16 września 2015

47. ,,Wiecznie nasze''

Hej :)
Oto ostatni rozdział tej historii. Ta część poprzedza epilog, który pojawi się wkrótce - obiecuję, że szybciej, niż to tempo, do którego Was przyzwyczaiłam. Przepraszam Was za to. Zaskoczyło mnie to, jak trudno pogodzić życie prywatne z pisaniem. Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu, ale walczę o to, by nie zniknąć, by uratować coś, co pisałam kilka miesięcy temu. Muszę do tego wrócić, by nie zmarnować tego, co już powstało, a z czego jestem bardzo zadowolona. Zrobię wszystko, żeby wygrać i za kilka tygodni pokazać Wam wstęp do czegoś nowego - do kolejnej historii, którą będę mogła dzielić się z Wami. Ogarniając swoje życie postaram się uporządkować wszystkie sprawy, publikować regularnie i na czas, nie robić sobie zaległości tu i tam, być tak, jak kiedyś. To jeszcze nie epilog, dlatego nie dziękuję tu zbyt wylewnie za to, że Was mam, tylko tak pokrótce - DZIĘKUJĘ z całego serca i obiecuję, że się poprawię.
Co do samego rozdziału... Będzie trochę niespodzianek. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Sama uwielbiam tą część, taka wisienka na torcie Forever Ours, które kocham od prologu aż do samego końca. To była wspaniała przygoda, naprawdę.
Miłej lektury i wracam niedługo!
Całuję mocno :*
***
The Cinematic Orchestra - To Build A Home

W bożonarodzeniowy poranek czworo ludzi odwiedziło świeżo upieczonych rodziców i ich pociechy w szpitalu. Jenny nie mogła oderwać wzroku od starszego brata, który z najwyższą delikatnością i czułością trzymał w rękach maleńką dziewczynkę, Rose Christinę. Victor podtrzymywał niedużą główkę córki, nieustannie doglądając, czy wszystko jest w porządku, a kiedy upewnił się, że rzeczywiście tak było, musnął ustami jej miękką skórę. Rudowłosa automatycznie przypomniała sobie, jak wyglądał James, kiedy trzymał Olivera, gdy ten dopiero przyszedł na świat. Jenny była wtedy pewna, że James będzie najwspanialszym ojcem, jakiego mogłoby chcieć każde dziecko - wystarczyło jej jedno spojrzenie, by dostrzec szczerą miłość w oczach początkującego taty. Teraz, kiedy minęło prawie dwanaście lat, Jenny wiedziała już, że James popełnił parę niemożliwych do zapomnienia błędów jako rodzic, jednak w ostatecznym rozrachunku udało mu się zadbać o odzyskanie kontaktu z Oliverem i o to, aby były one jak najlepsze. Świadom tego, że na własne życzenie stracił tak wiele dni, które mógł spędzić w towarzystwie syna, gdy mógłby patrzeć, jak chłopiec rośnie i odkrywa świat kawałek po kawałku, James Devon wziął się za siebie i zaczął się starać. Jenny doceniała to i obiecała sobie, że przy najbliższym spotkaniu, do którego zostało już raptem parę godzin, powie mu to wszystko. Nie była przekonana, czy to wyznanie może w jakiś sposób wpłynąć na mężczyznę i potrząsnąć nim, jednak chciała po prostu spróbować, a wydawało jej się, że skutki mogą być zadziwiające. Wspomniała wiadomość, którą otrzymała od niego kilkanaście godzin wcześniej. Odpisała, że nie widzi problemu w tym, by James przyjechał do nich na święta. Devon nie odezwał się więcej, jednak Jenny nie miała mu tego za złe - ewentualna rozmowa po prostu by się nie kleiła. Minęło zbyt wiele czasu, który zmarnowali milczeniem, by teraz wszystko wyśmienicie się układało. A jednak, choć miało to być zwykłe, rodzinne spotkanie, Jenny nie przestawała wierzyć w to, że James zechce szczerze z nią porozmawiać, mimo barier i wewnętrznych blokad. Chciała usłyszeć głos, za którym tak bardzo tęskniła, i chciała poznać jego aktualne uczucia i przemyślenia. Wyczekiwała tego spotkania, a póki co rozkoszowała się swoją nową życiową rolą.
Jenny oderwała w końcu wzrok od starszego brata, by spojrzeć na Vanessę. Brunetka nie wyglądała na wyczerpaną, zresztą sama przyznała, że poród był właściwie bezproblemowy i nie sprawił jej wielkiego trudu. Choć na jej twarzy nie gościł ani miligram makijażu, a jej ciemne włosy rozsypane były wokół nieco bladej twarzy, to młoda lekarka wyglądała bardzo ładnie i świeżo. Biło od niej światło, które chyba było zaraźliwe, bo wszyscy zgromadzeni stawali się o wiele radośniejsi, gdy na nią patrzyli. Vannie przez chwilę przyglądała się mężowi, dzierżącego w swych troskliwych ramionach ich córeczkę, a potem spojrzała na teściową. Constance balansowała lekko, kołysząc Harry'ego Joshuę i uśmiechając się do jego maleńkiej twarzyczki. Robert przysiadł na skraju łóżka Vanessy po uprzednim złożeniu gratulacji. Od niego również leciały te rozweselające iskry, przelewając na wszystkich pozytywne emocje.
- Ja też byłem taki mały, jak się urodziłem? - zapytał nagle Oliver, przyglądając się noworodkom badawczo.
- Nie aż tak - odparła Jenny, uśmiechając się łagodnie. - Bliźnięta z reguły rodzą się mniejsze.
- Tak, choć są wyjątki - wtrąciła półszeptem Constance. - Mogłabym przysiąc, że Victor był dokładnie taki sam, jak Rose i Harry.
- A mama? - spytał babcię Oliver, a twarz blondynki przeciął chytry uśmieszek, który Jenny tak dobrze znała.
- Mama była najpulchniejszym noworodkiem na oddziale - odrzekła Constance, patrząc kontrolnie na córkę, jakby spodziewała się wybuchu i prowokowała ją celowo. Zanim Jenny zdołała chociażby odchrząknąć, by przerwać ciszę, kobieta złożyła wnuka na piersi Vannie i podeszła do rudowłosej, kładąc dłoń na jej barku. - W dodatku najładniejszym spośród wszystkich dzieci.
Kiedy Jenny poczuła usta matki na swym policzku, szybko zrozumiała, o co jej chodziło. Constance musiała mieć wyrzuty sumienia w związku ze sprzeczką, którą notabene sprowokowała minionego dnia. Jenny była tym zaskoczona, podobnie jak Robert i Victor, którzy rzucili zaciekawione i nieco zaniepokojone spojrzenia jasnowłosej, jednak ostatecznie wszyscy członkowie rodziny Joyce uśmiechnęli się do siebie. Jenny przyjęła te niewypowiedziane przeprosiny i choć spodziewała się, że Constance jeszcze niejednokrotnie wypowie się o Jamesie w samych superlatywach, to jednak nie zamierzała zaprzątać sobie tym teraz głowy.
- Kochani, pewnie chcielibyście zostać sami, mam rację? - Constance zwróciła się do syna i synowej, a jej głos był ciepły i nasycony opiekuńczością. - Należy wam się trochę czasu we własnym gronie. My wrócimy do domu, a wieczorem ktoś z nas znowu was odwiedzi. Zgadzacie się na taki układ?
- Nawet, gdybyśmy się nie zgadzali, to ty i tak... - zaczął Victor, jednak ojciec syknął cicho, każąc synowi, by nie pociągał za tę ryzykowną strunę. Blondyn uśmiechnął się, a wolną dłonią przeciągnął wzdłuż ust, jakby zamykał je sobie na zamek błyskawiczny.
- Dziękujemy - powiedziała Vanessa, uśmiechając się najpromienniej, jak mogła. - Wesołych świąt, kochani.
Wszyscy złożyli sobie życzenia - mniej lub bardziej osobiste - a potem Jenny, Oliver, Constance i Robert opuścili salę. Zanim Jenny zamknęła drzwi, zobaczyła, jak Vannie uśmiecha się do męża, a ten kładzie córeczkę na piersi żony, tuż obok jej braciszka, młodszego o siedem minut. Czując, że jej serce jest cieplejsze, niż w ciągu paru ostatnich miesięcy, Jenny podążała za bliskimi, wiedząc, że czeka ją rychłe spotkanie z Jamesem i nawet ten niepokój o to, co się stanie, nie był w stanie popsuć jej wspaniałego nastroju.

***

Gregory Haggerty uśmiechnął się szeroko do swego najświeższego wspomnienia. Kiedy wycierał ręcznikiem ociekające wodą włosy, przed jego błękitnymi oczami wciąż wirowały sceny, które sprawiały, że jego krew stawała się o wiele gorętsza, niż zazwyczaj. Widział, jak po odwiedzeniu przyjaciół i ich nowo narodzonych pociech, po krótkim spacerze po Londynie przypominającym jakiś alpejski kurort swą białością i niezwykłą aurą, zamknęli się z Christiną w jego domu, a to, co robili później pisarz wolał skwitować po prostu uśmiechem. Wciąż czuł jej usta na swoich i ulegał wrażeniu, że jej dłonie dalej błądzą po jego spragnionym ciele. Energicznym ruchem jeszcze mocniej wytarł włosy, przez co sterczały mu one teraz we wszystkie strony, a potem wyszedł z łazienki w samym ręczniku, zakrywającym go od pasa w dół i uwidaczniając jego szczupłe, a jednocześnie umięśnione i świetnie zbudowane ciało. Zszedł po schodach na dół i przez chwilę tkwił w miejscu, nasłuchując. Kiedy usłyszał dźwięk talerza stawianego na kuchennym blacie, Gregory był już pewny, jaki kierunek powinien obrać. Nie skradał się, jednak Christina i tak nie usłyszała, że nie była dłużej sama w kuchni. Podchodził coraz bliżej, aż w końcu znalazł się tuż za jej plecami. Bez wahania objął ją w pasie i zanim szarooka zdążyła choćby pisnąć, mężczyzna obrócił ją tak, by móc skraść z jej ust niejeden pocałunek. Dłońmi masował czule ciało, które tak wielbił, a Christina, która pozbyła się już pierwotnego szoku, nie pozostawała dłużna swemu mężczyźnie. Gregory podniósł jej lekkie ciało, umiejscawiając jej pośladki na kuchennym blacie, wciąż rozkoszując się każdym kolejnym pocałunkiem. Ignorowali naczynia, które hałaśliwie umykały, gdy stykały się z ruchomym ciałem brunetki. Christina uśmiechnęła się, kiedy pisarz zdecydowanym ruchem pozbawił ją luźnej, białej koszuli, a potem zatrzymała dłonie na jego klatce piersiowej, napawając się atrakcyjnością mężczyzny, który najwyraźniej widział ją w równie pozytywnym świetle. Pożądali tego po raz kolejny i wiedzieli, że nikt nie zdoła im przeszkodzić. Robili dokładnie to, na co mieli ochotę, nie przejmując się absolutnie niczym. Haggerty ponownie podniósł ukochaną i bez większego trudu zaniósł ją z powrotem na górę, gdzie na pewno będzie im o wiele wygodniej. Nie zamknął za sobą drzwi - nie musiał, ponieważ wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie na długo przed tym, jak zakochani po raz kolejny wylądowali w łóżku.

***

Jenny postanowiła skorzystać z tego, że Constance była obecnie zajęta ustawianiem stroika na stole niemal pod linijkę. Rudowłosa rzuciła łakome spojrzenie swemu odbiciu w lustrze, wciąż nie czując się stuprocentowo pewnie w stroju, który wybrała na ten wieczór. Miała na sobie czarną sukienkę przed kolano z gustownym kołnierzykiem i prześwitującymi rękawami. Kryjące rajstopy podkreślały jej zgrabne nogi, czego nawet ona nie mogła nie zauważyć, choć zwykła surowo oceniać swój wygląd i wagę. Jej płomienne włosy były delikatnie podkręcone, a ich kolor wdzięcznie korespondował z czerwoną szminką, która zdobiła jej usta. Wyglądała naprawdę dobrze i zastanawiała się, czy James podzieli jej opinię. Nie mogła doczekać się spotkania z nim i odliczała kolejne minuty, które ich od tego dzieliły. Wbrew wcześniejszym przypuszczeniom, z biegiem czasu nerwy wcale nie rosły, lecz malały, ustępując miejsce zwyczajnemu podekscytowaniu. Chciała wierzyć w to, że wszystko samo poukłada się dokładnie tak, jak powinno - bo czy to możliwe, że w taki dzień między nią a Jamesem mogłoby dojść do jakiejś sprzeczki? Jenny nie wyobrażała sobie również, że mogliby nie zamienić ze sobą słowa, siedząc razem przy świątecznym stole. Choć ich relacje dalekie były od ideału, to tęsknota sprawiła, że Jenny nie potrafiła już nawet gniewać się na Jamesa o to, że postanowił wyjechać. Nie chciała myśleć o tych wszystkich trudnych, niewyjaśnionych sprawach - chciała po prostu mieć go przy sobie i wiedzieć na pewno, że Devon jakoś się trzyma.
Kiedy zielonooka wróciła do salonu, gdzie Robert znów grał na skrzypcach, Constance rzuciła córce zagadkowe spojrzenie. Jenny przewróciła oczami. Wiedziała, że nawet nie musiała mówić, jak bardzo wyczekuje spotkania z Jamesem - musiała mieć to wypisane na twarzy, a poza tym kto jak kto, ale rodzona matka naprawdę dobrze ją znała. Constance uśmiechnęła się łagodnie, najwyraźniej chcąc dodać córce otuchy i dać jej znać, iż wierzy, że wszystko będzie dobrze. Jenny nie zdążyła odpowiedzieć czymkolwiek, ponieważ właśnie wtedy wszyscy drgnęli na dźwięk dzwonka do drzwi. Rudowłosa pognała w tamtą stronę, a postukiwanie jej obcasów poniosło się po całym domu. Kiedy otworzyła drzwi, odniosła wrażenie, że jej serce lada chwila wyrwie jej się z piersi. Po raz pierwszy od dawna naprawdę dostrzegła, że James Devon jest nieziemsko przystojny.
- Hej - powiedziała Jenny, czując, że dopiero teraz w jej emocje wkrada się zakłopotanie.
James uśmiechnął się łagodnie. Rozpromienił się o wiele wyraźniej, kiedy zza pleców rudowłosej wyjrzał Oliver, a w ślad za nim poszli Constance i Robert. Jenny stanęła parę kroków dalej, przyglądając się wylewnemu powitaniu swych rodziców i syna z tym najdłużej wyczekiwanym gościem. Poczuła coś, co uderzyło w nią niczym chłodne, grudniowe powietrze. Dlaczego James nie przywitał się z nią tak, jak z innymi?
- Mam nadzieję, że to nie problem - odezwał się ciemnooki. - Przywiozłem niezapowiedzianego gościa.
Radosny okrzyk Olivera upewnił Jenny, kim był ów tajemniczy gość. Wkrótce drzwi zamknęły się, lokując w domu zdejmującego kurtkę Jamesa i jego babcię, pulchną kobietę o przemiłej twarzy. Kiedy rodzice Jenny wypuścili Molly z objęć, kobieta podeszła do Jenny i przytuliła ją tak, jak własną córkę.
- Bardzo dobrze wyglądasz - powiedziała Molly tym rozczulającym głosem pełnym ciepła. - Cieszę się, że cię widzę, kochanie.
- Wzajemnie - odparła Jenny i szybko odwróciła wzrok, kiedy James bez słowa minął ją i zniknął w salonie. - Dostałaś kartkę ode mnie i Olivera?
- Och, tak - mruknęła Molly, uśmiechając się od ucha do ucha. - Już miałam do was dzwonić, kiedy Jimmy zaproponował, żebym odwiedziła was razem z nim.
Jenny musiała skrzywić się lekko na dźwięk imienia ukochanego, bo Molly poklepała ją po plecach i rzekła półszeptem:
- Głowa do góry, kochanie!
Zielonooka uśmiechnęła się, choć przyszło jej to z pewnym trudem - nie tak wyobrażała sobie pierwsze od wielu tygodni spotkanie z Jamesem. Mimo zawodu kobieta postanowiła zaufać niewerbalnym zapewnieniom Molly, że wszystko będzie dobrze. Razem z pulchną kobietą Jenny dołączyła do zgromadzonych w salonie osób, a kiedy mimochodem spojrzała na Jamesa, ten po raz pierwszy naprawdę się do niej uśmiechnął. Jenny nie miała pojęcia, jak powinna czytać te znaki, ucieszyła się więc w duchu, że na rozszyfrowanie jego uczuć będzie miała jeszcze co najmniej kilka godzin świątecznej uczty.

***

Kiedy za oknami zrobiło się ciemno, Vanessa zaproponowała Victorowi, aby wrócił do domu i odpoczął po tej emocjonującej nocy i niezwykle ekscytującym dniu. Piłkarz uśmiechnął się jedynie i zaparł się rękami i nogami. Stwierdził, że wcale nie jest zmęczony, a Vannie skwitowała to litościwym skinięciem głowy, bo właśnie wtedy Victor ziewnął potężnie. Niebieskooka wsparła się na łokciach, by lepiej zobaczyć swoje pociechy - na próżno. Był to prawdopodobnie najbardziej magiczny dzień w jej życiu i była przekonana, że nigdy nie zapomni tego, co czuła, gdy po raz pierwszy ujrzała Harry'ego i Rose. Blade światło żarówki padało na porcelanowe twarzyczki noworodków. Victorowi musiało udzielić się zainteresowanie żony, bo wstał z krzesła i zatrzymał się tuż obok bliźniąt. Patrzył na nie w sposób, od którego Vannie szybko się uzależniła. Od początku wiedziała, że Victor będzie doskonałym ojcem, a to, jak dbał o te dwie maleńkie istoty od pierwszego momentu, było dla Vanessy najlepszym dowodem, że się nie myliła.
- Opisz mi - poprosiła kobieta, a z twarzy blondyna błyskawicznie zniknęło zmęczenie.
- Harry Joshua ma ciemne włoski - zaczął Victor.
- To po mnie - wtrąciła Vannie, szczerząc zęby.
- Przecież wiem, że nie po mnie - odgryzł się, a potem kontynuował tym samym rozmarzonym głosem, z którym praktycznie nie rozstawał się przez cały dzień. - Wierci się niespokojnie i nie może chwili wytrzymać bez wierzgania nóżkami. Idę o zakład, że będzie takim samym wulkanem energii, jak ty.
- Błędnie to odczytujesz - rzekła Vannie, patrząc na męża. - Harry po prostu już teraz trenuje, by w przyszłości zostać piłkarzem, jak tata.
Na te słowa Victor uśmiechnął się zarówno do siebie samego, jak i do ukochanej. Na samą myśl o tym, że będzie mógł uczyć syna nie tylko gry w piłkę, ale i życia samego w sobie, rozpierała go niemożliwa do opisania duma.
- Harry Joyce... - mruknął Victor. - Wyobrażasz sobie, jak komentator wykrzykuje to nazwisko, kiedy nasz syn strzela gola dla reprezentacji Anglii w Finale Mistrzostw Świata?
Vanessa uśmiechnęła się do myśli męża. Pomyślała o tym, jak kilka tygodni wcześniej skutecznie wybiła Victorowi z głowy imię Vincent i, zupełnie przypadkowo, wpadła na imię Harry. Drugie imię chłopiec otrzymał po swym ojcu chrzestnym, Joshu Hartleyu, który razem z Jenny będzie doglądał Harry'ego w przyszłości i zrobi wszystko, by był on szczęśliwym, pogodnym dzieckiem.
- Teraz opisz mi Rose - rzekła Vannie i spostrzegła, że przez dłuższą chwilę Victor nie patrzył na dzieci, lecz na nią, a robił to z właściwym sobie uwielbieniem.
- Rose Christina ma jasne włoski po tatusiu - powiedział mężczyzna. - Nie kokosi się tak, jak jej młodszy braciszek. Wielkimi oczami obserwuje to pomieszczenie z taką miną, jakby dostrzegała w nim coś, czego nie widzi nikt inny. Wygląda tak, jakby bardzo jej się tu podobało.
Vanessa poczuła coś, czego nie przewidziała. Zamrugała powiekami, chcąc zatrzymać łzy w bezpiecznym miejscu. Gdy słuchała tego, co mówił Victor, natychmiast przyszła jej na myśl Rosalie Dainty, która też zawsze widziała w rzeczach i ludziach to, co wszyscy inni przeoczali bez najmniejszego wysiłku. Była niezwykła. Czy to możliwe, że córeczka Vanessy i Victora, która otrzymała imię połowicznie po Rosie, a połowicznie po zmarłej matce Josha, w jakiś sposób odziedziczyła po niej tę wyjątkowość? Wspomnienie nieżyjącej przyjaciółki sprawiło, że Vanessa odpłynęła na chwilę, a kiedy wzruszenie zelżało, kobieta zorientowała się, że Victor znalazł się tuż obok łóżka. Patrzył na nią z troską i lekkim niepokojem. Vannie dotknęła jego dłoń, a potem ścisnęła ją. Uśmiechnęła się.
- Wszystko w porządku - rzekła na tyle stanowczo, na ile pozwalał jej głos.
- Na pewno? - zapytał Victor, nie odrywając od niej wzroku.
Vanessa skinęła głową i przez chwilę oboje milczeli, wsłuchując się w spokojne i ciche oddychanie swych dzieci, przerywane co jakiś czas stukaniem stópki Harry'ego o kant inkubatora.
- To był najlepszy rok mojego życia - powiedziała cicho Vannie, patrząc prosto w oczy ukochanego mężczyzny i jeszcze czulej gładząc jego ciepłą dłoń. - Poznałam ludzi, których nigdy nie zapomnę, a na czele tej listy jesteś ty i Rosalie. Ona nauczyła mnie wielu rzeczy, choć nie jestem pewna, czy kiedykolwiek miała świadomość tego, jak dużo dla mnie robi, a ty... - zawahała się, niepewna, czy będzie w stanie ubrać w słowa swoje myśli i uczucia. - Victor, chcę, abyś wiedział, że to ty jesteś moim szczęściem. Ty jesteś powodem, dla którego wstaję każdego ranka i chcę robić wszystko, aby codzienność nie była serią przykrych obowiązków, lecz kolejnymi stronami naszej niezwykłej historii. Nie żałuję tego, że uciekłam z Mediolanu, bo dzięki tej ucieczce trafiłam na ciebie. Ty po prostu pokazałeś mi miłość.
- Nie, Vannie - przerwał jej Victor. - To ty mi ją pokazałaś. Ty mnie jej nauczyłaś.
Victor uśmiechnął się, a Vanessa po raz kolejny poczuła, że jest o krok od rozklejenia się. Kiedy te największe emocje ponownie nieco opadły, piłkarz znowu zabrał głos.
- Od początku wiedziałem, że jesteś tą jedyną. Miłość od pierwszego wejrzenia naprawdę jest możliwa, choć przez całe życie sądziłem, że to bzdura wyjęta z romansideł, które tak lubiła czytać moja siostra. Kiedy wpadłaś na mnie na chodniku wiedziałem od razu, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. Musiałem tam wrócić, dowiedzieć się, kim jesteś i czy jest szansa, abyś stała się częścią mojego życia. Wiem, że robiłem to w najbardziej szablonowy sposób, czyli przy pomocy wypasionej restauracji i szpanowania sławą, a jednak ty nie skreśliłaś mnie na starcie i dałaś mi szansę. Vannie, ja do końca życia nie przestanę dziękować ci za to, że to dla mnie zrobiłaś.
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę, bo właśnie wtedy zauważył, że oczy ciemnowłosej błyszczą o wiele wyraźniej, niż zwykle. Najchętniej już teraz przywarłby mocno do jej miękkich ust, mających ten cudowny, słodki smak, jednak musiał powiedzieć coś jeszcze.
- Tamtej nocy, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, powiedziałem, że gdybym się tak nie spieszył, to z chęcią zostałbym przy tobie - rzekł Victor. - Teraz, kiedy trzymam cię za rękę, kiedy jesteś moją żoną i matką naszych dzieci, chcę ci powiedzieć, że ja na zawsze zostanę z tobą. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy, aby zrobić coś głupiego, co mogłoby zaszkodzić naszej rodzinie, błagam, przypomnij mi moje słowa. Nie pozwól mi na to, bym wypuścił z rąk to, co mam najcenniejszego. Moje miejsce jest przy tobie. Przy was.
Vanessa wyciągnęła szyję, by pocałować męża i nieumyślnie pozostawić na jego twarzy kilka łez. Kiedy odsunęła się, zobaczyła, że jego oczy również lśnią, niczym gwiazdy. Victor uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił, a brunetka odwzajemniła to, równocześnie wypuszczając na zewnątrz jeszcze więcej słonych kropel.
- Przepraszam, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć na to, co wygłosiłeś przed chwilą - wyznała w końcu Vannie, a na twarzy Victora wreszcie pojawił się wyraz, z którym właściwie nigdy się nie rozstawał. Wyrażał on to charakterystyczne rozbawienie i niesłychaną pewność siebie. Vanessa zrozumiała, że wzruszenie ustąpiło miejsca tej zwykłej stronie jej męża i choć rozczulił ją sposób, w jaki mówił o tym, co do niej czuł, to widok jego cwaniackiego uśmiechu wcale jej nie zmartwił, wręcz przeciwnie. - Niech zgadnę. Układasz w głowie jakąś ciętą odpowiedź, prawda?
- Prawda - odparł Victor, kiwając głową i wciąż szczerząc zęby.
- Czemu tak długo? Zwykle cisnąłeś tymi swoimi uwagami jak z karabinu maszynowego.
- Spokojna twoja rozczochrana - odrzekł blondyn. - W końcu mam całą wieczność, by ubarwiać ci życie swoimi błyskotliwymi ripostami.
- Tego się właśnie obawiam - prychnęła dziewczyna.
- Dobra, my tu gadu-gadu, a trzeba zabierać się do dzieła - powiedział nagle Victor i podwinął rękawy czarnego swetra.
- O czym ty teraz mówisz? - zapytała brunetka.
- Jak to o czym? - zdziwił się Victor. - O rodzeństwie dla Rose i Harry'ego! Sama widziałaś, jakie śliczne dzieci zmontowaliśmy. Nie powinniśmy marnować potencjału, jaki drzemie w naszych genach, Joyce.
- Jesteś stuknięty, Victor! Stu-knię-ty! - zagrzmiała Vannie i popukała się w czoło, a piłkarz wybuchnął śmiechem.
Victor już otworzył usta, by odpowiedzieć żonie, kiedy nagle Rose Christina psiknęła, co brzmiało niemal tak samo, jakby śmiała się ze swych rodziców. Vanessa i Victor spojrzeli po sobie, a potem uśmiechnęli się i ponownie chwycili się za ręce.
- Czeka mnie życie u boku największego wariata na tej planecie - westchnęła Vannie, patrząc na męża wzrokiem, który mógł równie dobrze być synonimem miłości samej w sobie.
- Zgadza się, najdroższa - odparł Victor, kiwając głową.
Blondyn pocałował ukochaną, a ona zatopiła dłoń w jego jasnych włosach, takich samych jak te, które pokrywały główkę ich córeczki. Vanessa była pewna, że nigdy nie była równie szczęśliwa i choć wciąż trudno jej było uwierzyć w to, że w tak krótkim czasie znalazła swoją bratnią duszę i została matką, to wiedziała, że miała całe życie na to, by ostatecznie zaufać w prawdziwość cudu, który na zawsze odmienił jej życie.

***

Po południu Christina i Gregory wybrali się na cmentarz, by położyć wieniec z ostrokrzewu na grobie Rosalie. Przez cały ten czas mężczyzna ściskał dłoń ukochanej i był przy niej nie tylko fizycznie. Na początku żadne z nich nie zabrało głosu, tylko w ciszy patrzyli na kamienną tablicę, na której wyryte było imię młodszej siostry Tiny, która trzy miesiące wcześniej dołączyła do zastępu aniołów tam na górze. Płatki śniegu lądowały na płycie, a potem znikały, podobnie jak ból szarookiej - kiedy zobaczyła grób Rosie, bliska była płaczu, jednak im dłużej tam stała, wciąż czując dotyk Gregory'ego, smutek zrobił miejsce dla zwykłego, wcale nie trudnego wspominania jasnowłosej dziewczyny. Tina uśmiechnęła się, po raz kolejny w swoim życiu dochodząc do wniosku, że Rosalie miała ogromny wpływ na to, że jej starsza siostra miała dziś u swego boku człowieka, który prawdziwie ją kochał. Pomyślała o tych wszystkich zawirowaniach i kłopotach, o unikaniu kontaktu i ucieczce do Paryża - to wszystko mogłoby zakończyć się zupełnie inaczej, gdyby nie interwencja ciemnookiej. Choć Christina wiedziała, że do końca życia nie przestanie żałować, że ofiarowała Rosalie tak mało uwagi i czasu, to kilka miesięcy wcześniej przysięgła sobie, że nigdy nie pozwoli, by pamięć o niej się zatarła. To, że była dziś naprawdę szczęśliwą, spełnioną kobietą, która nie boi się o swoją przyszłość, było największym i najbardziej wartościowym prezentem, jaki Rosalie mogła dać swojej siostrze, a ta postanowiła pamiętać o tym aż do dnia własnej śmierci.
Christina spojrzała na swe odbicie w lustrze i skupiła się na wilgotnych włosach, które napuszyły się nieznośnie z powodu śniegu. Wspomniała samą siebie sprzed roku - była wówczas zagubioną, nieszczęśliwą kobietą, która bała się zaryzykować, by osiągnąć sukces. Marzyła o rodzinie i miłości, lecz przez długi czas nie udawało jej się chociaż zbliżyć do zrealizowania swych planów. Zabawne, że Gregory był jej pacjentem, a ona miała uratować jego małżeństwo z Sophią. Zaśmiała się pod nosem na myśl o pierwszym wrażeniu, jakie wywarł na niej pan Haggerty. Był gburowatym, wyniosłym i aroganckim mężczyzną, w dodatku artystą, dla którego nie istniały żadne reguły - po prostu robił to, co chciał, nie licząc się z uczuciami innych osób. Jak to się stało, że po tym, jak Gregory tak usilnie próbował ją rozzłościć, paląc papierosy w jej gabinecie, Tina nie skreśliła go i wciąż chciała poznać prawdziwe oblicze swego pacjenta? To była jedna z tych największych zagadek w jej życiu. Zdumiewało ją to, jak to wszystko się potoczyło. Nie odniosła sukcesu zawodowego, bo przecież związek państwa Haggerty nie przetrwał wielu prób, ale zyskała coś o wiele cenniejszego. Chyba nie musiała już tłumaczyć, co to było.
Ubrana w kremowy sweterek kobieta zeszła na dół, czując znajomy zapach kawy. Minęła mężczyznę bez słowa, a kiedy usiadła przy stole, który i on okupował, po raz pierwszy spojrzała prosto na jego twarz. Gregory znów pochłonięty był tworzeniem. Z uporem maniaka i niezaprzeczalną adoracją błękitnooki skrobał po papierze, dając życie swym myślom i pomysłom. Christina rozkoszowała się tym widokiem. Do niedawna tylko się tego domyślała, a teraz już była absolutnie pewna - widok Gregory'ego w jego żywiole był najlepszą wizją, jakiej Tina kiedykolwiek doświadczyła. Patrzyła na niemożliwe do przewidzenia ruchy pisarza, odzianego w brązową marynarkę i koszulę w kratę, którą kupiła mu Christina. Nie mógłby wyglądać lepiej, niż wówczas, kiedy po raz pierwszy oderwał wzrok od swych notatek i zatopił łakome spojrzenie w zarumienionej brunetce. Zelektryzował ją sposób, w jaki na nią patrzył. W jego oczach widziała wszystko to, o czym mogła zapragnąć - miłość, podziw i radość, że w tym wielkim domu istnieli teraz tylko oni dwoje i nikt więcej. Gregory patrzył na nią dokładnie tak samo, jak na fragmenty kolejnej książki, a teraz miał przy sobie obydwie te rzeczy.
- Błagam, powiedz coś, bo inaczej znowu to zrobię - powiedział nagle Gregory, nie odrywając wzroku od ukochanej, która z kolei wytrzeszczyła oczy.
- Co zrobisz? - spytała i zrozumiała aluzję dopiero wówczas, kiedy w błękitnych oczach Haggerty'ego dostrzegła pożądliwy błysk. Christina postanowiła przystać na jego warunek i jak najszybciej uciec od tematu, który ostatnimi czasy królował w ich związku. - Harry i Rose są cudowni, nie uważasz?
- O, tak - mruknął mężczyzna. - W dodatku dziewczynka ma najlepszą matkę chrzestną, jaka mogła jej się trafić.
- Znowu to robisz - powiedziała cierpko Tina, choć nie zdołała powstrzymać rumieńców, które nagle stały się jeszcze bardziej intensywne. - Znowu prawisz mi komplementy.
- Nie podoba ci się to? - spytał i uśmiechnął się lekko.
- Przecież wiesz... - odparła, na chwilę uciekając spojrzeniem. To dziwne, ale czasem zdarzało jej się jeszcze czuć delikatne speszenie, kiedy odczuwała całą sobą, że Gregory naprawdę ją uwielbia.
- Jesteś kochana przez człowieka, który raczej nie jest fanem gatunku ludzkiego - powiedział Haggerty i odłożył długopis, świdrując brunetkę swym przenikliwym spojrzeniem. - Jesteś jedyną osobą, którą teraz kocham. Na razie.
Na dźwięk ostatnich słów Christina zmarszczyła brwi. Nie zrozumiała, o co mu chodziło. Gregory wstał z krzesła i podszedł bliżej ukochanej. Jego uśmiech zelżał nieco. Był poważny.
- Ostatnio sporo myślałem o naszej przyszłości - rzekł, a Tina słuchała go w napięciu. - Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że powinienem być zawsze przy tobie. Naprawdę tego chcę. To, co teraz przeżywamy, jest wielką przygodą, której smak po prostu uwielbiam. Na razie nie chcę niczego zmieniać. Chcę zwiedzać z tobą świat, odkrywać wszystko to, o czym do tej pory mogliśmy co najwyżej czytać. Chcę sprawiać, abyś śmiała się aż do bólu brzucha. Chcę dalej czuć się jak nastolatek, który przeżywa pierwsze zauroczenie. A jednak, Christino Dainty, wiem, że czas nie stanie dla mnie w miejscu. Choć ty w moich oczach na pewno nie postarzejesz się ani o dzień, to ja z każdym kolejnym rokiem będę siwieć, kretynieć i w końcu zrobię się zdziadziały.
Tina prychnęła, jednak Gregory ponownie zmusił ją do milczenia swym mocnym spojrzeniem.
- Mam wobec ciebie wielkie plany, Christino - kontynuował Haggerty. - Choć moja wiara w instytucję małżeństwa jest obecnie właściwie zerowa, to nie porzucam nadziei, że ty i ja stworzymy prawdziwą, stabilną i szczęśliwą rodzinę, i nie będziemy do tego potrzebowali żadnych deklaracji i obrączek.
Christina pokiwała gorliwie głową. Nie zależało jej na pierścionku i ślubie. Choć zawodowo ratowała małżeństwa innych ludzi, sama nie będzie narzekać, jeśli Gregory nigdy nie zdecyduje się na taki krok. Naprawdę tego nie potrzebowała, bo to, co mieli teraz, dawało jej wystarczająco dużo szczęścia.
- Jest coś, czego możesz o mnie nie wiedzieć - zagrzmiał ponownie Haggerty. - Może nie wyglądam na rodzinnego faceta, a faktem jest też to, że nie przepadam za dziećmi, nawet, jeśli są tak rozkoszne, jak Rose i Harry, a jednak od wielu lat noszę w sercu pewną troskę - uśmiechnął się lekko i nie stracił tego wyrazu nawet wówczas, kiedy ponownie spojrzał na słuchającą go uważnie kobietę. - Właściwie zawsze marzyłem o córce. Wiem, że z tobą będzie to możliwe. Nie mówię, że dojrzeję do tego w przeciągu roku czy dwóch lat, ale jest to coś, co, mam nadzieję, z czasem stanie się również twoim marzeniem i razem uda nam się je spełnić.
Tina przez moment tkwiła w bezruchu, analizując to, co powiedział pisarz. Wzruszenie sprawiło, że kobieta nie była w stanie wydukać chociaż słowa. Wstała z krzesła i bez namysłu przytuliła Gregory'ego i zdążyła jeszcze pocałować go w pozbawiony zarostu policzek, kiedy ponownie odsuwała od niego twarz.
- To nie wszystko - powiedział Gregory, a serce zamarło w piersi brunetki. - Kiedy poznałem twoją historię, pomyślałem, że moglibyśmy adoptować i w ten sposób dać jakiemuś niekochanemu dziecku coś, co przez pewien czas dawała ci twoja adopcyjna matka, z tą tylko różnicą, że my wytrwalibyśmy w tej miłości o wiele dłużej, niż zaledwie kilka lat.
- Boże, Greg... - szepnęła Christina, której głos wciąż odmawiał posłuszeństwa. - Nawet nie wiem, co powinnam teraz powiedzieć.
- Po prostu obiecaj, że się nad tym zastanowisz - rzekł Haggerty i odwrócił wzrok, tak, jakby obawiał się, że jego pomysł wydał się Tinie kompletnie absurdalny.
- Kocham cię za to, jakim jesteś człowiekiem - powiedziała Christina, tym razem jednak mocnym głosem, a w jej szarych oczach łzy wzruszenia zalśniły niczym gwiazdy. - Nie będę zazdrosna, jeśli kiedyś przestanę być jedyną osobą, którą darzysz takim uczuciem.
- Więc nie uważasz, że to było głupie? - zapytał Gregory.
- Nie - odparła stanowczo. - Myślę, że to jeden z twoich najlepszych pomysłów i zdecydowanie najwspanialszy prezent świąteczny, jaki kiedykolwiek dostałam. Jeśli za kilka lat uda nam się stworzyć dom dla dziecka takiego, jakim ja też kiedyś byłam, to wierz mi, że będę najszczęśliwszą osobą pod słońcem.
Christina zarzuciła mężczyźnie rękę na kark, a on przyciągnął ją mocno, zatrzymując dłonie w jej talii. Smakując kolejne pocałunki oboje pomyśleli o tym, że nie brakowało im do szczęścia absolutnie niczego, a jeśli kiedykolwiek poczują, że to za mało, to wiedzieli już, co zrobią - po prostu spełnią swoje pierwsze wspólne marzenie.



Mam wielkie nadzieje, które zabierają mnie tam, gdzie zaczęliśmy.
Wielkie nadzieje, gdy odpuszczasz, wychodzisz i zaczynasz od nowa.
Wielkie nadzieje, kiedy to wszystko zmierza ku końcowi...
Lecz świat wciąż się kręci.*

Przez cały wieczór James obserwował, jak Molly rozprawia o czymś zawzięcie z Constance, a Robert uczy Olivera grać w szachy. Jenny skutecznie mu umykała, znikając w łazience albo w kuchni, wyraźnie nie radząc sobie z jego przyjazdem i tym, że nie udało im się jeszcze zamienić ani słowa. James wiedział, że swym milczeniem sprawia rudowłosej ból, jednak miał spore trudności z przełamaniem lodów. Rozłąka nie była dla niego łatwa, a spotkanie po tygodniach wcale nie było prostsze. Było tak wiele rzeczy, które chciał jej teraz powiedzieć, a każda z nich równie dobrze mogłaby stanąć ością w jego gardle. Obawiał się, że powie coś, co na dobre zniszczy szanse na to, by doprowadzić swój misterny plan do końca. Wraz z ucieczką kolejnych minut James wiedział, że zbliża się ta trudna, ale i wyczekiwana chwila. Gdy Jenny wróciła do salonu, w którym nie cichły głosy członków rodziny, brunet zerwał się z krzesła, wiedząc, że dłuższe zwlekanie byłoby paskudnym błędem. Obszedł bogato zastawiony stół, a kiedy znalazł się blisko zielonookiej, na jej twarzy dostrzegł wyraz zaskoczenia.
- Chodź ze mną - powiedział półgębkiem, tak, by nie ściągnąć na siebie uwagi pozostałych. Kiedy rzucił okiem za siebie, odniósł wrażenie, że Molly jako jedyna zauważyła, że James w końcu bierze sprawy w swoje ręce. Ciemnooki uśmiechnął się lekko, a potem minął osłupiałą Jenny i skierował się do wyjścia.
Kiedy mężczyzna zakładał kurtkę, usłyszał, jak Jenny tłumaczy bliskim, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Cała Joyce... Zawsze musiała wszystko wyjaśnić i wyprostować, bo inaczej nie miałaby szans na spokój. Choć wymknięcie się z domu po cichu nie było już możliwe, James dostrzegł jeden pozytyw - Oliver nie postanowił towarzyszyć swym rodzicom. Całe szczęście, bo akurat ten moment Devon musiał w stu procentach poświęcić Jenny.
James otworzył drzwi, a do domu wpłynęła fala mroźnego, grudniowego powietrza. Cierpliwie czekał, aż Jenny zapnie wszystkie guziki płaszcza, a kiedy już była gotowa, przepuścił ją w drzwiach i oboje wyszli na zewnątrz. Z jakiegoś powodu to Jenny zadecydowała, że usiądą na ławce w ogrodzie, choć to przecież James zaproponował wyjście. Mężczyzna nie oponował jednak. Pomysł rudowłosej skwitował łagodnym uśmiechem, a kiedy zajął miejsce obok niej, poczuł rosnące podekscytowanie. To była ta chwila, na którą czekał dłużej, niż przez tych parę miesięcy nie widzenia się z nią. Mógłby powiedzieć, że czekał na to przez całe swoje życie i wcale nie byłoby to przesadzone.
- Jak przyszło co do czego, to nawet nie wiem, jak zacząć - wyznał James i poczuł zaskakująco przyjemną sensację żołądkową, kiedy zauważył uśmiech na twarzy pieguski. - Mógłbym pominąć parę szczegółów i od razu przejść do rzeczy, ale jeśli zechcesz mnie wysłuchać, to najchętniej nie obchodziłbym naszych spraw okrężną drogą.
- Wysłucham cię, James - rzekła Jenny, a jej głos zabrzmiał w uszach wpatrzonego w nią mężczyzny niczym najpiękniejsza melodia. - Wystarczająco długo musiałam czekać na tę rozmowę.
- Tak, wiem. I dziękuję - dodał, szczerze wdzięczny, że Jenny okazywała mu zainteresowanie, mimo, iż miała prawo po prostu go zignorować. - Jak zapewne wiesz, śmierć Rosalie powaliła mnie na łopatki, a jej odejście okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczałem. W emocjach powiedziałem ci o kilka słów za dużo. Sprawiłem ci ból. Wiem, że nie powinienem był traktować cię wtedy w taki sposób, bo przecież ty zawsze miałaś wyłącznie dobre intencje. Zachowałem się jak kretyn.
Jenny pokiwała głową energicznie, w zupełności zgadzając się z Jamesem.
- Pewnie cię teraz zdziwię, ale to Sophia otworzyła mi oczy na parę spraw. Ostrzegała mnie, że zaczynam uciekać od bliskich, czyli robić to, co w przeszłości zrobiła Rosalie. Kiedy wyjeżdżałem, wiedziałem, że robię źle, ale nie potrafiłem być przy was. Nie umiem tego wytłumaczyć, bo sam nie do końca to rozumiem. Zawsze, kiedy dzwoniłem do ciebie czy Olivera, a także kiedy kontaktowałem się z Victorem, naprawdę chciałem wrócić i być z wami, ale nie mogłem. Skutecznie izolowałem się od tych, którym na mnie zależało i jeśli chcesz, to Molly może ci to potwierdzić w każdej chwili. Jedyną osobą, którą dopuszczałem do głosu, była właśnie Sophia. Regularnie dzwoniła do mnie, przypominając, że powielam błędy Rosie, ale prócz krytykowania ona dawała mi również motywację, by wrócić. Musiałem dojrzeć do tego, by wyjść spod łóżka i przestać bać się wyimaginowanych potworów. Pewnego ranka po prostu obudziłem się i już planowałem jak najszybsze zobaczenie się z tobą, jednak po chwili dowiedziałem się, że będzie to o wiele trudniejsze.
Jenny nie uśmiechała się już, jednak wciąż uważnie słuchała tego, co mówił James. Nie było to dla niego łatwe. Potrzebował chwili, by ponownie zebrać myśli, a kiedy już to zrobił, spojrzał znów na Jenny i raz jeszcze odnalazł spokój w jej zielonych oczach.
- Poczułem namiastkę tego, co musiała czuć Rosalie - mówił dalej. - Kiedy uciekasz, wydaje ci się, że zostawiasz problemy za sobą, i faktycznie tak jest, jednak w taki sposób niczego nie rozwiązujesz. Możesz wciąż uciekać albo wrócić i jeszcze nie jestem pewny, która z tych opcji jest łatwiejsza. Cholernie ciężko jest wrócić w miejsca, które znasz i zobaczyć twarze tych, którzy musieli się o ciebie martwić. Bałem się, zresztą teraz też nie jestem w stu procentach opanowany, a jednak wydaje mi się, że podjąłem dobrą decyzję i teraz będzie już tylko łatwiej.
- Pewnie tak - mruknęła Jenny. - To, że na powitanie nie przywaliłam ci patelnią, można chyba odczytać jako pozytywny znak.
James uśmiechnął się i przez chwilę oboje milczeli, chłonąc każde spojrzenie.
- Wracam tak, jak wróciła Rosalie. Żyję, bo mnie o to prosiła. Nie chcę dłużej uciekać, bo nie mogę zmarnować kolejnego dnia. Muszę pogodzić się z tym, że jej już nie ma i przekonać się, czy bez tych jej rad będę w stanie odnaleźć prawdziwe szczęście w życiu. Zabawne, że to właśnie Rosie pomogła mi dostrzec, że od samego początku najmocniej kochałem właśnie ciebie. Przed tym spotkaniem bałem się, że może ułożyłaś sobie jakoś życie i nie chciałem mieszać ci w głowie, dlatego nie napisałem, że chcę się z tobą zobaczyć. Po raz kolejny udowodniłem, że jestem debilem.
Jenny wiedziała, że się zarumieniła. James musiał to zauważyć, mimo ciemnej nocy, rozjaśnionej jedynie przez gwiazdy pozapalane na niebie.
- Ja, skończony idiota, który zachował się jak ostatni gnojek, proszę cię o wybaczenie i kolejną szansę. Ja, ten nieczuły drań, przez którego płakałaś, wracam z podkulonym ogonem i błagam, abyś spróbowała raz jeszcze przyjąć moje serce.
- Okej.
- Okej? - powtórzył James, patrząc podejrzliwie na rudowłosą.
- Tak, James - Jenny wzruszyła ramionami, a jej twarz ponownie przeciął uśmiech. - Wiedziałam, że wrócisz. Byłam na ciebie zła, to zrozumiałe, ale nie zwątpiłam w to, że w pewnym momencie pójdziesz po rozum do głowy. Tak, przyznaję, ta Rosalie, której nienawidziłam przez większość swojego życia, jednak zrobiła dla mnie coś dobrego. Sam powiedziałeś, że to ona pomogła ci utwierdzić się w tym, że mnie kochasz, a ja się z tym zgadzam.
- Na pewno? - zapytał mężczyzna, nie wierząc we własne szczęście. - Myślałem, że będzie trudniej...
- Jesteś zawiedziony? - spytała, a James pokręcił energicznie głową. - To dobrze. A jeśli nie chcesz, żebym to ja poczuła się zawiedziona...
- Dobrze wiem, co mam robić - przerwał jej.
Był to jeden z najlepszych pocałunków w ich życiu. Być może jego atrakcyjność podbudowywał fakt, że oboje musieli bardzo długo na niego czekać. Gdy James odsunął się minimalnie, dłonią zebrał włosy rozsypane na twarzy Jenny, przylepione do jej skóry wilgotnej od śniegu.
- Już nigdy mi nie uciekniesz, prawda? - spytała Jenny. - Obiecaj mi to, James.
- Obiecuję - powiedział bez namysłu mężczyzna. - Obiecuję, obiecuję...
- Wystarczyło powiedzieć tylko raz - rzekła roześmiana dziewczyna. - Wierzę ci.
James odnalazł dłoń ukochanej i przez moment żadne z nich nie odezwało się ani słowem. Patrzyli na Londyn, który stopniowo zanikał coraz bardziej pod grubymi fałdami śniegu. Wsłuchiwali się w swoje spokojne oddychanie, w rozmowę dobiegającą z kuchni i przytłumiony dźwięk skrzypiec, wydostający się z salonu przez uchylone okno. Właśnie wtedy mężczyzna przypomniał sobie o czymś, co spoczywało w kieszeni jego kurtki.
- Jenny, nie chciałbym, abyś pomyślała, że planowałem cię przekupić, ale od paru tygodni noszę przy sobie coś, co powinnaś dostać już dawno temu - powiedział i puścił dłoń zaintrygowanej Jenny i po chwili ukląkł na mroźnej ziemi. Konsekwentnie ignorował zdziwioną minę Jenny i to, jak wstrzymała oddech, gdy jej oczom ukazało się granatowe pudełeczko. - Pierścionek. Mam nadzieję, że mnie od niego uwolnisz, bo wolałbym nie szwendać się z nim po mieście przez kilka następnych miesięcy.
- James, proszę cię... - zawołała Jenny, choć na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
- Obiecałem ci, że już nigdy cię nie opuszczę - rzekł. - Zgódź się, Joyce. Jeśli nie dla mnie, to dla Victora.
- A co on ma do tego? - spytała cicho.
- Nie pamiętasz, co powiedział na weselu? - zapytał James i zaśmiał się. - ,,Wy będziecie następni''. Byłoby nieelegancko, gdybyśmy odebrali mu możliwość szczycenia się swoim darem jasnowidzenia.
- Zrobię to, ale nie dla Victora - powiedziała, a do Jamesa dopiero po chwili w pełni dotarły jej słowa.
- Czy ty właśnie zgodziłaś się zostać moją żoną? - spytał ciemnooki. - Kurczę, a miałem przygotowaną specjalną mowę na tę okoliczność.
- Och, daj spokój - rzekła stanowczo Jenny. - Jest idealnie.
- Joyce...
James wsunął pierścionek na palec ukochanej, a ona pocałowała go po raz kolejny. Choć znali się właściwie od zawsze, a o swoim uczuciu wiedzieli od kilkunastu lat, to dopiero teraz zdecydowali się na następny krok. Nawet ktoś z tak wybujałą wyobraźnią, jaką posiadała Jenny, nie byłby w stanie wymyślić lepszego scenariusza. Oboje byli w pełni usatysfakcjonowani tym, co się właśnie wydarzyło. To był ich nowy początek i szansa na to, by wreszcie tworzyć prawdziwą, kompletną rodzinę.
- Jest chyba jedna rzecz, której nie przewidziałeś - powiedziała Jenny, kiedy narzeczeni wracali do domu, trzymając się za ręce. - Będziesz musiał przestać nazywać mnie Joyce.
James pokręcił zamaszyście głową.
- Dla mnie zawsze będziesz tą nieśmiałą Joyce w zbyt dużych okularach.
Gdy Jenny otworzyła drzwi i weszła do środka, James przez chwilę stał w miejscu i patrzył na upstrzone gwiazdami niebo. Kiedy jedna z gwiazd zaświeciła się jak żarówka, mężczyzna uśmiechnął się i potraktował to jako głos płynący z góry.
- Spokojnie, do ciebie też przyjdę - szepnął. - Czekaj na mnie w miejscu, które uczyniliśmy wiecznie naszym.

***
Kodaline - High Hopes *

3 komentarze:

  1. Nie wiem od czego zacząć! Tak bardzo zżyłam się z tą historią, że ciężko mi uwierzyć, że to już koniec. Jak sama napisałaś na oficjalne pożegnanie przyjdzie czas pod epilogiem, ale i tak chciałabym już dzisiaj napisać kilka słów odnośnie tego opowiadania.
    Jesteś utalentowaną osobą, o czym wie każdy kto miał przyjemność zetknąć się z Twoją twórczością. Być może ktoś mógłby mi zarzucić, że nie jestem obiektywna, bo należysz do szczególnych osób w moim życiu, ale ja nie kłamię. Pamiętam, jakby to było wczoraj, Twoją pierwszą historię, moment kiedy to wszystko się zaczynało.. Bawiłyśmy się pisaniem, czerpałyśmy z tego przyjemność i wydaje mi się - chociaż mogę się mylić - że wtedy jeszcze nie zdawałyśmy sobie sprawy, że możemy traktować to poważnie. I nagle przyszedł ten dzień, gdy okazało się, że pisanie to nie tylko moment, który pozwala nam zapomnieć o rzeczywistości i zatracić się w naszej wyobraźni, ale coś więcej.. coś znacznie więcej. I wtedy zaczęłaś ewolucja. To jakie postępy uczyniłaś w pisaniu są niebywałe, to jak się rozwinęłaś pod względem stylistycznym i każdym innym jest zachwycające. Kocham to, co robisz i jak to robisz. Każde zdanie, które wyszło spod Twoich palców jest przemyślane, sensowne i precyzyjne, a jednocześnie nie jest 'suche'. Jest w nich tyle uczuć, tyle emocji i piękna, które może na historię przelać jedynie jej autor i Ty tą umiejętność posiadłaś.
    Forever Ours nie jest jedną z wielu Twoich historii, jest wyjątkowe na swój sposób, podobnie jak poprzednie opowiadania. Każdej historii nadajesz nowy charakter, świeżość i to 'coś', co nie da się nazwać słowami. Forever Ours będzie dla mnie już na zawsze szczególnym opowiadaniem, nie tylko ze względu na zapierającą dech w piersiach dedykację, lecz również ze względu na emocje, które mi towarzyszyły pod czas czytania. Dziękowałam Ci za nie niejednokrotnie i podziękuję raz jeszcze dzisiaj: dziękuję za te niezapomniane chwile radości, śmiechu, złości i płaczu. Dziękuję! Dziękuję Ci również za to, że nie przestajesz tworzyć, że nie pozwalasz odebrać sobie tego, co kochasz. Wiem jak łatwo zatracić się w codzienności, jak dorosłe życie potrafi odsunąć nas od tego, co czyni nas szczęśliwymi, ale najważniejsze jest w odpowiednim momencie zaprzeć się nogami i przywrócić życiu odpowiedni tor. Trzymam za Ciebie kciuki i wierzę, że Ci się to uda. Bo nie można zapominać w tym szalonym świecie o samym sobie!
    To tyle słowem wstępu, zabieram się za czytanie ostatniej części, a pod epilogiem napiszę więcej (chaotycznych, ale prawdziwych) słów! ;*
    Kocham wszystkie piosenki, których użyłaś w tym rozdziale!
    A teraz po kolei.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mały, ale pracujący na najwyższych obrotach mózg, wyobraził sobie Victora trzymającego w swoich ramionach córkę i rozpłynęłam się. Nie wiem, co takiego mają w sobie faceci z dziećmi, ale na ich widok zawsze uginają się pode mną nogi (a już szczególnie, gdy tatusiowe są przystojni, zabawni i tak uroczy jak Victor)! Podoba mi się ta sielanka, to że cała rodzina trzyma się razem i mimo różnic zdań, są dla siebie oparciem. To jest właśnie kwintesencja posiadania rodziny. Pięknie to ujęłaś.
      Nie potrafię rozgryźć Jamesa. Tak bardzo starał się odzyskać Jenny i kiedy w końcu mu się udało, zostawił ją. Mogę zrozumieć, że nie potrafił poradzić sobie z emocjami związanymi z utratą Rosalie, ale dlaczego teraz zachowuje się tak obojętnie wobec niej? Współczuję Jenny, bo jest ostatnią osobą, która zasługuje na takie cierpienie. Powinna być kochana i szczęśliwa. Mam nadzieję, że James się ogarnie i zacznie zachowywać jak mężczyzna, a nie chłopiec, bo inaczej będę bardzo, bardzo zła!
      Wzruszyłam się. Nie wiem czy odnajdę słowa, które opiszą to, co dzieje się teraz w mojej głowie... Victor i Vanessa kocham ich <3 Cieszę się, że tamtego dnia wpadli na siebie na ulicy, a Victor nie dał za wygraną i zdobył serce Vanessy, a ona mu je chętnie oddała. Nie wyobrażam sobie, że mogliby być z kimś innym. Pasują do siebie. Ich słowne przepychanki urzekły mnie od pierwszego momentu, ich miłość jest czymś o czym sama marzę, a rodzina.. Nie wiem czy kiedyś doczekam takiego momentu, ale jeśli tak, to chciałabym być tak szczęśliwa i tak zakochana, jak oni w tym fragmencie. Zauroczyłam się w każdym słowie, w całej ich rozmowie, a także w gestach i tych drobnych rzeczach, które opisałaś z nieziemską dokładnością. Jestem oczarowana.
      Christina od samego początku zdobyła moją sympatię, a przede wszystkim widziałam w niej odrobinę samej siebie. Wiem, że nie zawsze pochwalałam jej wybory, ale teraz cieszę się, że ich dokonała, bo to doprowadziło ją do tego miejsca. Nie wiem czy to planowałaś, ale zalewam swojego laptopa łzami. Nie potrafię nawet opisać tego, co czuję. Stworzyłaś magię. MAGIĘ! Gregor jest odpowiednim facetem dla Christiny, a Christina jest odpowiednią kobietą dla Gregor'ego. Ostatnio usłyszałam tekst: "trzeba pocałować wiele żab, aby odnaleźć tą odpowiednią''. Wiem, trywialny tekst, ale jakby się tak głębiej nad tym zastanowić, to jest w nim ukryta prawda.. Bo w życiu chodzi o to, aby odnaleźć tą odpowiednią osobę, a wtedy wszystko wydaje się prostsze, piękniejsze i bezpieczniejsze, lecz żeby tego dokonać trzeba pokonać niełatwą drogę. Oni ją pokonali i wygrali, a to ich nagroda: wspólna przyszłość.
      Jenny jest królową tego opowiadania. Tak empatycznej, ciepłej, wyrozumiałej, silnej, kochanej, zabawnej, mądrej, itp. kobiety nie poznałam nigdy w życiu. Jestem tak bardzo prze szczęśliwa, że jej marzenie się ziściło, że nawet tego sobie nie wyobrażasz! I co dziwne.. ufam Jamesowi. Ufam mu, że tym razem jej nie zawiedzie i chociaż kilkukrotnie pisałam, że Jenny powinna znaleźć sobie odpowiedniejszego faceta, to w duchu wiedziałam, że taki nie istnieje. To zawsze miał być James! Już dawno zostali sobie zapisani w gwiazdach ;-)
      Kochana, brak mi słów! Czułam, że ten odcinek będzie wyjątkowy, ale nie sądziłam, że rozłoży mnie na łopatki. Mam opuchnięte oczy, musiałam zrobić sobie krótką przerwę, aby wrócić do kilku fragmentów i przeczytać je raz jeszcze, a co więcej.. zaczerpnąć jeszcze więcej tej deluxowej magii, która w tej części jest niemal namacalna! Jesteś moją mistrzynią. Dziękuję Ci za to, że jesteś i robisz to, co robisz! Tak chole*rnie dobrze!
      Do napisania pod epilogiem! :*

      Usuń
  2. Już jestem. Muszę oszczędzać na słowach, bo coś pod epilogiem też trzeba napisać :) dlatego bez gadania przechodzę do czytania.
    Sama tak do końca nie wiem dlaczego, ale uwielbiam ten świąteczny nastrój świąt Bożego Narodzenia mimo, że spotkań rodzinnych samych w sobie od pewnego czasu po prostu nie lubię. To ciągłe wypytywanie o moje sprawy sercowe jest dość uciążliwe i z pewnością przyznają mi rację wszystkie osoby samotne. Ale święta są naprawdę magiczne, nawet mimo braku aury za oknem i tym podobnych detali. W przypadku Vanessy i Victora te święta są naprawdę wyjątkowe. Przyszły na świat ich długo wyczekiwane dzieci i myślę, że lepszego prezentu nie mogli sobie wymarzyć :) zawsze byli ze sobą szczęśliwi, ale teraz to szczęście jeszcze bardziej się powiększy :) oj tak, Constance na pewno będzie teraz w swoim żywiole. Zakładam codzienne wizyty i kontrolowanie młodych rodziców niemal na każdym kroku, w końcu babcia doczekała się kolejnych wnuków :) jeśli ktoś czytał ten fragment i nie uśmiechał się przez cały ten czas, to jest naprawdę dziwny. Sielanka trwa i mam nadzieję, że długo ich nie opuści :)
    Drugiego fragmentu może nie będę komentować, tylko przejdę do dalszego czytania :)
    To miłe ze strony Jamesa, że zabrał ze sobą Molly. Z pewnością ucieszyła się na spotkanie z wnukiem i jego rodziną, podobnie zresztą jak oni sami. Wcale nie dziwie się Jenny, że nad wszystkim tak się zastanawia i tak wszystko analizuje. Od nastrojów Jamesa można naprawdę dostać szału, więc mam nadzieję, że nic głupiego mu do głowy nie przyjdzie w święta. Moim zdaniem uśmiech jeszcze o niczym nie świadczy, ale lecę czytać dalej, zobaczymy co to będzie.
    Nie wierzę, że dopiero co urodzili się Rose i Harry, a Victor już planuje następne dzieci :) troszkę się nam zapędził, ale dobrze, że Vanessa sprowadziła go na ziemię. Wiesz, że po przeczytaniu tych wszystkich fragmentów z ich udziałem nie miałam okazji przeczytać, a nawet zobaczyć na żywo tak szczęśliwych ludzi, tak udanego związku. Wiadomo, że jakieś spięcia między nimi się pojawiły, ale były to naprawdę błahostki. Ciesze się, że Vanessa wreszcie znalazła swoje miejsce na ziemi i swoje upragnione szczęście :)
    Gregory totalnie mnie zaskoczył. W życiu nie spodziewałam się, że chciałby mieć dziecko. Rzeczywiście nie wygląda na kogoś, kto chce mieć rodzinę. Myślałam, że związek z Christiną mu wystarczy, że nie potrzebuje ślubu i obrączek. Byłoby to zrozumiałe bo przecież już raz się zawiódł, więc wcale nie dziwi mnie takie myślenie. Przyznaję, że cały czas miałam do niego dystans, po prostu mu nie ufałam. Z góry założyłam, że prędzej czy później zrani Tinę, a ta będzie bardzo cierpiała. W tym fragmencie udowodnił, że chce tego szczęścia właśnie z psycholog i podobnie jak ona sama nie wiedziałabym co odpowiedzieć na takie wyznanie. Mam nadzieję, że uda im się spełnić swoje wspólne marzenie, na pewno będą świetnymi rodzicami :)
    Ostatni fragment był przepiękny. Czy teraz już mogę śmiało powiedzieć, że James zmądrzał i zrozumiał gdzie jest jego miejsce? Mam nadzieję, że tak, że już więcej nie zawiedzie Jenny i udowodni, że rzeczywiście bardzo ją kocha :)
    Na teraz to tyle. Do zobaczenia pod epilogiem :)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń