Uwielbiam ten rozdział, po prostu :)
Dokładnie dwadzieścia rozdziałów temu Victor zrobił coś, dzięki czemu dzisiaj idziemy na wesele, haha :D
Dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią i za to, że jesteście :*
Do następnego!
***
Michael Schulte - Marry You
Dokładnie dwadzieścia rozdziałów temu Victor zrobił coś, dzięki czemu dzisiaj idziemy na wesele, haha :D
Dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią i za to, że jesteście :*
Do następnego!
***
Michael Schulte - Marry You
- Tak będzie ładnie - powiedziała Jenny, zachwycona sposobem, w jaki uporała się z niesfornym lokiem Vannie. Panna młoda uśmiechnęła się, choć przeczuwała, że nie ma jeszcze powodów do radości. Nie myliła się, bo kiedy do pokoju wróciła Constance, jej twarz momentalnie ujawniła podenerwowanie.
- Na bok! - rzekła i wyciągnęła rękę, by poprawić włosy Vanessy, jednak córka zablokowała jej drogę własnym ciałem. - Co ty wyrabiasz?
- Mamo, wszystko popsujesz - stwierdziła stanowczo rudowłosa. - Teraz wygląda najlepiej, więc już nie kombinuj i...
- Och, nie będziesz mnie pouczać! - zagrzmiała Constance. - W odróżnieniu od ciebie, JA brałam ślub, więc chyba wiem, jak powinna wyglądać panna młoda.
Jenny otworzyła usta, by odpowiedzieć matce czymś zgryźliwym, toteż Vanessa wstała z krzesła, chcąc jak najszybciej umknąć obydwu paniom.
- Pójdę się napić, a wy coś ustalcie - powiedziała, starając się, by jej głos nie podziałał na Constance i Jenny niczym czerwona płachta na byka, a potem, mknąć pomiędzy jednym wrzaskiem, a drugim, dotarła do kuchni.
Niebieskooka nalała sobie wody do szklanki i łapczywie upiła kilka łyków chłodnego trunku. Wyjrzała przez okno na skąpany w słońcu Londyn. Pogoda była tak wyśmienita, że aż trudno wyobrazić sobie lepszą. Oczy lekarki spoczęły na tarczy zegara, a serce zaczęło bić tak mocno w jej piersi, że mogłaby przysiąc, że słyszała jego bicie, niczym prawdziwy łomot. Zostało tak mało czasu... Wydawało jej się to nieprawdopodobne, a jednak nie było możliwe, by tak wiele osób pomyliło datę ślubu. Choć przymierzała już suknię i przemierzała pokoje na wysokich, eleganckich obcasach, to wciąż nie docierało do niej, że za kilka godzin powie: ,,Tak'' mężczyźnie, którego kochała całym sercem. To było jak sen, z którego nie chciała się budzić, mimo nerwów.
Vannie drgnęła, kiedy usłyszała: ,,Psst'' za oknem. W pierwszej chwili myślała, że tylko to sobie wyobraziła, jednak mimo wszystko postanowiła sprawdzić. Podeszła bliżej i wychyliła głowę. Zobaczyła go, jak stał na trawie w białej, niewątpliwie ślubnej koszuli, wyraźnie uradowany na jej widok.
- Victor! - szepnęła, obawiając się reakcji Constance, gdyby zobaczyła teraz syna. - Co ty tu, u diabła, wyprawiasz?
- Nie mogłem się doczekać - odparł, w ogóle nie starając się, by nie zostać usłyszanym przez osoby trzecie.
Vanessa przewróciła oczami, jednak jej policzki zapłonęły żywo. Z błyskiem w oczach przyglądała się ukochanemu, który nie przestał jej zaskakiwać - a tego dnia zrobił to po prostu pierwszorzędnie. Dopiero, kiedy pojawił się tak blisko, brunetka zrozumiała, jak bardzo go potrzebowała.
- Co... - zabrzmiała, kiedy zobaczyła, jak Victor wspina się po rynnie.
- Chcę... tylko... - mówił, wkładając mnóstwo wysiłku w pokonanie kolejnych metrów. - pocałować... swoją... narzeczoną... po raz... ostatni...
Vannie nie chciała wyobrażać sobie, w jakim stanie będzie jego koszula, kiedy zejdzie z powrotem na dół. Teraz nic jej nie obchodziło. Pragnęła tego tak samo bardzo, jak on. Wychyliła się jeszcze bardziej, starając się nie dotykać brzuchem blatu. Victor wyciągnął się tak mocno, jak się dało. Ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Przez twarz blondyna przebiegł chytry uśmieszek. Wiedział już, że dostanie to, po co przyszedł. Byli o kilka centymetrów od siebie, kiedy nagle za plecami Vannie wyrosła Constance...
- Co ty tam robisz? - zapytała ostro, patrząc w ich kierunku.
Vanessa odwróciła się szybko, a Victor puścił się w dół najszybciej, jak potrafił. Kiedy Vannie usłyszała jego jęk, gdy trochę zbyt twardo wylądował na ziemi, kaszlnęła sztucznie, by teściowa nie zorientowała się, co jest grane. Wiedziała, że niewiele brakowało. Nie ubolewała szczególnie nad tym, że nie udało im się sfinalizować pocałunku - w końcu z pewnością jeszcze wiele takich chwil przed nimi. Raz jeszcze pomyślała o Victorze i tym, co zrobił. Nie zdołała stłumić śmiechu. Constance spojrzała na nią, jakby urażona.
- Przepraszam... To co z moimi włosami? - spytała Vanessa, zakrywając usta dłonią.
- Wygrałam! - oświadczyła Jenny, która wkroczyła do kuchni właśnie w tym momencie. Wyszczerzyła się pogodnie, a jej matka, początkowo sceptycznie nastawiona do pomysłu córki, również się uśmiechnęła.
Vannie po raz ostatni pomyślała o ukochanym z wypiekami na twarzy. Wiedziała, że myśl o nim pomoże jej przejść przez stresujące przygotowania do ślubu - w końcu on musiał teraz przeżywać podobne katusze.
***
James schował telefon w wewnętrznej kieszeni marynarki, gdy po paru minutach oczekiwania Jenny nie odpisała na jego wiadomość. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie, jak rudowłosa musi żreć się z matką. Zdarzyło mu się już być parokrotnie świadkiem takich scen. Zwykle razem z Victorem przysłuchiwali się sprzeczkom, śmiejąc się i wymieniając uwagami, na ogół zgryźliwymi. Ciemnookiego ukłuło lekkie poczucie żalu, że akurat teraz nie ma przy sobie przyjaciela, potem jednak spojrzał w bok i stwierdził w ciszy, że wcale go nie potrzebował, by być szczęśliwym.
Zobaczył Rosalie, siedzącą razem z nim z tyłu, podczas gdy Gregory prowadził samochód, a Christina patrzyła na niego z niepodważalnym podziwem. Blondynka miała na sobie tę śliczną, błękitną sukienkę, która wdzięcznie współgrała z jej jasnymi włosami. Przyglądała się starszej siostrze, co jakiś czas kręcąc głową z radością wymalowaną na twarzy. Na pewno cieszyła się szczęściem Tiny. Uśmiech, który przykleił się do niej i ani myślał zniknąć, sprawiał, że czyhająca na nią śmierć wydawała się czymś totalnie absurdalnym. Czy tak wygląda osoba, która wie, że jej dni dobiegają końca? Czy to możliwe, by nawet w obliczu nieuniknionego zagrożenia, zachować pogodę ducha?
- Wszystko dobrze? - zapytał cicho James, mając nadzieję, że Tina nie dosłyszy jego słów. Nie chciał, aby choroba Rosalie znowu stała się priorytetem, nie w tak szczególnym dniu, jednak nie mógł się powstrzymać. Musiał mieć pewność.
- Bajecznie - szepnęła Rosie, uśmiechając się jeszcze promienniej. - A u ciebie?
- Jeszcze nie - odparł i choć nie powiedział nic więcej, był pewien, że jasnowłosa już dawno wyczytała wszystko z jego twarzy i oczu.
James pomyślał, że w bajce znajdzie się dopiero wówczas, kiedy zobaczy Jenny. Podczas ceremonii nie będą mieli zbyt wielu okazji, by chociażby na siebie popatrzeć, ponieważ był świadkiem i musiał trzymać się w wyznaczonym miejscu. Choć ekscytował się tym niezwykłym, ważnym wydarzeniem, to jednak trzymał kciuki za to, by udało się sprawnie i szybko przejść do drugiego etapu - wesela. Nie mógł się doczekać, kiedy po raz pierwszy skomplementuje jej kreację i skradnie pocałunek z tych słodkich, kochanych ust.
- Dojechaliśmy - powiedziała Christina, oglądając się i posyłając pasażerom serdeczny uśmiech.
James wysiadł z auta i obszedł je z drugiej strony, by pomóc Rosalie, jednak Gregory był szybszy. Pisarz podał jasnowłosej rękę, a potem przekazał ją zatroskanemu Jamesowi, puszczając mu oczko, jakby chciał dać mu znać, że znowu ma ją tylko dla siebie. Haggerty odnalazł wyciągniętą w swoją stronę dłoń Tiny, uśmiechnął się do niej i nieco mocniej, ale wciąż delikatnie i czule, ścisnął jej palce z paznokciami muśniętymi różowym lakierem. James pomógł Rosalie usiąść na wózku, a dziewczyna nie oponowała - wiedziała, że nawet najmniejszy wysiłek nie jest wskazany, a naprawdę chciała wziąć udział w ślubie przyjaciółki. Znaleźli się pod malowniczym kościółkiem, który James znał z dzieciństwa. Wspomnienia stały się jeszcze silniejsze, gdy rozpoznał jednego ze zgromadzonych już pod kościołem gości.
- Witaj, babciu - powiedział, puszczając rączki wózka, by móc uściskać Molly.
- Dobrze cię widzieć, Jimmy! - rzekła kobieta, obcałowując jego policzki. Gdy skończyła, odsunęła się nieco, by odzyskać ostrość. Przyglądała się twarzy wnuka z uwagą, a kiedy odnalazła to, czego szukała, uśmiechnęła się szeroko i niemal klasnęła w dłonie. - No, widzę, że nawet się ogoliłeś!
- Babciu... - westchnął James, a Rosalie zachichotała.
- Witaj, kochanie - powiedziała Molly i nachyliła się, by uścisnąć Rosie. W jej głosie brzmiała aż przesadna troska. James pomyślał, że Rosalie może źle to odebrać, jednak mylił się - blondynka wciąż była w dobrym nastroju, mimo, iż wszyscy myśleli o śmierci, gdy tylko na nią patrzyli.
James porozmawiał z babcią, która wypytywała go o jego relacje z Jenny, o to, czy Victor dobrze się odżywia i o wakacje Olivera. Ciemnooki odpowiadał machinalnie na wszystkie te pytania, podczas gdy Rosalie rozprawiała o czymś ze starszą siostrą. Po kilku minutach zauważyli zmierzającą ku nim, rudowłosą postać, mknącą - jak Rosie - na wózku inwalidzkim. Mercy zatrzymała się i przywitała ze wszystkimi (z całego towarzystwa tylko Christina jako-tako ją kojarzyła), a potem jej wzrok spoczął na Rosalie. Jakieś myśli błąkały się po jej piegowatej twarzy, a potem, bez ostrzeżenia, wyszczerzyła się wesoło.
- Urządzimy sobie wyścig? - zapytała, a jasnowłosa zarechotała tak energicznie, jakby guz mózgu był dla niej czymś zupełnie nieznanym.
- Już ją lubię - szepnęła do Jamesa, kiedy po chwili rozmowy z Rosalie, Mercy zniknęła wewnątrz kościoła.
Devon uśmiechnął się, każdą chwilę radości Rosie wyceniając tak, jak tysiąc swoich własnych, szczęśliwych momentów razem wziętych. Po paru minutach pod bramą zatrzymał się samochód, z którego wysiadł Victor wraz z ojcem i Oliverem. James zastanawiał się, czy Victor będzie bardzo zestresowany. Odpowiedź, którą otrzymał, usatysfakcjonowała go, bo choć Joyce lekko utykał i co kilkanaście kroków krzywił się z bólu, to jednak wyglądał na rozbawionego całą tą sytuacją, jakby chciał wykrzyczeć do zgromadzonych gości: ,,Rozkręćmy ten melanż''.
***
Victor zacisnął zęby, kiedy niefortunnie stanął na opuchniętej już stopie. Zastanawiał się, co powie Vannie, kiedy zobaczy, do czego doprowadziło to jego szaleństwo. Był ciekaw, jak to wszystko przeżywa jego ukochana - czy jest zdenerwowana, czy tak, jak on, oczekuje tego wszystkiego z ciekawością i spokojem. Gdyby nie rozmowa, którą przeprowadził z nim ojciec tego ranka, emocje Joyce'a mogłyby być nieco inne. Robert uspokoił go, wspominając swój własny ślub i uczucia, które mu wówczas towarzyszyły, nie pomijając oczywiście tego, jak Constance w ostatniej chwili zorientowała się, że zostawiła buty w mieszkaniu na drugim końcu miasta i ostatecznie wystąpiła w nieco wyświechtanych pantofelkach, które miała na sobie, kiedy się poznali. Na kilka minut przed rozpoczęciem ceremonii, podszedł do niego Austin, przyjaciel Josha, którego razem z Vanessą nie omieszkali zaprosić. Opowiedział mu o swoim własnym ślubie, który miał miejsce blisko półtora roku wcześniej. Kiedy wspomniał, że o mały włos zemdlał z przejęcia, Victor przełknął głośno ślinę, zastanawiając się, czy i jemu przydarzy się coś takiego. Teraz, kiedy pozostały zaledwie sekundy do rozpoczęcia tego spektaklu, w którym grał jedną z głównych ról, Joyce przeczesał wzrokiem wnętrze kościoła. James spoglądał ukradkowo na Jenny, ściśniętą w ławie między rodzicami. Oliver siedział z przodu razem ze wszystkimi dziećmi z rodziny, włącznie z córeczką Josha i Paige, Adrianą. Christina do ostatniej chwili zawzięcie dyskutowała o czymś z Gregorym, którym była wyraźnie oczarowana. Rozbrzmiał dzwonek, a szarooka rzuciła się pędem z powrotem w stronę ołtarza. Haggerty uśmiechnął się na ten widok, a siedząca obok niego Rosalie uczyniła to samo. W tylnych rzędach Victor wychwycił sylwetki kolegów z drużyny - aż dziw, że media nie dowiedziały się o tym ślubie i dzięki temu mieli święty spokój tego dnia. Ciotki i wujowie, których Victor ledwie pamiętał, drgnęli w ławach, kiedy drzwi zaczęły się otwierać, a z organów wydostał się pierwszy, wolny dźwięk.
Choć Victor nie ruszył się ani na krok, nie miał pojęcia, co robili wszyscy goście, kiedy Vanessa pojawiła się w kościele. Pożerał ją wzrokiem, czując, jak jego serce wariuje. Nie przewidział, że zareaguje w taki sposób. Postać Vannie wyostrzała się, a piłkarz wyłapywał kolejne szczegóły. Jej piękna, długa, śnieżnobiała suknia. Elegancko upięte włosy z diademem mieniącym się przepięknie. Niebieskie oczy, wpatrzone w niego z mieszaniną radości i podenerwowania. Tyle mu wystarczyło, by poczuć, że żyje. Uśmiechnął się najładniej, jak potrafił, a kiedy Vanessa znalazła się w miejscu docelowym, mruknął:
- Naprawdę to robimy?
Brunetka rzuciła mu takie spojrzenie, jakby obawiała się, że Victor chce się wycofać. Musiała zrozumieć, że byłaby to największa bzdura, jaką tylko można wymyślić, bo już po chwili skinęła głową i szepnęła, nie odrywając od niego wzroku:
- Naprawdę.
Zakochani wsłuchiwali się w słowa księdza, który głosił, że na pierwszym miejscu zawsze powinna być miłość. Vanessa unikała spojrzenia Victora, jakby bała się, że może się przez to rozpłakać ze wzruszenia - a Joyce zauważył już parokrotnie łzy mieniące się w jej przepięknych oczach. Uśmiechał się, patrząc na nią, bynajmniej nie robiąc tego po to, by ją sprowokować - po prostu nie potrafił skupić się na niczym innym. Wiedział, że oto siedzi obok niego kobieta, przy której się zestarzeje. Czuł to. W świecie, w którym więcej rozwodów, niż ślubów, on nie wyobrażał sobie, co musiałoby się stać, by przestał kochać Vanessę i chciał odejść. Jego życie było tam, gdzie ona. Jego serce biło w tym samym rytmie. Kłócili się, ale czy nie warto chwilę pocierpieć, by potem móc pogodzić się w tak cudowny sposób? Oboje mieli wady, jednak akceptowali je. Z dnia na dzień Victor przestawał odczuwać, że znali się dopiero osiem miesięcy. Czy to cokolwiek zmienia? Czy krótki staż czynił ich miłość niewystarczająco silną czy prawdziwą? Bzdura. Większość ludzi uważa, że należy najpierw się zaprzyjaźnić, potem zakochać, wziąć ślub i założyć rodzinę. Oni zrobili to w ekstremalnie przyspieszonym tempie i mieli przed sobą całą wieczność, w której okaże się, czy nie pospieszyli się z tym wszystkim. Chciał się przekonać. Chciał pokazać wszystkim, że cuda jeszcze się zdarzają, a jego cudem niewątpliwie była ona - ciemnowłosa dziewczyna, trzepocząca nerwowo rzęsami.
Słowa przysięgi spotkały się z salwą naprzemiennych westchnień i pociągnięć nosem zapłakanych, wzruszonych kobiet na widowni. Victorowi wydało się to wszystko dość zabawne i żałował, że nie mógł dać temu wyrazu. Wiedział, że to nie jest dobra pora na żarty, choć jego natura zdawała się wręcz krzyczeć w jego wnętrzu. Kiedy zrobił krok, by odebrać obrączkę, zachwiał się na chorej nodze. Vanessa dopiero po chwili zrozumiała, dlaczego tak się stało. W tej samej sekundzie zaśmiała się na głos, a łzy wypłynęły z jej oczu prosto na policzki. Victor uśmiechnął się do niej, a kiedy skończył mówić, wsunął obrączkę na palec ukochanej. Wpatrywał się w lekko zaczerwienione oczy Vanessy, kiedy ksiądz oznajmił, że może ją pocałować. Kiedy znalazł się odpowiednio blisko, rzucił naprędce:
- Moja żona.
Choć każdy pocałunek z Vanessą miał dla niego niebiański smak, Victor był pewny, że tego wyjątkowego nie zapomni do końca swoich dni. Po raz pierwszy pocałował ją nie jako Vanessę Yorke, oszałamiająco piękną i inteligentną, wygadaną, a niekiedy i pyskatą dziewczynę, na punkcie której po prostu oszalał. Pocałował ją jako Vanessę Joyce, swoją jedyną. Widząc szczęście na jej twarzy i łzy na policzkach, wiedział, że była to jedna z najcudowniejszych chwil, jakich doświadczył. Był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, gdy towarzyszyło mu przekonanie, że oto ściskał mocno dłoń swojej żony i matki swoich dzieci, której nigdy nie pozwoli odejść - jej miejsce było u jego boku i wystarczyło mu jedno spojrzenie, by zrozumieć, że Vannie miała na ten temat identyczne zdanie.
***
James umoczył usta w gorzkim trunku, chcąc chwilę odpocząć - taniec doprowadził go niemal do utraty tchu. Opadł na krzesło przy stole, który okupowała mniejsza część gości, bowiem większość wciąż szalała na środku pięknie przystrojonej sali. Christina i Gregory, który zdążył już pozbyć się marynarki i rozpiąć dwa pierwsze guziki koszuli, nie odrywali od siebie rąk, wirując na parkiecie. Podobnie robili Oliver i Adriana, którzy, mimo znacznej różnicy wieku i, przede wszystkim, wzrostu, od samego początku bawili się znakomicie w swoim towarzystwie. James uśmiechnął się lekko, wiedząc, że wkrótce Oliver stanie się nastolatkiem, przeżyje pierwsze zakochanie i rozstanie. Pamiętał, jakby to było wczoraj, kiedy dowiedział się, że zostanie ojcem. Zdumiewające, jak ten czas leci. Nieco dalej ciemnooki zauważył Vanessę, rozmawiającą o czymś zawzięcie z dawnym szefem Russellem i jego żoną Naomi. Wokół rodziców krążył chłopiec, roześmiany od ucha do ucha, podczas gdy Vannie przejęła od Naomi ich młodszego synka, obejmując go z całych sił. Wyraźnie nie mogła doczekać się momentu, w którym po raz pierwszy weźmie na ręce swoje własne dziecko i zostanie matką. Victor siedział przy stole - kontuzjowana noga nie pozwoliła mu na zbytnie wariacje na parkiecie - i rozmawiał z rodzicami, raz po raz rzucając łakome spojrzenie na Vannie, od której generalnie ciężko mu było oderwać wzrok chociaż na chwilę. Kilka krzeseł dalej Josh pogrążony był w ożywionej rozmowie z Mercy, a Paige i Austin uśmiechem kwitowali widok Hartleya w wyraźnie lepszej formie. James pomyślał o gościu, którego niestety zabrakło - Rosalie musiała wrócić do szpitala zaraz po ceremonii, ponieważ poczuła się gorzej, a lekarz i tak od początku nie dawał jej dużych nadziei na to, że uda jej się przetrwać wesele. Nachmurzył się nieco, wyobrażając sobie, jak jasnowłosa leży teraz samotnie w pustej sali, jednak dobry nastrój wrócił szybciej, niż można by przypuszczać. Tuż przed nim wyrosła dziewczyna z burzą płomiennorudych włosów na głowie, w krótkiej, szmaragdowej sukience i o bosych stopach, podrygująca w miejscu.
- No chodź - rzekła, podając mu dłoń i uśmiechając się szeroko.
Jenny poprowadziła go prawie na sam środek parkietu, a James oniemiał, kiedy zorientował się, że nie mieli tańczyć do energicznej, lecz do bardzo spokojnej, wolnej piosenki. Przysunął się nieco bliżej, kładąc dłonie w jej talii, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. Blask setek świec i światełek nie mógł dorównać iskrom, które lśniły w jej migdałowych, dużych oczach, wpatrzonych w Jamesa z całą swą mocą.
- Uciekałaś mi przez cały dzień - powiedział, tym bardziej ciesząc się, że wreszcie mógł spędzić z nią trochę czasu.
- Wydaje ci się - odparła z przekąsem. - Jak się bawisz?
- Prawie tak dobrze, jak nasz syn - stwierdził James i oboje spojrzeli na wciąż roześmianego Olivera i Adrianę, obracającą się wokół własnej osi. Jenny uśmiechnęła się na ten widok, a potem ponownie utkwiła wzrok w swoim mężczyźnie.
- Prawie? - spytała.
- Niestety - rzekł James, robiąc smutną minę i świetnie się przy tym bawiąc.
Jenny wspięła się na palce i przywarła do jego ust, a było to naprawdę niezwykłe uczucie.
- A teraz? - zapytała z nadzieją w głosie, podczas gdy Devon czuł się jeszcze bardziej rozbawiony jej troską.
- Teraz bawię się nawet lepiej, niż Oli - oświadczył i szybko pocałował ją, tym razem z własnej inicjatywy. Jenny nie protestowała, zresztą nie było możliwości, by było inaczej.
Zakochani zapomnieli o bożym świecie i przypomnieli sobie dopiero wówczas, gdy usłyszeli, jak Victor woła do nich przez mikrofon:
- Wy będziecie następni, mówię wam!
Piłkarz wyszczerzył ząbki w ich stronę, a już po chwili Vanessa zjawiła się tuż obok niego. Rozległy się oklaski, prawdopodobnie na cześć obydwu par, a potem James zobaczył, jak Constance, wpatrzona w córkę i wybranka jej serca, pospiesznie ociera łzy chusteczką. Jenny zaczęła się śmiać, czując wielkie szczęście, a Oliver zupełnie niespodziewanie wyrósł tuż obok nich. James położył dłoń na jego ramieniu, drugą ręką obejmując wzruszoną zielonooką. Po wielu latach trudów, błędów i nieporozumień, teraz byli małą, ale wspaniałą rodziną, w której prawdziwości tkwiła najpotężniejsza siła.
***
W tę piękną, sierpniową noc, spadające gwiazdy znaczyły drogę na granatowym niebie. James zadarł głowę, by zobaczyć je lepiej, a potem wszedł do szpitala. Był wdzięczny, że znał Vannie - dzięki niej nawet wizyty w środku nocy były możliwe. Bez trudu odnalazł właściwe drzwi, zapukał cicho i wszedł do środka. Rosalie leżała na łóżku z otwartymi oczami, wpatrując się w niebo za oknem. Kiedy usłyszała kroki, delikatnie obróciła głowę. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie, choć bladość jej skóry nieco odebrała temu moc.
- Przecież chciałaś zatańczyć na ich weselu - powiedział James, a kiedy, zgodnie z przewidywaniami, Rosalie nie zrozumiała, do czego zmierzał, odnalazł w telefonie to, czego szukał i podał jasnowłosej.
Było to nagranie z wesela, które udało mu się stworzyć jakąś godzinę wcześniej. Niektórzy zgromadzeni, wiedząc, że Rosie to zobaczy, wygłaszali lekkim bełkotem życzenia prosto do kamery, a w tle rozbrzmiewała energiczna muzyka. W pewnych momentach brązowooka uśmiechała się, a jej policzki stawały się różowe, niczym kwiaty. James położył telefon na stoliku nocnym, a nagranie wciąż leciało w najlepsze. Podał rękę Rosalie, a ona spojrzała na niego z o wiele wyraźniejszym zdziwieniem.
- Chcesz czy nie? - spytał, poruszając brwiami w zabawny sposób.
- Ale przecież...
- Stwarzajmy pozory - mruknął James i pomógł jej wstać z łóżka. Objął ją delikatnie i czule, niemal całkowicie wyręczając jej ciało, a jednak na upartego mogło to wyglądać jak wyjątkowo wolny taniec - prawdopodobnie ich ostatni. - Wyobraź sobie, że tam jesteś. Jeśli wciąż jest ci smutno, bo fizycznie cię tam nie ma, to proszę, abyś przestała w tej chwili. Wszyscy wiemy, że się starałaś, na czele z Vannie i Victorem. Nie zadręczaj się już, Rosie.
Rosalie wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, jednak zrezygnowała. Na jej twarzy malowała się wdzięczność, a James czuł się w pełni usatysfakcjonowany jej reakcją. Spędził z nią cudowne chwile, chłonąc jej słodki, tak dobrze mu znany zapach, a potem ponownie położył ją i przykrył cienkim kocem.
- Znowu tylko dzięki tobie nie upadam na ziemię - rzekła cicho, a James uśmiechnął się do niej.
- Śpij dobrze - szepnął i pocałował ją w policzek. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, a potem, czując ciepło w sercu, wyszedł.
Kiedy znalazł się na świeżym powietrzu, przez moment tkwił w miejscu, zastanawiając się, co tak naprawdę czuł - szczęście, bo wciąż jej pomagał i był dla niej wsparciem, czy smutek, bo przecież gdyby nie choroba, kto wie, czy wciąż poświęcałby jej tak dużo czasu i uwagi. Ruszył, kiedy usłyszał ciche kaszlnięcie. Jenny czekała na niego kilkanaście metrów dalej, okryta jego marynarką. Kiedy znalazł się tuż obok niej, dziewczyna podała mu rękę i oboje zaczęli zmierzać z powrotem w stronę sali weselnej. Milczeli aż do momentu, kiedy byli już prawie na miejscu. Słysząc nieco przytłumioną muzykę, wydostającą się z wnętrza, Jenny zatrzymała Jamesa, błądząc wzrokiem.
- Przyjaźń - rzekła, nieco niepewnym głosem. - Piękna rzecz. James, nie przepraszaj mnie nigdy więcej za to, co do niej czujesz. Być może na to nie wygląda, ale naprawdę uważam, że robisz coś wielkiego. To wszystko.
Brunet skinął głową, a potem przytulił ją z czułością. Jenny przezwyciężyła swoją niechęć wobec Rosalie i nie zabraniała mu spotykania się z nią. Nawet, jeśli robiła to tylko ze względu na taki, a nie inny los jasnowłosej, James doceniał to, że próbowała go zrozumieć. Wiedział, że teraz musi pokazać jej, że kocha tylko ją. Jenny musi to wiedzieć i w końcu w to uwierzy, nawet, jeśli będzie musiał przekonywać ją o szczerości swych uczuć przez całe życie.
- Przecież chciałaś zatańczyć na ich weselu - powiedział James, a kiedy, zgodnie z przewidywaniami, Rosalie nie zrozumiała, do czego zmierzał, odnalazł w telefonie to, czego szukał i podał jasnowłosej.
Było to nagranie z wesela, które udało mu się stworzyć jakąś godzinę wcześniej. Niektórzy zgromadzeni, wiedząc, że Rosie to zobaczy, wygłaszali lekkim bełkotem życzenia prosto do kamery, a w tle rozbrzmiewała energiczna muzyka. W pewnych momentach brązowooka uśmiechała się, a jej policzki stawały się różowe, niczym kwiaty. James położył telefon na stoliku nocnym, a nagranie wciąż leciało w najlepsze. Podał rękę Rosalie, a ona spojrzała na niego z o wiele wyraźniejszym zdziwieniem.
- Chcesz czy nie? - spytał, poruszając brwiami w zabawny sposób.
- Ale przecież...
- Stwarzajmy pozory - mruknął James i pomógł jej wstać z łóżka. Objął ją delikatnie i czule, niemal całkowicie wyręczając jej ciało, a jednak na upartego mogło to wyglądać jak wyjątkowo wolny taniec - prawdopodobnie ich ostatni. - Wyobraź sobie, że tam jesteś. Jeśli wciąż jest ci smutno, bo fizycznie cię tam nie ma, to proszę, abyś przestała w tej chwili. Wszyscy wiemy, że się starałaś, na czele z Vannie i Victorem. Nie zadręczaj się już, Rosie.
Rosalie wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, jednak zrezygnowała. Na jej twarzy malowała się wdzięczność, a James czuł się w pełni usatysfakcjonowany jej reakcją. Spędził z nią cudowne chwile, chłonąc jej słodki, tak dobrze mu znany zapach, a potem ponownie położył ją i przykrył cienkim kocem.
- Znowu tylko dzięki tobie nie upadam na ziemię - rzekła cicho, a James uśmiechnął się do niej.
- Śpij dobrze - szepnął i pocałował ją w policzek. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, a potem, czując ciepło w sercu, wyszedł.
Kiedy znalazł się na świeżym powietrzu, przez moment tkwił w miejscu, zastanawiając się, co tak naprawdę czuł - szczęście, bo wciąż jej pomagał i był dla niej wsparciem, czy smutek, bo przecież gdyby nie choroba, kto wie, czy wciąż poświęcałby jej tak dużo czasu i uwagi. Ruszył, kiedy usłyszał ciche kaszlnięcie. Jenny czekała na niego kilkanaście metrów dalej, okryta jego marynarką. Kiedy znalazł się tuż obok niej, dziewczyna podała mu rękę i oboje zaczęli zmierzać z powrotem w stronę sali weselnej. Milczeli aż do momentu, kiedy byli już prawie na miejscu. Słysząc nieco przytłumioną muzykę, wydostającą się z wnętrza, Jenny zatrzymała Jamesa, błądząc wzrokiem.
- Przyjaźń - rzekła, nieco niepewnym głosem. - Piękna rzecz. James, nie przepraszaj mnie nigdy więcej za to, co do niej czujesz. Być może na to nie wygląda, ale naprawdę uważam, że robisz coś wielkiego. To wszystko.
Brunet skinął głową, a potem przytulił ją z czułością. Jenny przezwyciężyła swoją niechęć wobec Rosalie i nie zabraniała mu spotykania się z nią. Nawet, jeśli robiła to tylko ze względu na taki, a nie inny los jasnowłosej, James doceniał to, że próbowała go zrozumieć. Wiedział, że teraz musi pokazać jej, że kocha tylko ją. Jenny musi to wiedzieć i w końcu w to uwierzy, nawet, jeśli będzie musiał przekonywać ją o szczerości swych uczuć przez całe życie.
***

To już dwadzieścia rozdziałów minęło od zaręczyn? Naprawdę? Strasznie szybko to przeleciało, ale tak to już jest z czasem, że na przyjemnościach upływa najszybciej. A czytanie Twojego opowiadania niewątpliwie należy do przyjemności, dlatego przestanę już jej sobie odmawiać i zabieram się za konsumowanie. ;-)
OdpowiedzUsuńPrzyjemny dla ucha cover, chociaż oryginał i tak wygrywa (przynajmniej dla mnie). ;-)
Ubóstwiam Constance. Jest trochę nadgorliwa, ale ogólnie to bardzo ciepła i pomocna kobieta. Myślę, że każda dziewczyna marzy o takiej teściowej (przynajmniej ja bym taką nie pogardziła). Nie istnieją słowa, które opisałyby jak bardzo uwielbiam Victora. Zakochałam się w nim od samego początku tej historii i ani przez sekundę nie marzyłam, aby odebrać mu moją miłość. Jest zabawny, czuły, ciepły, pomocny, wierny, itd. Posiada wszystkie najważniejsze cechy mężczyzny idealnego. Ach, szczęściara z tej Vanessy! ;-)
Nie lubię Rosalie, ale podziwiam ją za ten spokój i uśmiech, który towarzyszy jej nawet w obliczu śmierci. Mercy jest kolejną postacią, która zdobyła mój podziw. Jest niesamowicie silną osobą, która nie poddała się, chociaż życie mocno ją doświadczyło. A Molly... Cóż babcie mają swoje prawa i nie można odmówić im uroku! ;-)
Przyznaję się - uroniłam łzę! Buzia boli mnie od szerokiego uśmiechu, a oczy szczypią od łez szczęścia. Opisałaś to tak ... wow! Magia <- to jedyne słowo, które określi to, co czułam, gdy czytałam ten fragment. Vanessa i Victor są szczęściarzami, bo odnaleźli miłość i mieli odwagę o nią walczyć. Nie poddali się, gdy było ciężko i wspólnie przeżywali te lepsze czasy. Marzę o takiej miłości, o takim bezgranicznym zaufaniu i oddaniu. Marzę o mężczyźnie, który będzie patrzył na mnie tak jak Victor na Vanessę i przy którym będę czuła się bezpiecznie tak jak ona przy nim. Są szczęściarzami i mam nadzieję, że nigdy nie wypuszczą tego szczęścia z rąk, bo masz rację.. Dzisiaj jest więcej rozwodów niż udanych małżeństw. Staliśmy się ludźmi, którzy nawet uczucia traktują jak rzeczy.. Wystarczy, że coś zaczyna się psuć, a my to wyrzucamy zamiast spróbować to naprawić. Przykre i przerażające.
Kocham ich! Jak ja ich kocham! I Ciebie też za to, co mi robisz! To jest nienormalne, ale płaczę jak bóbr. Po beznadziejnym dniu potrzebowałam właśnie tego.. niczym niezmąconego szczęścia i ludzi, którzy jeszcze potrafią kochać. James, Jenny i Oliver są tak przesłodcy, aż mam ochotę ich schrupać. Liczę, że niebawem ich rodzinka się powiększy o kolejnego słodziaka lub o małą księżniczkę. Zasługują na szczęście! A Ty zasługujesz na oklaski, bo po raz kolejny zwaliłaś mnie z nóg swoimi opisami. Ten odcinek, to mistrzostwo. Moje ukłony! Jedyny drobny minusik, to ta piosenka, a raczej jej cover. Musiałam go wyłączyć, bo strasznie irytowało mnie czytanie przy nim, poza tym: idealnie! ;-)
UsuńOstatni fragment pobił wszystko, a ja poległam. Mówię poważnie. Musiałam odczekać chwilę, aby dokończyć ten komentarz, bo zły zamazywały mi cały obraz. Jak doskonale wiesz nie potrafiłam (i nadal nie do końca potrafię) zrozumieć Jamesa i jego stosunku do Rosalie po tym wszystkim, co mu zrobiła, ale to nie znaczy, że nie doceniam tego, co dla niej robi. Jest fantastycznym człowiekiem, przepełnionym empatią i dobrocią, której brakuje większości ludzi, a przede wszystkim jest prawdziwym przyjacielem. I do tego Jenny. Ta dziewczyna jest po prostu niemożliwa. Wybaczyła tak wiele i na dodatek obdarzyła Jamesa tak ogromnym zaufaniem. Nie psioczy na niego, nie ma do niego pretensji, lecz wspiera go w sprawie Rosalie. Dla mnie Jenny jest najjaśniejszym punktem tej całej historii. Nie ma lepszej od niej.
Deluxe, powiedzieć, że ten odcinek jest dobry, wspaniały, wyśmienity, genialny, niewyobrażalnie dobry, fantastyczny, itd... to mało. Nie ma przymiotnika, który opisywałby to jak bardzo zachwyciła mnie ta część. Dziękuję Ci za emocje, które wywołałaś we mnie. Dziękuję, że znowu sprawiłaś, że się uśmiechnęłam. Dziękuję Ci za serce, które wkładasz w tworzenie. Dziękuję Ci, że nigdy nas nie zawodzisz. Dziękuję Ci za to, że stajesz się coraz lepsza i lepsza w tym, co robisz. Mogłabym tak bez końca wymieniać, ale oszczędzę Ci tego i po prostu napiszę: dziękuję, że ratujesz mnie swoją twórczością. :*
Ja oczywiście znów spóźniona, ale przynajmniej nie tak jak ostatnio ;) bez słów wstępu zabieram się za czytanie, bo to, że narobiłaś mi ogromnej ciekawości tym rozdziałem na pewno doskonale wiesz ;)
OdpowiedzUsuńBardzo lubię śluby, a jeszcze bardziej wesela, chociaż przyznaje się bez bicia, że na ostatnim ślubie byłam dokładnie dziesięć lat temu, więc trochę czasu już minęło, ale mam nadzieję, że jeszcze nie jedno wesele przede mną. Czy muszę pisać jak pięknie opisałaś ślub Vanessy i Victora? To oczywiste, bo Twoje opisy zawsze były, są i będą genialne i po prostu piękne :) kto by pomyślał, że zwykła przeprowadzka do Londynu aż tak zmieni życie Vanessy. Miała naprawdę ogromne szczęście, że tamtego dnia wpadli na siebie z Victorem. Od tamtego momentu się zaczęło. Wiadomo, że musieli napotkać na swojej drodze jakieś trudności, ale ostatecznie dotarli do upragnionej mety, którą niewątpliwie był ten ślub. My, jako czytelniczki też z niecierpliwością wyczekiwałyśmy tego rozdziału i powtórzę po raz kolejny, że opisałaś to po prostu przepięknie :) no tak, jak tu się denerwować skoro Victor z natury jest facetem wyluzowanym, lubiącym żartować, chociaż gdzieś w środku na pewno miał lekką tremę jak to wszystko się potoczy. A co do Vanessy... cóż, kobiety zawsze wszystko bardziej przeżywają, więc można powiedzieć, że w tym przypadku lekarka denerwowała się podwójnie :) ale ciesze się, że wszystko poszło po ich myśli, że są szczęśliwym małżeństwem, a już niedługo dołączą do nich upragnione i wyczekane dzieci :)
Prawda jest taka, że Jamesowi mogłabym zarzucić naprawdę wiele. Na początku opowiadania bardzo mnie irytował swoim podejściem do wielu spraw, ale ostatecznie pokazał, że ma złote serce, naprawdę. Po tych wszystkich ciosach, które zadała mu Rosalie on nie odwrócił się od niej. Jest przy niej, wspiera ją nawet wtedy, kiedy jej życie dobiega powoli do końca. Nie wszyscy są tak bezinteresowni jak on. Wielu odwróciłoby się od Rosalie po tych wszystkich kłamstwach jakimi uraczyła chociażby samego Jamesa. On tak naprawdę najbardziej na tym ucierpiał, a mimo to puścił wszystko w niepamięć i ostatecznie zostali z Rosalie przyjaciółmi. A Jenny... ona jest po prostu cudowna sama w sobie. Mądra kobieta, która rozumie w jakiej sytuacji znalazła się Rosalie i zapewne odwrócenie się od niej w takim momencie byłoby naprawdę ciosem poniżej pasa. Mimo wszystko James, Jenny i Oliver znów są szczęśliwą rodziną i bardzo liczę na to, że tak już zostanie do końca :)
Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział :*
Wow, to pierwszy mój komentarz, którego nie musiałam rozdzielać na dwie części :D
OdpowiedzUsuńI przepraszam za jego jakość i długość. Postaram się, żeby następny był o wiele lepszy :)