującą wakacje w ciepłych krajach. Tak to wygląda w twojej głowie, prawda?
- Greg, ja...
- Do widzenia, pani Dainty - skwitował i wiedział, że tym ostatnim zwrotem na pewno wyprowadzi ją z równowagi, w tym momencie jednak wcale go to nie obchodziło. Był zły i miał ochotę cisnąć jakimś przedmiotem o ścianę, by sobie ulżyć. Wiedział, że nigdy nie będzie już z Sophią. Dlaczego Christina, kobieta, która z nich dwojga była o wiele rozsądniejsza i dojrzalsza, wciąż nie miała tej pewności i nie traktowała go poważnie?
***
Brunetka zaglądała do kolejnych sal, a reakcje pacjentów na jej widok bardzo się od siebie różniły. Ci bardziej towarzyscy zagadywali ją i wręcz nie pozwalali jej odejść, z kolei ci skrytsi jedynie się uśmiechali. Vanessa nie byłaby sobą, gdyby nie zajrzała do swojego ulubionego, starszego pana, z którym łączyły ją specyficzne relacje. Uwielbiała jego poczucie humoru i narzekanie na żonę, które jednak więcej miało w sobie miłości i podziwu, niż rzeczywistego gniewu bądź żalu. Po raz kolejny spróbowała wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało jej własne małżeństwo. Czy za kilkadziesiąt lat ona i Victor będą jedną z tych par, które wciąż patrzą na siebie z tym ogniem w oczach, mimo czasu, który płynął bardzo szybko? O ile w ogóle dojdzie do tego ślubu... Niebieskooka pomyślała o narzeczonym po raz setny tego dnia. Im więcej czasu mijało, tym coraz większe były jej wyrzuty sumienia. Może faktycznie nie powinna być tak ostra dla Victora? Jeszcze rano zastanawiała się, czy jej wybuchowa reakcja nie była spowodowana silnymi uczuciami, jakimi wciąż darzyła Josha, jednak los wysyłał jej przeczące tej teorii sygnały. Jej tęsknota za Victorem i nieposkromiona chęć, by raz jeszcze zgubić kilka godzin w jego zielonych oczach, dowodziły, jak ważną osobą był dla niej piłkarz, który skradł jej serce. Nie chciała stracić tego, co mieli i być może bezpieczniej dla ich związku i przyszłości byłoby, gdyby Vanessa przestała utrzymywać kontakt z Joshem, jednak scenariusz ten wydawał się młodej lekarce krzywdzący. Hartley był jej przyjacielem i tylko na tym chciała się skupić. Nie oczekiwała niczego więcej, ponieważ miała Victora, a Josh nie sprawiał wrażenia faceta, który chce, aby ich związek zmartwychwstał. A może wszyscy troje przesadzali i tak naprawdę żadne z nich nie miało powodów, by się sprzeczać? Tak czy inaczej, Vannie wierzyła, że jeszcze uda im się to wszystko poukładać. Wykręciła numer narzeczonego i przyłożyła telefon do ucha.
- No odbierz... - rzekła, stając jak wryta na środku korytarza. Czekała i czekała, jednak nic się nie wydarzyło. Victor albo jej unikał, albo po prostu nie zdążył odebrać. Yorke tym razem wybrała numer Jenny i ucieszyła się, kiedy usłyszała jej głos po drugiej stronie, choć tak naprawdę niekoniecznie był to powód do radości.
- Hej - rzekła Jenny smętnie. - Domyślam się, że dzwoniłaś już do Victora.
- Zgadza się - odparła Vannie. - Nie raczył ode mnie odebrać. Jest tam gdzieś w pobliżu?
- Posłuchaj... - rudowłosa westchnęła. - Nie chciałam być osobą, która ci to powie, ale chyba nie mam wyjścia. Victor wrócił do Manchesteru.
Vanessa mogła się tego spodziewać, a jednak wyznanie Jenny było dla niej niemałym szokiem. Przez cały ten czas tliła się w niej nadzieja, że Victor zachowa się inaczej. Zawiodła się na nim, nie po raz pierwszy zresztą.
- Naprawdę mi przykro, ale myślę, że jakoś to sobie wyjaśnicie i...
- Dzięki, Jen - urwała Vanessa i rozłączyła się, nie dając rozmówczyni szansy na zareagowanie. Schowała komórkę do kieszeni i weszła do ostatniej już sali, w której ujrzała rudowłosą, uśmiechniętą promiennie dziewczynę.
- Cześć, Vannie - powiedziała Mercy, po czym poklepała brzeg łóżka, by Vanessa mogła się przysiąść, co też uczyniła. - Co słychać?
- Szkoda gadać. Powiedz lepiej, jak się czujesz.
- A jak wyglądam? - zapytała Mercy, trzepocząc rzęsami zalotnie. - I tak też się czuję. Po prostu świetnie.
Vanessa była pewna, że dziewczyna ironizowała, jednak jej uśmiech przeczył tej wersji. Mercy była zdumiewająca i zaskakująco radosna po dramacie, w którym uczestniczyła nie tak dawno.
- Rozchmurz się - rzekła rudowłosa. - Nie ma sensu płakać przez facetów. W większości przypadków nie są warci naszych łez.
- A ty masz kogoś? - zapytała Vanessa, z każdą chwilą czując się jeszcze swobodniej w towarzystwie pacjentki.
Mercy zmarszczyła bezwiednie czoło. Na zadane przez lekarkę pytanie istniała odpowiedź, która nijak nie chciała przejść jej przez usta. Rudowłosa uśmiechnęła się po chwili i odparła wymijająco:
- Bywa, że partner bardziej przeszkadza, niż pomaga. Czasem lepiej być samemu. Wierz mi, wiem coś na ten temat.
- Czasami jednak faceci się przydają - zauważyła Vannie.
- Masz rację, ale ja nie potrzebuję żadnego mężczyzny, by być szczęśliwą - odparła Mercy, nie przestając się uśmiechać. - Skoro nie potrzebuję nogi, by cieszyć się życiem, to już z całą pewnością nie brakuje mi faceta. Radzę sobie sama. Ja po prostu wiem, że będę szczęśliwa i pokonam każdą przeszkodę i choć znam cię krótko, to jestem przekonana, że tobie również się uda. Będziesz miała ten swój śliczny ślub z Victorem Joycem.
- Skąd ty...
- Skarbie, cała Anglia wie o waszym związku - stwierdziła Mercy rzeczowo. - Gazety zaproponują wam grube pieniądze za zdjęcia ze ślubu.
- O ile do niego dojdzie...
- Okej, więc spójrz teraz na to - Mercy pociągnęła za kołdrę, a oczom Vannie ukazała się skaza, której nigdy już nie wymaże. - Kochałam konie, a istnieje szansa, że nigdy już nie wybiorę się na przejażdżkę. Mimo tego, co się stało, ja wciąż jestem optymistką i wierzę, że choćbym musiała wyjść z siebie, dopnę swego i będzie tak, jak przed wypadkiem. Popatrz na mnie i weź się w garść. Możesz wszystko, tylko musisz w to wierzyć.
- Jesteś niemożliwa - powiedziała Vanessa, nie kryjąc podziwu. Mercy skłoniła głowę żartobliwie. - Dzięki za rozmowę.
- To ja ci dziękuję - odparła rudowłosa.
Siedziały jeszcze przez chwilę w swoim towarzystwie, po czym Vannie wyszła z sali. Chciała, aby pod szpitalem czekał na nią Victor w tym swoim wypasionym samochodzie, z bukietem kwiatów, zawadiackim uśmiechem na twarzy i informacją, że porywa ją na romantyczny wypad tylko we dwoje. Dopiero, kiedy w tym samym miejscu nieoczekiwanie zobaczyła Josha, przypomniała sobie o tym, że jej ukochany wyjechał bez słowa, obrażając się na nią na amen. Uśmiechnęła się do współlokatora, pomimo zaskoczenia, że jak zwykle pojawiał się znienacka.
- Niech zgadnę - powiedziała. - Akurat przechodziłeś przypadkiem?
- Coś w ten deseń - odparł Hartley. - Masz ochotę na spacer?
- Tak, jeśli to nie jest próba poderwania mnie.
- A więc idziemy do parku - wyszczerzył się.
Dawni kochankowie ruszyli w drogę. Josh próbował rozerwać jakoś Vanessę, ona jednak wciąż myślała o Victorze. Była zła na niego, bo zachował się jak skończony tchórz. A może jednak szczęśliwe zakończenie nie jest im pisane? I może... może warto czasem wejść drugi raz do tej samej rzeki?
***
- Niedługo wrócę - powiedziała Rosalie, której głos zadźwięczał słodko w słuchawce, którą dzierżył w dłoni James. - Nie martw się o mnie.
- Jak mam się nie martwić, skoro znowu uciekasz? - zapytał, nie kryjąc, że zrobiło mu się przykro, gdy dowiedział się, że Rosalie wyjeżdża. - Nie mam gwarancji, że rzeczywiście wrócisz.
- Masz - odparła. - Moje słowo. Nie zawiodę cię. Obiecuję ci też, że jak przyjadę, porozmawiamy w końcu bez tajemnic i uciekania od niektórych tematów.
- Że niby poznam prawdę? - zapytał James.
- Całkowitą prawdę - westchnęła Rosalie, ujawniając swą obawę przed rozmową, która ich czekała.
- Do zobaczenia - skwitował brunet, a kiedy jasnowłosa odpowiedziała mu tym samym, rozłączył się.
Mężczyzna schował telefon do kieszeni i wyjrzał przez okno, które jeszcze przed momentem odbijało w sobie jego zmartwioną twarz. Był piękny, majowy wieczór. Niebo zdążyło pociemnieć, a temperatura była niezmiennie wysoka. Victor tak, jak zapowiedział, tak też uczynił i wrócił do Manchesteru. James nie pochwalał jego postępowania, jednak wciąż ufał, że przyjaciel nie zgubi po drodze Vanessy, z którą tak wiele go łączyło. Do Jamesa wciąż nie docierało to, że odzyskał przyjaciela. Znów mógł zadzwonić do niego, choćby i w tym momencie, by wygadać się, wyżalić, albo wspólnie z czegoś pośmiać. Zwlekał tyle lat, a tak naprawdę nie było czego się bać. Zmarnował wiele czasu, jednak nauczył się, że trzeba doceniać każdą daną nam godzinę, każdy ofiarowany rok. Próbował ponaprawiać wiele innych rzeczy w swoim życiu. Olivera też zaniedbywał jako ojciec, a jednak dziś mieli ze sobą całkiem dobry kontakt i lubili spędzać ze sobą czas. James wiedział, że otrzymał bardzo duży kredyt zaufania i robił wszystko, by nie zawieść syna po raz kolejny. Co prawda Oliver pokazał już, że wybacza dość szybko i łatwo, jednak James nie zamierzał go do tego zmuszać. Obiecał sobie, że się postara i na razie jakoś mu to wychodziło.
- Co tak zastygłeś? - zapytała Jenny, która nagle wyrosła za jego plecami, a zamyślony dotąd James uświadomił sobie, że oto stał za nim kolejny powód, który sprawiał, że starał się zrobić coś dobrego ze swoim życiem.
- Zamyśliłem się - rzekł, kiedy odwrócił się i mógł spojrzeć prosto w jej zielone, nieco zalęknione oczy.
Kiedy Jenny poczuła jego wzrok na sobie, odgarnęła kosmyk rudych loków, który opadał na jej twarz. James pomyślał, że to wcale nie było konieczne, ponieważ właśnie ta niesforność podobała mu się w niej najbardziej.
- Chciałam cię przeprosić za to, co powiedziałam. Wiem, że nie miałeś złych intencji. Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam.
- Daj spokój - James machnął ręką lekceważąco. - Zasłużyłem na to. Nie jestem żadnym ekspertem w tych sprawach.
- Ja też nie - odrzekła.
- Podsumowując, jesteśmy beznadziejni - stwierdził Devon, a Jenny uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym kiwnęła głową. - Ale może...
- Co? - spytała zaciekawiona. James zawahał się.
- Tak sobie pomyślałem, że może jesteśmy beznadziejni tylko wtedy, kiedy nie jesteśmy razem. Nie wiem, jak tobie, ale wydaje mi się, że kiedy byliśmy razem, nikt nie mógł nam podskoczyć. Byliśmy najlepszymi wersjami samych siebie.
- James, proszę...
- Jenny, ja wiem, że jestem palantem, ale może moglibyśmy... - mówił, podchodząc coraz bliżej.
Jenny zorientowała się, że jego dłonie nagle oplotły jej własne. Przestraszyła się tego, choć przez tak długi okres czasu marzyła właśnie o tej chwili. To nie był ten etap jej życia, w którym gotowa była zaryzykować raz jeszcze i spróbować ponownie mu zaufać, a poza tym...
- Witaj, Jennifer - odezwał się nagle głos mężczyzny, którego obecność zaskoczyła zarówno Jenny, jak i Jamesa, choć kobieta wiedziała wcześniej, że Jeremy jest już w drodze. Mężczyzna spojrzał na złączone dłonie obojga i właśnie wtedy Jenny energicznie odsunęła się od Jamesa.
- Miałam drzazgę w palcu - powiedziała, a zdezorientowany James skinął twierdząco głową.
- Pomagałem ją wyciągnąć - rzekł, a w jego głosie wyczuwalne było napięcie. Widok Jeremy'ego musiał mocno podnieść mu ciśnienie. - Będę się zbierać. Pożegnam się tylko z synem i już mnie nie ma.
- James... - zawołała Jenny, jednak Jeremy wszedł jej w słowo.
- Myślę, że to dobry pomysł - powiedział i uśmiechnął się sztucznie. - Do widzenia, James.
Devon mruknął jedynie, ponieważ nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Wyszedł z salonu i nie chciał myśleć, o czym aktualnie rozmawia jego dawna ukochana i facet, który tak nagle wtargnął pomiędzy nich. Ciekawe, czy Jeremy był aż takim durniem, by kupić tą żałosną bajeczkę o drzazdze w palcu... Jamesa wcale by to nie zdziwiło. Pożegnał się szybko z Oliverem, obiecując, że zobaczą się ponownie wkrótce, po czym z radością opuścił dom Jenny. Zrobił z siebie totalnego głupka. Zapomniał się i dał się ponieść. Pokazał jej coś, co do niedawna było nawet dla niego tajemnicą. Pokazał jej, że wciąż ją kocha.
***
- Zabawne, że przepraszasz mnie za niego, chociaż to ja dałem mu w mordę.
- Przecież Victor powiedział...
- Tak, ale nie wiedział, co robi. Ja natomiast przywaliłem mu celowo, w pełni świadom swoich czynów.
- I zrobiłeś to dlatego, że cię zdenerwował, tak? - zapytała z nadzieją, że Josh potwierdzi jej słowa, ten jednak mruknął nieznacznie i wrócił do pochłaniania rogalika. - Był inny powód? - nie dawała za wygraną.
- Był i wciąż jest - odparł, po czym spojrzał na nią, a ona poczuła się tak, jakby całe jej ciało poraził prąd. W jego oczach widziała coś, czego kiedyś w nich nie było. Coś, czego nie potrafiła zdefiniować. Coś, co albo ją przerażało, albo rozczulało - wciąż nie potrafiła tego pojąć.
Vannie była wdzięczna osobie, która właśnie w tym momencie zadzwoniła do drzwi. W ciemno uwielbiała swojego wybawcę, bo jeszcze trochę, a napięcie między nią, a Joshem, doprowadziłoby do czegoś, czego z pewnością mogłaby żałować. Wdzięczna losowi brunetka otworzyła drzwi, a kiedy u progu zobaczyła jasnowłosą, ucieszyła się tak bardzo, że bez zastanowienia rzuciła jej się na szyję.
- Udusisz mnie... - szepnęła Rosalie, na co Vannie uścisnęła ją jeszcze mocniej.
- I bardzo dobrze! - stwierdziła Yorke. - Zbyt długo kazałaś czekać na swój powrót i teraz będziesz musiała trochę pocierpieć w moich objęciach.
- To nie jest powrót - powiedziała Rosalie, a Vanessa puściła ją w tej samej sekundzie, patrząc na przyjaciółkę podejrzliwie, nie kryjąc niezadowolenia. - Muszę porozmawiać z Tiną. Jest u siebie, prawda?
- Jasne... - burknęła Vannie i gestem ręki zaprosiła blondynkę do środka, po czym zamknęła za nią drzwi z hukiem.
- Hej, nie denerwuj się - rzekła Rosalie, posyłając brunetce promienny uśmiech, tak niepasujący do twarzy, która zdradzała wyczerpanie. - W końcu mój stary pokój i tak jest już zajęty - zauważyła i z tym akurat Vanessa nie potrafiła się nie zgodzić.
Lekarka zapukała do pokoju Tiny, a ta odpowiedziała, że zaraz przyjdzie. Wszyscy słyszeli śmiech jej i mężczyzny, z którym spędziła noc, jednak żadne z nich nie wyrażało skrępowania. Dopiero kiedy wyszli z jej sypialni i zobaczyli, że w domu gościła jeszcze jedna osoba, ta, której absolutnie się tutaj nie spodziewali, miny nieco im zrzedły.
- Rosalie, co ty tu... - zaczęła Christina, jednak jasnowłosa szybko jej przerwała.
- Potrzebuję cię - powiedziała i bez pytania weszła wraz ze starszą siostrą do jej pokoju.
Gregory rozejrzał się dookoła, nie kryjąc zakłopotania. Nie mógł wejść do sypialni Tiny, w której wciąż leżały jego ubrania, toteż skazany był na marznięcie w samej bieliźnie. Kiedy zajrzał do kuchni, zobaczył dwie postaci, które kojarzył właściwie tylko z widzenia. Miał nadzieję, że rozmowa sióstr zakończy się szybko, ponieważ Christina była jego jedyną deską ratunku. Jego umiarkowana ufność wobec ludzi została wystawiona na próbę.
- Rogalika? - zaproponowała Vannie, patrząc na Haggerty'ego.
- Wolałbym papierosa, pani...
- O nie, Greg - Vanessa pogroziła mężczyźnie palcem. - Jeśli ze mną też będziesz przechodził na ,,ty'' przez pięć miesięcy, to stracę wiarę w ludzi. Jestem Vannie - skwitowała, podając niebieskookiemu dłoń. Jej uwadze umknęło zaciekawione i jakby nieufne spojrzenie Josha, który uniósł wzrok znad gazety.
- Gregory - odparł Haggerty i już odważniej wkroczył do kuchni, wciąż jednak mając nadzieję, że Tina wróci lada moment.
***
Jenny otarła czoło mokrą ręką, po czym westchnęła ciężko na widok góry naczyń, która wciąż czekała na nią z utęsknieniem. Wzięła do ręki kolejny talerz, modląc się w duchu, by ktoś wybawił ją od wykonywania czynności, której nie darzyła szczególnym uwielbieniem. Mimo niechęci, pewna cząstka niej doceniała obowiązek, któremu musiała sprostać. Zmaganie się z prostotą codziennego życia pomagało jej choć na chwilę puścić w niepamięć przykre zakończenie wczorajszego wieczoru. Rudowłosa skrzywiła się, kiedy ponownie przypomniała sobie o kłótni Vanessy i Victora, a także o narzekaniu Constance na zachowanie przyszłej synowej. Jenny najchętniej poszłaby w ślady Vannie i sama również uciekła od problemów, wiedziała jednak, że była potrzebna właśnie tu i nie mogła odejść. Zastanawiała się, jak to wszystko by się potoczyło, gdyby ten cały Josh w ogóle nie przyszedł, no i gdyby Victor był trzeźwy. Mimo sprzecznych sygnałów i spekulacji, Jenny nie sądziła, że Vanessa mogłaby skrzywdzić jej brata i utrzymywać zakazane stosunki ze swoim byłym. Trochę już znała tą dziewczynę i wiedziała, czego może się po niej spodziewać. Za znajomością lekarki i żołnierza musi kryć się coś więcej, coś na tyle istotnego i trudnego do zaakceptowania, że dziewczyna nie zdecydowała się na podzielenie tą tajemnicą ze swoim narzeczonym. Jenny szanowała Vanessę i chciała, aby jej wiara w niewinność przyjaciółki okazała się uzasadniona i nie zaprowadziła ją na manowce. Z drugiej strony, w przeszłości był już człowiek, któremu ufała bezgranicznie i dałaby uciąć sobie za niego rękę, a jednak została przez niego zraniona, aż do granic wytrzymałości. Życie jest bardziej zaskakujące, niż mogłoby się nam wydawać. Ludzie, których znamy lepiej, niż samych siebie, w pewnym momencie przeobrażają się w zupełnie obce istoty, posuwające się do czynów, o które nawet byśmy ich nie podejrzewali. Bywa i tak, że nie tracimy tej wiary nawet wówczas, gdy zostajemy tak mocno dotknięci przez kochaną przez nas osobę. Wciąż wierzymy, że się zmieni i wyciągnie wnioski ze swych dotychczasowych poczynań. Czy jest to efekt niezwykle dobrego, skłonnego do wielkiej miłości serca, czy jednak naiwność?
- Pomóc ci? - zapytał James, a Jenny podskoczyła w miejscu. Głos mężczyzny, o którym akurat myślała i to w nie do końca pozytywny sposób, zaskoczył ją swoją obecnością. Kiedy spojrzała za siebie, zobaczyła uśmiech na jego twarzy i iskierki w obojgu oczu. A może tak jej się tylko wydawało?
- Nie, dzięki - odparła wreszcie, odstawiając mokry talerz na suszarkę. - Już kończę.
- Pogadamy z nim? - spytał Devon, po czym skinął głową w kierunku salonu. Jenny już wiedziała, że mówi o jej bracie. - Siedzi na kanapie i gapi się w sufit z tą swoją obrażoną miną.
- Sądzisz, że jestem w stanie cokolwiek na to poradzić? - dziewczyna spojrzała na rozmówcę, wycierając dłonie w ścierkę. - Znasz go. Wiesz, że jak się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Tutaj jedynie rozmowa z Vanessą może pomóc.
- Tylko, że on mi wcale nie wygląda na zainteresowanego taką rozmową... Obraził się na amen.
- Spokojna głowa - rzekła zielonooka, po czym dotknęła ramienia Jamesa i ruszyła w stronę salonu. Kroki, które słyszała za sobą, oznajmiły jej, że mężczyzna podążał za nią. - Żyjesz? - zapytała, kiedy odnalazła nieobecny wzrok Victora, tkwiącego w bezruchu na kanapie. Kiedy nie otrzymała odpowiedzi, bez namysłu trzasnęła brata po głowie, wówczas piłkarz spojrzał na nią z wyrzutem.
- Odwaliło ci? - spytał Victor, marszcząc czoło.
- Zadałam ci pytanie i wypadałoby na nie odpowiedzieć - rzekła Jenny.
- Twoje pytanie było głupie, więc postanowiłem nie zniżać się do takiego poziomu.
Za te słowa Victor dostał po głowie raz jeszcze. Skinął lekko głową, wiedząc, że nie ma innego wyjścia, jak zgodzić się na warunki siostry i przyjaciela. Jenny zajęła miejsce na stoliku do kawy, podczas gdy James usiadł obok jasnowłosego.
- Nie jest ci głupio? - zapytała Jenny.
- Ty tak na serio? - odpowiedział Victor pytaniem na pytanie, patrząc na siostrę tak, jakby jego zdaniem postradała zmysły. - A co ja takiego zrobiłem?
- Dałeś mu w ryj? - spytał James, za co przez oboje został skarcony.
- Widać, że cię tam nie było, stary - powiedział Joyce. - Powiedziałem coś, za co tamten rzucił się na mnie z łapami. Zaskoczył mnie i miał farta, że zastał mnie w tak nędznej formie. Gdybym był trzeźwy, to przysięgam, że normalnie bym go...
- Dobra, Rocky, nie szalej - Jenny machnęła ręką, chcąc uciszyć brata. - Rozumiem, że się wściekłeś, bo jesteś zwyczajnie zazdrosny o Vanessę, ale wyjaśnicie sobie wszystko i będzie dobrze, tak?
- Chcesz, żebym pogadał z Vannie, tak? - zapytał Victor, a kiedy rudowłosa skinęła energicznie głową, potwierdzając jego słowa, blondyn uśmiechnął się ironicznie. - Mowy nie ma.
- Że co? - zdziwili się równocześnie jego rozmówcy.
- Jeszcze dzisiaj wracam do Manchesteru - oznajmił chłopak. - Sama mówiłaś, że powinienem brać przykład z rodziców. Właśnie to robię.
Jenny natychmiast pomyślała o Constance i Robercie, którzy z samego rana pojechali do domu. Dziewczyna miała ochotę wykrzyczeć odchodzącemu bratu, co myśli o jego zachowaniu, powstrzymał ją jednak James.
- Wie, co robi - powiedział brunet. - Jeśli to prawdziwa miłość, to na pewno nie zginie przez byle sprzeczkę.
- Bez urazy, ale akurat ty nie powinieneś wypowiadać się na ten temat - ucięła Jenny i również wyszła z pokoju, zła zarówno na Victora, jak i na Jamesa, który chyba zapomniał, że kiedyś nazywał prawdziwą miłością to, co ich łączyło.
***
Gregory czekał na Christinę tak długo, że teraz nie miał już żadnego towarzystwa w kuchni. Vanessa wyszła do pracy, a Josh wiernie ruszył za nią, przez co pisarz musiał gapić się tępo w sufit, a głos uwiązł mu w gardle. Mimo to, nie obawiał się, że zabraknie mu słów, kiedy zobaczy znów szarooką. Miał zbyt dużo pytań, by milczeć. W pewnym momencie docenił chwilę samotności, jaka została mu ofiarowana. Nie rozpraszały go żadne bodźce i mógł w spokoju zastanowić się nad swoim zachowaniem i życiem, które z jednej strony waliło mu się na głowę, a z drugiej nigdy przedtem nie było tak poukładane i szczęśliwe. Przy Christinie czuł się po prostu dobrze - tak, jak kiedyś przy Sophii, jednak to, co ich łączyło, od dawna było tylko blaknącym wspomnieniem, tracącym na wartości. Tak naprawdę od wielu miesięcy wiedział, że jego małżeństwo dobiega końca. Próbował o to walczyć, ocalić resztki miłości, jednak czas pokazał mu, że to wszystko było zbędnym wysiłkiem, który prowadził donikąd. Sophia też musiała to wiedzieć. Gdyby było inaczej, nie znikałaby na całe dnie i noce, nie spędzałaby czasu z nie wiadomo kim i nie raczyła dać mężowi chociaż słowa wyjaśnienia. Jeśli o niego chodziło, gotów był pożegnać Sophię raz na zawsze. Pytanie tylko, czy Christina chciała tego samego. Choć w jej oczach widział potężne uczucie, to jednak dostrzegał również niepewność. Nie dziwiło go to. Gdyby nie ta żenująca próba uratowania jego małżeństwa, Gregory nigdy by jej nie poznał. Trafił na nią w nieodpowiednim miejscu i czasie, a jednak jakimś cudem zdołał ją pokochać, choć wydawało mu się, że miłość po prostu nie jest mu pisana. Nie chciał się zawieść. Jeśli Christina nie będzie chciała walczyć o tą miłość, w pewnym sensie zakazaną, Gregory znajdzie się w ślepym zaułku. Co zrobi, kiedy straci swoją muzę i natchnienie? Co, jeśli znów zostanie sam?
Mężczyzna wzdrygnął na krześle i szybko wstał, kiedy do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Zaraz potem u progu kuchni stanęły obie siostry, z czego młodsza szybko zajęła miejsce przy stole. Christina zignorowała pytające spojrzenie Haggerty'ego. Nalała wody do szklanki i podała ją Rosalie, a kiedy blondynka posłała w kierunku Tiny łagodny uśmiech, szarooka skinęła głową, patrząc na zaniepokojonego Gregory'ego.
- Chodź - powiedziała i wyszła z kuchni, a mężczyzna podążył za nią, nie zważając na zaciekawioną minę Rosalie. - Zamknij drzwi - rzekła, kiedy Gregory wszedł za nią do sypialni. Uczynił to, a następnie usiadł obok niej na łóżku, zastanawiając się, co wydarzy się za chwilę. - Muszę wyjechać na kilka dni.
- Tak nagle? - zdziwił się. - Ale dokąd?
- Nie mogę ci powiedzieć - mruknęła przepraszającym tonem, a na twarzy pisarza momentalnie pojawiło się zdenerwowanie. - Nie złość się na mnie, Greg.
- Po prostu mam dość tajemnic - wyznał urażonym tonem. - Moja żona ma ich przede mną tysiące.
Nie mógł wiedzieć, że Christina wie o romansie Sophii, toteż nie zauważył współczucia na jej twarzy.
- Rosalie mnie potrzebuje - powiedziała. - Zresztą... To dziwne, ale po raz pierwszy od bardzo dawna, ja potrzebuję jej.
- A gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie? - zapytał Gregory, a Tina prychnęła, choć gdyby tylko zdążyła się zastanowić, rozegrałaby to delikatniej. - Co to miało znaczyć? - spytał Haggerty, któremu nie umknęła jawna kpina ciemnowłosej.
- Słuchaj... - zaczęła niepewnie, chcąc wybadać grunt. - Będę z tobą szczera, bo jesteś dla mnie kimś ważnym. Nie powinieneś szukać miejsca dla siebie w moim życiu. Nie teraz. Zrozum, ty masz żonę, a ja zbyt dużo problemów, by móc teraz poświęcić ci swój czas i serce.
- Teraz na to wpadłaś? Jakoś wczoraj wcale ci to nie przeszkadzało - rzucił i choć wiedział, że nie powiedział nic złego, przez sekundę miał lekkie wyrzuty sumienia. Wstał z łóżka i spojrzał na Tinę, na której twarzy gościło zarówno niezadowolenie, jak i zmartwienie. - Wiesz, chciałem cię prosić, abyś dała znać, jak podejmiesz decyzję, co dalej z nami, ale zmieniłem zdanie.
- Dlaczego? - zapytała Christina.
- Bo mam żonę i zapewne do twojego powrotu będziemy znowu kochającą się rodziną, planującą wakacje w ciepłych krajach. Tak to wygląda w twojej głowie, prawda?
- Greg, ja...
- Do widzenia, pani Dainty - skwitował i wiedział, że tym ostatnim zwrotem na pewno wyprowadzi ją z równowagi, w tym momencie jednak wcale go to nie obchodziło. Był zły i miał ochotę cisnąć jakimś przedmiotem o ścianę, by sobie ulżyć. Wiedział, że nigdy nie będzie już z Sophią. Dlaczego Christina, kobieta, która z nich dwojga była o wiele rozsądniejsza i dojrzalsza, wciąż nie miała tej pewności i nie traktowała go poważnie?
***
Brunetka zaglądała do kolejnych sal, a reakcje pacjentów na jej widok bardzo się od siebie różniły. Ci bardziej towarzyscy zagadywali ją i wręcz nie pozwalali jej odejść, z kolei ci skrytsi jedynie się uśmiechali. Vanessa nie byłaby sobą, gdyby nie zajrzała do swojego ulubionego, starszego pana, z którym łączyły ją specyficzne relacje. Uwielbiała jego poczucie humoru i narzekanie na żonę, które jednak więcej miało w sobie miłości i podziwu, niż rzeczywistego gniewu bądź żalu. Po raz kolejny spróbowała wyobrazić sobie, jak będzie wyglądało jej własne małżeństwo. Czy za kilkadziesiąt lat ona i Victor będą jedną z tych par, które wciąż patrzą na siebie z tym ogniem w oczach, mimo czasu, który płynął bardzo szybko? O ile w ogóle dojdzie do tego ślubu... Niebieskooka pomyślała o narzeczonym po raz setny tego dnia. Im więcej czasu mijało, tym coraz większe były jej wyrzuty sumienia. Może faktycznie nie powinna być tak ostra dla Victora? Jeszcze rano zastanawiała się, czy jej wybuchowa reakcja nie była spowodowana silnymi uczuciami, jakimi wciąż darzyła Josha, jednak los wysyłał jej przeczące tej teorii sygnały. Jej tęsknota za Victorem i nieposkromiona chęć, by raz jeszcze zgubić kilka godzin w jego zielonych oczach, dowodziły, jak ważną osobą był dla niej piłkarz, który skradł jej serce. Nie chciała stracić tego, co mieli i być może bezpieczniej dla ich związku i przyszłości byłoby, gdyby Vanessa przestała utrzymywać kontakt z Joshem, jednak scenariusz ten wydawał się młodej lekarce krzywdzący. Hartley był jej przyjacielem i tylko na tym chciała się skupić. Nie oczekiwała niczego więcej, ponieważ miała Victora, a Josh nie sprawiał wrażenia faceta, który chce, aby ich związek zmartwychwstał. A może wszyscy troje przesadzali i tak naprawdę żadne z nich nie miało powodów, by się sprzeczać? Tak czy inaczej, Vannie wierzyła, że jeszcze uda im się to wszystko poukładać. Wykręciła numer narzeczonego i przyłożyła telefon do ucha.
- No odbierz... - rzekła, stając jak wryta na środku korytarza. Czekała i czekała, jednak nic się nie wydarzyło. Victor albo jej unikał, albo po prostu nie zdążył odebrać. Yorke tym razem wybrała numer Jenny i ucieszyła się, kiedy usłyszała jej głos po drugiej stronie, choć tak naprawdę niekoniecznie był to powód do radości.
- Hej - rzekła Jenny smętnie. - Domyślam się, że dzwoniłaś już do Victora.
- Zgadza się - odparła Vannie. - Nie raczył ode mnie odebrać. Jest tam gdzieś w pobliżu?
- Posłuchaj... - rudowłosa westchnęła. - Nie chciałam być osobą, która ci to powie, ale chyba nie mam wyjścia. Victor wrócił do Manchesteru.
Vanessa mogła się tego spodziewać, a jednak wyznanie Jenny było dla niej niemałym szokiem. Przez cały ten czas tliła się w niej nadzieja, że Victor zachowa się inaczej. Zawiodła się na nim, nie po raz pierwszy zresztą.
- Naprawdę mi przykro, ale myślę, że jakoś to sobie wyjaśnicie i...
- Dzięki, Jen - urwała Vanessa i rozłączyła się, nie dając rozmówczyni szansy na zareagowanie. Schowała komórkę do kieszeni i weszła do ostatniej już sali, w której ujrzała rudowłosą, uśmiechniętą promiennie dziewczynę.
- Cześć, Vannie - powiedziała Mercy, po czym poklepała brzeg łóżka, by Vanessa mogła się przysiąść, co też uczyniła. - Co słychać?
- Szkoda gadać. Powiedz lepiej, jak się czujesz.
- A jak wyglądam? - zapytała Mercy, trzepocząc rzęsami zalotnie. - I tak też się czuję. Po prostu świetnie.
Vanessa była pewna, że dziewczyna ironizowała, jednak jej uśmiech przeczył tej wersji. Mercy była zdumiewająca i zaskakująco radosna po dramacie, w którym uczestniczyła nie tak dawno.
- Rozchmurz się - rzekła rudowłosa. - Nie ma sensu płakać przez facetów. W większości przypadków nie są warci naszych łez.
- A ty masz kogoś? - zapytała Vanessa, z każdą chwilą czując się jeszcze swobodniej w towarzystwie pacjentki.
Mercy zmarszczyła bezwiednie czoło. Na zadane przez lekarkę pytanie istniała odpowiedź, która nijak nie chciała przejść jej przez usta. Rudowłosa uśmiechnęła się po chwili i odparła wymijająco:
- Bywa, że partner bardziej przeszkadza, niż pomaga. Czasem lepiej być samemu. Wierz mi, wiem coś na ten temat.
- Czasami jednak faceci się przydają - zauważyła Vannie.
- Masz rację, ale ja nie potrzebuję żadnego mężczyzny, by być szczęśliwą - odparła Mercy, nie przestając się uśmiechać. - Skoro nie potrzebuję nogi, by cieszyć się życiem, to już z całą pewnością nie brakuje mi faceta. Radzę sobie sama. Ja po prostu wiem, że będę szczęśliwa i pokonam każdą przeszkodę i choć znam cię krótko, to jestem przekonana, że tobie również się uda. Będziesz miała ten swój śliczny ślub z Victorem Joycem.
- Skąd ty...
- Skarbie, cała Anglia wie o waszym związku - stwierdziła Mercy rzeczowo. - Gazety zaproponują wam grube pieniądze za zdjęcia ze ślubu.
- O ile do niego dojdzie...
- Okej, więc spójrz teraz na to - Mercy pociągnęła za kołdrę, a oczom Vannie ukazała się skaza, której nigdy już nie wymaże. - Kochałam konie, a istnieje szansa, że nigdy już nie wybiorę się na przejażdżkę. Mimo tego, co się stało, ja wciąż jestem optymistką i wierzę, że choćbym musiała wyjść z siebie, dopnę swego i będzie tak, jak przed wypadkiem. Popatrz na mnie i weź się w garść. Możesz wszystko, tylko musisz w to wierzyć.
- Jesteś niemożliwa - powiedziała Vanessa, nie kryjąc podziwu. Mercy skłoniła głowę żartobliwie. - Dzięki za rozmowę.
- To ja ci dziękuję - odparła rudowłosa.
Siedziały jeszcze przez chwilę w swoim towarzystwie, po czym Vannie wyszła z sali. Chciała, aby pod szpitalem czekał na nią Victor w tym swoim wypasionym samochodzie, z bukietem kwiatów, zawadiackim uśmiechem na twarzy i informacją, że porywa ją na romantyczny wypad tylko we dwoje. Dopiero, kiedy w tym samym miejscu nieoczekiwanie zobaczyła Josha, przypomniała sobie o tym, że jej ukochany wyjechał bez słowa, obrażając się na nią na amen. Uśmiechnęła się do współlokatora, pomimo zaskoczenia, że jak zwykle pojawiał się znienacka.
- Niech zgadnę - powiedziała. - Akurat przechodziłeś przypadkiem?
- Coś w ten deseń - odparł Hartley. - Masz ochotę na spacer?
- Tak, jeśli to nie jest próba poderwania mnie.
- A więc idziemy do parku - wyszczerzył się.
Dawni kochankowie ruszyli w drogę. Josh próbował rozerwać jakoś Vanessę, ona jednak wciąż myślała o Victorze. Była zła na niego, bo zachował się jak skończony tchórz. A może jednak szczęśliwe zakończenie nie jest im pisane? I może... może warto czasem wejść drugi raz do tej samej rzeki?
***
- Niedługo wrócę - powiedziała Rosalie, której głos zadźwięczał słodko w słuchawce, którą dzierżył w dłoni James. - Nie martw się o mnie.
- Jak mam się nie martwić, skoro znowu uciekasz? - zapytał, nie kryjąc, że zrobiło mu się przykro, gdy dowiedział się, że Rosalie wyjeżdża. - Nie mam gwarancji, że rzeczywiście wrócisz.
- Masz - odparła. - Moje słowo. Nie zawiodę cię. Obiecuję ci też, że jak przyjadę, porozmawiamy w końcu bez tajemnic i uciekania od niektórych tematów.
- Że niby poznam prawdę? - zapytał James.
- Całkowitą prawdę - westchnęła Rosalie, ujawniając swą obawę przed rozmową, która ich czekała.
- Do zobaczenia - skwitował brunet, a kiedy jasnowłosa odpowiedziała mu tym samym, rozłączył się.
Mężczyzna schował telefon do kieszeni i wyjrzał przez okno, które jeszcze przed momentem odbijało w sobie jego zmartwioną twarz. Był piękny, majowy wieczór. Niebo zdążyło pociemnieć, a temperatura była niezmiennie wysoka. Victor tak, jak zapowiedział, tak też uczynił i wrócił do Manchesteru. James nie pochwalał jego postępowania, jednak wciąż ufał, że przyjaciel nie zgubi po drodze Vanessy, z którą tak wiele go łączyło. Do Jamesa wciąż nie docierało to, że odzyskał przyjaciela. Znów mógł zadzwonić do niego, choćby i w tym momencie, by wygadać się, wyżalić, albo wspólnie z czegoś pośmiać. Zwlekał tyle lat, a tak naprawdę nie było czego się bać. Zmarnował wiele czasu, jednak nauczył się, że trzeba doceniać każdą daną nam godzinę, każdy ofiarowany rok. Próbował ponaprawiać wiele innych rzeczy w swoim życiu. Olivera też zaniedbywał jako ojciec, a jednak dziś mieli ze sobą całkiem dobry kontakt i lubili spędzać ze sobą czas. James wiedział, że otrzymał bardzo duży kredyt zaufania i robił wszystko, by nie zawieść syna po raz kolejny. Co prawda Oliver pokazał już, że wybacza dość szybko i łatwo, jednak James nie zamierzał go do tego zmuszać. Obiecał sobie, że się postara i na razie jakoś mu to wychodziło.
- Co tak zastygłeś? - zapytała Jenny, która nagle wyrosła za jego plecami, a zamyślony dotąd James uświadomił sobie, że oto stał za nim kolejny powód, który sprawiał, że starał się zrobić coś dobrego ze swoim życiem.
- Zamyśliłem się - rzekł, kiedy odwrócił się i mógł spojrzeć prosto w jej zielone, nieco zalęknione oczy.
Kiedy Jenny poczuła jego wzrok na sobie, odgarnęła kosmyk rudych loków, który opadał na jej twarz. James pomyślał, że to wcale nie było konieczne, ponieważ właśnie ta niesforność podobała mu się w niej najbardziej.
- Chciałam cię przeprosić za to, co powiedziałam. Wiem, że nie miałeś złych intencji. Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam.
- Daj spokój - James machnął ręką lekceważąco. - Zasłużyłem na to. Nie jestem żadnym ekspertem w tych sprawach.
- Ja też nie - odrzekła.
- Podsumowując, jesteśmy beznadziejni - stwierdził Devon, a Jenny uśmiechnęła się od ucha do ucha, po czym kiwnęła głową. - Ale może...
- Co? - spytała zaciekawiona. James zawahał się.
- Tak sobie pomyślałem, że może jesteśmy beznadziejni tylko wtedy, kiedy nie jesteśmy razem. Nie wiem, jak tobie, ale wydaje mi się, że kiedy byliśmy razem, nikt nie mógł nam podskoczyć. Byliśmy najlepszymi wersjami samych siebie.
- James, proszę...
- Jenny, ja wiem, że jestem palantem, ale może moglibyśmy... - mówił, podchodząc coraz bliżej.
Jenny zorientowała się, że jego dłonie nagle oplotły jej własne. Przestraszyła się tego, choć przez tak długi okres czasu marzyła właśnie o tej chwili. To nie był ten etap jej życia, w którym gotowa była zaryzykować raz jeszcze i spróbować ponownie mu zaufać, a poza tym...
- Witaj, Jennifer - odezwał się nagle głos mężczyzny, którego obecność zaskoczyła zarówno Jenny, jak i Jamesa, choć kobieta wiedziała wcześniej, że Jeremy jest już w drodze. Mężczyzna spojrzał na złączone dłonie obojga i właśnie wtedy Jenny energicznie odsunęła się od Jamesa.
- Miałam drzazgę w palcu - powiedziała, a zdezorientowany James skinął twierdząco głową.
- Pomagałem ją wyciągnąć - rzekł, a w jego głosie wyczuwalne było napięcie. Widok Jeremy'ego musiał mocno podnieść mu ciśnienie. - Będę się zbierać. Pożegnam się tylko z synem i już mnie nie ma.
- James... - zawołała Jenny, jednak Jeremy wszedł jej w słowo.
- Myślę, że to dobry pomysł - powiedział i uśmiechnął się sztucznie. - Do widzenia, James.
Devon mruknął jedynie, ponieważ nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Wyszedł z salonu i nie chciał myśleć, o czym aktualnie rozmawia jego dawna ukochana i facet, który tak nagle wtargnął pomiędzy nich. Ciekawe, czy Jeremy był aż takim durniem, by kupić tą żałosną bajeczkę o drzazdze w palcu... Jamesa wcale by to nie zdziwiło. Pożegnał się szybko z Oliverem, obiecując, że zobaczą się ponownie wkrótce, po czym z radością opuścił dom Jenny. Zrobił z siebie totalnego głupka. Zapomniał się i dał się ponieść. Pokazał jej coś, co do niedawna było nawet dla niego tajemnicą. Pokazał jej, że wciąż ją kocha.
***
Nie mogłam się już doczekać nowego odcinka, biorąc pod uwagę emocje, jakie zapewniła nam poprzednia część! Dlatego bez przedłużania zabieram się za czytanie. :)
OdpowiedzUsuńKocham tą piosenkę. Ostatnio nawet do niej sięgnęłam :)
Vanessa to mała, naiwna dziewczynka. Jeśli ona naprawdę nie widzi niczego złego w zachowaniu Josha z ostatniego wieczoru, to chyba jest ślepa. Żaden normalny człowiek nie pojawia się znikąd pod domem narzeczonego przyjaciółki i rozkazem zmusza ją do opuszczenia przyjęcia. Josh chyba się zapomniał i to bardzo. Victor natomiast nie zrobił niczego złego. Kocha Vanessę i jest o nią zazdrosny. To normalne, że naskoczył na Josha, gdy ten wyskoczył pod jego domem jak królik z kapelusza. Na dodatek Vanessa ma do niego pretensje o coś, czego on nawet nie wie. Vanessa nie opowiedziała Victorowi o Joshu, więc ja może obwiniać teraz piłkarza o wszystko, co się stało? Ona naprawdę nie widzi jakie to absurdalne i niedorzeczne? Przynajmniej Josh ma na tyle rozsądku, żeby przyznać, że to nie była wina Victora. Jedyny plus całej tej sytuacji.
Oj, żeby Jenny nie rozczarowała się na Vanessie tak jak ja. Jej rodzina nie zasługuje na takie traktowanie. Wcale nie dziwię się Constance, że narzekała na swoją przyszłą synową. Co jak co, ale Vanessa idealnie pokazała jak nadaje się na żonę Victora! Czyli nijak :/
Popieram Victora! Uważam, że to Vanessa powinna przyjść do niego, a nie on do niej. On nie zrobił nic złego (bo zazdrość o ukochaną osobę, to chyba nie najgorsza rzecz na świecie?). Za to Vanessa wybrała. Skoro bardziej ceni sobie obecność Josha w swoim życiu, to proszę bardzo. Jenny nie powinna na niego naciskać, bo Vanessa może i ją zaskoczyć mało pozytywnie. A James ma w tym wszystkim trochę racji. Jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, to prędzej lub później odnajdą drogę powrotną do siebie. :)
Trochę się w tym pogubiłam. Wydawało mi się, że Christina będzie tą stroną tego związku, która będzie walczyć o tą miłość. A ona w momencie, w którym zaczęły spełniać się jej marzenia, wycofuje się. Ja wiem, że Greg ma jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Musi uporządkować swoją przeszłość, ale sądziłam, że Christina będzie go w tym wspierać. Nie dziwi mnie reakcja Grega. Sophia dała mu popalić. Miała przed nim tak wiele tajemnic, że człowiek mógł się zrazić na całe życie. I nagle Christina zaczyna robić to samo. Jestem ciekawa, co takiego nagadała jej Rosalie.
Vanessa jest obrażona na Victora, bo zamiast uganiać się za nią, pojechał do Manchesteru?! Ma dziewczyna tupet ! Tutaj nie chodzi o jakąś błahostkę i może czas najwyższy, aby panna Yorke zaczęła dostrzegać swoją winę w całej tej sytuacji? Bo prawda jest taka, że to ona dała ciała. I teraz jeszcze Josh, który jak rycerz na białym koniu zjawia się, aby wybawić dziewczynę z opresji. Niech Vanessa dalej się tak zachowuje, a będzie miała swój wyśniony ślub, aczkolwiek wątpię, aby przed ołtarzem czekał na nią Victor.
Kocham Jamesa i Jenny, chociaż na początku tego opowiadania udusiłabym tego mężczyznę gołymi rękami. Jednak z czasem zaczęłam dostrzegać jak wiele łączy tych dwoje. Oboje nadal się kochają. Jenny może spotykać się i z tuzinem innych mężczyzn, ale nigdy nie poczuje tego, co czuje wobec Jamesa. Rozumiem też jej obawy. James już raz ją zawiódł. Nie chce przechodzić przez to drugi raz, więc jest teraz ostrożna. Myślę jednak, że niebawem szansa, o którą chciał poprosić James, nastanie. Staną się rodziną i mam nadzieję, że nikt nie zakłóci ich szczęścia. :)
Świetny odcinek! Nie zdenerwowałam się, aż tak bardzo jak poprzednio, aczkolwiek ciśnienie troszkę mi się podniosło. Nie mam pojęcia dokąd zmierza to wszystko, ale intrygujesz i to bardzo. Kapitalne opisy i bardzo dobre dialogi. Kocham tą historię i już z niecierpliwością czekam na nowy odcinek.
Ściskam! :*
Uwielbiam te Twoje emocje, haha :P To, jak angażujesz się emocjonalnie w to opowiadanie, i jak ja czasem podnoszę Ci ciśnienie. Na nic bym tego nie zamieniła :D
UsuńDziękuję za opinię i pozdrawiam! :*
Nareszcie jestem. Przepraszam za tak ogromne spóźnienie, ale naprawdę nie miałam możliwości żeby pojawić się tutaj wcześniej. Dzisiaj podobnie jak w kilku poprzednich rozdziałach odpuszczam sobie słowo wstępu i od razu zabieram się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńWidzę, że nie tylko mnie zaczyna denerwować niezdecydowanie Vanessy. Byłam przekonana co do tego, że przyjazd Josha do Londynu wcale nie był przypadkowy. Planował to od dłuższego czasu i na pewno nie przyjechał tylko po to, by sprawdzić czy jego dawna ukochana jest szczęśliwa. Nie oszukujmy się, że jego ponowne pojawienie się w życiu Vanessy zburzyło jej dotychczasowe szczęście i spokój. Miała naprawdę wielkie plany związane ze sobą i Victorem aż tu nagle pojawiły się wątpliwości którego z nich kocha tak naprawdę. Niewątpliwie trzeba przyznać, że z Joshem łączyło ją coś naprawdę pięknego. Byli naprawdę dobraną parą, a zarazem świetnymi przyjaciółmi. Rzeczywiście w dużej mierze to właśnie dzięki lekarce Josh poszedł na terapię i uporał się ze swoimi problemami i lękami związanymi z pobytem w wojsku. Akurat z tego Vanessa może być dumna :) ale niestety prawda jest taka, że kiedyś będzie musiała podjąć ostateczną decyzję, którego z mężczyzn tak naprawdę kocha i z którym chce być. Domyślam się, że to bardzo trudne, ale nie da się ukryć, że któraś z osób będzie cierpieć przez jej decyzję. Przykro mi, że musiało dojść do czegoś takiego. Jestem naprawdę bardzo ciekawa jak rozwiążesz ten wątek :)
Według mnie Victor też zachowuje się trochę jak mały chłopczyk. Obraził się na cały świat, do nikogo się nie odzywa. Z jednej strony ma do tego prawo, bo pewnie poczuł się wystawiony do wiatru przez swoją narzeczoną, ale myślę, że w tej sytuacji ktoś z tej dwójki (Vanessa lub Victor) powinien okazać się dojrzalszy i pierwszy wyciągnąć rękę na zgodę i przede wszystkim szczerze porozmawiać. Wiem, że obojgu nie zależy na tym aby ranić siebie nawzajem, dlatego im szybciej dojdzie do tej rozmowy tym lepiej. Dlaczego wydaje mi się, że wyjazd Victora do Manchesteru jest zwyczajną ucieczką? Jeśli oboje tak będą zwlekać i czekać na siebie z rozmową i przeprosinami to mogą się nie doczekać. Może rzeczywiście emocje powinny opaść, wtedy istnieje większa szansa na spokojną rozmowę? Tak samo uważam, że piłkarz powinien docenić to, że są osoby, które chcą mu pomóc. Jenny jak zawsze niezawodna i gotowa w każdej chwili pomóc bratu i liczę na to, że jej interwencja i tym razem nie zawiedzie. A to co powiedziała Jamesowi to stuprocentowa prawda. Powinien ugryźć się w język przed wypowiedzeniem takich słów.
Bardzo mnie zaskoczył ten fragment. Christina bez żadnego "ale" zgodziła się na rozmowę z młodszą siostrą, choć całkiem niedawno w rozmowie z Vanessą zapierała się rękami i nogami, że nie pogodzi się z Rosalie. Widocznie blondynka musiała użyć bardzo przekonywujących argumentów, skoro Tina bez wahania zgodziła się rzucić wszystko i wyjechać razem z Rosalie na kilka dni. Na pewno głównym tematem rozmowy było to, że przyjaciel blondynki zostanie ojcem dziecka Sophii (chociaż tak naprawdę nie wiadomo czy to rzeczywiście prawda). Ale najbardziej zaskoczyło mnie to, że nagle Christina zaczęła się obawiać związku z Gregorym. Przecież tego właśnie chciała, prawda? Oboje czekali na odpowiednią chwilę naprawdę długo, a kiedy pojawiła się okazja do poukładania tego wszystkiego to psycholog ucieka? Sądziłam, że z nich dwóch to właśnie Tina jest tą dojrzalszą i mądrzejszą życiowo osobą. Ale też nie dziwi mnie reakcja pisarza. Ostatnio jego życie ciągle obracało się wokół kłamstw, tajemnic, które zafundowała mu Sophia, a teraz dokłada się do tego jeszcze Christina. Ciekawa jestem rozmowy sióstr i co dalej będzie się działo :)
OdpowiedzUsuńMercy jest niesamowita, naprawdę. Po takich ciężkich przeżyciach w jakich brała udział być dalej tak optymistycznie nastawioną do życia? Myślę, że swoim optymizmem i pogodą ducha mogłaby się podzielić ze wszystkimi dookoła. Może to właśnie rozmowa z Mercy pomoże Vanessie podjąć ostateczną i przede wszystkim właściwą decyzję? Chociaż z połowie rozdziału i pod koniec już była widoczna tęsknota za piłkarzem, więc może jeszcze nie wszystko stracone? Mam nadzieję, że jeszcze wszystko wróci na właściwe tory :) a wiesz co mnie w tym wszystkim irytuje najbardziej? Te nagłe pojawienia się Josha znikąd. Wcześniej na kolacji u Jenny i teraz pod szpitalem. Kurczę, no ma chłopak wyczucie czasu. Mam nadzieję, że rzeczywiście ich znajomość zakończy się jedynie na przyjaźni.
Długo musiałam czekać na to aż James wreszcie przyzna się, że nadal kocha Jenny. Tak naprawdę to było wiadomo od początku, ale te dwadzieścia siedem rozdziałów pokazało jak bardzo zagubiony był ten mężczyzna, ciągle nie wiedział czego chce od życia. Nieraz pokazał jak beznadziejnie potrafi się zachować, ale jednak potrafił wyciągnąć wnioski ze swojego zachowania. Na początku cieszyłam się, że Jeremy pojawił się w życiu Jenny, że dziewczyna powinna ułożyć sobie życie bez Jamesa, ale czy to ma jakikolwiek sens, skoro oboje nadal się kochają? Może rzeczywiście jest jeszcze dla nich szansa na szczęśliwe życie u swego boku? Liczę na to, że tak :)
Pozdrawiam i jak zawsze czekam na więcej :*
Kocham ten komentarz i wszystko, co w nim zawarte. Naprawdę, każde słowo trafiło prosto do mojego serca i zatrzymało się w nim na długą chwilę. Dziękuję Ci bardzo za to, co napisałaś - za same przemyślenia, bo dają mi do myślenia - i za to, że znajdujesz dla mnie czas. To naprawdę ogromne szczęście, serio :)
UsuńCałuję mocno, kochana! :*