Hej :)
Standardowo dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią. Uwielbiam Was, i choć rzadko odpowiadam na Wasze wiadomości, to jestem Wam za nie szalenie wdzięczna :*
Lubię ten rozdział. Pierwszy fragment jest jednym z moich ulubionych w całej tej historii :) Zaognia się również wątek Josha. Jak mówiłam ostatnio, wstrząsy są tuż tuż. Wypatrujcie ich cierpliwie. Będą dość gwałtowne, więc na bank ich nie przegapicie :P
Po raz kolejny widzimy się dopiero po Świętach, dlatego z tego miejsca chciałabym Wam życzyć pięknej Gwiazdki - dokładnie takiej, o jakiej marzycie. Aby te dni były pełne spokoju, ciepła i miłości, i aby udało Wam się znaleźć chwilę słodkiego lenistwa, żeby tych kilka dni wolnego było szansą na naładowanie akumulatorów, którą grzech zmarnować :P
Wesołych Świąt, łobuzy!
Do napisania!
✩✩✩
Standardowo dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią. Uwielbiam Was, i choć rzadko odpowiadam na Wasze wiadomości, to jestem Wam za nie szalenie wdzięczna :*
Lubię ten rozdział. Pierwszy fragment jest jednym z moich ulubionych w całej tej historii :) Zaognia się również wątek Josha. Jak mówiłam ostatnio, wstrząsy są tuż tuż. Wypatrujcie ich cierpliwie. Będą dość gwałtowne, więc na bank ich nie przegapicie :P
Po raz kolejny widzimy się dopiero po Świętach, dlatego z tego miejsca chciałabym Wam życzyć pięknej Gwiazdki - dokładnie takiej, o jakiej marzycie. Aby te dni były pełne spokoju, ciepła i miłości, i aby udało Wam się znaleźć chwilę słodkiego lenistwa, żeby tych kilka dni wolnego było szansą na naładowanie akumulatorów, którą grzech zmarnować :P
Wesołych Świąt, łobuzy!
Do napisania!
✩✩✩
***
Otworzyła oczy i zorientowała się, że jest naprawdę wysoko. Widziała budynki mające po kilkanaście pięter, a jednak to ona była najwyżej. Odnosiła wrażenie, że wznosi się coraz wyżej i wyżej, a uczucie to zostało spotęgowane, kiedy jej oczom ukazał się on. Mężczyzna miał na sobie garnitur, w którym wyglądał lepiej, niż kiedykolwiek przedtem. Przez chwilę przyglądał jej się w skupieniu, potem jednak na jego twarzy pojawił się uśmiech bardziej promienny, niż słońce, które swoją drogą słodko grzało ich skórę. Kobieta odwzajemniła uśmiech i właśnie wtedy spostrzegła, że przez cały ten czas zmierzała w kierunku niebieskookiego. Był coraz bliżej, a wraz z każdym kolejnym krokiem, radość na jego twarzy stawała się coraz większa i widoczniejsza. Jej serce tłukło w piersi niemiłosiernie, a w brzuchu fruwały dziesiątki, jeśli nie setki motyli sygnalizujących stan zakochania. Nie mogła się doczekać momentu, kiedy po raz pierwszy chwyci go za rękę, pocałuje w policzek i spojrzy prosto w niezwykle przenikliwe oczy, którymi był obdarzony. Czuła, że ta upragniona chwila zbliża się wielkimi krokami i wiedziała, że teraz, kiedy dzieliło ich już tylko kilka metrów, nic nie stanie im na drodze. Właśnie wtedy los pokazał jej, jak zwykle w cholernie subtelny sposób, że niczego nie można być stuprocentowo pewnym, bo życie lubi zaskakiwać tak, że aż robi się przykro. W ostatniej chwili między nimi pojawiła się jasnowłosa kobieta w dużo ładniejszej sukience niż ta, którą miała na sobie szarooka. Jej zaokrąglony brzuch zdradzał, że była to już końcówka ciąży. Kobieta uśmiechnęła się do zaniepokojonej Tiny, po czym to ona chwyciła dłoń Gregory'ego. W tym uśmiechu jak zwykle kryła się tajemnica, coś, czemu nie można całkowicie zawierzać. Sophia pocałowała męża w policzek, po czym oboje znów spojrzeli na Christinę, która czuła się w tym towarzystwie jak piąte koło u wozu.
- Chcieliśmy ci podziękować - powiedziała baletnica. - Ocaliłaś nasze małżeństwo.
- Naszą rodzinę - wtrącił Gregory, kładąc dłoń na brzuchu żony i patrząc na niego z niepodważalną miłością w oczach błękitnych, jak ocean.
Mężczyzna spojrzał porozumiewawczo na Sophię, po czym podszedł do Christiny. Jego twarz nagle została pozbawiona wszelkich emocji. Oczy stały się puste. Wyglądał na faceta, który nie ma pojęcia, czym jest uśmiech. Otworzył usta, a serce Tiny zadrżało.
- Dziękuję, pani Dainty - powiedział Gregory, jednak głos ten wcale nie należał do niego - był zupełnie obcy i brzmiał po prostu strasznie.
Tina odsunęła się, czując narastające przerażenie. W tle słyszała śmiech Sophii, który początkowo stanowił słodką melodię, teraz jednak przerodził się w dźwięk, który jeżył włosy na głowie. Christina chciała uciekać, jednak nie mogła oderwać stóp od ziemi. Spojrzała na nie i zorientowała się, że żadnej ziemi, żadnego dachu wieżowca, po prostu nie było. Była uwieszona kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Uniosła wzrok, by poszukać wsparcia u Sophii i Gregory'ego i dowiedzieć się, czy oni widzą to samo, jednak dookoła nie odnalazła żywego ducha. Chciała krzyczeć, lecz nie mogła wydobyć z siebie głosu. Właśnie wtedy żołądek opadł jej ciężko, a wraz z nim całe jej ciało zaczęło z zawrotną prędkością sunąć w dół. Spadała coraz niżej i niżej, coraz szybciej i szybciej, a kiedy znalazła się parę centymetrów, może milimetrów nad ziemią...
Christina wrzasnęła przeraźliwie i natychmiast usłyszała czyjś pisk tuż obok siebie. Rozejrzała się i dotarło do niej, że była w swojej sypialni, a okropna wizja była jedynie snem. Spojrzała w bok i zobaczyła zatroskaną i zaniepokojoną Rosalie. Po raz pierwszy od dawna widok młodszej siostry był dla Tiny tak przyjemny i wyczekiwany.
- Już lepiej? - zapytała blondynka, patrząc na Christinę tymi swoimi czekoladowymi oczami.
Tina skinęła lekko głową, wciąż jednak będąc w szoku po tym, co ukazało się jej oczom we śnie. Zaczęła łączyć fakty. Próbowała poukładać poszczególne elementy, które zapamiętała. Wieżowiec, garnitur Gregory'ego i jej sukienka... To musiało być nawiązanie do ich urodzin, które spędzili na dachu, na który go zaprowadziła. Właśnie wtedy miała te motyle w brzuchu, a jej serce zaczęło czuć do Gregory'ego, wtedy jeszcze pana Haggerty'ego, coś więcej. Co symbolizowała Sophia, jej ciąża i ewidentna miłość pisarza do nienarodzonego jeszcze dziecka? Rzeczywistość? Czy to możliwe, że jej życie stanie się tak okrutne? Czy za kilka miesięcy zacznie widywać na mieście Gregory'ego prowadzącego wózek z dzieckiem innego mężczyzny w środku? Czy staną się dla siebie zupełnie obcymi ludźmi po tym wszystkim, co się między nimi stało? Czy Christina znowu będzie dla niego tylko panią Dainty?
- Miłość potrafi przetrwać każdą, nawet największą burzę, jeśli tylko jest szczera i prawdziwa - powiedziała Rosalie, przypominając Tinie o swojej obecności. - Wiem, że nie jestem pierwszą osobą, która to mówi. Pewnie wydaje ci się to pustym, bezwartościowym banałem, ale to nieprawda.
- Wiesz, co zawsze mnie zastanawiało? - zapytała Christina. - To, że nie potrzebujesz, aby ktokolwiek zwierzał ci się ze swoich problemów. Ty od razu wiesz wszystko o wszystkich. Jak ty to robisz?
Rosalie wzruszyła ramionami, uśmiechając się łagodnie.
- Chciałabym to potrafić - westchnęła Tina. - Wiedziałabym, co tak naprawdę czuje Gregory. O, przepraszam! - zatrzymała się. - Pan Haggerty. Pewnie od teraz tak będziemy się do siebie zwracać.
- Nie zamartwiaj się na zapas - rzekła Rosalie. - Daj mu szansę, aby powiedział ci, jak jest naprawdę. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to ja nie wierzę w to, że Sophia zostanie z mężem. Widziałam, jak patrzy na Martina, notabene ojca swojego dziecka.
- Więc jak wytłumaczysz to, że widziałam ją w objęciach Gregory'ego? Zresztą...
Christina przerwała, kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Do pokoju zajrzała Vanessa, wyraźnie uradowana widokiem sióstr, które tak dla odmiany nie skaczą sobie do gardeł i nie patrzą na siebie spode łba.
- Śliczny obrazek - powiedziała Vannie, a po chwili zza jej pleców wyjrzał Victor, również roześmiany od ucha do ucha. - Koniec obijania się. Na stole czeka śniadanie.
- Już idziemy - rzekła Rosalie, a Tina skinęła głową twierdząco.
Kiedy siostry znów zostały same, wymieniły serię porozumiewawczych spojrzeń. Dopiero teraz Christina zwróciła uwagę na swoje relacje z Rosie, które zmieniły się o co najmniej sto osiemdziesiąt stopni. Nie mogła wiedzieć, że Rosalie od samego początku nie myślała o niczym innym...
- Idziemy? - zapytała Tina, a blondynka przytaknęła.
Wyszły z sypialni i Christina bez wahania weszła do kuchni, oczarowana zapachem świeżego pieczywa. Rosalie zatrzymała się w korytarzu, kiedy nie zobaczyła w kuchni jeszcze jednego lokatora. Zapukała do drzwi pokoju Josha, a on otworzył jej dość szybko. Uśmiechnął się do niej, możliwe, że po raz pierwszy, odkąd się znają.
- Zjesz z nami śniadanie? - spytała dziewczyna.
Niebieskooki skinął głową i ruszył razem z Rosalie do kuchni. Zatrzymał się, kiedy zauważył Victora. Spojrzał na niego wzrokiem pełnym nienawiści i obaw.
- Nie mam czasu - burknął Josh i wyszedł z mieszkania.
***
Nie wiedział, dokąd idzie. Nogi miały swój rozum i same obierały drogę. Jego myśli biły się ze sobą, a jedna wykluczała drugą i tak w kółko. Nie pamiętał już, kiedy był w stu procentach spokojny i odprężony. Nieustannie toczył swoją własną wojnę i niekiedy nie był w stanie powiedzieć, jaką odgrywał w niej rolę. Był tym złym, czy tym dobrym? Był zwycięzcą, czy przegranym? I o co tak naprawdę była ta walka? Co było nagrodą, trofeum, na które mógłby patrzeć z dumą i zadowoleniem? Nie istniały słowa, które mogłyby wiernie opisać, jak wielki mętlik miał w głowie i jak bardzo zmęczony był tym wszystkim. Czuł, że nigdy przedtem nie rządziły nim tak negatywne uczucia. Złość paliła jego żyły i przecinała skórę. Oddałby wszystko, by tego nie czuć, ale czy nie popsułoby to zabawy? Bo przecież on tak lubił wygrywać... Mijał ludzi, których nie mógł znać. Nawet, gdyby byli to członkowie jego rodziny, prawdopodobnie zignorowałby ich bez mrugnięcia powieką - tak, jak robił to przez kilka ostatnich miesięcy. Nie miał kontaktu z córką, z byłą narzeczoną, z najlepszym przyjacielem i minęły wieki, od kiedy po raz ostatni słyszał głos ojca i siostry. Dzwonili do niego. Początkowo odbierał, by spławić ich jednym, krótkim słowem, potem jednak przestało go to bawić. Lekceważył wiadomości i sygnały. Był zbyt zajęty planowaniem swojego nowego, pełnego niejasności życia. Tutaj było jego miejsce i nie ulegnie to zmianie, póki Vanessa też tu jest. Josh uśmiechnął się do samego siebie. Zrozumiał. Ona była tą nagrodą. Ona, jej życie i bezpieczeństwo. A co, jeśli coś albo ktoś stanie mu na drodze? Uśmiechnął się raz jeszcze. Wyeliminuje każdego wroga. To była wojna, tak, jak przed laty, kiedy leżał na ziemi, umorusany błotem, celując w rywali. Nie było żadnych różnic.
Josh poczuł, że ktoś na niego wpada. Spojrzał na mężczyznę w średnim wieku, który odsunął się od niego. Na jego twarzy gościł przepraszający, pełen serdeczności uśmiech.
- Przepra... - zaczął mężczyzna, jednak Hartley nie zamierzał go słuchać.
Żołnierz chwycił rozmówcę za fraki i przydusił do ściany. Ignorował głosy gapiów, którzy zgromadzili się, by w mniejszym lub większym stopniu uczestniczyć w niecodziennej scenie. Josh patrzył na mężczyznę, który usiłował wyrwać się z jego uścisku. Na jego twarzy gościło przerażenie i panika. Właśnie wtedy Hartley poczuł satysfakcję, której nie potrafił ubrać w słowa. Właśnie tego potrzebował, tego chciał. Po raz pierwszy od dawna kontrolował sytuację.
- Zostaw go, gówniarzu! - powiedział jeden z przechodniów, który miał w sobie tyle odwagi, by zwrócić uwagę Joshowi, patrzącemu na swoją ofiarę z obłędem w oczach.
Josh napawał się tym widokiem jeszcze przez chwilę, po czym bez słowa puścił mężczyznę wolno. Parę osób odgrażało się, że zadzwonią po policję, Hartley jednak miał to w głębokim poważaniu. Roześmiał się i ruszył dalej. Wciąż nie wiedział, dokąd idzie, jednak był o wiele spokojniejszy, niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej, kiedy widok Victora Joyce'a wyprowadził go z równowagi.
***
Brunetka siedziała na ławce, czując, jak łagodne, czerwcowe powietrze muska jej skórę delikatnie. Chciała być jedną z tych dziewczyn, które tak piękny dzień spędzają w towarzystwie mężczyzn, którzy dosłownie świata poza nimi nie widzą. To zatrważające, od jak dawna pragnienie to gości w jej sercu. Przez chwilę wydawało jej się, że w końcu odnalazła szczęście i swoje własne lekarstwo na wszelkie przeciwności losu. Dziś żałowała, że tak szybko, tak łatwo, dała się ponieść emocjom i niewłaściwym radom, jakie dawało jej serce, całkowicie zagłuszając głos rozsądku. W którym dokładnie momencie przestała oszukiwać samą siebie i udawać, że wcale nie widzi nadmiernego zainteresowania pana Haggerty'ego swoją osobą? Kiedykolwiek miało to miejsce, była to jedna z najgorszych, najmniej przemyślanych decyzji, jakie podjęła w swoim życiu, które swoją drogą trwało już całkiem długo. Dlaczego, mimo upływu kolejnych lat, Christina Dainty wciąż popełniała te same błędy? Dlaczego wciąż tak naprawdę nie znalazła szczęścia, będąc jedną z nielicznych samotnych osób pośród zakochanych par, które ją otaczały? Czuła się podle. Przez kilka sekund myślała o tym, że uda jej się nawet założyć z Gregiem rodzinę, w końcu w jej przypadku trudno o lepszy moment na pierwsze dziecko. Czas uciekał, a ona czuła tę presję na sobie o każdej porze dnia i nocy. Jej marzenie spełni się jedynie połowicznie. Owszem, Gregory będzie miał tą upragnioną rodzinę, podczas gdy Tina wciąż będzie sama jak palec. Posiadanie dziecka to coś innego, niż przyjaźń. Każdy, nawet najbardziej zaufany przyjaciel, w którymś momencie może nas zranić i zostawić, ale dziecko zawsze będzie obok nas. Będzie nas kochać bezwarunkowo i patrzeć na nas z podziwem. Będzie wierzyć w każde nasze słowo, a jego śmiech stanie się najwspanialszą melodią naszego życia. Christina chciała kiedyś tego doświadczyć, jednak pomału traciła nadzieję na to, że kiedykolwiek jej się uda. Przez kilka dobrych lat spotykała się z facetami, z którymi niewiele ją łączyło, a już na pewno nie była to miłość. Kiedy w końcu prawdziwie się zakochała, Gregory okazał się świetnym mężczyzną, niestety przeznaczonym komuś innemu. Ile minie czasu, zanim serce Christiny znowu otworzy się na nowe uczucie? Pięć lat? Dziesięć?
Tina otworzyła oczy po tym, jak przez kilka ostatnich minut miała je zamknięte i wsłuchiwała się w bicie swego serca. Zrobiła to, gdy promienie słońca zostały jej przysłonięte czyjąś sylwetką. Kiedy zorientowała się, do kogo ona należała, chciała natychmiast wstać z ławki i odejść, mężczyzna jednak nie pozwolił jej na to. Podtrzymywał obydwie jej dłonie, stanowczym spojrzeniem dając do zrozumienia, że nie da jej zniknąć, póki ze sobą nie porozmawiają.
- Skąd wiedziałeś, że wróciłam? - zapytała Christina, marszcząc czoło.
- Twoja siostra mi powiedziała - odparł Gregory bez ogródek.
Tina pomyślała, że Rosalie znowu mąci, tym razem jednak nie była na nią zła. Czas, który spędziły tylko we dwie, otworzył jej oczy na wiele spraw. Postanowiła dać szansę, aby Gregory przedstawił swoje stanowisko, właśnie wtedy jednak negatywne emocje wzięły górę nad rozumem.
- Nie wybierasz wózka z Sophią? - spytała głosem przesiąkniętym pogardą.
- Skąd wiesz o jej ciąży? - odpowiedział pytaniem na pytanie, wyraźnie zbity z tropu.
- Moja siostra mi powiedziała - odrzekła Tina zgodnie z prawdą.
Pisarz był zaskoczony. Widać było, że planował powiedzieć jej o tym w nieco inny sposób. Christina wykorzystała moment jego rozkojarzenia. Wydostała się z jego uścisku i wstała z ławki.
- Widziałam was wczoraj - powiedziała. - Chciałam się z tobą spotkać i porozmawiać, a ty...
- Co dokładnie widziałaś? - zapytał.
- To nie ma żadnego znaczenia...
- Ma i to duże - stwierdził Gregory.
Christina zastanowiła się, czy powinna to mówić. Przecież obiecała Sophii, że to będzie ich tajemnica. Wystarczyło jedno spojrzenie w jego błękitne oczy, by zrozumieć, że musi być z nim szczera.
- Posłuchaj - zaczęła Tina, tym razem o wiele spokojniejszym głosem. W głębi duszy było jej po prostu szkoda pana Haggerty'ego. - Nie wiem, co ona ci powiedziała, ale wyglądało to tak, jakbyś jej uwierzył. Przykro mi, ale to nie jest twoje dziecko. Sophia zdradza cię od kilku dobrych miesięcy.
- Kilkunastu - wtrącił niewzruszony mężczyzna, nie przestając na nią patrzeć.
Zamurowało ją. W pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiała tego, co powiedział.
- Wiedziałeś? - zapytała. - Przez cały czas?
- Chciałbym z tobą porozmawiać na spokojnie - powiedział pisarz. - Daj mi szansę.
Christina zastanowiła się. Już miała zmięknąć i ulec, wtedy jednak pokręciła przecząco głową.
- Nie chcę być częścią tego zamieszania - rzekła. - Nie chcę po raz kolejny cierpieć, bawiąc się w jakiś cholerny trójkąt. A właściwie czworokąt, biorąc pod uwagę dziecko, którym pewnie się zaopiekujesz.
- A kto tak powiedział? - Gregory uniósł głos, wyraźnie zdenerwowany.
- Obejmowałeś ją! - krzyknęła, nie zważając na przechodniów, którzy wykazywali dość duże zainteresowanie całą sceną.
- Masz rację - rzekł mężczyzna, po czym prychnął złośliwie. Wszystkiego mógł się po niej spodziewać, ale nie tak niesprawiedliwego osądu i ślepego zawierzania niesprawdzonym wnioskom. - Obejmowałem ją, bo gdyby nie ja, upadłaby na ziemię i zrobiła krzywdę nie tylko sobie, ale być może i dziecku. Do twojej wiadomości, Sophia zasłabła. Pomogłem jej. Zawiozłem ją do szpitala.
Christina po raz kolejny nie wiedziała, co powiedzieć. Wahała się, czy powinna wierzyć słowom Grega, jednak wyraz jego twarzy był dla niej niepodważalnym dowodem jego szczerości. Powiedziałaby coś, gdyby Haggerty chciał jej jeszcze słuchać, niestety prawda okazała się bardziej brutalna.
- Myślałem, że mi ufasz - wycedził przez zęby.
Gregory odszedł szybkim krokiem, a Tina poczuła, jak policzki zaczynają jej płonąć. Jej naiwność ponownie dała o sobie znać, tym razem jednak to nie Tina była ofiarą, lecz na odwrót. Osądziła go bezpodstawnie. Wiedziała, że nie kłamał. I dlaczego miała do niego jakiekolwiek pretensje, skoro sama prosiła go, by nie szukał dla siebie miejsca w jej życiu? Miał prawo to zrobić i ułożyć sobie świat na nowo. Mógł, a jednak wcale tego nie chciał... On przez cały ten czas myślał tylko o niej, nawet po usłyszeniu tak paskudnych i niesprawiedliwych słów. On naprawdę ją... Nigdy jej tego nie powiedział, ale to musiała być prawda. Cudowna, ale i straszna, bo Christina liczyła się z tym, że być może właśnie przed momentem wypuściła z rąk prawdziwą miłość, o którą modliła się przez tyle lat.
***
Niebieskooki skinął głową i ruszył razem z Rosalie do kuchni. Zatrzymał się, kiedy zauważył Victora. Spojrzał na niego wzrokiem pełnym nienawiści i obaw.
- Nie mam czasu - burknął Josh i wyszedł z mieszkania.
***
When I wake up, I'm afraid somebody else might take my place...*
Nie wiedział, dokąd idzie. Nogi miały swój rozum i same obierały drogę. Jego myśli biły się ze sobą, a jedna wykluczała drugą i tak w kółko. Nie pamiętał już, kiedy był w stu procentach spokojny i odprężony. Nieustannie toczył swoją własną wojnę i niekiedy nie był w stanie powiedzieć, jaką odgrywał w niej rolę. Był tym złym, czy tym dobrym? Był zwycięzcą, czy przegranym? I o co tak naprawdę była ta walka? Co było nagrodą, trofeum, na które mógłby patrzeć z dumą i zadowoleniem? Nie istniały słowa, które mogłyby wiernie opisać, jak wielki mętlik miał w głowie i jak bardzo zmęczony był tym wszystkim. Czuł, że nigdy przedtem nie rządziły nim tak negatywne uczucia. Złość paliła jego żyły i przecinała skórę. Oddałby wszystko, by tego nie czuć, ale czy nie popsułoby to zabawy? Bo przecież on tak lubił wygrywać... Mijał ludzi, których nie mógł znać. Nawet, gdyby byli to członkowie jego rodziny, prawdopodobnie zignorowałby ich bez mrugnięcia powieką - tak, jak robił to przez kilka ostatnich miesięcy. Nie miał kontaktu z córką, z byłą narzeczoną, z najlepszym przyjacielem i minęły wieki, od kiedy po raz ostatni słyszał głos ojca i siostry. Dzwonili do niego. Początkowo odbierał, by spławić ich jednym, krótkim słowem, potem jednak przestało go to bawić. Lekceważył wiadomości i sygnały. Był zbyt zajęty planowaniem swojego nowego, pełnego niejasności życia. Tutaj było jego miejsce i nie ulegnie to zmianie, póki Vanessa też tu jest. Josh uśmiechnął się do samego siebie. Zrozumiał. Ona była tą nagrodą. Ona, jej życie i bezpieczeństwo. A co, jeśli coś albo ktoś stanie mu na drodze? Uśmiechnął się raz jeszcze. Wyeliminuje każdego wroga. To była wojna, tak, jak przed laty, kiedy leżał na ziemi, umorusany błotem, celując w rywali. Nie było żadnych różnic.
Josh poczuł, że ktoś na niego wpada. Spojrzał na mężczyznę w średnim wieku, który odsunął się od niego. Na jego twarzy gościł przepraszający, pełen serdeczności uśmiech.
- Przepra... - zaczął mężczyzna, jednak Hartley nie zamierzał go słuchać.
Żołnierz chwycił rozmówcę za fraki i przydusił do ściany. Ignorował głosy gapiów, którzy zgromadzili się, by w mniejszym lub większym stopniu uczestniczyć w niecodziennej scenie. Josh patrzył na mężczyznę, który usiłował wyrwać się z jego uścisku. Na jego twarzy gościło przerażenie i panika. Właśnie wtedy Hartley poczuł satysfakcję, której nie potrafił ubrać w słowa. Właśnie tego potrzebował, tego chciał. Po raz pierwszy od dawna kontrolował sytuację.
- Zostaw go, gówniarzu! - powiedział jeden z przechodniów, który miał w sobie tyle odwagi, by zwrócić uwagę Joshowi, patrzącemu na swoją ofiarę z obłędem w oczach.
Josh napawał się tym widokiem jeszcze przez chwilę, po czym bez słowa puścił mężczyznę wolno. Parę osób odgrażało się, że zadzwonią po policję, Hartley jednak miał to w głębokim poważaniu. Roześmiał się i ruszył dalej. Wciąż nie wiedział, dokąd idzie, jednak był o wiele spokojniejszy, niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej, kiedy widok Victora Joyce'a wyprowadził go z równowagi.
***
Brunetka siedziała na ławce, czując, jak łagodne, czerwcowe powietrze muska jej skórę delikatnie. Chciała być jedną z tych dziewczyn, które tak piękny dzień spędzają w towarzystwie mężczyzn, którzy dosłownie świata poza nimi nie widzą. To zatrważające, od jak dawna pragnienie to gości w jej sercu. Przez chwilę wydawało jej się, że w końcu odnalazła szczęście i swoje własne lekarstwo na wszelkie przeciwności losu. Dziś żałowała, że tak szybko, tak łatwo, dała się ponieść emocjom i niewłaściwym radom, jakie dawało jej serce, całkowicie zagłuszając głos rozsądku. W którym dokładnie momencie przestała oszukiwać samą siebie i udawać, że wcale nie widzi nadmiernego zainteresowania pana Haggerty'ego swoją osobą? Kiedykolwiek miało to miejsce, była to jedna z najgorszych, najmniej przemyślanych decyzji, jakie podjęła w swoim życiu, które swoją drogą trwało już całkiem długo. Dlaczego, mimo upływu kolejnych lat, Christina Dainty wciąż popełniała te same błędy? Dlaczego wciąż tak naprawdę nie znalazła szczęścia, będąc jedną z nielicznych samotnych osób pośród zakochanych par, które ją otaczały? Czuła się podle. Przez kilka sekund myślała o tym, że uda jej się nawet założyć z Gregiem rodzinę, w końcu w jej przypadku trudno o lepszy moment na pierwsze dziecko. Czas uciekał, a ona czuła tę presję na sobie o każdej porze dnia i nocy. Jej marzenie spełni się jedynie połowicznie. Owszem, Gregory będzie miał tą upragnioną rodzinę, podczas gdy Tina wciąż będzie sama jak palec. Posiadanie dziecka to coś innego, niż przyjaźń. Każdy, nawet najbardziej zaufany przyjaciel, w którymś momencie może nas zranić i zostawić, ale dziecko zawsze będzie obok nas. Będzie nas kochać bezwarunkowo i patrzeć na nas z podziwem. Będzie wierzyć w każde nasze słowo, a jego śmiech stanie się najwspanialszą melodią naszego życia. Christina chciała kiedyś tego doświadczyć, jednak pomału traciła nadzieję na to, że kiedykolwiek jej się uda. Przez kilka dobrych lat spotykała się z facetami, z którymi niewiele ją łączyło, a już na pewno nie była to miłość. Kiedy w końcu prawdziwie się zakochała, Gregory okazał się świetnym mężczyzną, niestety przeznaczonym komuś innemu. Ile minie czasu, zanim serce Christiny znowu otworzy się na nowe uczucie? Pięć lat? Dziesięć?
Tina otworzyła oczy po tym, jak przez kilka ostatnich minut miała je zamknięte i wsłuchiwała się w bicie swego serca. Zrobiła to, gdy promienie słońca zostały jej przysłonięte czyjąś sylwetką. Kiedy zorientowała się, do kogo ona należała, chciała natychmiast wstać z ławki i odejść, mężczyzna jednak nie pozwolił jej na to. Podtrzymywał obydwie jej dłonie, stanowczym spojrzeniem dając do zrozumienia, że nie da jej zniknąć, póki ze sobą nie porozmawiają.
- Skąd wiedziałeś, że wróciłam? - zapytała Christina, marszcząc czoło.
- Twoja siostra mi powiedziała - odparł Gregory bez ogródek.
Tina pomyślała, że Rosalie znowu mąci, tym razem jednak nie była na nią zła. Czas, który spędziły tylko we dwie, otworzył jej oczy na wiele spraw. Postanowiła dać szansę, aby Gregory przedstawił swoje stanowisko, właśnie wtedy jednak negatywne emocje wzięły górę nad rozumem.
- Nie wybierasz wózka z Sophią? - spytała głosem przesiąkniętym pogardą.
- Skąd wiesz o jej ciąży? - odpowiedział pytaniem na pytanie, wyraźnie zbity z tropu.
- Moja siostra mi powiedziała - odrzekła Tina zgodnie z prawdą.
Pisarz był zaskoczony. Widać było, że planował powiedzieć jej o tym w nieco inny sposób. Christina wykorzystała moment jego rozkojarzenia. Wydostała się z jego uścisku i wstała z ławki.
- Widziałam was wczoraj - powiedziała. - Chciałam się z tobą spotkać i porozmawiać, a ty...
- Co dokładnie widziałaś? - zapytał.
- To nie ma żadnego znaczenia...
- Ma i to duże - stwierdził Gregory.
Christina zastanowiła się, czy powinna to mówić. Przecież obiecała Sophii, że to będzie ich tajemnica. Wystarczyło jedno spojrzenie w jego błękitne oczy, by zrozumieć, że musi być z nim szczera.
- Posłuchaj - zaczęła Tina, tym razem o wiele spokojniejszym głosem. W głębi duszy było jej po prostu szkoda pana Haggerty'ego. - Nie wiem, co ona ci powiedziała, ale wyglądało to tak, jakbyś jej uwierzył. Przykro mi, ale to nie jest twoje dziecko. Sophia zdradza cię od kilku dobrych miesięcy.
- Kilkunastu - wtrącił niewzruszony mężczyzna, nie przestając na nią patrzeć.
Zamurowało ją. W pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiała tego, co powiedział.
- Wiedziałeś? - zapytała. - Przez cały czas?
- Chciałbym z tobą porozmawiać na spokojnie - powiedział pisarz. - Daj mi szansę.
Christina zastanowiła się. Już miała zmięknąć i ulec, wtedy jednak pokręciła przecząco głową.
- Nie chcę być częścią tego zamieszania - rzekła. - Nie chcę po raz kolejny cierpieć, bawiąc się w jakiś cholerny trójkąt. A właściwie czworokąt, biorąc pod uwagę dziecko, którym pewnie się zaopiekujesz.
- A kto tak powiedział? - Gregory uniósł głos, wyraźnie zdenerwowany.
- Obejmowałeś ją! - krzyknęła, nie zważając na przechodniów, którzy wykazywali dość duże zainteresowanie całą sceną.
- Masz rację - rzekł mężczyzna, po czym prychnął złośliwie. Wszystkiego mógł się po niej spodziewać, ale nie tak niesprawiedliwego osądu i ślepego zawierzania niesprawdzonym wnioskom. - Obejmowałem ją, bo gdyby nie ja, upadłaby na ziemię i zrobiła krzywdę nie tylko sobie, ale być może i dziecku. Do twojej wiadomości, Sophia zasłabła. Pomogłem jej. Zawiozłem ją do szpitala.
Christina po raz kolejny nie wiedziała, co powiedzieć. Wahała się, czy powinna wierzyć słowom Grega, jednak wyraz jego twarzy był dla niej niepodważalnym dowodem jego szczerości. Powiedziałaby coś, gdyby Haggerty chciał jej jeszcze słuchać, niestety prawda okazała się bardziej brutalna.
- Myślałem, że mi ufasz - wycedził przez zęby.
Gregory odszedł szybkim krokiem, a Tina poczuła, jak policzki zaczynają jej płonąć. Jej naiwność ponownie dała o sobie znać, tym razem jednak to nie Tina była ofiarą, lecz na odwrót. Osądziła go bezpodstawnie. Wiedziała, że nie kłamał. I dlaczego miała do niego jakiekolwiek pretensje, skoro sama prosiła go, by nie szukał dla siebie miejsca w jej życiu? Miał prawo to zrobić i ułożyć sobie świat na nowo. Mógł, a jednak wcale tego nie chciał... On przez cały ten czas myślał tylko o niej, nawet po usłyszeniu tak paskudnych i niesprawiedliwych słów. On naprawdę ją... Nigdy jej tego nie powiedział, ale to musiała być prawda. Cudowna, ale i straszna, bo Christina liczyła się z tym, że być może właśnie przed momentem wypuściła z rąk prawdziwą miłość, o którą modliła się przez tyle lat.
***
James walczył z podpałką do grilla, jakby rozpalenie ognia było najtrudniejszą rzeczą na świecie. Po pewnym czasie zrozumiał, że szłoby mu o wiele szybciej, gdyby nie to, że obecność Jeremy'ego tak bardzo działała mu na nerwy i tak skutecznie go rozpraszała. Widział, jak Jenny przygotowuje sałatkę razem z Vannie, a Jeremy, który dla Jamesa był niekwestionowanym szkodnikiem, nieustannie próbował objąć rudowłosą w pasie. Ciemnooki był w pewnym sensie zadowolony z Joyce, która konsekwentnie odrzucała zaloty mężczyzny, wypierając się to marynatą do mięsa, to właśnie sałatką, jednak mimo to nie opuszczał go niepokój. W którymś momencie Jenny na pewno pęknie i pozwoli Jeremy'emu na więcej - tak, jak Vanessa, która raz po raz rzucała wszystko inne, by spędzić chwilę na czułościach z narzeczonym. James skrzywił się na samą myśl o tym, że łapska innego faceta mogą dotykać zielonooką tak, jak kiedyś robił to on. Swoją drogą, nie po raz pierwszy poczuł się jak największy frajer na świecie - w końcu sam odszedł od kobiety, za którą teraz szalał tak bardzo, że już nawet nie potrafił tego ukrywać. Dowodem jego niedyskrecji był chytry uśmieszek Victora, który pojawił się obok Jamesa niespodziewanie. Jego mina zdawała się głosić, że wie on już wszystko, co chciał wiedzieć. James musiał przyznać z lekkim niezadowoleniem, że faktycznie mogła to być prawda, ponieważ naprawdę nietrudno było rozszyfrować, jak bardzo podobała mu się Jennifer Joyce.
- Normalnie jak w liceum - powiedział Victor, gryząc rzodkiewkę, którą chwilę wcześniej podkradł ze stolika. - Mam znowu dać wam swoje błogosławieństwo i obiecać, że cię nie zabiję za spotykanie się z moją siostrą?
- A ty nie zauważyłeś jeszcze tamtego pajaca, który ślini się na jej widok? - zapytał James ponurym głosem.
- Zauważyłem i to nawet dwóch takich - odparł piłkarz bez owijania w bawełnę. - Ty się lepiej ciesz, że Jenny jeszcze nie zorientowała się, co jest grane.
- Wcale nie jestem tego taki pewny - rzekł. - Możliwe, że ona doskonale wie, że ja... no wiesz...
- No wiem, stary - Victor poklepał Jamesa po plecach, po czym zabrał mu zapalniczkę i minęło zaledwie kilka sekund, a ich oczom ukazały się pierwsze iskry. Usatysfakcjonowany Victor oddał zapalniczkę przyjacielowi z szerokim uśmiechem przylepionym na stałe do twarzy. - Nie ma za co. A teraz spadam.
- Bo? - zawołał James, jednak po chwili zrozumiał. Zobaczył, jak Jenny zmierzała ku niemu, bez słowa zostawiwszy Jeremy'ego samego z Vanessą i Victorem, który do nich dołączył.
- Jak ci idzie? - zapytała dziewczyna, uśmiechając się przyjaźnie.
- Jak widać - westchnął. - Tak czy siak, dzięki za zaproszenie.
- Nie mogło cię tu dzisiaj zabraknąć - odrzekła. W sercu Jamesa zapaliła się nadzieja, że może Jenny po prostu chciała, żeby tu z nią był, jednak owa wiara szybko została przez nią ugaszona. - Victor i Vannie mają nam podobno coś do przekazania.
James poczuł, jak w kieszeni jego spodenek zaczął wibrować telefon. Uśmiechnął się do Jenny przepraszająco, a ona skinęła głową lekko. Brunet, wciąż nieco zawiedziony rozmową z dawną ukochaną, zobaczył na wyświetlaczu imię Rosalie. W duchu ucieszył się, ponieważ minęło sporo czasu od ich ostatniego spotkania i ostatniej, długiej rozmowy - takiej, jakie przeprowadzali ze sobą na początku roku. Spojrzał raz jeszcze na Jenny. Nie wiedział, jak może zareagować na samą myśl o Rosalie. Postanowił nie obnosić się z tym, kto do niego zadzwonił.
- Słucham? - zapytał zachowawczo, rad, że Jenny zajęła się płomieniem.
- Cześć, James - rzekła Rosalie miękkim głosem. - Nie wiem, czy wiesz, ale wróciłam do Londynu.
- Tak? - spytał. - To fantastycznie.
- Może chciałbyś się spotkać? Na przykład dzisiaj?
- Dzisiaj? Eee... - James podrapał się po głowie. Jenny spojrzała na niego z lekkim zawodem w oczach. Czyżby słyszała słowa jego rozmówczyni? A może po prostu przywykła już do tego, że Jamesowi zawsze coś wypadało i ktoś zawsze był ważniejszy od niej? Tym razem wiedział, że nie nawali i właściwie nawet nie chciał odpuścić sobie grilla z Jenny, synem i przyjaciółmi, w to grono wliczając niestety Jeremy'ego. Spotkanie z Rosalie na pewno mu nie ucieknie, a skoro był tu i teraz, to powinien właśnie na tym się skupić. - Wiesz co, dzisiaj nie mogę - powiedział w końcu i gotów był przysiąc, że zobaczył na twarzy Jenny zdumienie, które rudowłosa usiłowała ukryć pod zasłoną płomienistych włosów. - Zadzwonię do ciebie, jak będę miał chwilę.
- Nie ma sprawy - odparła Rosalie, a w jej głosie nie słychać było rozczarowania. Możliwe, że domyśliła się, że musiał poświęcić trochę czasu rodzinie. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy Rosalie bez mrugnięcia okiem odgadłaby każdą jego myśl. - Do zobaczenia wkrótce.
- Cześć, Rosie - skwitował i właśnie wtedy zrozumiał, że się wydał. - Skucha - wycedził przez zęby, patrząc na Jenny, która najeżyła się na sam dźwięk tego imienia.
- Nie było tak źle - rzekła Jennifer. - Przez jakieś dwie sekundy nie wiedziałam, że to Rosalie.
- Zaczynam się ciebie bać - powiedział James.
- Dopiero teraz? - zdumiała się Jenny, po czym oboje zaśmiali się cicho.
Patrzyli sobie w oczy przez chwilę i kiedy w sercu Jamesa zapłonęła dość naiwna nadzieja, że może coś z tego wyniknąć, podeszły do nich cztery osoby, rujnując chwilę, którą dane im było dzielić na pół.
- Co robicie siódmego sierpnia? - zapytała rozradowana i podekscytowana Vannie.
- To za dwa miesiące - zauważył jak zwykle błyskotliwy Jeremy. James przewrócił oczami, a Victor odkaszlnął. Jenny wzięła Jeremy'ego pod rękę, widząc zachowanie brata i Jamesa. Chciała stanąć po jego stronie.
- Ja nie mam planów - powiedziała Jenny, po czym spojrzała na Olivera znacząco. - On też nie.
- Ty, James, też nie masz planów - zasugerował Victor stanowczo. - Tylko byś spróbował, a porozmawialibyśmy inaczej.
- Dobra, dobra - zaoponowała Vanessa. - Widzę, że ta rozmowa zaczyna zmierzać w niewłaściwym kierunku, więc powiem wam już teraz, że ustaliliśmy datę ślubu. Pobieramy się właśnie siódmego sierpnia i będziemy zaszczyceni, jeśli wszyscy będziecie nam towarzyszyć tego dnia.
Jenny zapiszczała radośnie, bez chwili zawahania odstąpiła od nieco zakłopotanego Jeremy'ego i uściskała Vanessę z całych sił. James podszedł do Victora, który wyszeptał:
- Będziesz moim świadkiem. Vannie chciała potrzymać to trochę dłużej w tajemnicy, ale w sumie i tak wiesz o tym nie od dzisiaj, prawda?
James skinął głową, rozbawiony całą tą sytuacją. Po usłyszeniu gratulacji, Victor zatarł ręce i sięgnął po piwo.
- Jacyś chętni? - zapytał, obnażając rządki śnieżnobiałych zębów w szerokim uśmiechu.
James i Jenny od razu złapali za puszki. Jeremy pokręcił nosem i powiedział, że on preferuje bardziej wyszukane trunki, oczywiście bez urazy. ,,Oczywiście'' rzucił James cicho. Oliver był poza konkurencją z racji swojego wieku. Dopiero po chwili zgromadzeni zauważyli, że odmówiła również Vanessa.
- Co z tobą? - spytał James, a Victor machnął ręką lekceważąco.
- Nie jest w ciąży - rzekł Joyce. - Zaprzeczyła już jakieś pięćdziesiąt razy.
- Lubię sok, a poza tym kto wie, może ja też wolę inne trunki, niż piwo? - spytała Vannie, po czym razem z Jenny, Jeremym i Oliverem powlokła się w kierunku ławek.
Victor szturchnął Jamesa, uśmiechnął się dwuznacznie i szepnął:
- O tak, soczek to naprawdę szczyt wyrafinowania.
***
James nie mógłby żałować, że wybrał grilla z przyjaciółmi, a nie spotkanie z Rosalie. Spędził ten czas na żartach i wygłupach, a kiedy Oliver spasował i poszedł spać, zostawiając dorosłych samych w ogrodzie, zaogniła się nieco poważniejsza rozmowa. W żartach Vanessa zapytała Jenny i Jeremy'ego, kiedy jest ich termin. Victor, jak to on, odchrząknął, a James przyglądał się uważnie minie Jenny. Twarz Jeremy'ego przyozdobił głupawy uśmiech, który ustąpił miejsca niezręcznemu grymasowi, gdy Jenny zręcznie zmieniła temat. James zastanawiał się, po co rudowłosa w ogóle spotykała się z tym facetem. Opcja, że robiła to po to, by wzbudzić w Devonie zazdrość, wydawała się wielce nieprawdopodobna, wręcz absurdalna, biorąc pod uwagę jej dotychczasowe uniki. James nie zdążył wysnuć innych teorii, ponieważ właśnie wtedy impreza dobiegła końca.
- Jeśli nie zabierzesz mnie ze sobą na poszukiwanie sukni ślubnej... - groziła Jenny, żegnając się czule z Vanessą.
- Wiem, wiem, udusisz mnie - odparła niebieskooka. - Zdzwonimy się.
- Mała, nie gadaj, tylko wsiadaj - powiedział zniecierpliwiony Victor, stukając palcami o auto.
- Chyba kpisz, jeśli sądzisz, że pozwolę ci prowadzić po alkoholu! - zaskrzeczała Vannie. - Oddawaj kluczyki, ale już!
- Wiesz, zaczynam widzieć dobre strony tej twojej permanentnej abstynencji... - mruknął Victor, a następnie posłusznie zajął miejsce pasażera.
James nie wiedział, w jaki sposób powinien pożegnać się z Jenny, wiedział jednak, że Jeremy'emu wystarczy przelotne spojrzenie. Ostatecznie stwierdził, że przyjazny uśmiech będzie najwłaściwszą formą pożegnania z zielonooką. Uczynił to, a potem zasiadł na tylnym miejscu w samochodzie Victora. Patrzył jeszcze przez chwilę na Jenny, teraz już nie odtrącającą spragnionych rąk Jeremy'ego, a potem auto ruszyło, a ich sylwetki stawały się coraz bardziej odległe. Devon przysłuchiwał się rozmowie Vannie i Victora, którzy darzyli się dość ironicznymi uwagami, tak bardzo dla nich charakterystycznymi. Patrzył na nich i zastanawiał się, czy powinien raz jeszcze zamieszać w głowie Jenny, czy jednak odpuścić. Gdyby faktycznie zależało mu na jej szczęściu, pewnie pozwoliłby jej na spokojne życie u boku Jeremy'ego. Z drugiej strony, James ani razu nie widział w jej oczach zauroczenia, czegokolwiek, co przemawiałoby na korzyść tego sztywniaka. Ona z pewnością nie będzie przy nim szczęśliwa. James wziął do ręki telefon, a kiedy wysłał wiadomość, włączył się do dyskusji Victora i Vannie. Chłopak wciąż suszył narzeczonej głowę, wypominając ten jej nieszczęsny soczek. James raz po raz śmiał się razem z przyjacielem, jednak w gruncie rzeczy jego myśli wciąż uciekały w miejsce, w którym byli nie tak dawno, a w którym tak pragnął kiedyś jeszcze zamieszkać.
- Cześć, Rosie - skwitował i właśnie wtedy zrozumiał, że się wydał. - Skucha - wycedził przez zęby, patrząc na Jenny, która najeżyła się na sam dźwięk tego imienia.
- Nie było tak źle - rzekła Jennifer. - Przez jakieś dwie sekundy nie wiedziałam, że to Rosalie.
- Zaczynam się ciebie bać - powiedział James.
- Dopiero teraz? - zdumiała się Jenny, po czym oboje zaśmiali się cicho.
Patrzyli sobie w oczy przez chwilę i kiedy w sercu Jamesa zapłonęła dość naiwna nadzieja, że może coś z tego wyniknąć, podeszły do nich cztery osoby, rujnując chwilę, którą dane im było dzielić na pół.
- Co robicie siódmego sierpnia? - zapytała rozradowana i podekscytowana Vannie.
- To za dwa miesiące - zauważył jak zwykle błyskotliwy Jeremy. James przewrócił oczami, a Victor odkaszlnął. Jenny wzięła Jeremy'ego pod rękę, widząc zachowanie brata i Jamesa. Chciała stanąć po jego stronie.
- Ja nie mam planów - powiedziała Jenny, po czym spojrzała na Olivera znacząco. - On też nie.
- Ty, James, też nie masz planów - zasugerował Victor stanowczo. - Tylko byś spróbował, a porozmawialibyśmy inaczej.
- Dobra, dobra - zaoponowała Vanessa. - Widzę, że ta rozmowa zaczyna zmierzać w niewłaściwym kierunku, więc powiem wam już teraz, że ustaliliśmy datę ślubu. Pobieramy się właśnie siódmego sierpnia i będziemy zaszczyceni, jeśli wszyscy będziecie nam towarzyszyć tego dnia.
Jenny zapiszczała radośnie, bez chwili zawahania odstąpiła od nieco zakłopotanego Jeremy'ego i uściskała Vanessę z całych sił. James podszedł do Victora, który wyszeptał:
- Będziesz moim świadkiem. Vannie chciała potrzymać to trochę dłużej w tajemnicy, ale w sumie i tak wiesz o tym nie od dzisiaj, prawda?
James skinął głową, rozbawiony całą tą sytuacją. Po usłyszeniu gratulacji, Victor zatarł ręce i sięgnął po piwo.
- Jacyś chętni? - zapytał, obnażając rządki śnieżnobiałych zębów w szerokim uśmiechu.
James i Jenny od razu złapali za puszki. Jeremy pokręcił nosem i powiedział, że on preferuje bardziej wyszukane trunki, oczywiście bez urazy. ,,Oczywiście'' rzucił James cicho. Oliver był poza konkurencją z racji swojego wieku. Dopiero po chwili zgromadzeni zauważyli, że odmówiła również Vanessa.
- Co z tobą? - spytał James, a Victor machnął ręką lekceważąco.
- Nie jest w ciąży - rzekł Joyce. - Zaprzeczyła już jakieś pięćdziesiąt razy.
- Lubię sok, a poza tym kto wie, może ja też wolę inne trunki, niż piwo? - spytała Vannie, po czym razem z Jenny, Jeremym i Oliverem powlokła się w kierunku ławek.
Victor szturchnął Jamesa, uśmiechnął się dwuznacznie i szepnął:
- O tak, soczek to naprawdę szczyt wyrafinowania.
***
James nie mógłby żałować, że wybrał grilla z przyjaciółmi, a nie spotkanie z Rosalie. Spędził ten czas na żartach i wygłupach, a kiedy Oliver spasował i poszedł spać, zostawiając dorosłych samych w ogrodzie, zaogniła się nieco poważniejsza rozmowa. W żartach Vanessa zapytała Jenny i Jeremy'ego, kiedy jest ich termin. Victor, jak to on, odchrząknął, a James przyglądał się uważnie minie Jenny. Twarz Jeremy'ego przyozdobił głupawy uśmiech, który ustąpił miejsca niezręcznemu grymasowi, gdy Jenny zręcznie zmieniła temat. James zastanawiał się, po co rudowłosa w ogóle spotykała się z tym facetem. Opcja, że robiła to po to, by wzbudzić w Devonie zazdrość, wydawała się wielce nieprawdopodobna, wręcz absurdalna, biorąc pod uwagę jej dotychczasowe uniki. James nie zdążył wysnuć innych teorii, ponieważ właśnie wtedy impreza dobiegła końca.
- Jeśli nie zabierzesz mnie ze sobą na poszukiwanie sukni ślubnej... - groziła Jenny, żegnając się czule z Vanessą.
- Wiem, wiem, udusisz mnie - odparła niebieskooka. - Zdzwonimy się.
- Mała, nie gadaj, tylko wsiadaj - powiedział zniecierpliwiony Victor, stukając palcami o auto.
- Chyba kpisz, jeśli sądzisz, że pozwolę ci prowadzić po alkoholu! - zaskrzeczała Vannie. - Oddawaj kluczyki, ale już!
- Wiesz, zaczynam widzieć dobre strony tej twojej permanentnej abstynencji... - mruknął Victor, a następnie posłusznie zajął miejsce pasażera.
James nie wiedział, w jaki sposób powinien pożegnać się z Jenny, wiedział jednak, że Jeremy'emu wystarczy przelotne spojrzenie. Ostatecznie stwierdził, że przyjazny uśmiech będzie najwłaściwszą formą pożegnania z zielonooką. Uczynił to, a potem zasiadł na tylnym miejscu w samochodzie Victora. Patrzył jeszcze przez chwilę na Jenny, teraz już nie odtrącającą spragnionych rąk Jeremy'ego, a potem auto ruszyło, a ich sylwetki stawały się coraz bardziej odległe. Devon przysłuchiwał się rozmowie Vannie i Victora, którzy darzyli się dość ironicznymi uwagami, tak bardzo dla nich charakterystycznymi. Patrzył na nich i zastanawiał się, czy powinien raz jeszcze zamieszać w głowie Jenny, czy jednak odpuścić. Gdyby faktycznie zależało mu na jej szczęściu, pewnie pozwoliłby jej na spokojne życie u boku Jeremy'ego. Z drugiej strony, James ani razu nie widział w jej oczach zauroczenia, czegokolwiek, co przemawiałoby na korzyść tego sztywniaka. Ona z pewnością nie będzie przy nim szczęśliwa. James wziął do ręki telefon, a kiedy wysłał wiadomość, włączył się do dyskusji Victora i Vannie. Chłopak wciąż suszył narzeczonej głowę, wypominając ten jej nieszczęsny soczek. James raz po raz śmiał się razem z przyjacielem, jednak w gruncie rzeczy jego myśli wciąż uciekały w miejsce, w którym byli nie tak dawno, a w którym tak pragnął kiedyś jeszcze zamieszkać.
,,Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że Jeremy nie jest tym, kogo szukasz i kogo potrzebujesz, daj jeden sygnał. Nie oczekuję od Ciebie nic więcej, bo wiem, że na nic więcej nie zasługuję''.
***
The Neighbourhood - Afraid *
The Neighbourhood - Afraid *
Hej Kochana! :* Tak jak obiecałam wczoraj, przybywam z komentarzem! Dziękuję bardzo za życzenia świąteczne! :* Tobie również życzę, abyś ten magiczny czas spędziła ze swoimi najbliższymi. W domu pełnym śmiechu i pyszności na stole, abyś znalazła chwilę na odpoczynek, a pod choinką odnalazła upragnione prezenty! Wesołych, radosnych i zdrowych świąt:*
OdpowiedzUsuńA teraz zabieram się za czytanie i komentowanie :) !
Rewelacyjnie opisany sen Christiny. Może nie był on do końca pozytywny, ale mnie oczarował. Jestem nim zachwycona, chociaż żałuję, że wtargnęła do niego Sophia. Szkoda mi Christiny. Od początku tego opowiadania pragnęła miłości i odnalazła ją - niestety - w żonatym mężczyźnie. Nie byłam fankom tego połączenia i czułam, że skończy się to bólem i łzami pani psycholog. Teraz jednak uważam, że Rosalie ma trochę racji w tym, co powiedziała. Jeśli miłość Gregor'ego i Christiny jest szczera i prawdziwa, to odnajdą jeszcze drogę do siebie. Wydaje mi się, że nawet szybciej niż przypuszczam. Trzymam za nich kciuki, bo uwierzyłam Gregor'emu i jego uczuciu do Christiny (mojej ulubienicy). :)
Jestem bardziej niż pewna, że Josh jest chory. Stał się nieobliczalny, co mnie przeraża. Rozumiem, że kocha Vanessę, ale wszystko ma swoje granice, a ten mężczyzna ich nie zauważa. Obawiam się, że jest wstanie zrobić wszystko, aby tylko odbić ją Victorowi. Jestem zaniepokojona. Oby ktoś zauważył, że Josh potrzebuje pomocy specjalisty zanim skończy się to źle.
Związek Christiny i Gregor'ego jest bardzo skomplikowany, ale wierzę, że pewnego dnia zaznają wspólnego szczęścia. Rozumiem Gregor'ego, że poczuł się urażony brakiem zaufania Christiny, ale rozumiem także reakcję pani psycholog. Gregory jest żonatym mężczyzną, który ze swoją żoną miał tysiące kryzysów, a jednak za każdym razem wracali do siebie, więc czemu teraz miałoby być inaczej? Rozumiem obawy Christiny, bo gdybym była na jej miejscu, to lękałabym się o każdy dzień. Uważam, że dopóki Gregory nie uporządkuje do końca spraw ze swoim małżeństwem, to on i Christina nigdy nie będą w pełni szczęśliwi.
Jak ja uwielbiam takie lekkie, przyjemne fragmenty. Uśmiechałam się cały czasy! Kocham całą tą paczkę (no może pozbyłabym się Jeremy'go) :) ! James i Victor to zgrany duet, a James i Jenny to wisienka na torcie. Oboje muszą być razem, bo ciągnie ich do siebie jak pszczoły do miodu. :) Oby Jenny odpowiedziała na tego sms'a i to w pozytywny sposób! Trzymam za tą dwójkę kciuki!
Uwielbiam ten odcinek za jego różnorodność. Raz było mi przykro, a raz byłam szczęśliwa. Momentami był lekko zirytowana i zaniepokojona. Można więc śmiało uznać, że zaprezentowałaś nam pełen wachlarz emocji! :) Dziękuję Ci za to i już z niecierpliwością oczekuję nowości ! :*
Jeszcze raz: wesołych świąt! :)
Hej Kochana:* w swoich słowach wstępu napisałaś, że to ostatni rozdział przed świętami, więc to chyba jedyna okazja do tego, żeby złożyć sobie życzenia świąteczne. Tak więc ja Tobie również życzę Wesołych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych, bogatego Gwiazdora i przede wszystkim odpoczynku od codziennego pośpiechu (co jak co, ale Tobie na pewno się to przyda). Mam tylko nadzieję, że przed Nowym Rokiem przeczytam jeszcze tutaj chociaż jedną nowość :) jeśli chodzi o wstęp to byłoby na tyle. Teraz przechodzę do czytania :)
OdpowiedzUsuńTo co przyśniło się Christinie to po prostu koszmar, do tego jeszcze z Sophią w roli głównej. Przykro mi, że sprawy między nią a Gregorym tak się potoczyły. Niby się kochają, a tak naprawdę wszystko wskazuje na to, że nie mogą być razem. Co chwilę pojawiają się jakieś niejasności, przeszkody teoretycznie nie do pokonania. Ciekawa jestem czy Sophia przyzna się do tego, że jest w ciąży z Martinem, chociaż tego tak naprawdę też nie możemy być pewni. Myślę, że kobieta będzie knuła jakieś spiski, żeby sprawa wyszła tak, że dziecko jest pisarza. Nie wiem dlaczego, ale jeśli w grę wchodzi Sophia to mam przed oczami same czarne scenariusze. Mam tylko nadzieję, że Christina i Gregory dadzą sobie szansę na wyjaśnienie tych wszystkich nieporozumień, bo ja uważam, że jednak szkoda byłoby stracić to co się między nimi narodziło. Możliwe, że jeszcze nie wszystko stracone i jednak będą mogli być razem? A jeśli chodzi o Rosalie to podobała mi się jej rola w tym fragmencie. Nie widziałam tutaj egoistki, która myśli tylko o sobie i o swoich tajemnicach, lecz siostrę, która gotowa jest pomóc i przede wszystkim wspierać Tinę w tym kiepskim dla niej czasie. Miejmy nadzieję, że konflikt sióstr poszedł w niepamięć i od teraz ich relacje będą o wiele lepsze niż te poprzednie :)
Nie poznaję Josha. To już nie ta sama postać jak za czasów Mine Again. Ciągle wracam do tamtej historii, ale dzięki temu mam porównanie obecnego Josha i tego poprzedniego, którego tak bardzo lubiłam. Teraz nie wiem co mam myśleć o nim, o jego zachowaniu. To już powoli przestaje być śmieszne. Kiedy przeczytałam ten fragment zdałam sobie sprawę, że Josh zachowuje się tak jakby popadł w jakiś obłęd, zachowuje się dosłownie brzydko mówiąc jak psychol. I pomyśleć, że to wszystko przez zazdrość o Vanessę... no bo o co innego mogłoby mu chodzić? Swoim zachowaniem na ulicy przeszedł samego siebie. Chciał zrobić krzywdę niewinnemu człowiekowi, który przez przypadek na niego wpadł, no ludzie! Przestało mi się podobać zachowanie Josha. Zaczynam się bać jego i tego co siedzi mu w głowie. On powoli staje się nieobliczalny i aż boje się pomyśleć co planuje względem Vanessy i Victora. Oby tylko w porę się opanował, bo to wszystko może się źle skończyć...
Myślałam, że Christina i Gregory się pogodzą, albo chociaż oboje wysłuchają siebie nawzajem. Nie, zdecydowanie nie tak miało się to zakończyć. Ten fragment pokazał, że Tina wciąż nie pozbyła się w sobie tej blokady, że każdy facet jest taki sam i prędzej czy później ją skrzywdzi. Ja też myślę, że Gregory nie kłamał, że rzeczywiście mogło być tak, że Sophia po prostu zemdlała i potrzebowała natychmiastowej pomocy ze względu na swój stan. Christina zwyczajnie nie ufa pisarzowi. Jest przekonana, że dopóki pomiędzy nimi jest Sophia to nie mają żadnych szans na bycie razem, że ona zawsze będzie wymyślała tylko po to, żeby zatrzymać Grega przy sobie. Przykro mi, że Gregory odszedł, że rozstali się w niezgodzie. Czy będzie jeszcze szansa na to by to wszystko jakoś odkręcić? Mam nadzieję, że tak bo mimo wszystko podobają mi się razem, pasują do siebie. A jeśli chodzi o przemyślenia psycholog to nie dziwie jej się ani trochę. Kto normalny chce być sam do końca życia? Ja mimo wszystko wierzę, że Tina znajdzie swoje upragnione szczęście. Ona naprawdę na to zasługuje :)
OdpowiedzUsuńTrzeba przyznać, że Jamesowi zajęło sporo czasu dojście do wniosku, że jedyną kobietą w jego życiu, którą naprawdę szczerze kocha jest właśnie Jenny. Wiesz, że po przeczytaniu początków opowiadania byłam w stanie uwierzyć, że James rzeczywiście się odkochał i to piękne uczucie puścił w niepamięć? Tutaj sprawdziło się powiedzenie, że stara miłość nie rdzewieje, a zazdrość Jamesa o Jenny jest po prostu słodka :) nie raz pokazał, że potrafi zachować się jak małe dziecko, ale też pokazał, że jest dojrzały i niekiedy wie czego chce od życia. Czas najwyższy żeby te plany wcielił w życie i wtedy będzie miał u mnie plusa :) no i miło przeczytać, że Vanessa z Victorem wybrali datę ślubu. Oby nic nie stanęło im na drodze do szczęścia :) a Jenny i James... jestem oczarowana tym wątkiem i mam nadzieję, że między tą dwójką będzie happy end :)
Pozdrawiam :*
Buziaki :*