14 grudnia 2014

28. ,,Sama tego chciałaś''

Hej :)
Odpowiedziałam na Wasze komentarze, więc tutaj pozostaje mi już jedynie raz jeszcze za nie podziękować. Były cudowne jak zawsze. Nawet nie wiecie, jak wiele znaczycie dla mnie i dla tej historii. Forever Ours praktycznie by nie istniało, gdyby nie Wy. Chciałam, żebyście miały tego świadomość.
Dwudziestka ósemka jest rozdziałem, który naprawdę lubię. Pamiętam, że dobrze mi się go pisało. No i nie jest aż tak, hm, ciężki, jak parę poprzednich rozdziałów - to chyba dobra wiadomość, tym bardziej, że tuż tuż dwa dość duże wstrząsy. Lepiej oszczędzać nerwy :P
Całuję Was mocno i do następnego! :*
***
Czerwiec

James poprawił okulary przeciwsłoneczne, które niemal spadły mu z nosa, gdy przeszedł z pozycji siedzącej na leżącą. Czując pod sobą miękkość koca, brunet obserwował, jak obłoki mkną po błękitnym niebie, stwarzając niesamowity klimat. Nadeszło lato i był to jeden z najcieplejszych dni, jakie pamiętał. Podobne odczucia miały dziesiątki ludzi, którzy również cieszyli się pogodą w lokalnym parku tuż obok jeziora. Młode dziewczyny w kolorowych sukienkach, które przyszły tu na randkę z wybrankami, małżeństwa z kilkuletnim stażem, małym dzieckiem na rowerku i drugim, dojrzewającym w brzuchu matki, a także starsi ludzie, którzy postanowili spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu, zapominając o dolegliwościach, z jakimi wiązał się ten wiek. Wszyscy sprawiali wrażenie zrelaksowanych i szczęśliwych, wliczając w to również jegomościa, który stanął nagle tuż obok Jamesa i zasłonił mu swym ciałem słońce.
- Już się nie bawisz? - zapytał James, przypominając sobie o tym, że przez ostatnią godzinę Oliver szalał z rówieśnikami przy huśtawkach.
- Bawię - odrzekł chłopiec. - Chciałem ci tylko poradzić, żebyś nie opalał się w okularach, bo jak słońce cię chwyci, to będziesz wyglądał co najmniej głupio.
- Wielkie dzięki, synu - odparł James, a Oliver roześmiał się radośnie. - Dobrze mieć w tobie wsparcie.
- Wiesz, że nie wyszedłbym z tobą na ulicę, jakbyś tak się opalił - szepnął chłopak, pokazując na mężczyznę, który przechodził kilka metrów dalej. Na jego delikatnie brązowej klacie, w samym jej centrum, widniał blady, średniej wielkości okrąg. - Jak myślisz, co to mogło być? Puszka?
- Albo piłka - podrzucił James. - Swoją drogą, nie powinieneś tak śmiać się z ludzi.
- I kto to mówi? - Oliver oparł dłonie na swych biodrach, robiąc zadziorną minę. - Wczoraj sam śmiałeś się z tej pani w sklepie, która usiadła na czymś i miała wielką plamę na d...
- Oliver! - James zastopował syna w porę, a dziesięciolatek znów wybuchł śmiechem. - Swoją drogą, to akurat było śmieszne.
Brunet zauważył znajomą twarz w oddali i przypomniał sobie o tym, że mieli do nich dołączyć Jenny i Jeremy. Skrzywił się nieznacznie na myśl o spotkaniu z tak uwielbianym przez siebie facetem, po czym zwrócił się znów do syna.
- Mama na horyzoncie - rzekł. - Lepiej, żeby nie widziała, jak mocno obiłeś sobie kolano, kiedy nie patrzyłem.
- Robi się - zasalutował Oliver i pognał do kolegów i koleżanek, nie przestając się szczerzyć.
James wyprostował się nieco i poczekał w milczeniu, aż Jenny go zauważy i usiądzie obok niego. Kiedy tak się stało, zorientował się, że Jeremy'ego nie było w pobliżu. Zdziwiło go to, jednak w pierwszej chwili nie mógł wydusić z siebie chociaż słowa. Uroda Jenny w intensywnie różowej, zwiewnej sukience, była wręcz nieprzyzwoicie podkreślona, działając na Jamesa niezwykle skutecznie.
- Czemu masz taką minę? - zapytała rudowłosa, sięgając po truskawkę.
- Nic, po prostu sądziłem, że to będzie taka podwójna randka - odparł James. - No wiesz, ja i moje złamane serce, plus ty i Jeremy.
- Nie jestem aż tak okrutna - stwierdziła rozbawiona całą sytuacją dziewczyna.
- Rozstaliście się? - zapytał rozochocony brunet, jednak jego entuzjazm szybko został ostudzony przez Jenny, która kręciła głową przecząco.
- Z Jeremym spotykamy się zaraz po zakończeniu tego pikniku. No wiesz, sam na sam - uśmiechnęła się od ucha do ucha. Uwielbiała droczyć się z Jamesem i była w tym naprawdę dobra, w końcu uczył ją właśnie on, niekwestionowany mistrz w tej dziedzinie.
- To pewnie chciałabyś, żeby ten piknik wcale się nie kończył - zagadnął, jednak i tym razem Jenny zaprzeczyła.
- Żartujesz? Wręcz nie mogę się tego doczekać i już odliczam minuty - wydęła słodko usta, czekając na następny krok Jamesa.
Mężczyzna uśmiechnął się i z pewnością przyznałby, że jest pod wrażeniem gadki rozmówczyni, gdyby właśnie wtedy nie wpadł mu do głowy o wiele lepszy pomysł.
- Dobra, Joyce, pożartowaliśmy, ale koniec z tym - rzekł, zacierając ręce. Zdjął okulary i położył je na skraju koca, po czym wstał.
- To znaczy? - zapytała Jenny. - Co zamierzasz?
- Nic takiego, po prostu wrzucę cię do jeziora i tyle - odrzekł, jak gdyby nigdy nic.
- Ach, to twoje poczucie humoru... - westchnęła Jenny, przekonana, że James żartował. Ona również wstała z koca i właśnie wtedy brunet wziął ją na ręce, jedną ręką obejmując jej nogi, a drugą podtrzymując w jej pasie. - I teraz pewnie powiesz, że niesiesz mnie prosto do wody, tak? - zapytała, a mężczyzna roześmiał się, choć w rzeczywistości Jenny miała stuprocentową rację. James zatrzymał się tuż przy brzegu, a kiedy wyczuł na nich zaciekawione spojrzenia zgromadzonych, uśmiechnął się jeszcze promienniej. - Niech zgadnę. Teraz wrzucisz mnie z całej siły do jeziora, tak?
- Dokładnie - rzekł.
- Co?! - wrzasnęła rudowłosa i właśnie wtedy James cisnął jej ciało do wody.
Jenny wylądowała w jeziorze z wielkim pluskiem, a kiedy wynurzyła się, wciągając mocno powietrze, krzyknęła:
- Jak tylko stąd wyjdę, to cię zamorduję!
- A podobno wcale nie jesteś okrutna, Joyce... - zauważył James, co zetknęło się z salwami śmiechu anonimowych postaci. Najgłośniej śmiał się oczywiście Oliver, który sam wszedł do wody razem z rówieśnikami.
James ściągnął niebieską koszulkę i on także wskoczył do jeziora. Szybko odnalazł Jenny, która, wbrew zapowiedziom, wcale nie spieszyła się aż tak do wyjścia z wody. Widział na jej mokrej twarzy prawdziwe szczęście i odprężenie - coś, czego na pewno nie potrafi jej dać ten sztywny Jeremy. Kobiecie nie przeszkadzał fakt, że makijaż płynął po jej twarzy, a sukienka jest przemoczona aż do granic. Nie interesowało ją nawet to, że jej włosy będą jeszcze bardziej napuszone, niż zazwyczaj. Ochlapywała Jamesa wodą z całej siły, a potem oberwało się również Oliverowi, który, według Jennifer, pozostawał w zmowie z ojcem. Znów byli kompletną i spójną rodziną, zgraną tak, że lepiej być nie może. Nie potrzebowali niczego ani nikogo więcej i teraz James nie myślał nawet o tym, że jego uczucia do Jenny zdawały się rosnąć w siłę. Rozkoszował się jej obecnością i czuł satysfakcję z tego, że przynajmniej na jakiś czas wybił jej z głowy romansowanie z facetem, który nijak do niej nie pasował. James pokaże jej kiedyś, że jest o wiele lepszym kandydatem, niż Jeremy, póki co jednak skupiał się na kierowaniu wody wprost na twarz rudowłosej, która śmiała się tak głośno, jak wówczas, gdy byli tylko nastolatkami, zakochanymi w sobie do szaleństwa.

***
Kiedy była obok niego, życie miało słodki smak, od którego tak łatwo się uzależnić. Rozkoszował się pojedynczym kęsem, a każdy kolejny był jeszcze lepszy od poprzedniego. Teraz, kiedy nie miał jej u swego boku przez tak długi okres czasu, w jego ustach górowała gorycz. Miał jej dość od samego początku, a jednak z jakichś przyczyn nie odważył się podejść, przeprosić i porozmawiać - aż do teraz. Victor Joyce pokonywał kolejne schody bez większego trudu. Dla niej wdrapałby się na dziesiąte piętro i to bez zadyszki. Nie marudziłby, bo wiedział, że za to wszystko czekała na niego nagroda, która zrekompensuje mu wszystko, co złe. Póki co chciał przede wszystkim sam zrekompensować Vanessie te dni ciszy, które były między nimi. Nie zasłużyła na to, co jej zaserwował. Dlaczego był takim tchórzem? Dlaczego zgodził się na to, by kobieta, która zajmowała w jego sercu naprawdę ważne miejsce, przepłakała przez niego tyle nocy? Był pewien, że to robiła, choć nie przyłapał jej na tym ani razu - bo niby jak, skoro ona była tutaj, a on w Manchesterze? Na samą myśl o łzach, które musiały spływać po jej porcelanowych policzkach, mężczyznę przeszywały dreszcze. Wyrzuty sumienia rosły z każdą kolejną sekundą, czyniąc to wszystko jeszcze trudniejszym, choć wydawało mu się już, że jest to niemożliwe. Ciekaw był, jak ukochana zareaguje na jego przyjście. Nie oczekiwał zbyt wiele, bo nie był ślepcem i dobrze widział swoje własne błędy. Walnie przyczynił się do tak gwałtownego opuszczenia przyjęcia przez Vanessę tamtego wieczoru. Nie chciał już roztrząsać, czy postąpiłby inaczej, gdyby nie wypił wtedy tak dużo. Co było, to się nie odstanie. Może być mu teraz głupio, a i tak nie cofnie czasu i nie zatrzyma w ustach słów, którymi tak uraził zarówno Josha, jak i Vannie. Była jedna rzecz, którą zrobić mógł. Wiedział, że nie będzie to proste, ale w życiu musiał sprostać wielu wymagającym zadaniom. Bohatersko stawi czoła kolejnemu z nich, mając nadzieję, że otrzyma coś w zamian. Czy to będzie rychłe i ostateczne pogodzenie się z Vanessą i Joshem, czy tylko uciszenie własnego sumienia, Victor i tak będzie szczęśliwy - przynajmniej zrobi cokolwiek i przestanie chować się przed konsekwencjami swoich czynów, jak dziecko - tak, jak robił to przez kilkanaście ostatnich dni.
Blondyn zatrzymał się, gdy na klatce schodowej natknął się na Josha. Mężczyzna najpierw udał, że go nie zauważył, potem jednak przestał się zgrywać. Hartley również stanął w miejscu, patrząc na Victora z góry. W jego oczach widniało coś, co od samego początku budziło w Victorze niepokój, teraz jednak było to o wiele wyraźniejsze i silniejsze. Piłkarz przełknął ślinę.
- Masz jakąś sprawę? - zapytał Josh, wcale nie siląc się na zbędne i udawane uprzejmości. Nie krył, że obecność Victora działa mu na nerwy, zielonooki jednak nie zamierzał teraz się wycofać.
- Owszem - odparł dziarsko. - Pewnie dobrze wiesz, co chcę teraz powiedzieć. Tak naprawdę właściwie się nie znamy i gdyby nie Vannie, nie zawracałbym sobie tobą głowy - słowa te wyrwały się z ust Victora, zanim dotarło do niego, że zabójcza szczerość Josha udzieliła się i jemu. - Słuchaj, przepraszam za to, co powiedziałem i za to, że cię obraziłem. Bez względu na to, czy takie właśnie były moje intencje, jest mi teraz głupio i naprawdę przepraszam - skwitował.
Victor wyciągnął dłoń w kierunku Josha, chcąc się pogodzić. Żołnierz spojrzał na rękę rozmówcy z pogardą wypisaną na twarzy i ani myślał, by uścisnąć mu dłoń. Przez jego twarz przemknął dziwny, trudny do sklasyfikowania uśmieszek - jakby był rozbawiony całą tą sytuacją i zachowaniem Joyce'a. Victor zatrzymał rękę z powrotem przy ciele, marszcząc brwi. Za kogo ten facet się uważał? On przychodził z pokojowym nastawieniem, a ten co, będzie wybrzydzał?
- Teraz to ty posłuchaj - rzekł Josh, podchodząc nieco bliżej, tak, jakby miał ogromną ochotę z miejsca dać Victorowi w twarz. Ściszył nieco głos, najwyraźniej nie chcąc, by Vanessa, która była w mieszkaniu, usłyszała jego słowa. - W dupie mam twoje przeprosiny i skruchę. Myślisz, że to, co powiedziałeś wtedy na ulicy, naprawdę ma dla mnie aż tak duże znaczenie?
- A nie? Bo wiesz, Vannie mówiła coś innego - zauważył Victor, teraz już zdenerwowany nie na żarty.
- Zasugeruję ci coś - powiedział. - Lepiej, żeby cię tu nie było.
- Przyszedłem do Vanessy. Nie wiem, czy dotarła do ciebie ta radosna nowina, ale zaręczyliśmy się i kto jak kto, ale akurat narzeczony ma pełne prawo spotykać się ze swoją kobietą.
- Ciesz się tym stanem, póki możesz.
- A co to ma niby znaczyć?
Josh ponownie zaśmiał się pod nosem.
- Tak jak mówiłem, naciesz się - skwitował Hartley i przepchnął się, choć Victor usiłował go zatrzymać.
Kiedy żołnierz zniknął mu z oczu, Joyce pozostawał pod niepokojącym wrażeniem słów, które wydostały się z jego ust. Brzmiały one jak groźba i Victor żałował, że w rozmowie nie uczestniczył ktoś jeszcze - ktoś, kto powiedziałby mu, czy przesadzał, czy rzeczywiście powinien zacząć się bać Josha. W końcu Victor ruszył z miejsca, a kiedy ponownie się zatrzymał, od razu zapukał do drzwi mieszkania Vannie. Po drugiej stronie usłyszał kroki, a kiedy klamka zadrżała, jego serce uczyniło dokładnie to samo, tylko jakieś dziesięć razy mocniej i gwałtowniej. Kiedy drzwi się otworzyły, wychynęła z nich twarz, którą Victor znał tak dobrze. Jej niebieskie oczy patrzyły na niego z dziwną ufnością, a mina nie wyrażała zaskoczenia z jego niezapowiedzianej wizyty. Vanessa musiała spodziewać się, że spotkanie z narzeczonym zbliża się wielkimi krokami. Victor nie wiedział, co powinien powiedzieć. Brunetka dodała mu odwagi, wychodząc za próg i bez mówienia czegokolwiek mocno przytuliła się do jego ciała. Do nozdrzy piłkarza dotarł słodki zapach jej perfum, a dotyk skóry sprawił, że jego serce zadrżało raz jeszcze, jednak tym razem o wiele spokojniej.
Vanessa oderwała się od niego, raz jeszcze patrząc mu prosto w oczy. Victor mógłby przysiąc, że na nieco zmartwionej twarzy ciemnowłosej, przez ułamek sekundy gościł uśmiech. Właśnie wtedy młoda lekarka weszła z powrotem do mieszkania, a kiedy zorientowała się, że Joyce wciąż stoi jak wryty na klatce, wyjrzała raz jeszcze i powiedziała łagodnym głosem:
- Wchodź.

***

Po raz kolejny zastanowił się, czy pisarzowi naprawdę najlepiej się tworzy w momencie, kiedy cierpi, a w jego wnętrzu kłębi się tysiąc różnych emocji. Kiedy przez kilka długich miesięcy nie był w stanie napisać czegoś, co sprostałoby jego własnym oczekiwaniom, zmagał się z wieloma przeciwnościami losu. Z twórczej niemocy wyciągnęła go Christina. Pokazała mu, że wciąż jeszcze może coś dla kogoś znaczyć, jednocześnie zaznaczając, że nie jest pępkiem świata i nie ma prawa pomiatać innymi. Zachowywała się inaczej, niż Sophia i inaczej, niż jakakolwiek inna kobieta, którą znał. Miała w sobie coś, czego nie potrafił nazwać, choć słów znał przecież tysiące. Teraz siedział przed komputerem, a kartka wciąż była nieskazitelnie czysta, śnieżnobiała. Cierpiał. Czuł to całym sobą. Był w tak podłym stanie, że nawet papierosy nie mogły mu pomóc i choć na moment oderwać jego myśli od szarookiej piękności. Teraz już potrafił zrozumieć, co do niej poczuł. Z reguły nie zawierzał banałom o miłości, o których słyszeli wszyscy. Ignorował to, że gorzej spał i praktycznie nic nie jadł, a w jego brzuchu nieustannie coś wirowało. Dziś powiedział sobie samemu, że dość uciekania przed prawdą. Tak niechcianą, zakazaną prawdą... Zakochał się. Zastanawiał się, dlaczego wyjechała tak nagle. Kiedy rozmawiali ze sobą po raz ostatni, Christina właściwie nie powiedziała mu nic konkretnego. Był na nią wściekły, ale z drugiej strony, czy on sam był z nią całkowicie szczery? Mijały kolejne dni, a Gregory tkwił w martwym punkcie - aż do tego momentu. Zrozumiał to. Chciał wierzyć w piękne przeznaczenie i romantyczną historię, jakby żywcem wyjętą spomiędzy stron jego książek, jednak jemu i Christinie miłość nigdy nie była pisana. Ich życia były zbyt skomplikowane, by mogli jeszcze oderwać się od tego i spróbować szukać szczęścia w innym miejscu i z inną osobą, niż dotychczas. On miał żonę i choć obiecywał zarówno jej, jak i samemu sobie, że nigdy jej nie zdradzi, zrobił to. Christina miała pracę i to głównie ona zajmowała jej czas i umysł, jednak jej serce wciąż poszukiwało miłości i kogoś, kto da jej wszystko, co najlepsze. Czy to dlatego wdała się w romans z mężczyzną, który od samego początku tak działał jej na nerwy? Skoro taka była jej pierwsza reakcja na niego i skoro Gregory zachowywał się jak skończony palant, to jakim cudem doszło między nimi do czegoś więcej? Jak to się mogło stać?
Mężczyzna odszedł od komputera, czując, jak złość i bezradność rosną w siłę, gotując krew w jego żyłach. Chciał coś zrobić. Zwykle nie szedł na łatwiznę, a teraz marzył, jak o niczym innym, by ktoś dał mu darmową podpowiedź, co należy zrobić w następnej kolejności. Czy odpuścić i spróbować zapomnieć o Tinie? Czy walczyć o Sophię, ale tym razem z całych sił, a nie na pół gwizdka? Czy w ogóle jest jeszcze cokolwiek, co zależy w stu procentach od niego? Gregory wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą drzwi z hukiem. Był zły, a myśl o tym, gdzie może być teraz Christina, potęgowała jego negatywne emocje.
- Szlag by to trafił - powiedział pisarz i wszedł do kuchni. Z jednej szafki wyjął szklankę, z drugiej whisky. Wlał brunatną ciecz do szkła, po czym skierował je do swych ust. Nie było pyszne, a jednak smakowało mu. Potrzebował chwili zapomnienia i wiedział, że właśnie znalazł złoty środek. - To jest to - rzekł do samego siebie, biorąc butelkę za pas. - Nawalę się jak stodoła i przestanę o tobie myśleć. Tego chciałaś, prawda?
Pisarz rozwalił się na kanapie, raz po raz wprowadzając do ust kolejną dawkę gorzkiego alkoholu. Po kilku szklankach zaczął odczuwać działanie trunku i jego wpływ na swoje zachowanie. Pewnie dlatego nie zareagował na pojawienie się Sophii tak, jak powinien. Nie powitał jej niezręczną ciszą, jak to zazwyczaj między nimi bywało, lecz słowami, które z całą pewnością nie były dla niej przyjemne w odbiorze.
- Już myślałem, że zapomniałaś, gdzie jest twój dom - powiedział lekkim bełkotem, patrząc na Sophię z zainteresowaniem. Wiedział, że coś się zmieniło, jednak teraz z wiadomych przyczyn nie był w stanie określić, co to mogło być. - Gdzie byłaś?
- Zazwyczaj kiedy przychodziłam do domu, to ciebie w nim nie było - zauważyła blondynka nieco ściszonym głosem, a Haggerty prychnął złośliwie.
- Życie jest popieprzone, nie uważasz?
Sophia skinęła głową bez zastanowienia, po czym usiadła obok męża. Pisarz spojrzał na nią, a na twarzy, którą kiedyś tak dobrze znał, natychmiast zauważył zmartwienie i smutek. Zastanawiał się, co powinien zrobić. Częściowo omotany alkoholem rozum podpowiadał, że powinien ostentacyjnie wyjść z pokoju, nie zapominając oczywiście o butelce whisky. To zaskakujące, ale przez pijacki bełkot, który robił mnóstwo hałasu w jego głowie, przebił się cienki głosik jego serca. Właśnie tego głosu Haggerty posłuchał. Odstawił szklankę na stolik i spojrzał ponownie na Sophię. Kobieta nabrała powietrza w usta, jakby wiedziała, że nadchodzi trudna, być może wręcz krytyczna chwila.
- Co się dzieje? - zapytał, a jego głos brzmiał tym razem zupełnie inaczej. Był przepełniony troską, która rozczuliła Sophię. W jej oczach zalśniły łzy, które kobieta próbowała ukryć przed mężem. Bezskutecznie.
- Nic się nie dzieje - rzekła i spróbowała się zaśmiać, by po raz ostatni spróbować oszukać Gregory'ego. Mężczyzna chwycił jej dłoń, zmuszając, by spojrzała mu prosto w oczy, zamiast błądzić tępo po pokoju, szukając drogi ucieczki.
- Jak myślisz, czy po tych wszystkich latach małżeństwa zasługuję jeszcze na szczerość? - spytał.
Jasnowłosa wstała z kanapy i przeszła się po pokoju. Jej ruchy zdradzały wojnę myśli, która toczyła się w jej głowie. Gregory nie wiedział, co powiedzieć czy zrobić. Czekał na jej ruch. Był pewien, że nawet z tego miejsca słyszał bicie jej serca. Przeraziło go to. Właśnie wtedy on również wstał i podszedł do niej. Złapał ją za ramiona, patrząc z góry na jej mokrą od łez twarz. Była blada, a w jej oczach tliło się słabe, ledwie widoczne światełko. Gasła. Świadomość, że za chwilę powie mu coś, co z takim trudem miało wydostać się z jej gardła, kosztowała ją bardzo dużo.
- Jestem... ja... - pokręciła głową, wściekła na samą siebie, że doprowadziła do takiej sytuacji. Jego wyczekujące i stanowcze spojrzenie, zdeterminowane, by właśnie dzisiaj poznać prawdę, zmusiło ją do ostatecznego wypuszczenia na wolność tych trzech słów. - Jestem w ciąży.

***

Vanessa siedziała na łóżku, podczas gdy Victor zajął krzesło i z tego miejsca przyglądał się jej zachowaniu. Raz na jakiś czas jej twarz zdobił łagodny uśmiech, choć z reguły Vannie marszczyła czoło, za wszelką cenę chcąc pokazać mu, jak bardzo była na niego wściekła. Niezbyt jej to wychodziło, ale Victor cieszył się, że obserwował udawany gniew, a nie taki prawdziwy. Nie sądził, że to spotkanie i ta rozmowa będą tak łatwe i bezbolesne. Myślał, że dostanie parę razy po głowie, swoją drogą wcale by go to nie zdziwiło, biorąc pod uwagę temperament wybranki jego serca. Zaskoczyła go tym, że nie wypominała mu jego błędów i nie stawiała go w możliwie najgorszym świetle. Ewidentnie cieszyła się z jego przyjazdu, a nie rzuciła się na niego tylko dlatego, że w tych okolicznościach wyglądałoby to po prostu głupio. Victor miał nadzieję, że wkrótce znów poczuje bliskość jej ciała, bo naprawdę zdążył się za tym stęsknić przez te wszystkie długie dni rozłąki. Krótka interakcja na klatce schodowej nie wystarczała mu i nie niwelowała jego potrzeb. Chciał, aby wiedziała, że nie przestało mu na niej zależeć. Byłby idiotą, gdyby pozwolił odejść tak wspaniałej kobiecie, jak Vanessa. Miał za sobą wiele rozstań, jednak nigdy nie były one tak bolesne, jak kilka dni bez kontaktu z Vannie. To musiała być ta kobieta, której poszukiwał przez te wszystkie lata. To była ona, a Victor wiedział to na pewno i nie potrzebował więcej dowodów.
- Chciałabym, żebyśmy nie wracali do tego, co się wydarzyło - powiedziała Vanessa. Jej głos wyrwał zielonookiego z głębokiego zamyślenia, toteż początkowo musiał mieć naprawdę głupią, zdezorientowaną minę. Potwierdzało to rozbawienie, które malowało się na twarzy Yorke. - Zależy mi na tobie i nie chcę, aby ktokolwiek to popsuł. Wiem, że byłeś pijany, a Josh mógł wzbudzić w tobie zazdrość, co swoją drogą trochę mi schlebia, ale nie w tym rzecz - przerwała, a rumieńce na jej policzkach stały się tak wyraźne, że nie sposób ich nie zauważyć. - Porozmawiam z nim i poproszę, aby się wyprowadził.
- Naprawdę chcesz to zrobić? - zapytał zaskoczony Victor. - Myślałem, że się przyjaźnicie.
- Teraz to do ciebie dotarło? Już nie upatrujesz we mnie i Joshu skrytych kochanków?
- Daj spokój... - Joyce machnął ręką, mając nadzieję, że Vanessa nie dostrzeże niepokoju, który widniał na jego twarzy na samą myśl o Joshu i o tym, co mu powiedział, kiedy się widzieli.
- Masz rację - kontynuowała. - Przyjaźnimy się z Joshem. Nie powiedziałam, że chcę zerwać z nim kontakt na zawsze. Ja po prostu chcę skupić się na swoim związku i jeśli Josh w negatywny sposób wpływa na nasze relacje, to postaram się ograniczyć nasze kontakty do minimum. Ty jesteś dla mnie najważniejszy. Będziemy rodziną i nie możemy się rozdzielać.
- Co ty, w ciąży jesteś? - zapytał Victor, patrząc na ukochaną podejrzliwie. W odpowiedzi brunetka popukała się w czoło. - Tak sobie pomyślałem, bo wyjechałaś nagle z tą rodziną.
- To ty zapomniałeś, że wkrótce mamy się pobrać? - spytała, patrząc na niego srogo. - Jeszcze trochę i naprawdę staniemy się rodziną.
- No wiem, wiem... Już odliczam dni do momentu, kiedy każdego ranka będziesz mi przynosić śniadanie do łóżka.
- Wiesz, to całkiem zabawne, bo ja czekam na to samo. Zanotuj już sobie w główce, że życzę sobie kanapki z chudą wędliną, a od czasu do czasu mogą być rogaliki.
- Jak już przestaniesz fantazjować, to zapamiętaj, że ja nie pogardzę jajecznicą co dwa dni, a jakbyś do tego przeszła się do piekarni po ciepłe bułeczki, to już w ogóle będziesz moją królową.
- Wiesz co? - zapytała Vanessa, czując, że lada chwila skręci się ze śmiechu. - Nasze dzieci będą mieć najbardziej porąbanych rodziców na świecie.
- Ty naprawdę musisz być w ciąży, bo znowu o tym mówisz - powiedział Victor i spojrzał na nią, czekając, aż ukochana potwierdzi jego przypuszczenia, jednak i tym razem pokręciła głową stanowczo. - A chciałabyś być?
- W ciąży? - zapytała, udając, że nie wie, o co chodzi. - Jedno jest pewne: sama w tą ciążę nie zajdę.
- Coś sugerujesz? - spytał Victor.
- Nie, skąd... - odparła, uśmiechając się.
Mężczyzna odwzajemnił to. Wstał z krzesła i podszedł do niej, po raz pierwszy od tak dawna skradając z jej ust pocałunek. Tak długo na to czekał, a kiedy w końcu się stało, miało lepszy smak, niż cokolwiek, co tylko mógł sobie wyobrazić. Vanessa objęła go i już po chwili piłkarz wylądował obok niej na łóżku. Był niewyobrażalnie szczęśliwy i przekonany, że teraz nawet Josh mu nie przeszkodzi. Miał rację. Ktoś mu przeszkodził, ale dziwnym trafem tym razem wcale nie był to Hartley.
- Zapukałam! - powiedziała Rosalie, zakrywając oczy dłonią. Narzeczeni wybuchnęli śmiechem i usiedli, na chwilę zapominając o tym, co mieli w planach.
- Dobrze cię widzieć - rzekła Vannie.
- Gdzie zgubiłaś Tinę? - zapytał Victor, a Rosalie uśmiechnęła się dwuznacznie.
- Musiała pilnie coś załatwić - odparła.
- Czyżby pan Haggerty miał z tym coś wspólnego? - spytała Vanessa, a jasnowłosa przyłożyła palec do ust. Nie zamierzała powiedzieć ani słowa więcej.
- Bawcie się dobrze - rzekła na zakończenie Rosalie i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Kiedy zakochani zostali znowu sami, spojrzeli na siebie badawczo, po czym znów zaczęli się całować. Byli tak szczęśliwi, że nie liczyło się dla nich nic innego. Rozłąka dobrze im zrobiła, bo nigdy przedtem nie byli w siebie tak zapatrzeni, jak teraz.

***

Ciemnowłosa nie wiedziała, co się stanie i jak potoczy się ich spotkanie. Te dni, które spędziła w przeważającej części tylko z Rosalie, były dla niej świetnym momentem na przeprowadzenie rozmowy z samą sobą. Potrzebowała miłości i stabilizacji. Czas pędził nieubłaganie, a ona nie młodniała, lecz starzała się, patrząc na kolejne szanse, które uciekały jej przez palce. Nie chciała tracić kolejnych ważnych osób i nie chciała tkwić wciąż w sferze niespełnionych marzeń. Nie chciała marnować kolejnych nadziei tylko dlatego, że była albo zbyt ostrożna, albo zbyt szalona - nigdy wystarczająco dobra. Zastanawiała się, czy podjąć ryzyko i próbować budować swój świat od nowa, z jednym tylko elementem, który pozostałby na swoim miejscu. Tym elementem był Gregory Haggerty. Christina rozważała wyjazd, być może nawet zagranicę. Pracę mogłaby znaleźć wszędzie, a tutaj w gruncie rzeczy nic jej nie trzymało. Być może tak długo nie mogła znaleźć sobie mężczyzny, przy którym byłaby szczęśliwa, bo szukała po prostu w nieodpowiednich miejscach? Może istnieje ktoś, kto jest jej pisany, tylko ona jeszcze na niego nie trafiła? Bo to, że przeżyła z Gregiem chwile, których nigdy nie zapomni, wcale nie znaczy, że był to mężczyzna jej marzeń. Ona również dostrzegała różnice, jakie ich dzieliły, a także przeszkody, które stały na ich drodze. Najłatwiej byłoby spakować wszystkie swoje rzeczy, pozałatwiać niezakończone sprawy i ruszyć dalej, gdzieś, gdzie każdy pokonywany metr nie przypominałby jej o błędach, które popełniała przez tak wiele lat. Innymi słowy, najłatwiej byłoby postąpić tak, jak kiedyś Rosalie. Właśnie to spostrzeżenie ostatecznie odwiodło Tinę od pomysłu ucieczki. Nie mogłaby zrobić czegoś takiego Gregory'emu, który notabene też nie miał lekko w życiu. Wciąż wydawało jej się, że nie mogą być razem, ale przecież istniały choćby matematyczne szanse, że się myliła. Może to wszystko da się jeszcze poukładać? Może Gregory rozwiedzie się z Sophią i wybierze dalsze życie u boku szarookiej, która dziś była już pewna, że naprawdę go kocha i chce z nim być?
Christina zatrzymała się na chodniku, po raz ostatni rozważając wszystkie za i przeciw. Miała nadzieję, że Gregory nie ma jej za złe tego, co powiedziała ostatnim razem. Wtedy była zdenerwowana i zestresowana tym, co powiedziała jej Rosalie. Być może właśnie dlatego posłała w kierunku pisarza tak niesprawiedliwe słowa. Przecież wcale nie chciała, by Gregory układał sobie życie z Sophią. Umarłaby, gdyby tak się stało. Kobieta zrobiła krok do przodu, jednak po chwili ponownie zastygła w miejscu. Przez okno zobaczyła, jak Gregory trzyma Sophię w ramionach. Mężczyzna, który jeszcze kilkanaście dni wcześniej w taki sposób obejmował ją, teraz ściskał inną kobietę. Christina zamknęła oczy. Nie chciała na to patrzeć, bo każda kolejna sekunda przyglądania się temu obrazkowi, była jak sztylet wbijany prosto w jej serce. Zaczęła odchodzić szybkim krokiem od miejsca, w którym planowała pogodzić się z ukochanym. Chciała, aby wybaczył jej to, że była skupiona zbyt mocno na sobie i zbyt mało na nich jako dwójce ludzi, którzy poczuli do siebie coś więcej. Nie sądziła, że natknie się tu na Sophię, bo Gregory sam wyznał, że rzadko ją widuje. W najgorszych koszmarach nie przypuszczała, że zostanie zepchnięta na boczny tor. Przypomniała sobie jego słowa i wybuchła niekontrolowanym płaczem.

- Wiesz, chciałem cię prosić, abyś dała znać, jak podejmiesz decyzję, co dalej z nami, ale zmieniłem zdanie.
- Dlaczego? - zapytała Christina.
- Bo mam żonę i zapewne do twojego powrotu będziemy znowu kochającą się rodziną, planującą wakacje w ciepłych krajach. Tak to wygląda w twojej głowie, prawda?

Sophia musiała powiedzieć mu, że jest w ciąży, a on musiał uwierzyć, że to jego dziecko. Christina nie chciała więcej o tym myśleć, a jednak nie potrafiła przestać. Kiedy dowiedziała się od Rosalie, że Sophia spodziewa się dziecka, była pewna, że jest to definitywny koniec jej małżeństwa, tymczasem Gregory trzymał żonę w ramionach i kto wie, może nawet cieszył się z takiego obrotu sytuacji. Czy kiedykolwiek wspominał, że chce mieć dziecko? Tina miała taki mętlik w głowie, że gorzej być nie mogło, a najbardziej dołujące w tym wszystkim było to, że dostała to, o co podświadomie poprosiła. Brakowało tylko, by Gregory jakimś cudem dogonił ją i powiedział, z dojmującym okrucieństwem w oczach:
- Sama tego chciałaś.

***

3 komentarze:

  1. Kochana, pobudzasz wyobraźnie! Jeszcze nie zaczęłam czytać odcinka, a już zastanawiam się nad tymi 'wstrząsami', które dla nas przygotowałaś. Postaram się jednak wskrzesić w sobie pokłady cierpliwości i poczekać w spokoju na kolejne publikacje. Tymczasem zabieram się za czytanie nowości. :)
    Uwielbiam takie lekkie i przyjemne fragmenty, które są kapitalnie napisane. Oliver to słodziak i to bardzo bystry. Cieszę się, że jego relacje z ojcem się poprawiły, bo jak pamiętam z początkowych odcinków tej historii, różnie z nimi było. James wydaje się dojrzalszy. Zaczął dostrzegać ile szczęścia może mu dać rodzina. Mam nadzieję, że nie przestanie o nich walczyć i pewnego dnia Jenny da mu kolejną szansę. Kibicuję im, bo każdy z nich przebył długą drogę, aby znaleźć się w tym miejscu. :-)
    Wydaje mi się, że Victor byłby niemile zaskoczony, gdyby poznał prawdę. Uważam, że Vanessa wcale tak bardzo nie rozpaczała za kochanym, a nawet jeśli to miała pocieszyciela. :/ Moje przypuszczenia, co do Josha okazały się trafne. Od początku czułam, że ten jego nagły powrót do życia Vanessy bardziej zaszkodzi niż przyniesie coś dobrego. Josh kompletnie nie przypomina tego mężczyzny, którego pokochałam w poprzednim opowiadaniu. Nie ukrywam, że trochę mi go brakuje, ale zdaję sobie też sprawę z tego, że ludzie się zmieniają. Żałuję, że Vanessa nie słyszała tej rozmowy. Może wreszcie spadłby klapki z jej oczu i następnym razem wiedziałaby po której stronie powinna stanąć.
    Wreszcie! Gregory przestał oszukiwać samego siebie i przyznał, że zakochał się w Christinie, a Sophia przestała okłamywać męża i powiedziała prawdę. Widzę tutaj ogromny postęp. Jestem ciekawa jak Gregory zareagował na tą radosną nowinę i czy Sophia przyznała się mu, że to nie on jest ojcem. Czytam dalej...
    Śliczna piosenka <3 Stęskniłam się za tym ich przekomarzaniem, dlatego uśmiech nie znika z mojej twarzy. Nadal jestem trochę rozczarowana postępowaniem Vanessy, ale fakt, że daje szczęście mojemu Victorowi, to trochę łagodzi. :) Chciałabym zobaczyć ich dzieciaczki. Z całą pewnością będą tak cudowne jak oni. Martwi mnie tylko jedna rzecz - jak zareaguje Victor kiedy (bo kiedyś na pewno) pozna prawdę o Vanessie i Joshu? Ja ciągle nie rozumiem, dlaczego Vanessa jeszcze mu się do tego nie przyznała. Po co to skrywać? Było minęło i lepiej wyglądałoby to, gdyby powiedziała mu to ona niż ktoś inny.
    I tutaj widać różnicę między Rosalie, a Christiną. Christina jest dojrzalsza i zamiast uciekać przed problemami, to stawia im czoła. Od początku bardzo ją polubiłam i moja sympatia do niej nie zmalałą. Faktem jest, że niektórych jej decyzji nie rozumiem, ale przecież nie wszystko człowiek musi pojmować, prawda? Szkoda mi jej, bo Gregory złamał jej serce. Naprawdę chciałabym, aby Christina ułożyła sobie życie z mężczyzną bez takiego bagażu. Ona zasługuje na wszystko, co najlepsze, a niestety Gregory nigdy nie będzie wstanie jej tego dać. Jestem ciekawa jak się potoczą dalsze losy mojej ulubienicy!
    Świetny odcinek, który pod względem stylistycznym mnie zagiął. Jesteś mistrzynią, co tu dużo mówić. A ja jestem szczęściarą, że mogę to wszystko czytać. I dziękuję Ci za zapoznanie mnie z piosenką James'a! Coś czuję, że będę jej słuchać dzisiaj na okrągło. Czekam na kolejną nowość :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Kochana:* pisząc ten komentarz wyobrażam sobie Twoją zaskoczoną minę kiedy zobaczysz, że zjawiłam się tutaj o wiele wcześniej niż dotychczas. Tak się jakoś złożyło, że akurat dzisiaj znalazłam wolną chwilę, więc korzystam z niej ile się da. Po za pracą dochodzi jeszcze to całe przedświąteczne zamieszanie i sama rozumiesz, że w przyszłym tygodniu może być różnie :) ale teraz już dosyć gadania, zabieram się za czytanie :)
    Napisałaś o "wstrząsach" które nas czekają, dlatego przyznaję rację, że lepiej teraz oszczędzać nerwy, żeby nie było ich za dużo. I chyba nie muszę pisać jak bardzo mnie tym zdaniem zaciekawiłaś? No nic, póki co cieszę się tym co mogę czytać teraz, a na resztę przyjdzie odpowiednia pora :) tak czytam sobie ten pierwszy fragment i wnioskuję, że James jakby troszkę dojrzał. Jeszcze za wcześnie żeby mówić, że przeszedł jakąś wielką przemianę, ale jednak jakieś zmiany w jego postępowaniu da się zauważyć. Wiesz, że początkowo jeszcze byłam w stanie uwierzyć, że James po prostu się odkochał i nie ma już dla niego i Jenny żadnych szans, ale każdy kolejny rozdział pokazuje, że jeszcze nie wszystko stracone :) gdyby było więcej takich chwil jak ta, którą opisałaś, to myślę, że uczucie między tą dwójką odżyłoby na nowo. A sam Jeremy nie jest traktowany przez Jenny jako partner na całe życie. Na pewno potrzebuje bliskości mężczyzny, ale w głębi serca czuje, że nikt nie da jej takiego szczęścia jak James. Ciekawa jestem czy doczekam momentu w którym znów będą razem jako szczęśliwa rodzina :)
    Nie dziwie się Victorowi, że zaczyna się bać Josha. Nigdy nie chciałam tak o nim myśleć, ale ten facet powoli staje się wręcz nieobliczalny. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo co mu strzeli do głowy, jak się zachowa. Teraz mamy czarno na białym pokazane, że Josh chce odzyskać Vanessę nawet mimo tego, że jest zaręczona. Mówiąc najdelikatniej Josh zachował się bardzo niegrzecznie odrzucając przeprosiny Victora. Mógł to zrobić chociażby z grzeczności, albo dla świętego spokoju, ale on oczywiście wolał unieść się dumą i pokazać swoją gorszą stronę. Coraz mniej podoba mi się zachowanie Josha i cały ten jego udział w tej historii. Zdecydowanie wolałam go za czasów Mine Again. Jedyny plus tego fragmentu jest taki, że Vanessa i Victor dali sobie szansę na wyjaśnienie pewnych spraw i mam nadzieję, że odpowiednio ją wykorzystają :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten fragment pokazał mi jak bardzo Gregory się zmienił, przynajmniej w moich oczach. Tak naprawdę od początku był oschły i wyrachowany, ale wreszcie przestał okłamywać samego siebie i przyznał się do tego, że się zakochał. W dalszym ciągu nie jestem pewna czy Gregory to odpowiedni mężczyzna dla Christiny. Gołym okiem widać, że są z dwóch różnych światów, do tego jeszcze pisarz ma nieuporządkowane sprawy osobiste co może dodatkowo komplikować ich już i tak pokręcone relacje. Chciałabym tylko, żeby Tina była szczęśliwa, żeby odnalazła wreszcie upragnione szczęście. Gregory i jego huśtawki nastrojów (inaczej nie potrafię tego nazwać) nie dadzą psycholog stabilizacji i szczęścia. To przykre, że rozstali się w takich okolicznościach, ale uważam, że pisarz nie powinien być zły na Christinę o to, że nie zdradziła mu powodów swojego wyjazdu, bo on sam przecież też nie jest do końca szczery. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ciąża Sophii... oj czuję, że dopiero teraz będzie się działo i nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa dalszych wydarzeń :)
    To ja już nic nie wiem. Vanessa jest niezdecydowana czy wręcz przeciwnie? W tym fragmencie nie wyglądała na taką, która nie potrafi wybrać z dwójki kandydatów tego właściwego. Ona naprawdę zakochała się w Victorze i chcę wierzyć, że rzeczywiście dojdzie do tego ślubu. Chociaż mam pewne obawy względem Josha, czy nie wymyśli czegoś głupiego. Pomysł z wyprowadzką jest jedynym i najrozsądniejszym rozwiązaniem jeśli Vanessa rzeczywiście chce spędzić życie u boku piłkarza. Przykro to mówić, ale jeśli Josh się nie wyprowadzi, to zawsze będzie stał między nimi i szukał sposobów jak odbić lekarkę swojemu wrogowi. Z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i aż boje się pomyśleć co będzie się działo w najbliższych rozdziałach.
    Ostatni fragment... bardzo smutny. Szkoda mi Christiny, naprawdę. Kiedy zrozumiała swój błąd i dobrowolnie pierwsza wyciągnęła rękę na zgodę to zobaczyła coś takiego. Z drugiej strony nie mogła wiedzieć, że Gregory był troszeczkę wstawiony i nie bardzo był świadomy tego co robi, ale niestety liczą się fakty, a faktem była ta scena, którą zobaczyła Tina. Ale się porobiło... z niecierpliwością czekam na więcej :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń