15 lutego 2015

35. ,,Nadal jesteś''

Hej :)
Standardowo na samym wstępie dziękuję za Wasze przemyślenia dotyczące poprzedniego rozdziału. Jesteście cudowne, naprawdę :*
Lubię tą część. Jest lekka, nie wnosi jakoś szczególnie dużo do fabuły, chociaż... hm, powiedzmy, że pewne rzeczy, które do tej pory były jedynie domysłami, zaczynają przybierać poważniejszy wyraz. Nie powiem nic więcej - może się domyślicie, a jeśli nie, to kolejne rozdziały na pewno wszystko wyjaśnią :)
Mam nadzieję, że ta część przypadnie Wam do gustu. Dajcie znać, co o niej sądzicie :)
Całuję, trzymajcie się! :*
***
Lipiec

Vanessa poczuła, że sen, który jeszcze przed momentem wydawał jej się jedyną i najprawdziwszą rzeczywistością, pomału zaczynał się ulatniać i choć przebudzenie dawało wyraźne sygnały o swoim rychłym przybyciu, brunetka nie chciała otwierać oczu. Teraz, kiedy jedynym dźwiękiem przecinającym ciszę poranka, było spokojne, wręcz miarowe oddychanie Victora, śpiącego obok niej, lekarka miała trochę czasu na pobycie sama ze sobą i zastanowienie się raz jeszcze nad wszystkim, co działo się w ostatnim czasie. Przede wszystkim Vannie mocno zapamiętała dzień, w którym Louis obwieścił jej, że może już opuścić szpital. Victor zapakował ją do samochodu - dosłownie, ponieważ teraz, kiedy wiedział o jej ciąży, obchodził się z nią jak z jajkiem, jakby byle upadek miał wyrządzić jej gigantyczną krzywdę - i ruszyli. Wówczas w jej głowie pojawiły się pierwsze wątpliwości i niepokój. Obawiała się powrotu do mieszkania od momentu, kiedy Josh wylądował w szpitalu z dziurą w policzku. Być może Victor nie wykazał się w tym przypadku umiejętnością jasnowidzenia, jednak Vanessa doceniała to, iż ukochany obrał zupełnie inny kierunek. W konsekwencji znaleźli się znów w domu, pierwszym miejscu, które należało w stu procentach do nich, do dwójki ludzi, którzy wkrótce zostaną złączeni specyficzną więzią. Vannie oponowała, jednak Victor uparł się i wziął ją na ręce, po czym wniósł do środka, jakby już teraz byli świeżo upieczonym małżeństwem. Po drodze udało mu się zapytać jakieś pięć razy, czy Vanessa czuje się dobrze i czy z dzieckiem wszystko w porządku. Trochę przerażała ją nadopiekuńczość Victora, a z drugiej strony, z dnia na dzień sama czuła coraz większą odpowiedzialność za nowe życie, które rozwijało się pod jej sercem. Kiedy gorący okres w ich życiu ustąpił miejsca przynajmniej częściowemu spokojowi i odprężeniu, Vanessa miała więcej czasu na gdybanie, czy uda jej się być dobrą matką, najlepszą, na jakie zasługuje każdy maluch, dopiero uczący się, czym tak naprawdę jest życie. Potem niebieskooka pomyślała o ślubie, od którego dzielił ich już tylko miesiąc. Kilka razy zastanawiała się, czy nie powinni przesunąć daty, by podniosłej atmosfery nie zakłócały nieustające nerwy o zdrowie Josha, a także brzuch, który, nie wiadomo kiedy, nagle stał się wypukły i zauważalny z daleka. Ostatecznie jednak oboje z Victorem doszli do wniosku, że to jest ich święto i będzie ono idealne i to nie oni mają dostosować się do ludzi i sytuacji, lecz życie ma dopasować się do nich. Potem pocałował ją w policzek, chcąc nadać wypowiedzianym przez siebie słowom jeszcze większą moc. To wystarczyło w zupełności. Ona tak kochała te jego pocałunki.
Kiedy rozchyliła powieki, odruchowo spojrzała na zegarek - tak, jakby obawiała się, że spóźni się do pracy. Wciąż zapominała, że miała jeszcze urlop, a o jego nadchodzącym końcu na razie nie wspominała Victorowi. Blondyn z nieukrywaną radością zamknąłby ją w domu, aż do rozwiązania, a jeszcze chętniej do końca życia. Póki co jednak Vanessa nie wyobrażała sobie rezygnacji z zawodu i dania narzeczonemu przyzwolenia na to, by uczynił ją kurą domową. A potem pomyślała...
- Obudź się, leniu!
Brunetka szturchnęła Victora, a chłopak po chwili otworzył oczy, ukazując jej ich niepodważalne piękno w migdałowym kolorze. Mimo brutalnego zakończenia snu, piłkarz uśmiechnął się i wyprostował, by pokazać jej, że gotów jest jej wysłuchać. Na jego twarzy malowało się żywe zaciekawienie.
- Tak sobie pomyślałam, że może faktycznie nie wrócę już do pracy.
- Przepraszam, co ty przed momentem powiedziałaś? - Victor nadstawił ucha. - Miałem chyba nagły napad głuchoty, bo usłyszałem, że rozważasz zostanie w domu.
- Marzę o dniu, w którym przestaniesz na okrągło żartować - nadąsała się Vanessa.
- Jak możesz marzyć o dniu mojej śmierci? - żachnął się, wciąż rozbawiony. - No dobra, słucham cię. Oj, nie obrażaj się, Joyce!
- Jeszcze nie Joyce i uważaj, bo nadal mogę zmienić zdanie.
- Nie ma opcji, że zrezygnowałabyś ze sposobności noszenia tego oto pierścionka - wskazał skinięciem głowy na błyskotkę, migocącą wdzięcznie na jej palcu. - No i jest jeszcze inny szkopuł: ty mnie za bardzo kochasz, by odejść.
Niebieskooka odwróciła wzrok, odnosząc wrażenie, że Victor nie traktuje jej poważnie. Sukcesywnie ignorowała jego nawoływania, które słyszała za swoimi plecami, aż do momentu, kiedy Joyce sięgnął po starą, wypróbowaną metodę. Spróbował chwycić ją za serce. Dlaczego to zawsze działa?
- Wiem, dlaczego o tym pomyślałaś - powiedział. - Zgadzam się z tobą. Istnieje bardzo duża szansa, że prowadzenie domu i zajmowanie się dziećmi, da ci większe szczęście, niż praca. Szczerze mówiąc, trochę na to liczę, ale jeśli zadecydujesz inaczej, jakoś to zaakceptuję.
Brunetka spojrzała na niego i już, zupełnie nagle, przeszła jej cała złość.
- Będę musiała przywyknąć do tych twoich żarcików - mruknęła i przysunęła się tak, że teraz opierała głowę na jego wyciągniętym niczym poduszka ramieniu. Było tak miękko i wygodnie, jakby leżała w chmurach, wolna od jakichkolwiek trosk. - Wiem, że jestem cholernie nudna, ale muszę to powiedzieć: kocham cię.
- Wolałbym, żebyś nie przeklinała - zagrzmiał Victor, a ona spojrzała na niego zdumiona. - No wiesz, mały Joyce słucha.
Po chwili niezręcznego milczenia, kiedy na jej twarzy znów pojawił się grymas, Victor użył siły, by ją objąć. Vanessa opierała się, pewna, że wcale tego nie chce, jednak kiedy blondyn doprowadził plan do końca i złączył dwoje rozpalonych ust, zrozumiała, że w głębi duszy pragnęła tego najbardziej na świecie.
- Ja też cię kocham - szepnął, a ona zatopiła dłonie w jego włosach, rozkoszując się chwilami, które dzielili tylko na siebie nawzajem.

Christina przyglądała się opaleniźnie, która zupełnie nagle pojawiła się na jej skórze, czyniąc ją o wiele atrakcyjniejszą, niż przed wyjazdem - a w każdym razie na to mógł wskazywać fakt, że w Londynie nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem u płci przeciwnej, podczas gdy tutaj, w Paryżu, co krok napotykała spojrzenia młodych Francuzów i nie tylko. Na samym początku uciekała przed tym, nie zapominając o swoim krótkim, ale intensywnym epizodzie z udziałem pewnego aroganckiego pisarza, potem jednak przypomniała sobie o tym, że przecież ich wspólna historia dobiegła końca. Uśmiechała się do przemiłych mężczyzn, bo niby dlaczego miałaby tego nie robić? Po pierwsze, w domu nie czekał na nią kochający mąż, który mógłby mieć jej za złe flirtowanie z nieznajomymi, a po drugie, panowie nie przekraczali żadnych granic, co Christina prawdziwie doceniała i zamierzała odwdzięczać się za to, ile wlezie. Przewróciła się na plecy, rozciągając leniwie na leżaku. Lenistwo, które zdawało się w ogóle nie istnieć przez przeszło trzydzieści pięć lat, nagle stało się jej znakiem rozpoznawczym. Przez całe dnie wylegiwała się nad basenem w skąpym stroju kąpielowym, raz po raz popijając chłodne drinki, regularnie dostarczane jej przez naprawdę cudowną obsługę. Cieszyła się słońcem, które, owszem, wpadało czasami do Londynu, jednak chyba nigdy nie piekło skóry tak mocno i przyjemnie, jak miało to miejsce tutaj. Wieczorami Tina wychodziła na miasto, obserwując świat, o którym marzyła przez tyle lat. Z dnia na dzień znała Paryż coraz lepiej i była już stuprocentowo pewna, że żadne zdjęcia i nagrania, nie są w stanie wiernie przedstawić piękna Francji i tej niezwykłej elegancji, która biła z każdego zaułku.
- Mojito, madame - odezwał się łamaną angielszczyzną wysoki mężczyzna z zarostem, którego Christina polubiła od pierwszego spotkania.
- Merci - odparła łamanym francuskim.
Uśmiechnęli się do siebie, a Christina upiła pierwszy łyk i poczuła falę przyjemności, rozlewającą się w jej wnętrzu. Była nieco zaskoczona, kiedy zorientowała się, że przystojny Francuz wciąż stoi przy jej leżaku. Mężczyzna był początkowo nieco speszony, a w każdym razie sprawiał takie wrażenie, potem jednak język mu się rozwiązał. Z trochę trudnego do zrozumienia angielskiego, w dziwny sposób poplątanego z francuskim, Tina wyłapała zaproszenie na imprezę w ten wieczór. Zastanowiła się, unosząc palec do góry i prosząc nieznajomego, by dał jej chwilę do namysłu. Ta poważna, trzymająca się zasad Christina nawet nie rozważyłaby wszystkich za i przeciw, tylko od razu odmówiłaby, myśląc oczywiście o Gregorym, który zapewne czekał na jej powrót, zalewając się łzami. Ta Tina, chętna, by znowu zacząć żyć, pomyślała, że pan Haggerty nawet nie zauważył, że wyjechała. Właśnie ta Tina skinęła twierdząco głową, a wyraźnie uradowany brunet wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Antoine - powiedział.
- Christina - odparła, ściskając jego dłoń.
Mężczyzna odszedł, a szarooka przyjęła nieco wygodniejszą pozę. Już miała żałować tego, co zrobiła, kiedy do głosu ponownie doszło jej nowe, wolne od problemów, wyzwolone oblicze. Wcale nie żałowała podjętej przez siebie decyzji. Jeśli ten wyjazd i boski Paryż miały dać jej szansę na zaznanie prawdziwej radości w swoim życiu, Tina ani myślała, by utrudniać owym czynnikom pracę - a poza tym, Antoine działał na nią dość wyczuwalnie, choć chyba nie tak mocno, jak pan Haggerty. A potem pomyślała o seksownym głosie Francuza i poczuła, jak na jej policzki wkraczają rumieńce. Nie poznawała samej siebie, ale to oblicze podobało jej się o wiele bardziej, od poprzedniego. Zapewne spory wpływ na to miała ilość alkoholu, który zdążyła wypić, mimo młodej godziny.

***

I should've said it all when I was close to you
like I was supposed to do...*

Chciał z nią porozmawiać, ale potrzebował więcej czasu - a może to ona go potrzebowała. Tak czy inaczej, Haggerty doszedł pewnego dnia do wniosku, że cały piasek w klepsydrze przesypał się na dół, a jego cierpliwość została wyczerpana. Mógł od razu zadzwonić do Tiny albo do niej pójść i zmusić ją, by go wysłuchała, choć oczywiście do samego końca łudził się, że użycie siły nie będzie konieczne. A jednak, miał pewne obawy. Nie chciał na nią naciskać, bo takim zachowaniem mógłby ją dodatkowo do siebie zniechęcić i zrazić. Teraz jednak był już zdeterminowany, pewny, że to jest właśnie to, co powinien zrobić. Musiał odbyć z nią tą rozmowę, bo jeśli będzie z tym zwlekał jeszcze trochę dłużej, to być może w końcu ją straci. Czas działał na jego niekorzyść. Gnał przed siebie tak, jakby spoczynek był dla niego słowem zupełnie nieznanym. Gregory wiedział, że to jest ten moment i nawet, jeśli Christina zechce dać mu po łbie, by pokazać, jak bardzo jest na niego wściekła, gotów był zrobić dosłownie wszystko, byle tylko zawalczyć o jej serce - a do ostatniej chwili wydawało mu się, że miał u niej wielkie szanse, z których nie zamierzał rezygnować dobrowolnie.
Gregory odczekał chwilę pod budynkiem, by wypalić papierosa. Gdy to zrobił, przygniótł niedopałek butem i wszedł do środka. Pokonywał po dwa stopnie na raz, chcąc jak najszybciej stanąć oko w oko z Christiną. Nie widział jej stanowczo za długo. Jego serce zdawało się krwawić, tak, jak jednemu z bohaterów jego ostatniej książki i choć w owym dziele zakończenie było szczęśliwe, Haggerty wolał nie nastawiać się na powodzenie. Wszystko mogło się zdarzyć, ale wiedział jedno - tym razem nie odpuści.
Kiedy znalazł się pod drzwiami, zadzwonił dzwonkiem i na wszelki wypadek zapukał kilkakrotnie. Czekał na jakikolwiek szmer, dobiegający z mieszkania, jednak wciąż odpowiadał mu niezidentyfikowany łoskot, dochodzący z mieszkań sąsiadów.
- No otwieraj - mruknął, wciąż czekając w napięciu.
Nic się nie wydarzyło. Mijały kolejne minuty i Gregory w końcu zaczynał czuć się głupio. Głucha, dobijająca cisza w końcu została przerwana, jednak nie przez osobę, którą Haggerty chciał zobaczyć. Obejrzał się i dostrzegł pulchną kobietę, przyglądającą mu się podejrzliwie.
- Czemu się pan tak dobija? - zaskrzeczała, wycierając upaprane mąką dłonie o fartuch.
- Nie pani interes - odburknął Gregory, czując, jak krew zaczyna wrzeć w jego żyłach. Był zły, w dodatku nie miał zielonego pojęcia, gdzie jest Christina. Wiedział jedynie, że nie ma jej w pracy - gabinet był pierwszym miejscem, do którego się udał.
- Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby specjalnie panu nie otwierała - prychnęła kobieta, patrząc na Gregory'ego z niezaprzeczalną pogardą w swych brązowych oczach. - Niewychowany burak.
Haggerty zszedł po schodach na dół, uprzednio ironicznie kłaniając się starszej kobiecie, która raz jeszcze prychnęła i wróciła do siebie. Kiedy pisarz wyszedł na zewnątrz, bardzo szybko dostrzegł dwoje młodych ludzi. Chciał zawrócić, jednak został zauważony przez machającą do niego blondynkę.
- Greg! - zawołała Sophia. - Stało się coś? - zapytała, widząc jego nieszczególną minę.
- Bynajmniej - odparł, szczerząc się sztucznie. - Tryskam radością, nie widzisz?
Martin zaśmiał się pod nosem, co trochę zdenerwowało i tak już rozeźlonego Gregory'ego. Zanim jednak niebieskooki zdążył powiedzieć coś niemiłego, Sophia ponownie zabrała głos, uniemożliwiając mu to.
- Może chcesz się z nami przejść i pogadać? - spytała.
- Oczywiście - odrzekł przesłodzonym tonem, a jasnowłosa skrzywiła się, prawdopodobnie wyczuwając, co za chwilę usłyszy. - Marzę o tym, by spacerować sobie z prawie byłą żoną i jej kochankiem.
Sophia nie odezwała się ani słowem do Haggerty'ego. Jego zachowanie nawet jej nie zaskoczyło - przywykła do jego gburowatości. Wzięła Martina pod rękę i minęła Gregory'ego bez słowa. Pisarz również ruszył, lecz w przeciwnym kierunku. Nie zatrzymując się, wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i umieścił jednego w swoich ustach. Wiedział, że palenie na pewno nie rozwiąże jego problemów, z drugiej strony, co innego mu pozostało? Na pewno nie pisanie, bo odkąd nie miał kontaktu z Christiną, nie udało mu się napisać jednego sensownego zdania.

***

Rosalie odnajdowała za oknem miejsca, które już znała, a jednak zdawało jej się, że dzisiaj znaczą coś zupełnie innego, niż kiedyś. Miejsca, które traktowała jako swoiste schronienie przed przeszłością, teraz wcale nie były następstwem ucieczki - a może jednak? Może w pewnym sensie oboje z Jamesem, który prowadził samochód ze stoickim spokojem, uciekali przed tym, z czym nie potrafili się pogodzić? Blondynka spojrzała na kierowcę, a on szybko wyczuł jej wzrok na sobie. Uśmiechnął się promienniej, niż słońce, które świeciło przepięknie nad ich głowami. Ciemnooka pokręciła głową, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że zachowanie Jamesa nijak nie wpasowuje się w przyjęty kanon. Po usłyszeniu o tych jej kłamstwach i rzeczach, o których do tej pory nie miał pojęcia, miał prawo znienawidzić ją, albo chociaż darzyć ją wielką niechęcią. Devon nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Mimo początkowej złości, teraz zachowywał się dokładnie tak, jak przed poznaniem prawdy. Rosalie drgnęła, kiedy poczuła, jak jego dłoń ujmuje jej własną. Spojrzała na niego ponownie i ten sam uśmiech znowu wprawił ją w osłupienie. Jak on mógł w ogóle patrzeć na nią po tym wszystkim i jakim cudem wciąż sprawiało mu to przyjemność?
- Nigdy nie przestaniesz mnie zdumiewać - wyznała, a James zaśmiał się cicho.
- Taka już moja uroda - odparł i puścił ją, by jego dłoń ponownie spoczęła na kierownicy.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała Rosalie. - Dlaczego złapałeś mnie za rękę?
- Zapewne powiesz mi, że wersja: ,,Dlatego, że bardzo, bardzo, bardzo cię lubię'', nie jest wystarczająco przekonująca - rzekł, a ona przytaknęła posłusznie. James westchnął. - Chciałem dodać ci otuchy. Chciałem, żebyś poczuła, że ja naprawdę cię bardzo, bardzo, bardzo...
- Devon - syknęła, a on uśmiechnął się.
- Że cokolwiek jeszcze mi powiesz, ja na pewno cię nie zostawię - dokończył i wówczas Rosalie zrozumiała, o co mu chodziło.
- Chcesz, żebym kontynuowała swoją opowieść, co? - spytała. - Tylko, że ja nie chcę narażać cię na stres, kiedy prowadzisz.
- Słaba wymówka - wyszczerzył się. - Przecież mnie znasz. Jestem naprawdę pierwszorzędnym kierowcą. Nie ma takiej rzeczy, która wytrąciłaby mnie z równowagi, kiedy jadę. Także, jeśli o mnie chodzi, naprawdę możesz być spokojna.
Rosalie westchnęła. Tak naprawdę, nie chciała mówić tego wszystkiego tu i teraz. Myślała, że porozmawiają dopiero, gdy będą na miejscu. Ostatecznie jednak postanowiła, że nie będzie od tego uciekać - w końcu ucieczek w jej życiu było już chyba wystarczająco dużo.
- A na czym skończyliśmy? - zapytała, bo choć wytężyła mózg, nie zdołała przypomnieć sobie ostatniej informacji, jaką mu przekazała. Miała szczęście, że James pamiętał doskonale.
- Impreza - mruknął. - I nasze miejsce.
- Ach, tak... No więc, z dnia na dzień zaczęłam się w tobie naprawdę zakochiwać. Byłoby o wiele piękniej, gdyby temu procesowi nie towarzyszyła Sophia, jej gierki i szantaże, ale cóż, przeszłości niestety nie mogę zmienić. Były też momenty, kiedy Sophia nie odgrywała choćby najmniejszej roli. Te chwile, kiedy byliśmy sam na sam. Ten wspaniały, magiczny czas, który istniał tylko dla nas. Chyba wiesz, o czym mówię?
James przytaknął, a na jego twarzy gościł łagodny uśmiech. Nawet, jeśli to było oczywiste, że dziś kochał tylko i wyłącznie Jenny, co jest złego w uśmiechaniu się do wspomnień i do tego, co było?
- Jestem ciekawa, jak potoczyłoby się to wszystko, gdyby nie Sophia - kontynuowała. - W pewnym sensie jestem jej nawet wdzięczna za te wszystkie podłe rzeczy, które robiła. Gdyby nie to, zawsze byłbyś dla mnie tym nieco przemądrzałym chłopakiem, który pomógł mi na sali baletowej, kiedy straciłam równowagę.
- Czy to znaczy, że przez pewien okres czasu byłem dla ciebie kimś więcej?
- Nadal jesteś - odparła, zgodnie z prawdą. - Spokojnie, nie w takim sensie, w jakim ty kochasz Jenny i w jakim ona kocha ciebie. Po prostu dzisiaj jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. Nie przeżyłabym ze świadomością, że nie byłam dla ciebie ważna, choćby w najmniejszym stopniu.
- Czy to oznacza, że będziesz żyła wiecznie? - zapytał. - Bo wiesz, dla mnie jesteś ważna, jak dla Olivera piłka nożna, jak dla Jenny książki i jak dla Victora Vanessa.
Rosalie zaśmiała się uroczo, a James skupił się ponownie na drodze. Odnalazł jednak chwilę, dosłownie sekundę, by raz jeszcze ścisnąć jej dłoń. Nie puszczał jej ani na moment, przez całą drogę w miejsce, którego adres znała tylko ona, a które wkrótce i dla niego stanie się jasne.

Nie chcemy żyć, jeśli nie poznamy smaku prawdziwej przyjaźni.
Nie chcemy umierać, jeśli poznamy go aż za dobrze.

***

Vanessa zdołała namówić Victora, by pojechali tego wieczoru do szpitala. Mężczyzna początkowo odmawiał, po raz kolejny dając dowód swej nadopiekuńczości, jednak ostatecznie i tak uległ ukochanej. Vannie dziękowała mu za to ze sto razy po drodze, podczas gdy w duchu i tak wiedziała, że dotarłaby tutaj, nawet bez jego pozwolenia. Josh bardzo jej potrzebował, a ona mogła powiedzieć to samo o sobie. Musiała być obok i kontrolować jego stan. Musiała być na bieżąco ze wszystkim, sprawdzać każdy szczegół i czekać na moment, kiedy niebieskooki wreszcie się obudzi. Próbowała nie zamartwiać się na zapas, choć wydawało jej się trochę podejrzane, że Hartley tak długo tkwi w śpiączce. Louis zapewniał ją, że nie grozi mu niebezpieczeństwo, a wszystko wskazuje na to, że chłopak wróci do żywych w przeciągu paru dni, choć oczywiście ciężko określić to precyzyjnie. Tak czy inaczej, Vanessa postanowiła czuwać i nie odpuszczać żadnej z możliwości, by być jak najbliżej Josha.
- Jak się czujesz? - zapytał Victor, a Vanessa żałowała, że nie zapisywała od początku każdego pytania o jej stan, jakie zadał. Byłaby to lista długa aż do samej ziemi.
- Tak samo dobrze, jak pięć minut temu - odpowiedziała, starając się, by Victor nie usłyszał w jej głosie pretensji. Udało jej się, bo blondyn objął ją w pasie, gdy oboje szli długim korytarzem. Próbował ją pocałować, ona jednak nie pozwoliła mu na tak śmiały krok. - Tłumaczyłam ci to już, Joyce - powiedziała protekcjonalnym tonem. - To jest moje miejsce pracy. Są tu moi koledzy z zespołu i pacjenci, którzy dobrze mnie znają. Zapewniam cię, że obściskiwanie się tu z tobą, byłoby oznaką braku taktu i profesjonalizmu.
- Bla, bla, bla... - Victor gestykulował ręką i zatrzymał się. - Masz spaczony sposób patrzenia na świat. Ludzie nie chcą widzieć sztywniaków w kitlach, którzy uśmiechają się raz na ruski rok i zapewne nie mają życia osobistego.
- Doprawdy? - Vanessa uniosła brew.
- No jasne - zapewnił ją. - Ludzie chcą widzieć miłość.
- Miłość... - westchnęła. - Sześć liter to twoja odpowiedź na wszystko?
- Miłość jest dla mnie tak ważna, jak dla ciebie słowo ,,nie''. Przykładowo: jesteś gotowa olać swoje drętwe zasady i pocałować mnie na oczach wszystkich?
- Nie - odparła szybko Vanessa, a Victor spojrzał na nią z miną zwycięzcy.
- Miałem rację - chełpił się.
- Bla, bla, bla... - przedrzeźniała go.
Narzeczeni zatrzymali się przy wejściu do sali, w której leżał Josh. Przez uchylone drzwi zobaczyli Austina i Isabel, czuwających przy nim. Już mieli wejść do środka, kiedy nagle oczom obojga ukazało się coś, co bardzo trudno pomylić z czymkolwiek innym. Palce dotąd sztywnego i nieruchomego mężczyzny, teraz postukiwały o materac delikatnie, ledwie zauważalnie, ale jednak. Isabel i Austin też musieli to dostrzec, bo właśnie wtedy blondyn objął siostrę Hartleya, śmiejąc się.
Vanessa zamknęła drzwi, a Victor spojrzał na nią swymi dużymi, zaciekawionymi oczami.
- Nie chcesz popatrzeć? - zapytał, a ona pokręciła głową.
- Jestem taka szczęśliwa... Josh wkrótce się obudzi - powiedziała na jednym oddechu. - I wiesz, co jest jedyną rzeczą, na jaką mam teraz ochotę?
- Olanie swoich drętwych zasad i pocałowanie mnie na oczach wszystkich? - powtórzył. Od początku wiedział, że to nie może być prawda, więc o mało nie padł z wrażenia, kiedy Vanessa nagle pokiwała głową twierdząco. - Naprawdę? A co z twoim ulubionym, wręcz sztandarowym słowem: ,,nie''?
- Victorze Joyce, nawet nie wiesz, jaka to dla mnie radość, móc wreszcie sprawić, że zamkniesz się chociaż na chwilę.
Dziewczyna popchnęła go prosto na ścianę. Wcale mu to nie przeszkadzało. Stanęła na palcach, by sięgnąć jak najwyżej. Z oczywistych względów nie mogła teraz przerwać. Słyszała szepty osób, które przez przypadek stały się świadkami nieco obcesowej sceny. Kiedy Victor zwolnił uścisk, a Vanessa odwróciła się od niego, pacjenci i lekarze zamarli na chwilę, a potem zaczęli bić brawo. Dziwaczność tej sceny sprawiła, że narzeczeni wybuchnęli śmiechem i nie przestawali nawet, kiedy oklaski w końcu ucichły.

***
James Arthur - Supposed *

4 komentarze:

  1. Jestem! :-) Myślałam, że uda mi się tutaj przybyć wcześniej, ale jednak zmęczenie wzięło górę i przybywam z komentarzem dzisiaj! Przepraszam:*
    Jak ja ich uwielbiam. Twarz mnie boli od uśmiechania się. Zacznę jednak od początku. Cieszę się, że Vanessa wróciła do zdrowia, a dziecku nic się nie stało. Po drugie Victora kupuję w każdej postaci. Obawiam się, że to jedyny mężczyzna, którego nadopiekuńczość byłabym wstanie znieść, a jego żarciki są obłędne. Lubię, gdy droczy się z Vanessą. To taki ich znak rozpoznawczy. A po trzecie radzę Vanessie, aby dobrze przemyślała swoją decyzję. Nie chciałabym, aby pewnego dnia obudziła się i żałowała, że zrezygnowała z własnej kariery. Poświęciła tak dużo, aby zostać lekarzem i ewidentnie to kocha, więc szkoda byłoby odbierać sobie cząstkę samej siebie. Wiem, że rodzina wymaga czasu i opieki, ale nie ona pierwsza i nie ostatnia musiała pogodzić to z pracą. A jak mówi stare powiedzenie: "szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko". :-)
    Brawo Christina! Jestem z niej bardzo dumna. Wreszcie postanowiła zaszaleć i zrobić coś dla siebie. Przez całe życie pomaga innym, zapominając o sobie. Czas to zmienić. Rozumiem wahanie Christiny i jej niepewność (już na początku stwierdziłam, że Christina i ja mamy wiele wspólnego i nadal to podtrzymuję), ciągłe rozmyślanie za 'za i przeciw', zamiast wrzucić na luz i po prostu cieszyć się trwającą chwilą. To potrafi człowieka wykończyć, dlatego cieszę się, że Christina dała sobie szansę na szaleństwo. Coś czuję, że nie będzie tego żałować! :-) A co do piosenki.. Wszyscy tak bardzo się nad nią rozczulali, itd. a ja nadal nie rozumiem jej ogromnego fenomenu. Jest przyjemna dla ucha, ale nic więcej. Mimo to, tutaj pasowała idealnie. Nadała fragmentowi francuski klimat! Duży plus o zadbanie o szczegóły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, faceci! Najpierw robią, a później myślą. Szkoda, że Gregory czekał z interwencją tyle czasu, zamiast działać od razu. Sam jest sobie winien, że zamiast spotkać Christinę, pocałował klamkę. I bardzo, bardzo, bardzo dobrze mu tak! Może to mu da do myślenia! Poza tym ja ciągle uważam, że wyjazd Christiny i fakt, że może odpocząć od pisarza dobrze jej zrobi. Zrozumie, że należy jej się od życia dużo więcej niż śmie prosić. I może zacznie bardziej w siebie wierzyć. A Gregory niech się wyżywa się na samym sobie, a nie na innych!
      Naprawdę nie rozumiem Jamesa. Ja wiem, że to dobry człowiek mimo swoich wad, a może właśnie dzięki nim? Tak czy siak .. Wiem, że ma dobre serce, itd. Ale naprawdę jak on to robi, że po tym wszystkim, co usłyszał, po tym jak dowiedział się, że Rosalie zabawiła się nim, po tym, gdy zrozumiał, że zostawił ludzi, którzy go kochali, dla tego czegoś, co było między nim i Rosalie.. Jak on potrafi prowadzić spokojnie samochód i uśmiechać się? Wspierać Rosalie?! Ja bym nie potrafiła. Mój żal byłby zbyt silny, abym mogła patrzeć na kogoś, kto zrobił tyle złego. Może z czasem umiałabym wybaczyć, ale w życiu nie potrafiłabym dopuścić ponownie do swojego życia taką osobę. To jedna z rzeczy, których nie zrozumiem. A przyjaźń ... Dla mnie przyjaźń to coś cennego i wiem o czym mówię, bo sama doświadczam jej każdego dnia. A to co jest między Jamsem i Rosalie, to zaprzecza definicji przyjaźni. Przepraszam, ale takie jest moje zdanie. Podsumowując, mam nadzieję, że gdy skończą tą podróż do przeszłości, James wróci do Jenny i Olivera. Bo to tak naprawdę najbardziej się dla mnie liczy.
      Kocham ich, bezapelacyjnie KOCHAM ICH ! <3 To ich przedrzeźnianie się jest tak słodkie, że trudno się nie uśmiechać. Chcę wierzyć, że pewnego dnia też spotkam na swojej drodze takiego Victora, który będzie doprowadzał mnie do szału, rozbawiał, który będzie się o mnie troszczył i przede wszystkim, który będzie mnie tak mocno kochał. Ach, ta dwójka wyszła Ci po mistrzowsku.
      Trzymam kciuki za Josha. Oby szybo do nas wrócił!
      Kochana, świetny odcinek. Zdecydowanie spokojniejszy od pozostałych, ale wcale nie gorszy. Ja się nim zauroczyłam. Dzięki niemu będę się uśmiechać przez cały dzień, bo wprowadziłaś mnie w przyjemny, radosny nastrój. Dziękuję i czekam na nowość! :*

      Usuń
  2. Wreszcie chwila wolnego, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko zabrać się za czytanie i komentowanie :)
    Jak to dobrze przeczytać, że z Vanessą już wszystko w porządku, przynajmniej na tyle, by mogła już wyjść ze szpitala. Całe szczęście, że cały ten wypadek skończył się tylko na lekkim wstrząśnieniu mózgu, bo byłoby naprawdę nieciekawie, gdyby coś stało się Vanessie lub dziecku. Po przeczytaniu pierwszego fragmentu stwierdzam, że za wiele nie wniósł on do samej fabuły opowiadania, a raczej do samego wątku Vanessy i Victora. Taki zwyczajny dzień z życia wzięty. Dla mnie opis dwóch kochających się ludzi, którzy niedługo zostaną małżeństwem, a jeszcze później szczęśliwymi rodzicami. Victor jest wspaniałym mężczyzną i wiem, że niejedna zazdrościłaby lekarce takiego faceta u boku. Vanessa jest po prostu szczęściarą i tyle. A co do jej wątpliwości, to nawet ją rozumiem. Ostatnie wydarzenia wcale nie należały do najszczęśliwszych, ale też musi wreszcie dotrzeć do lekarki to, że całemu światu nie dogodzi. Ślub to naprawdę ważne wydarzenie w życiu każdej kobiety i wiadomo, że wszystko ma wyglądać idealnie, ale może do tego czasu wszystko zdąży się jakoś poukładać? Jeśli chodzi o Josha, to trzeba myśleć pozytywnie, możliwe, że niedługo wybudzi się ze śpiączki i jego sytuacja życiowa ulegnie znacznej poprawie. Jedno jest pewne. Vanessa na pewno nie zostawi go samego i zrobi dosłownie wszystko żeby mu pomóc wyjść na prostą.
    Nie no nareszcie! Jak miło czytać o tym, że Christina w końcu zrobiła coś dla siebie. Tu już nawet nie chodzi o to jaki zawód wykonuje, ale o to, że wreszcie ma okazję odpocząć od tego całego szumu w swoim życiu i przez chwilę chociaż robić coś o czym nawet nie pomyślała i przede wszystkim coś na co tylko ma ochotę. Myślę, że ten wyjazd do Paryża był naprawdę dobrym pomysłem. Tina ma okazję odpocząć, ale może też podczas pobytu w Paryżu może wydarzyć się naprawdę sporo rzeczy. A z tym oglądaniem się facetów za nią to pewnie jest tak, że Francuzi mają zupełnie inny gust niż Anglicy, ale tego nie mogę być pewna. Ciekawa jestem, czy coś wyniknie ze znajomości z Antoine. Jedno zaproszenie na imprezę jeszcze o niczym nie świadczy, ale co wydarzy się później tego nie wie nikt :) pożyjemy, zobaczymy, ale myślę, że ten wyjazd będzie dla Christiny naprawdę udany :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gregory powinien mieć pretensje tylko i wyłącznie do samego siebie za obecną sytuację. Możliwe, że potwierdziły się jego przypuszczenia, że zbyt długo zwlekał z rozmową i Christina najzwyczajniej w świecie po prostu mu uciekła. Ich ostatnie rozmowy, ogólnie relacje nie były zbyt wesołe, do tego doszła jeszcze ciąża Sophii, a sama Tina chyba uznała, że to dziecko Grega i nie będzie wchodzić im w paradę. Nie wiem, ale oby jeszcze nie było za późno by się pogodzić i odbudować to co zostało zepsute. Skoro obojgu im na sobie zależy to oboje powinni działać, żeby związek przetrwał i żeby do siebie wrócili :) no i chyba nie muszę pisać, że Gregory bardzo nieładnie potraktował Sophię. Kobieta nic złego nie zrobiła, powiem nawet, że była naprawdę miła, a pisarz potraktował ją jak największego wroga, albo co gorsza osobę o wiele gorszą od siebie. Dobrze zrobiła, że odwróciła się i poszła w długą, ja zrobiłabym dokładnie to samo, niech ma za swoje.
    Podziwiam Jamesa, naprawdę! Po tych wszystkich wyznaniach Rosalie, przede wszystkim po tych wszystkich kłamstwach do których się przyznała naprawdę dziwie mu się, że wytrzymuje w jej towarzystwie. Widać nie sprawia mu wielkiej trudności tolerowanie tak zakłamanej osoby jak Rosalie. Naprawdę zaczynam zastanawiać się co takiego ma w sobie ta dziewczyna, że obojętnie czego by nie wyznała, to James nigdy się od niej nie odwróci. Ja nie potrafiłabym siedzieć obok niej tak po prostu, ba, ja nawet nie umiałabym patrzeć na tą osobę, o rozmowie już nie wspominając. Mam nadzieję, że ten wyjazd będzie ostatnim etapem "spowiedzi" Rosalie i wtedy już da spokój Jamesowi żeby mógł wrócić do Jenny i Olivera. Bo nadal uważam, że to właśnie przy nich jest jego miejsce od początku do końca. Tego epizodu z Rosalie niestety nie da się tak po prostu wymazać z życia, ale chcę wierzyć, że Jenny jeszcze da szansę sobie i Jamesowi na stworzenie szczęśliwego związku, właśnie tak jak było kiedyś :)
    Co mogę napisać o ostatnim fragmencie? Wiesz dobrze, że kupuję Vanessę i Victora obojętnie w jakiej sytuacji by się nie znajdowali. Stworzyłaś naprawdę świetną parę i nie mam absolutnie do czego się przyczepić jeśli chodzi o ich wątek :)
    Pozdrawiam i całuję :*

    OdpowiedzUsuń