Hej :)
Dzisiaj rozdział czterdziesty, więc mogę powiedzieć, że oficjalnie jesteśmy już na ostatniej prostej. Choć pewne rzeczy stają się jasne i definitywne, mogę obiecać, że parę wstrząsów jeszcze będzie. Przyjemnych i nieco mniej. Będzie się działo i za kilka tygodni zakończymy Forever Ours :)
Rozdział nie jest zbyt radosny, wiem o tym. Na przekór tej pięknej wiośnie, którą mamy za oknami ;)
Całuję, miłej lektury życzę i dziękuję za komentarze!
Do następnego! :*
✩
***
Awezomb - Forgive My Thoughts
Dzisiaj rozdział czterdziesty, więc mogę powiedzieć, że oficjalnie jesteśmy już na ostatniej prostej. Choć pewne rzeczy stają się jasne i definitywne, mogę obiecać, że parę wstrząsów jeszcze będzie. Przyjemnych i nieco mniej. Będzie się działo i za kilka tygodni zakończymy Forever Ours :)
Rozdział nie jest zbyt radosny, wiem o tym. Na przekór tej pięknej wiośnie, którą mamy za oknami ;)
Całuję, miłej lektury życzę i dziękuję za komentarze!
Do następnego! :*
✩
***
Awezomb - Forgive My Thoughts
Mężczyzna przyglądał się żywo swoim stopom wbitym w sterylnie czystą podłogę. Unikał szarych oczu kobiety, która siedziała dwa krzesła dalej. Wiedział, co w nich zobaczy. Strach. Zastanawiał się, czy nie powinien podejść bliżej, położyć jej dłoń na ramieniu i powiedzieć, że nie ma czym się martwić. Na samym początku właśnie to chciał uczynić. Był pewny, że nie stało się nic złego. Nawet nie zastanawiał się nad tym, co tak naprawdę się wydarzyło, że Rosalie trafiła do szpitala. Choć Christina była wyraźnie zdenerwowana, kiedy powiedziała mu o tym w domu Victora i Vanessy, James nie wyobrażał sobie, że sprawa może być poważna. Los nie może być aż tak okrutny. Przecież dopiero ją odzyskał. Nie mógłby znowu mu jej zabrać.
James dźwignął się z krzesła i przeszedł parę kroków. Czuł spojrzenie Christiny na sobie. Obejrzał się, a kiedy ich spojrzenia spotkały się w połowie drogi, mężczyzna poczuł, jak jego dłonie zaczynają drżeć. Próbował to wyjaśnić, jednak nie potrafił, więc skupił się na opanowaniu tego stanu, wciąż nie odrywając wzroku od brunetki, choć było to nadspodziewanie trudne.
- Nie martw się - powiedział, zaciskając dłonie w pięści.
Ciemnowłosa nie odpowiedziała, jedynie przyglądała mu się z mieszaniną frustracji i smutku na twarzy. Zastanawiał się, czy było coś złego lub nieodpowiedniego w jego słowach. A może Tina wiedziała coś, czego za wszelką cenę nie chciała mu wyznać? James parę razy rozważał taką możliwość. Christina nie powiedziałaby mu o Rosie, gdyby to nie było coś ważnego, godnego zainteresowania i troski. Wzbudzała w nim niepokój, siedząc sztywno i nieruchomo, niczym zwłoki. Robił, co mógł, by to zignorować. Bał się prawdy i nie dopuszczał jej do siebie. Bał się tego, co z minuty na minutę stawało się coraz bardziej prawdopodobne.
Oboje poruszyli się lekko, kiedy z przyległego pomieszczenia wyszedł lekarz. Christina nie ruszyła się z miejsca, lecz wyciągnęła szyję. Była blada, a jej wargi trzęsły się miarowo. James kiwnął do niej głową i nawet się uśmiechnął, domyślając się, że za chwilę facet w kitlu powie im, że wszystko jest dobrze, a jej nerwy okażą się fałszywym alarmem. Tak bardzo chciał w to uwierzyć, że w pierwszej chwili nawet nie dotarło do niego, co powiedział lekarz.
- Pacjentka chce porozmawiać z Jamesem Devonem - rzekł mężczyzna, patrząc na ciemnookiego z niekrytym żalem w oczach. I ten szczegół brunet usiłował wyprzeć ze swojej świadomości.
- To ja - powiedział, choć było to chyba zbędne, bo lekarz zdawał się od początku wiedzieć, do kogo mówi.
- Jest bardzo słaba, więc proszę...
- Spokojnie - przerwał natychmiast James, uśmiechając się pogodnie i ruszając w kierunku drzwi, przez które minutę wcześniej wyszedł doktor. - Wiem, co robić.
Na odchodne mrugnął do Christiny, a potem wparował do odpowiedniej sali. Gdyby odczekał chwilę, zobaczyłby, że siostra Rosalie zalała się łzami, a lekarz spojrzał na nią ze współczuciem i łagodnym zakłopotaniem.
James zamknął za sobą drzwi i dopiero wówczas spojrzał na leżącą na łóżku dziewczynę. Była blada, a jej oczy zdawały się być pozbawione głębi. Zmrużyła oczy, zapewne po to, by zobaczyć wyraźniej swego gościa. Na jej twarzy malował się spokój i dopiero ten widok ukłuł czujność Jamesa. Ona zawsze robiła wszystko na odwrót... Czy to możliwe, że jej uśmiech miał oznaczać najgorszy z możliwych scenariuszy?
- Jak się czujesz? - zapytał, starając się przegonić ostatnie przemyślenia.
- Muszę... - zaczęła, jednak jej głos był tak słaby, iż brzmiał jak szept, który i tak wydobył się z gardła z olbrzymim trudem. James chciał jej tego oszczędzić, jednak Rosalie zawzięła się. Odczekała chwilę, przełykając ślinę, a potem spróbowała raz jeszcze, patrząc prosto w jego oczy. - Muszę ci o czymś powiedzieć.
- Poczekaj z tym, aż poczujesz się lepiej - zaproponował dziarsko, szczerząc zęby.
Rosalie pokręciła delikatnie głową, jakby obawiała się zrobić jakiś śmielszy ruch. James zrozumiał, że sprawa była pilna, bo blondynka ani myślała, by poczekać z wyznaniem na jakiś inny termin. Na jego twarzy gościło uprzejme zainteresowanie, przypominające minę dziecka, które czeka na zabawną opowieść starszego rodzeństwa. Nie spodziewał się niczego złego, tym bardziej, że uśmiech Rosalie nieco przygasł.
- Muszę odejść - rzekła w końcu tak samo słabym głosem.
- Wyjeżdżasz? - zapytał James, czując się tak, jakby ktoś zepchnął go ze schodów. Przestał się uśmiechać. To, czego tak się obawiał od czasu jej powrotu, nagle przypomniało o sobie i to z tak potężną siłą, że dosłownie czuł ból na swoim ciele. - Nie wierzę... Naprawdę chcesz mi to zrobić po raz kolejny?
- James...
- Przecież powiedziałaś, że nigdzie się nie wybierasz - mówił, czując rosnącą złość. - Dobrze wiesz, jak okropne było czekanie na ciebie przez kilkanaście lat, nie wiedząc, co się z tobą stało. Naprawdę, Rosalie? Znowu?
- Nic nie rozumiesz - rzekła, robiąc wszystko, by jej głos zabrzmiał stanowczo.
- Znowu każesz mi czekać na ciebie przez jedenaście lat? - zapytał, teraz już nie kryjąc podenerwowania. Patrzenie na nią było dla niego czymś strasznym. Poczuł nienawiść. Po tym wszystkim, co przeżyli... Po tym, jak jej wybaczył... - Myślisz, że będę czekać na twój powrót i, jak poprzednio, wszystko będzie dobrze?
- Nie - odparła szczerze, wprawiając go w jeszcze większe osłupienie. - Nie powinieneś na mnie czekać.
- Byłem takim idiotą, kiedy ci zaufałem...
- Ja nie wrócę, James.
Serce opadło mu ciężko w dół. Spojrzał na nią, a jej twarz ogarnęło niepodważalne przygnębienie, choć wciąż gościł na niej ten wręcz bezczelny, spokojny uśmiech.
- O czym ty mówisz? - spytał, nie do końca pewny, czy w ogóle chce z nią dalej rozmawiać. Nie był na to przygotowany, a jednak wszystkie emocje miały to gdzieś i trafiały w niego wszystkie naraz, jak pociski.
- Przecież wiesz - mruknęła słabo, a w jej dotąd pustych oczach coś zamigotało.
Obrazy z przeszłości zaczęły przesuwać się w jego głowie, jakby oglądał film, który już widział, a zdążył o nim zapomnieć. To, jak straciła równowagę na sali baletowej. To, jak zachwiała się pod blokiem, kiedy odprowadzał ją do domu w Nowy Rok. To, jak tyle razy wspominała o bólu i zawrotach głowy. To, jak nagle wróciła, by naprawić stare błędy. Czy nie tak postępują ludzie, którzy dowiadują się, że ich życie wkrótce dobiegnie końca? Czy to możliwe, że James przeoczył coś tak oczywistego?
- Kiedy? - zapytał, przełykając ślinę i starając się ustać na nogach, choć było mu bardzo ciężko. Miał ochotę uciec albo przytulić się do niej z całych sił. Był rozdarty, a na domiar złego towarzyszyło mu przekonanie, że jego gehenna tak naprawdę dopiero się zaczyna.
- Jeszcze nie teraz - odpowiedziała Rosalie głosem, który wydał mu się jeszcze słabszy i bezbarwny, niż wcześniej. Pomyślał, że dziewczyna próbuje uciec od udzielenia odpowiedzi, tak, jak za każdym razem, kiedy pytał ją o przeszłość. Kiedy spojrzała na niego z naciskiem, zrozumiał. Właśnie to była jej odpowiedź. Wiedziała, że ma jeszcze trochę czasu i nie powinni jeszcze się żegnać. Wcale go to nie pocieszyło.
Poczuł, jak pieką go policzki. Wiedział, że jeśli nic nie zrobi, wybuchnie płaczem bezsilności i niezgody na to, co przygotował dla Rosalie los. Jego myśli przypominały rozważania obłąkanego, a jej twarz... James spojrzał na nią przez łzy i zobaczył jeszcze szerszy uśmiech, zupełnie tak, jakby Rosalie od dawna była pogodzona z tym, co miało się wydarzyć. Tego było dla niego za wiele. Skinął głową, nie chcąc, by źle go zrozumiała, po czym wybiegł z sali, zignorował pytające spojrzenie Christiny, której płacz dotarł do jego uszu nawet wówczas, kiedy pędził, ile sił w nogach. Zatrzymał się w łazience, zamykając za sobą drzwi z przeraźliwym hukiem. Spojrzał w lustro, gdy pochylił się nad umywalką, oddychając ciężko. W jego głowie biły się dwa głosy, których nie potrafił uciszyć.
- To nie może być prawda. Zbyt mało czasu dał nam Bóg.
- To nie może być kłamstwo. Zbyt wiele rzeczy się zgadza.
***
- Chyba będzie padać - mruknął Austin z miejsca kierowcy i wyciągnął szyję, by lepiej zobaczyć szarzejące, lipcowe niebo.
Hartley nie odpowiedział słowami, skinął jednak głową na znak, że go słyszał. Myślami był w zupełnie innym miejscu, a w jego głowie toczyła się tak zawzięta walka, że warunki pogodowe naprawdę go nie interesowały. Analizował krok po kroku ostatnie dni, które pomogły mu dostrzec, że nie miał racji w pewnej kwestii - na tyle istotnej, że wręcz spędzała mu sen z powiek. W jego żyłach pojawiło się poczucie winy i wstydu, na które nie potrafił w żaden sposób zaradzić. Nienawidził być w błędzie, zresztą nie był w tym osamotniony. Teraz rozumiał, gdzie popełnił zbyt pochopnie i egoistycznie. Potrzebował trochę czasu, by jeszcze raz na spokojnie przemyśleć swoją sytuację, a kiedy uznał, że jest już gotowy, postanowił działać, nie tracąc ani chwili. Od jego niedoszłego samobójstwa minęło zbyt mało czasu, by ludzie zaufali mu na nowo. Nie było możliwości, by Josh sam udał się do szpitala, ponieważ wszyscy uważali, że jest to zbyt ryzykowne i niebezpieczne - w końcu w każdej chwili znowu mogło mu odwalić, a nie istniała osoba, która chciałaby jego nieszczęścia. Ich troska bywała denerwująca, jednak koniec końców Josh doceniał obecność przyjaciół. Nie musiał prosić ich na głos, by mieli na niego oko. Nie przeszłoby mu to przez gardło, choć serce podpowiadało mu, że naprawdę potrzebował nadzoru bliskich. Wciąż nie mógł powiedzieć, że czuje się wolny i szczęśliwy, a o spokoju o własne życie nawet nie umiał myśleć, jednak bywały momenty, kiedy dostrzegał pewną poprawę. Ulżyło mu, kiedy tego ranka obudził się z łatwością, a nie tak, jak w ciągu ostatnich tygodni - z niemożliwym do opisania trudem i wrażeniem, że wstanie z łóżka jest przykrym obowiązkiem, a nawet karą. Otworzył oczy, czując się niemal dokładnie tak, jak ludzie, którzy nie zmagają się aktualnie z depresją. Przygnębienie przypomniało o sobie nieco później tego dnia, jednak Josh był już na to przygotowany. Ranek spędził z Adrianą, pomagając jej kolorować obrazki, a potem pomógł Paige zadecydować, czy na obiad powinna przygotować spaghetti czy pizzę. Robił wszystko, by zająć myśli nawet prozaicznymi rzeczami. Zrozumiał, że ma na to wpływ i może zapobiec pogłębieniu się swego paskudnego stanu. Nie zamierzał siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak jego myśli znowu wędrują po zakazanych rejonach, gdzieś pomiędzy skokiem z mostu, a strzeleniem sobie w łeb.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Austin, a Josh dopiero wtedy zorientował się, że blondyn zatrzymał samochód pod szpitalem. Lynch wyjął kluczyk ze stacyjki i uśmiechnął się do przyjaciela, chcąc dodać mu otuchy, albo po raz setny, zupełnie niepotrzebnie, zapewnić go o swojej trosce.
- Dzięki - rzekł cicho Hartley, wdzięczny za podwiezienie i zapewnienie mu bezpieczeństwa. Nie pogardził nim, nawet, jeśli wcale nie zamierzał tego dnia odbierać sobie życia, ani robić innych głupstw.
- Poczekać tu na ciebie? - zapytał Austin, a Josh kiwnął głową i westchnął. Spojrzał na przyjaciela i zobaczył na jego twarzy wyraźną ulgę - zapewne właśnie na taką odpowiedź czekał i rad był, że będzie go pilnował również w drodze powrotnej. - Nie stresuj się tak.
Niebieskooki mruknął coś pod nosem, a potem wysiadł z auta. Ruszył w milczeniu w kierunku szpitala, a kiedy wszedł do środka, ukrył się za ścianą tak, by Austin nie mógł go zobaczyć. Josh był pewien, co chce zrobić, jednak nagle zapłonęła w nim potrzeba przemyślenia tego jeszcze raz. Stał nieruchomo, wertując swoje plany kawałek po kawałku, gdy nagle jego oczom ukazały się dwie postacie, które wyróżnił na tle tłumu pacjentów i pracowników szpitala. Pielęgniarka pomagała dziewczynie na wózku wrócić do łóżka, zapewne po rehabilitacji albo badaniach. Josh nie czekał na nic więcej, gdy upewnił się, że kobieta na wózku miała płomiennorude włosy sięgające pasa.
***
James nie pamiętał, kiedy po raz ostatni godziny ciągnęły się w nieskończoność, czyniąc jego życie istną męczarnią. Przemierzał stale tę samą drogę z łazienki na korytarz. Obydwa miejsca były dla niego ziszczeniem najmniej przewidywalnych koszmarów. Z jednej strony w łazienkowej kabinie jego żołądek zmuszał go do oddawania się znienawidzonej chyba przez wszystkich czynności, a z drugiej w korytarzu czekała na niego Christina, której sam widok doprowadzał go do szału. Nie mógł też opuścić szpitala, bo nie wytrzymałby tej niepewności. A jeśli stan Rosalie nagle się pogorszy? Przecież powinien być przy niej, powinien czuwać. Dostrzegał w swym oddaniu dziewczynie nutkę szlachetności, jednak ani myślał, by się tym szczycić. Było mu z tym wszystkim tak ciężko, że absolutnie nic nie było w stanie podnieść go na duchu, nawet to, że postąpił jak prawdziwy przyjaciel.
Mężczyzna wyszedł z kabiny nieco chwiejnym krokiem, ocierając sobie usta wierzchem dłoni. Obmył twarz zimną wodą, a kiedy podniósł wzrok, w lustrze ujrzał swoją bardzo bladą twarz, z kropelkami potu na czole. Wiadomość, którą przekazała mu Rosalie kilka godzin wcześniej, przypominała o sobie co jakiś czas z siłą, która dosłownie zwalała go z nóg. Jego żołądek skręcał się w supeł. James miał już tego serdecznie dość i tym razem miał nadzieję, że mdłości nie zmuszą go do szybkiego powrotu w to miejsce. Wyszedł z łazienki, już wówczas obawiając się kolejnej konfrontacji z Tiną i kolejnego, kłopotliwego spojrzenia sobie w oczy. Usiadł na krześle obok szarookiej, która łagodnie zadrżała, jednak nie spojrzała na niego. Widział, że była w równie okropnym stanie. Nie chciał niczego pogarszać. A potem, co było wręcz bezczelnie oczywiste, złość znowu rozcięła jego umysł, niczym niewidzialny nóż. Utkwił swoje nienawistne spojrzenie w ciemnowłosej i postanowił wyrzucić wszystkie swoje emocje na zewnątrz, nie zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem nie sprawi jej bólu swoimi słowami.
- Od początku wiedziałaś - zagrzmiał, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech. Christina nie podniosła głowy, jednak James nie miał wątpliwości, że słyszała jego głos bardzo wyraźnie.
Brunetka wybrała idealny moment, by przemóc się i spojrzeć na brązowookiego, bo właśnie wtedy mężczyzna otwierał usta, by wymierzyć kolejny cios swym jadowitym głosem.
- Nie od początku - odrzekła, a jej głos był niemal tak samo słaby, co głos Rosalie. - Powiedziała mi dopiero kilka tygodni temu.
- I co, wcześniej nie zauważyłaś, że coś było z nią nie tak? - zapytał, czując, że za moment wybuchnie.
- Zauważyłam - odparła, nieco urażona. - Ty również. Na pewno byłeś świadkiem tych wszystkich jej zasłabnięć i na pewno mówiła ci, że boli ją głowa - rzekła, a James nie mógł się z nią nie zgodzić, bo byłoby to po prostu kłamstwo. - Oboje byliśmy zbyt zaślepieni i naiwni, by zorientować się, że to wcale nie był niewinny ból głowy. Żadne z nas nie zrobiło nic, by jej pomóc.
- Ale ty mieszkałaś z nią pod jednym dachem - James szedł w zaparte, mówiąc coraz głośniej. Chciał przerzucić na inną osobę swoje poczucie winy, by odnaleźć choćby minimalną ulgę w cierpieniu, z jakim musiał się zmagać. Wiedział, że postępuje niesprawiedliwie, ale w tej chwili nie myślał już racjonalnie, chciał po prostu pomóc samemu sobie.
- Vanessa też - Christina nie dała się złamać. - Lekarka. Ona również nie przejęła się dolegliwościami Rosalie. Wiesz, dlaczego tak się stało? Widzisz, Rosalie potrafi manipulować ludźmi i sprawiać, by jej wierzyli.
James pomyślał, że Tina chce za wszelką cenę nawiązać do jego związku z jasnowłosą i do tych wszystkich lat, podczas których go oszukiwała. Wstał z krzesła, mając nieposkromioną ochotę uderzenia Christiny.
- Nie waż się...
- James, ty naprawdę nic nie rozumiesz? - zapytała Tina, nieco przestraszona. - Rosalie nie powiedziałaby ci o guzie mózgu nawet, gdybyś przyparł ją do muru. Nie zrobiłaby tego, dopóki jej plan nie zostałby choćby w połowie zrealizowany tak, jak chciała.
- Ale teraz mi powiedziała, a przecież jej plan...
- Ona wcale nie chciała ci powiedzieć - rzekła Christina, a James poczuł, jak jego nerwy ustępują miejsca bezsilności i smutkowi. - Odwlekała to, zapewne wierząc, że ma jeszcze trochę czasu. Kiedy powiedziała mi o chorobie, namawiałam ją, by nie ukrywała tego przed tobą, jednak ona mówiła, że to nie jest odpowiedni moment. Kilka dni temu straciła przytomność i zamiast skontaktować się z tobą, umówiła się z Sophią.
- Ale dlaczego...
- Dlaczego chciała chronić cię przed poznaniem prawdy? - zapytała dobitnie Tina. - James, ja też tego nie rozumiem, ale nie możesz mieć do mnie o to pretensji. Uwierz, że nie mogłam ci powiedzieć, bo Rosalie mnie o to poprosiła. Ona chciała zrobić to osobiście.
James widział, jak Christina wstaje z krzesła i znika za zakrętem, ocierając twarz dłonią. Był na siebie wściekły, bo od początku wiedział, że nie powinien jej tak traktować - przecież to nie była jej wina. Tina i tak zrobiła więcej, niż jej na to pozwalała Rosalie - w końcu to ona powiedziała mu, że jasnowłosa jest w szpitalu. Gdyby nie ona, bardzo możliwe, że James w ogóle nie dowiedziałby się o zaistniałej sytuacji. Był w stanie uwierzyć w to, że Rosalie mocno naciskała na starszą siostrę i to dlatego tak późno dowiedział się o tym wszystkim. Pomyślał, że powinien przeprosić Christinę i wówczas przypomniała mu się jeszcze jedna osoba, która zasługiwała na to słowo. Wyciągnął z kieszeni komórkę i, nieco drżącymi dłońmi, napisał ,,przepraszam''. Był o włos od wysłania wiadomości do Jenny, gdy ta zmaterializowała się na drugim końcu korytarza. Zobaczył ją i telefon wypadł mu z ręki. Zielonooka ruszyła ku niemu bardzo szybkim krokiem, a kiedy znalazła się wystarczająco blisko, przytuliła go tak mocno, jak potrafiła. Nie mogła mieć mu za złe tego, że raz jeszcze zostawił ją dla Rosalie - nie w tak wyjątkowych okolicznościach. Kiedy jej ręce oplotły go ciasno, rozpacz ponownie dała o sobie znać. Łzy napłynęły do jego ciemnych oczu, a zanim odpłynął w rytmie swego szlochu, Jenny szepnęła:
- Jestem.
***
Hartley nie odpowiedział słowami, skinął jednak głową na znak, że go słyszał. Myślami był w zupełnie innym miejscu, a w jego głowie toczyła się tak zawzięta walka, że warunki pogodowe naprawdę go nie interesowały. Analizował krok po kroku ostatnie dni, które pomogły mu dostrzec, że nie miał racji w pewnej kwestii - na tyle istotnej, że wręcz spędzała mu sen z powiek. W jego żyłach pojawiło się poczucie winy i wstydu, na które nie potrafił w żaden sposób zaradzić. Nienawidził być w błędzie, zresztą nie był w tym osamotniony. Teraz rozumiał, gdzie popełnił zbyt pochopnie i egoistycznie. Potrzebował trochę czasu, by jeszcze raz na spokojnie przemyśleć swoją sytuację, a kiedy uznał, że jest już gotowy, postanowił działać, nie tracąc ani chwili. Od jego niedoszłego samobójstwa minęło zbyt mało czasu, by ludzie zaufali mu na nowo. Nie było możliwości, by Josh sam udał się do szpitala, ponieważ wszyscy uważali, że jest to zbyt ryzykowne i niebezpieczne - w końcu w każdej chwili znowu mogło mu odwalić, a nie istniała osoba, która chciałaby jego nieszczęścia. Ich troska bywała denerwująca, jednak koniec końców Josh doceniał obecność przyjaciół. Nie musiał prosić ich na głos, by mieli na niego oko. Nie przeszłoby mu to przez gardło, choć serce podpowiadało mu, że naprawdę potrzebował nadzoru bliskich. Wciąż nie mógł powiedzieć, że czuje się wolny i szczęśliwy, a o spokoju o własne życie nawet nie umiał myśleć, jednak bywały momenty, kiedy dostrzegał pewną poprawę. Ulżyło mu, kiedy tego ranka obudził się z łatwością, a nie tak, jak w ciągu ostatnich tygodni - z niemożliwym do opisania trudem i wrażeniem, że wstanie z łóżka jest przykrym obowiązkiem, a nawet karą. Otworzył oczy, czując się niemal dokładnie tak, jak ludzie, którzy nie zmagają się aktualnie z depresją. Przygnębienie przypomniało o sobie nieco później tego dnia, jednak Josh był już na to przygotowany. Ranek spędził z Adrianą, pomagając jej kolorować obrazki, a potem pomógł Paige zadecydować, czy na obiad powinna przygotować spaghetti czy pizzę. Robił wszystko, by zająć myśli nawet prozaicznymi rzeczami. Zrozumiał, że ma na to wpływ i może zapobiec pogłębieniu się swego paskudnego stanu. Nie zamierzał siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak jego myśli znowu wędrują po zakazanych rejonach, gdzieś pomiędzy skokiem z mostu, a strzeleniem sobie w łeb.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Austin, a Josh dopiero wtedy zorientował się, że blondyn zatrzymał samochód pod szpitalem. Lynch wyjął kluczyk ze stacyjki i uśmiechnął się do przyjaciela, chcąc dodać mu otuchy, albo po raz setny, zupełnie niepotrzebnie, zapewnić go o swojej trosce.
- Dzięki - rzekł cicho Hartley, wdzięczny za podwiezienie i zapewnienie mu bezpieczeństwa. Nie pogardził nim, nawet, jeśli wcale nie zamierzał tego dnia odbierać sobie życia, ani robić innych głupstw.
- Poczekać tu na ciebie? - zapytał Austin, a Josh kiwnął głową i westchnął. Spojrzał na przyjaciela i zobaczył na jego twarzy wyraźną ulgę - zapewne właśnie na taką odpowiedź czekał i rad był, że będzie go pilnował również w drodze powrotnej. - Nie stresuj się tak.
Niebieskooki mruknął coś pod nosem, a potem wysiadł z auta. Ruszył w milczeniu w kierunku szpitala, a kiedy wszedł do środka, ukrył się za ścianą tak, by Austin nie mógł go zobaczyć. Josh był pewien, co chce zrobić, jednak nagle zapłonęła w nim potrzeba przemyślenia tego jeszcze raz. Stał nieruchomo, wertując swoje plany kawałek po kawałku, gdy nagle jego oczom ukazały się dwie postacie, które wyróżnił na tle tłumu pacjentów i pracowników szpitala. Pielęgniarka pomagała dziewczynie na wózku wrócić do łóżka, zapewne po rehabilitacji albo badaniach. Josh nie czekał na nic więcej, gdy upewnił się, że kobieta na wózku miała płomiennorude włosy sięgające pasa.
***
James nie pamiętał, kiedy po raz ostatni godziny ciągnęły się w nieskończoność, czyniąc jego życie istną męczarnią. Przemierzał stale tę samą drogę z łazienki na korytarz. Obydwa miejsca były dla niego ziszczeniem najmniej przewidywalnych koszmarów. Z jednej strony w łazienkowej kabinie jego żołądek zmuszał go do oddawania się znienawidzonej chyba przez wszystkich czynności, a z drugiej w korytarzu czekała na niego Christina, której sam widok doprowadzał go do szału. Nie mógł też opuścić szpitala, bo nie wytrzymałby tej niepewności. A jeśli stan Rosalie nagle się pogorszy? Przecież powinien być przy niej, powinien czuwać. Dostrzegał w swym oddaniu dziewczynie nutkę szlachetności, jednak ani myślał, by się tym szczycić. Było mu z tym wszystkim tak ciężko, że absolutnie nic nie było w stanie podnieść go na duchu, nawet to, że postąpił jak prawdziwy przyjaciel.
Mężczyzna wyszedł z kabiny nieco chwiejnym krokiem, ocierając sobie usta wierzchem dłoni. Obmył twarz zimną wodą, a kiedy podniósł wzrok, w lustrze ujrzał swoją bardzo bladą twarz, z kropelkami potu na czole. Wiadomość, którą przekazała mu Rosalie kilka godzin wcześniej, przypominała o sobie co jakiś czas z siłą, która dosłownie zwalała go z nóg. Jego żołądek skręcał się w supeł. James miał już tego serdecznie dość i tym razem miał nadzieję, że mdłości nie zmuszą go do szybkiego powrotu w to miejsce. Wyszedł z łazienki, już wówczas obawiając się kolejnej konfrontacji z Tiną i kolejnego, kłopotliwego spojrzenia sobie w oczy. Usiadł na krześle obok szarookiej, która łagodnie zadrżała, jednak nie spojrzała na niego. Widział, że była w równie okropnym stanie. Nie chciał niczego pogarszać. A potem, co było wręcz bezczelnie oczywiste, złość znowu rozcięła jego umysł, niczym niewidzialny nóż. Utkwił swoje nienawistne spojrzenie w ciemnowłosej i postanowił wyrzucić wszystkie swoje emocje na zewnątrz, nie zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem nie sprawi jej bólu swoimi słowami.
- Od początku wiedziałaś - zagrzmiał, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmiech. Christina nie podniosła głowy, jednak James nie miał wątpliwości, że słyszała jego głos bardzo wyraźnie.
Brunetka wybrała idealny moment, by przemóc się i spojrzeć na brązowookiego, bo właśnie wtedy mężczyzna otwierał usta, by wymierzyć kolejny cios swym jadowitym głosem.
- Nie od początku - odrzekła, a jej głos był niemal tak samo słaby, co głos Rosalie. - Powiedziała mi dopiero kilka tygodni temu.
- I co, wcześniej nie zauważyłaś, że coś było z nią nie tak? - zapytał, czując, że za moment wybuchnie.
- Zauważyłam - odparła, nieco urażona. - Ty również. Na pewno byłeś świadkiem tych wszystkich jej zasłabnięć i na pewno mówiła ci, że boli ją głowa - rzekła, a James nie mógł się z nią nie zgodzić, bo byłoby to po prostu kłamstwo. - Oboje byliśmy zbyt zaślepieni i naiwni, by zorientować się, że to wcale nie był niewinny ból głowy. Żadne z nas nie zrobiło nic, by jej pomóc.
- Ale ty mieszkałaś z nią pod jednym dachem - James szedł w zaparte, mówiąc coraz głośniej. Chciał przerzucić na inną osobę swoje poczucie winy, by odnaleźć choćby minimalną ulgę w cierpieniu, z jakim musiał się zmagać. Wiedział, że postępuje niesprawiedliwie, ale w tej chwili nie myślał już racjonalnie, chciał po prostu pomóc samemu sobie.
- Vanessa też - Christina nie dała się złamać. - Lekarka. Ona również nie przejęła się dolegliwościami Rosalie. Wiesz, dlaczego tak się stało? Widzisz, Rosalie potrafi manipulować ludźmi i sprawiać, by jej wierzyli.
James pomyślał, że Tina chce za wszelką cenę nawiązać do jego związku z jasnowłosą i do tych wszystkich lat, podczas których go oszukiwała. Wstał z krzesła, mając nieposkromioną ochotę uderzenia Christiny.
- Nie waż się...
- James, ty naprawdę nic nie rozumiesz? - zapytała Tina, nieco przestraszona. - Rosalie nie powiedziałaby ci o guzie mózgu nawet, gdybyś przyparł ją do muru. Nie zrobiłaby tego, dopóki jej plan nie zostałby choćby w połowie zrealizowany tak, jak chciała.
- Ale teraz mi powiedziała, a przecież jej plan...
- Ona wcale nie chciała ci powiedzieć - rzekła Christina, a James poczuł, jak jego nerwy ustępują miejsca bezsilności i smutkowi. - Odwlekała to, zapewne wierząc, że ma jeszcze trochę czasu. Kiedy powiedziała mi o chorobie, namawiałam ją, by nie ukrywała tego przed tobą, jednak ona mówiła, że to nie jest odpowiedni moment. Kilka dni temu straciła przytomność i zamiast skontaktować się z tobą, umówiła się z Sophią.
- Ale dlaczego...
- Dlaczego chciała chronić cię przed poznaniem prawdy? - zapytała dobitnie Tina. - James, ja też tego nie rozumiem, ale nie możesz mieć do mnie o to pretensji. Uwierz, że nie mogłam ci powiedzieć, bo Rosalie mnie o to poprosiła. Ona chciała zrobić to osobiście.
James widział, jak Christina wstaje z krzesła i znika za zakrętem, ocierając twarz dłonią. Był na siebie wściekły, bo od początku wiedział, że nie powinien jej tak traktować - przecież to nie była jej wina. Tina i tak zrobiła więcej, niż jej na to pozwalała Rosalie - w końcu to ona powiedziała mu, że jasnowłosa jest w szpitalu. Gdyby nie ona, bardzo możliwe, że James w ogóle nie dowiedziałby się o zaistniałej sytuacji. Był w stanie uwierzyć w to, że Rosalie mocno naciskała na starszą siostrę i to dlatego tak późno dowiedział się o tym wszystkim. Pomyślał, że powinien przeprosić Christinę i wówczas przypomniała mu się jeszcze jedna osoba, która zasługiwała na to słowo. Wyciągnął z kieszeni komórkę i, nieco drżącymi dłońmi, napisał ,,przepraszam''. Był o włos od wysłania wiadomości do Jenny, gdy ta zmaterializowała się na drugim końcu korytarza. Zobaczył ją i telefon wypadł mu z ręki. Zielonooka ruszyła ku niemu bardzo szybkim krokiem, a kiedy znalazła się wystarczająco blisko, przytuliła go tak mocno, jak potrafiła. Nie mogła mieć mu za złe tego, że raz jeszcze zostawił ją dla Rosalie - nie w tak wyjątkowych okolicznościach. Kiedy jej ręce oplotły go ciasno, rozpacz ponownie dała o sobie znać. Łzy napłynęły do jego ciemnych oczu, a zanim odpłynął w rytmie swego szlochu, Jenny szepnęła:
- Jestem.
***
Od początku wiedział, że znał skądś te błękitne oczy, tę ładną twarz i melodyjny głos, o którym trudno zapomnieć nawet, gdy jego właścicielka przestanie mówić. Zastanawiał się, dlaczego musiało minąć aż tyle czasu, nim zadał sobie trud, by poznać więcej szczegółów. Mercy Buckley, wschodząca gwiazda kina, którą po raz pierwszy zobaczył w komedii, oglądanej razem z Vannie jeszcze w Mediolanie. Dowiedział się jeszcze więcej. Poznał jej zainteresowania, o których mówiła w licznych wywiadach. W Internecie nietrudno było znaleźć jej zdjęcia, przedstawiające ją w schronisku dla zwierząt albo podczas jazdy konnej, czemu zawsze towarzyszył jej promienny uśmiech. Josh czuł się okropnie, kiedy uzmysłowił sobie, że przez cały ten czas wypierał z umysłu informację, że Mercy miała poważny wypadek, którego ślad na zawsze pozostanie nie tylko w jej pamięci, ale też na ciele. Jak mógł sądzić, że dziewczyna nie wie, co mówi? Jak mógł mieć jej za złe to, że osądzała go, bo chciał odebrać sobie życie? Czy Mercy Buckley nie miała racji od samego początku, zanim w ogóle poznała jego imię?
Mężczyzna wszedł do sali, którą do niedawna dzielił razem z rudowłosą. Szybko pomyślał, że nie zapukanie było dużym błędem, odetchnął więc, gdy Mercy nie dała po sobie poznać, że to zarejestrowała. Leżała w łóżku, pogrążona w lekturze. Josh odchrząknął cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Mercy zignorowała go, a potem, wciąż na niego nie patrząc, wycedziła przez zęby:
- Przecież wiem, że przylazłeś.
Hartley uśmiechnął się, choć nie umiał w żaden sposób tego wytłumaczyć. Zrobił krok do przodu, a potem usiadł na wolnym łóżku. Wlepił wzrok w Mercy, która ewidentnie unikała jego spojrzenia. Udawała, że czyta, bo Josh zorientował się, że jej oczy błądziły to w jedną, to w drugą stronę, zdecydowanie za szybko. Stłumił śmiech i zaczął mówić, mając nadzieję, że dziewczyna zechce go wysłuchać.
- Przyszedłem, bo chciałem cię przeprosić - powiedział. - Miałaś prawo oceniać mnie w tak surowy sposób. Zasłużyłem na to.
- Czytałeś już? - zapytała, wciąż wpatrzona w strony magazynu.
- Co takiego?
- No wiesz, te czaderskie artykuły - prychnęła. - ,,Buckley walczy o życie w szpitalu'', ,,Buckley nie wstanie z wózka'', ,,Parszywe szczęście gwiazdy'' i najlepsze: ,,Buckley, słynna aktorka, w dożywotniej roli kuternogi''.
Josh był zdumiony, z jaką lekkością Mercy mówiła to wszystko. Wydawało mu się, że dosłyszał w jej głosie nawet rozbawienie.
- To dlatego jesteś taki miły, prawda? - spytała, uśmiechając się lekko. - Z litości i współczucia.
- Wcale nie - zaperzył się Hartley, na co rudowłosa parsknęła raz jeszcze. Zdenerwowała go, toteż postanowił nie dać jej za wygraną. - Rozczaruję cię, ale nie zawsze masz rację. Owszem, nie myliłaś się, kiedy powiedziałaś, że jestem żałosny, ale teraz jesteś w błędzie.
- Czyżby? - uniosła brwi.
- Nie lituję się nad tobą - rzekł stanowczo. - Byłbym jeszcze większym kretynem, niż obecnie, gdybym trząsł się nad najsilniejszą osobą, jaką znam.
Mercy zadrżała lekko, a gazeta, którą trzymała zbyt mocno, zgięła się w pół. Po raz pierwszy spojrzała na Josha, słuchając go z zaciekawieniem.
- Oboje dużo przeszliśmy - mówił Hartley, któremu z jakiegoś powodu trudniej było klecić słowa, kiedy błękitne tęczówki Mercy wlepione były w niego z całą swą mocą. - Nie zamierzam licytować się, kto miał gorzej. No wiesz, każdy ma jakieś blizny. Niektóre widać - tutaj wydął policzek, ukazując ślad po postrzale, a kąciki ust rudowłosej drgnęły. - Niektórych nie - dodał, zatrzymując dłoń na swojej klatce piersiowej. Kilka centymetrów dalej znajdowało się jego serce, które biło zdecydowanie mocniej i żywiej, niż w ciągu ostatnich tygodni, a nawet miesięcy. - To wszystko składa się na nasze historie, odrębne i zróżnicowane. Każdy z nas inaczej przeżywa pewne rzeczy. Ja nawaliłem i wiem o tym, a ty walczyłaś od samego początku i możliwe, że sama nie widzisz, jak jesteś wielka. I tak sobie pomyślałem...
Zawahał się. Przypomniał sobie, jak niedawno Mercy z niego drwiła. Wyobraził sobie, co by poczuł, gdyby po tym wyznaniu znowu zobaczył jej pełną niesmaku minę. A potem, kiedy głębia jej zimnych oczu ponownie go ogarnęła, zrozumiał, że nie powinien się teraz wycofywać.
- Może chciałabyś pomóc mi pozbyć się demonów? - zapytał niepewnie. - Myślę, że skoro pomogłaś samej sobie, to poradziłabyś sobie i ze mną.
Uświadomił sobie, że w którymś momencie odwrócił wzrok, czując dziwne ssanie w żołądku. Kiedy ponownie spojrzał na Mercy, na jej twarzy zobaczył uśmiech, w niczym nie przypominający dotychczasowego wyrazu. Uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy w taki sposób, a w jej oczach nie było już chłodu, którym raczyła go do tej pory - teraz były one pełne troski i przejęcia.
- Mogę spróbować - powiedziała w końcu Mercy, a Josh odetchnął z ulgą i odwzajemnił uśmiech.
Wiedząc, że ktoś, kto naprawdę zna się na rzeczy, zechce poświęcić mu swój czas i mu pomóc, Josh patrzył w przyszłość nieco śmielej, niż dotychczas. Ucieszył go rozejm z rudowłosą i perspektywa przemienienia nieciekawych relacji w coś trwalszego - może nawet w przyjaźń.
***
Mężczyzna wszedł do sali, którą do niedawna dzielił razem z rudowłosą. Szybko pomyślał, że nie zapukanie było dużym błędem, odetchnął więc, gdy Mercy nie dała po sobie poznać, że to zarejestrowała. Leżała w łóżku, pogrążona w lekturze. Josh odchrząknął cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Mercy zignorowała go, a potem, wciąż na niego nie patrząc, wycedziła przez zęby:
- Przecież wiem, że przylazłeś.
Hartley uśmiechnął się, choć nie umiał w żaden sposób tego wytłumaczyć. Zrobił krok do przodu, a potem usiadł na wolnym łóżku. Wlepił wzrok w Mercy, która ewidentnie unikała jego spojrzenia. Udawała, że czyta, bo Josh zorientował się, że jej oczy błądziły to w jedną, to w drugą stronę, zdecydowanie za szybko. Stłumił śmiech i zaczął mówić, mając nadzieję, że dziewczyna zechce go wysłuchać.
- Przyszedłem, bo chciałem cię przeprosić - powiedział. - Miałaś prawo oceniać mnie w tak surowy sposób. Zasłużyłem na to.
- Czytałeś już? - zapytała, wciąż wpatrzona w strony magazynu.
- Co takiego?
- No wiesz, te czaderskie artykuły - prychnęła. - ,,Buckley walczy o życie w szpitalu'', ,,Buckley nie wstanie z wózka'', ,,Parszywe szczęście gwiazdy'' i najlepsze: ,,Buckley, słynna aktorka, w dożywotniej roli kuternogi''.
Josh był zdumiony, z jaką lekkością Mercy mówiła to wszystko. Wydawało mu się, że dosłyszał w jej głosie nawet rozbawienie.
- To dlatego jesteś taki miły, prawda? - spytała, uśmiechając się lekko. - Z litości i współczucia.
- Wcale nie - zaperzył się Hartley, na co rudowłosa parsknęła raz jeszcze. Zdenerwowała go, toteż postanowił nie dać jej za wygraną. - Rozczaruję cię, ale nie zawsze masz rację. Owszem, nie myliłaś się, kiedy powiedziałaś, że jestem żałosny, ale teraz jesteś w błędzie.
- Czyżby? - uniosła brwi.
- Nie lituję się nad tobą - rzekł stanowczo. - Byłbym jeszcze większym kretynem, niż obecnie, gdybym trząsł się nad najsilniejszą osobą, jaką znam.
Mercy zadrżała lekko, a gazeta, którą trzymała zbyt mocno, zgięła się w pół. Po raz pierwszy spojrzała na Josha, słuchając go z zaciekawieniem.
- Oboje dużo przeszliśmy - mówił Hartley, któremu z jakiegoś powodu trudniej było klecić słowa, kiedy błękitne tęczówki Mercy wlepione były w niego z całą swą mocą. - Nie zamierzam licytować się, kto miał gorzej. No wiesz, każdy ma jakieś blizny. Niektóre widać - tutaj wydął policzek, ukazując ślad po postrzale, a kąciki ust rudowłosej drgnęły. - Niektórych nie - dodał, zatrzymując dłoń na swojej klatce piersiowej. Kilka centymetrów dalej znajdowało się jego serce, które biło zdecydowanie mocniej i żywiej, niż w ciągu ostatnich tygodni, a nawet miesięcy. - To wszystko składa się na nasze historie, odrębne i zróżnicowane. Każdy z nas inaczej przeżywa pewne rzeczy. Ja nawaliłem i wiem o tym, a ty walczyłaś od samego początku i możliwe, że sama nie widzisz, jak jesteś wielka. I tak sobie pomyślałem...
Zawahał się. Przypomniał sobie, jak niedawno Mercy z niego drwiła. Wyobraził sobie, co by poczuł, gdyby po tym wyznaniu znowu zobaczył jej pełną niesmaku minę. A potem, kiedy głębia jej zimnych oczu ponownie go ogarnęła, zrozumiał, że nie powinien się teraz wycofywać.
- Może chciałabyś pomóc mi pozbyć się demonów? - zapytał niepewnie. - Myślę, że skoro pomogłaś samej sobie, to poradziłabyś sobie i ze mną.
Uświadomił sobie, że w którymś momencie odwrócił wzrok, czując dziwne ssanie w żołądku. Kiedy ponownie spojrzał na Mercy, na jej twarzy zobaczył uśmiech, w niczym nie przypominający dotychczasowego wyrazu. Uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy w taki sposób, a w jej oczach nie było już chłodu, którym raczyła go do tej pory - teraz były one pełne troski i przejęcia.
- Mogę spróbować - powiedziała w końcu Mercy, a Josh odetchnął z ulgą i odwzajemnił uśmiech.
Wiedząc, że ktoś, kto naprawdę zna się na rzeczy, zechce poświęcić mu swój czas i mu pomóc, Josh patrzył w przyszłość nieco śmielej, niż dotychczas. Ucieszył go rozejm z rudowłosą i perspektywa przemienienia nieciekawych relacji w coś trwalszego - może nawet w przyjaźń.
***
Gregory usiadł obok Tiny, jednak ona zmusiła go, by wstał jeszcze w tej samej sekundzie. Wyprzedziła go i ruszyła w stronę wyjścia, słysząc jego kroki i nawoływania za swoimi plecami. Ignorowała to, czując, że musi najpierw zaczerpnąć świeżego powietrza - a w każdym razie wyjść na zewnątrz, bo tlen, którym przyszło jej oddychać, wcale nie był czysty.
- Daj mi papierosa - powiedziała, zatrzymując się kilkanaście metrów od wejścia do budynku.
Haggerty spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w swoim życiu. Kiedy napotkał jej zdenerwowane oczy, ugiął się i niechętnie podał jej paczkę. Christina wyjęła papierosa, a potem odebrała od niebieskookiego zapalniczkę. Kiedy biała końcówka zamieniła się w czerwoną, szarooka zaciągnęła się, a potem kaszlnęła gwałtownie.
- Amatorszczyzna - rzekł Gregory, zanim dotarło do niego, że w taki sposób na pewno nie poprawi ukochanej humoru. - Co się stało? - zapytał spokojnie, podczas gdy Tina nie porzuciła chęci zapalenia i miarowo wypuszczała z ust srebrzystą mgiełkę, prawie już nie kaszląc.
Brunetka nie odpowiedziała. Jej dłonie nagle zaczęły się trząść, a w oczach pojawiły się łzy. Pisarz podszedł bliżej, jednak Christina odgrodziła drogę do siebie swymi rękami. Z jakichś powodów nie chciała rozmawiać, a obecność Gregory'ego negatywnie wpływała na jej nastrój. Kiedy zobaczyła zdziwienie na jego twarzy, skrzywiła się, czując ukłucie wyrzutów sumienia.
- Przepraszam - powiedziała cicho. - Nie powinnam...
- Już dobrze - Gregory przerwał jej stanowczo, a po jego niezmiennie poważnej twarzy przemknął wyraz zrozumienia i współczucia.
- Niestety nie - mruknęła Christina i czknęła, walcząc z pragnieniem wybuchnięcia płaczem.
- Mogę coś dla ciebie zrobić? - zapytał Haggerty głębokim głosem, przyglądając się ukochanej uważnie, jakby bał się, że przeoczy jakiś istotny szczegół.
Psycholog uniosła wzrok, teraz już bezbłędnie obchodząc się z papierosem. Przez dłuższą chwilę patrzyła na Gregory'ego, zastanawiając się, jaka powinna być jej odpowiedź i czego tak naprawdę potrzebowała. Kiedy dotarło do niej, że przede wszystkim chce uciec z tego miejsca, które każdym swym metrem przypominało o śmierci, dyszącej w kark Rosalie, szarooka rzuciła papierosa na ziemię i odetchnęła głęboko.
- Zabierz mnie stąd.
Mężczyzna nie zadawał żadnych pytań. Nie złapał jej za rękę ani nie przytulił jej, zapewne licząc się z tym, że w taki sposób mógł ją jedynie rozkleić. Oboje oddalali się od szpitala coraz bardziej i w miarę, jak szli, Christina stawała się spokojniejsza, a Gregory wręcz odwrotnie, wiedział bowiem, że musi być wsparciem dla ukochanej i nie był przekonany, czy poradzi sobie w tej roli.
***
Hej Deluxe! Przepraszam, że docieram dopiero dzisiaj, ale przez pracę mam teraz mniej czasu. Nie mogę uwierzyć, że powoli zbliżamy się do końca. Już teraz wiem, że będę tęsknić za bohaterami tej historii. Historii, która dedykowałaś mnie (dedykacja nadal chwyta mnie za serce i wywołuje łzy wzruszenia). Niemniej jednak nie będę się dzisiaj nad tym rozwodzić i po prostu przejdę do pisania najważniejszej części komentarza! ;-)
OdpowiedzUsuńŻycie potrafi nas zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie i w najgorszy z możliwych sposobów. Moim zdaniem śmierć zawsze przychodzi za wcześnie, ale w przypadku tak młodych osób jak Rosalie jest to wręcz niezrozumiałe. Co prawda od początku czułam, że za całym powrotem Rosalie kryje się jakaś choroba, ale to nie zmienia faktu, że gdy moje przypuszczenia się potwierdziły, czuję się z tym lepiej. Jest mi jej szkoda. Popełniła w życiu wiele błędów, zraniła wiele osób, ale jesteśmy tylko ludźmi i czasami robimy rzeczy, których żałujemy i wstydzimy się przez resztę życia. Rosalie znalazła się w grupie tych szczęśliwców, którzy dostali okazję, żeby przeprosić za swoje winy. Cieszę się, że dziewczyna wykorzystała ten czas tak mądrze i teraz może odejść ze spokojem.
Nie od dzisiaj wiadomo, że najbardziej cierpi nie ten, który umiera, lecz Ci którzy zostają tutaj i muszą nauczyć się żyć bez tej osoby. Współczuję Christinie, Jamesowi i całej ich paczce. Przed nimi niełatwy okres. Mam jednak nadzieję, że będą się wzajemnie wspierać i razem przez to przejdą.
Bardzo podobały mi się opisy w drugim fragmencie. Przed Joshem długa droga, która nie zawsze będzie usłana różami. Pewnie jeszcze nieraz przytrafią mu się gorsze dni, gdy będzie potrzebował wsparcia. Na szczęście miał wokół siebie ludzi, którzy byli gotowi mu je zapewnić. Cieszę się, że Josh wreszcie zaczął to zauważać i doceniać. A jeszcze bardziej raduje mnie fakt, że postanowił dać sobie jeszcze jedną szansę na ułożenie życia. Kibicuję mu całym sercem!
Christina ma rację - żadne z nich nie mogło nic zrobić. Rosalie manipulowanie ludźmi opanowała do perfekcji. Od początku dostawała to, co chciała i brała to na co miała ochotę. Choroba ją zaskoczyła, ale mimo to znowu postanowiła rozegrać to po swojemu. Zamiast dać czas bliskim na pogodzenie się z jej chorobą, ona ją ukrywała i czekała do ostatecznego momentu. Jestem ciekawa jakby się to wszystko potoczyło, gdyby nie straciła przytomności i nie wylądowała w szpitalu? Uciekłaby? Umarłaby, gdzieś daleko od wszystkich kochających ją ludzi? Pewnie tak. Dobrze, że James może liczyć na Jenny w tak trudnym momencie. Dziewczyna ma serce ze złota. Uwielbiam ją <3 :)
I moja ukochana Birdy! :-) I Mercy - najsilniejszy kobiecy charakter w całej tej historii! Ubóstwiam ją. Tak! Jestem tak szczęśliwa, że ta dwójka zjednoczy siły i spróbuje razem pokonać swoje demony. Bo Josh ma rację, każdy z czymś się zmaga! Niektóre rany są widoczne, a niektóre są głęboko w nas. Jednak wszystkie są tak samo ważne i nie można ich bagatelizować!
Przed Christiną i Gregorym najtrudniejszy sprawdzian. Mam nadzieję, że Gregory stanie się mężczyzną jakiego potrzebuje Christina, a Christina da sobie pomóc.
Odcinek powalił mnie na kolana i chociaż był smutny, to ja odnalazłam w nim piękno. Piękno, które chwyciło mnie za serce i zmusiło moje oczy do uronienia kilku łez. Cieszę się, że pojawiłam się tutaj dzisiaj i tak przyjemnie spędziłam wieczór. Dziękuję Ci za kolejną dawkę emocji! :*
Czekam na nowość ;-)
Wracam niedługo :)
OdpowiedzUsuńZnalazłam wolną chwilę jeszcze przed pracą, więc wykorzystuje ją i w końcu się zjawiam. Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam za to gigantyczne spóźnienie, ale w ostatnich dniach naprawdę brakowało mi czasu. Ciągle tylko praca, a w międzyczasie jeszcze komunia, dlatego mój komentarz pojawia się dopiero dzisiaj. Postaram się żeby więcej tak ogromnego spóźnienia nie było, ale z przykrością piszę, że nie mam pewności czy rzeczywiście tak będzie. W razie czego wiesz, że masz nie czekać tylko publikować kolejne rozdziały według własnego uznania :) to tyle na wstępie. Teraz biorę się za czytanie. Napisałam ten sam wstęp co u Motylka, bo uważam, że Tobie również należą się wyjaśnienia i przeprosiny :)
OdpowiedzUsuńTo prawda, że życie potrafi nas zaskoczyć wtedy kiedy kompletnie się tego nie spodziewamy i mało tego, może to jeszcze zrobić w najgorszy z możliwych sposobów. Myślę, że tak naprawdę nikt do końca nie podejrzewał, że za mdleniem i zawrotami głowy u Rosalie kryje się naprawdę straszna choroba. Można to zbagatelizować i powiedzieć, że to po prostu zmęczenie, ale niestety w tym przypadku prawda okazała się smutna i bardzo bolesna. Przykro mi, że Rosalie spotkało coś takiego. Nie życzyłam jej takiego końca mimo, że bardziej irytowała wszystkich niż wzbudzała sympatię. Popełniła w życiu naprawdę wiele błędów, niektóre były naprawdę strasznie, niektóre nieco mniej. Uważam, że powinna się cieszyć i przede wszystkim dziękować za to, że dostała szansę na naprawienie całego zła, które wyrządziła świadomie lub nieświadomie. Przykro to mówić, ale teraz może odejść w spokoju. Cel, który sobie wyznaczyła został wykonany i to powinno być dla niej najważniejsze.
Każdy, kto śledzi to opowiadanie od początku wie, że przed Joshem jeszcze długa droga do odzyskania pełnego spokoju i radości z życia. Widać już małą poprawę, chociaż wiadomo, że to jeszcze nie jest to. Jego życie nigdy nie było i nie będzie usłane różami, ale dzięki swojej upartości i determinacji może sprawić, że z każdym dniem będzie choć trochę lepiej :) dobrze, że zaczął też dostrzegać obok siebie obecność ludzi, którzy go kochają i nie pozwolą mu odejść choćby nie wiem co się działo :) nie wiem co takiego planuje żołnierz, ale już wiadomo, że ma to związek z Mercy, co wywołało ogromny uśmiech na mojej twarzy i z tej przeogromnej ciekawości lecę czytać dalej :)
OdpowiedzUsuńNie wiem dlaczego, ale trochę zdenerwowały mnie słowa Christiny. Czy w takich okolicznościach można powiedzieć, że Rosalie w dalszym ciągu manipuluje ludźmi? Dla mnie nie byłoby to nic przyjemnego powiedzieć komuś o swojej chorobie i jej na pewno też przyszło to z wielkim trudem. Zapewne już samo poinformowanie o tym starszej siostry było bardzo trudne, a co dopiero powiedzieć o tym mężczyźnie z którym kiedyś łączyła ją tak piękna więź. Tak więc ja nie wymieniałabym w tym przypadku słowa manipulacja. Dla mnie to po prostu strach przed sprawieniem bólu drugiej osobie. Rzeczywiście James nie powinien tak naskoczyć na Tinę, bo ona sama dowiedziała się o chorobie Rosalie dopiero niedawno. Nieświadomie mógł sprawić jej jeszcze większy ból. Zarówno przed Jamesem jak i Christiną trudny okres. Mam nadzieję, że oboje będą się wspierać, że nie odwrócą się od siebie. Razem jakoś przetrwają te ciężkie chwile.
Rewelacyjna piosenka i jeszcze bardziej rewelacyjny fragment :) Mercy to zdecydowanie moja ulubiona postać tej historii. Jest tak silna, że aż w głowie mi się nie mieści, że ktoś, kto doznał tyle cierpienia spowodowanego wypadkiem może z takim uśmiechem i z takim pozytywnym nastawieniem patrzeć w przyszłość. Jest dosłownie mistrzynią samą w sobie i ciesze się, że ktoś taki jak Mercy pojawił się w tym opowiadaniu. Josh ma rację, każdy z nas ma jakieś blizny, ale najbardziej cieszy mnie fakt, że się pogodzili i wspólnymi siłami pomogą sobie w życiu :) ciekawe czy będzie z tego coś więcej niż przyjaźń? ;)
Ostatni fragment... powiem tak. Przed związkiem Christiny i Grega najtrudniejsze wyzwanie. Myślę, że w ten sposób zobaczymy, czy związek przetrwa tak trudny okres. Tina jest załamana, tym bardziej teraz potrzebuje męskiego wsparcia i mam nadzieję, że Gregory nie nawali i pokaże, że jest odpowiednim facetem dla Christiny, potrafiącym być przy ukochanej i wspierać ją w trudnych chwilach.
Czekam na kolejne nowości :)
Pozdrawiam :*