Hej :)
Minął kolejny tydzień, a ja znowu przychodzę do Was z nowością. Termin publikacji zależy w dużej mierze od Was - skoro wszyscy już dawno przeczytali, to chyba można dodać kolejną część. Taki stan pewnie nie utrzyma się na zawsze, ale póki tak jest, to trzeba z tego korzystać :)
13 sierpnia napisałam epilog Forever Ours. Jestem zadowolona z efektu i tego, że udało mi się dobrnąć do końca, ale to też dziwne uczucie - no bo ponad 9 miesięcy pracy nad tym opowiadaniem dobiegło końca. W każdym razie mam dla Was jeszcze duuużo rozdziałów i jestem szalenie ciekawa Waszych opinii. Także ja się absolutnie nigdzie stąd nie ruszam, Forever dalej żyje swoim życiem i obiecuję, że koniec nie jest blisko.
Dziękuję za komentarze :)
Całuję i do następnego, za tydzień, dwa albo kiedyś tam, haha :*
***
One Republic - Au Revoir
Minął kolejny tydzień, a ja znowu przychodzę do Was z nowością. Termin publikacji zależy w dużej mierze od Was - skoro wszyscy już dawno przeczytali, to chyba można dodać kolejną część. Taki stan pewnie nie utrzyma się na zawsze, ale póki tak jest, to trzeba z tego korzystać :)
13 sierpnia napisałam epilog Forever Ours. Jestem zadowolona z efektu i tego, że udało mi się dobrnąć do końca, ale to też dziwne uczucie - no bo ponad 9 miesięcy pracy nad tym opowiadaniem dobiegło końca. W każdym razie mam dla Was jeszcze duuużo rozdziałów i jestem szalenie ciekawa Waszych opinii. Także ja się absolutnie nigdzie stąd nie ruszam, Forever dalej żyje swoim życiem i obiecuję, że koniec nie jest blisko.
Dziękuję za komentarze :)
Całuję i do następnego, za tydzień, dwa albo kiedyś tam, haha :*
***
One Republic - Au Revoir
Zawsze zasypiać przy dźwięku bicia twojego serca i nigdy nie budzić się bez niego.
Tej nocy nie obudziła się ani razu. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio spało jej się tak dobrze, jak przez tych parę godzin. Nie musiała otwierać oczu, by upewnić się, że mężczyzna, który pomógł jej zasnąć, wciąż był tuż obok niej. Czuła go. Kiedy jego klatka piersiowa unosiła się, wtulona w nią głowa robiła dokładnie to samo. Kiedy jego serce zaczynało bić mocniej, błyskawicznie odnajdowało w jej sercu swego towarzysza. Byli zgodni i dzielili się ze sobą szczęściem, które zdawało się przybierać na wadze każdego dnia. Victor stał się jej powietrzem, które Vanessa łapczywie nabierała w usta. To, co mieli, było cudowne i pęczniało w ich sercach za każdym razem, kiedy dane im było się spotkać. Musieli walczyć, aby maksymalnie wykorzystać te nieliczne momenty. Nie pozwolić uciec chwilom, które otrzymali w darze. Nie zmarnować cennej sekundy wspólnego milczenia na gadaniu o niczym. Nie dusić w sobie czułych słów, które aż grzech trzymać w ukryciu przed drugą połówką. Nie bać się zatracić w tej miłości, aż do granic wytrzymałości. Nie budzić się w połowie snu i nie robić tego samotnie...
Niebieskooka rozchyliła w końcu powieki. Przeciągnęła się leniwie, zachwycona pięknymi rzeczami, które podziwiała we śnie. A może to wcale nie była fikcja? Może jej życie naprawdę było tak wspaniałe, jak te wszystkie miejsca, stworzone przez jej wyobraźnię? Tak, to na pewno była prawda. Vanessa uśmiechnęła się od ucha do ucha. Kiedy przypomniała sobie o pewnym mężczyźnie, który dał jej w prezencie najlepszy dzień i najpiękniejszą noc, jej serce nagle wypełniło przyjemne ciepło.
- Wstawaj - szepnęła, po czym ziewnęła, choć próbowała tego uniknąć. - Szkoda dnia! - dodała i przewróciła się na drugi bok, patrząc z nadzieją w miejsce, w którym widziała Victora po raz ostatni, nim zasnęła, jednak to, co rzeczywiście zobaczyła, bardzo dalekie było od tej pożądanej wizji. Materac wciąż był nieco zagłębiony, wskazując na to, iż tej nocy był on okupowany przez jeszcze jedną osobę, zielonookiego jednak na nim nie było.
Wtedy Vanessa przypomniała sobie wszystko. Choć udało jej się zatrzymać Victora u siebie na noc, mężczyzna i tak musiał wracać do Manchesteru z samego rana. Wiedziała o tym od początku, wcześniej nie myślała jednak, jak trudne będzie kolejne pożegnanie, a raczej jego brak. Vannie skrzywiła się, przechodząc z pozycji leżącej na siedzącą. Nie wiedziała, co było gorsze - jej łzy podczas żegnania oddalającego się samochodu piłkarza, czy to, czym musiała uraczyć się teraz. Cisza. Wyjście po cichu. Wymknięcie się jak włamywacz, który wziął to, czego chciał i mógł już iść.
Lekarka wzięła do ręki telefon i wybrała numer, który znała już na pamięć. Poczuła ukłucie w sercu, kiedy uświadomiła sobie, że Victor wciąż zapisany był w jej książce jako jej przyszły mąż. Miała ochotę po prostu go przytulić, niestety było to niemożliwe.
- Cześć, Vannie - męski głos odezwał się w słuchawce. Victor oddychał szybko, a w tle słychać było okrzyki jego kolegów z drużyny. - Musisz się streszczać. Mam trening.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? - zapytała wprost.
- Naprawdę dlatego dzwonisz? - Victor parsknął, jakby spodziewał się czegoś istotniejszego.
- Możesz odpowiedzieć na pytanie? - nie ustępowała.
- Vannie, robisz z igły widły - powiedział ze spokojem. - Dobrze wiesz, dlaczego to zrobiłem. Gdybym cię obudził, nawarczałabyś na mnie, a kiedy rozbudziłabyś się wystarczająco, przyłożyłabyś mi poduszką w łeb.
Vanessa zaśmiała się pod nosem. Nie chciała, aby to usłyszał. Z jakichś powodów sposób, w jaki mężczyzna tłumaczył się jej, wydał jej się cudowny.
- Znam cię dużo lepiej, niż ci się wydaje - rzekł Victor, a w jego głosie po raz pierwszy zagościła radość. - Już za tobą tęsknię. Kocham c...
- JOYCE! - ryknął głos, którego Vanessa nie kojarzyła. Stało się to tak nagle, że brunetka aż się wystraszyła i odsunęła telefon na bezpieczną dla swojego ucha odległość.
- Pilna sprawa, trenerze! - powiedział Victor, a Vannie przyłożyła pięść do ust, by nie wybuchnąć śmiechem. - Żona rodzi, wie pan...
- Przekaż jej, że dla nas wszystkich będzie lepiej, jeśli urodzi po meczu. Poważnie, Joyce, przestań mydlić mi oczy! Rozłącz się i dołącz do kolegów, bo jak nie...
- Tak jest, trenerze! - rzekł Victor takim tonem, jakby był w wojsku i właśnie miał wykonać polecenie swego dowódcy. - Zadzwonię wieczorem. Kocham cię - szepnął i rozłączył się.
- Ja ciebie też... - powiedziała Vanessa, choć wiedziała, że ukochany nie może usłyszeć tych słów.
W tym samym momencie lekarka usłyszała ciche pukanie do drzwi. Odchrząknęła, a do środka zajrzała Christina, jeszcze w piżamie. Vannie uśmiechnęła się i zaprosiła przyjaciółkę dalej. Brunetka usiadła po turecku na łóżku niebieskookiej, po czym spojrzała na nią pytająco.
- Jak było?
- Naprawdę przyszłaś tu, by o tym rozmawiać? - zapytała Vanessa, a Tina roześmiała się.
- Mam do ciebie inną sprawę, ale nie zaszkodzi, jeśli powiesz mi co nieco - powiedziała. Vannie wyprostowała kciuk i pokazała go przyjaciółce. Christina uśmiechnęła się, wyraźnie usatysfakcjonowana taką reakcją współlokatorki. - Tak właśnie myślałam. A teraz słuchaj mnie uważnie. Pomyślałam sobie, że właściwie nie zaszkodziłoby urządzić moje urodziny jeszcze raz.
- Jesteś aż tak łasa na prezenty? - spytała Vannie wesoło. - A tak na poważnie, zaczynam się gubić. Jeszcze kilka tygodni temu nawet byś się nie zająknęła o jakiejś imprezie. Kim jesteś i co zrobiłaś z Christiną Dainty?
Ciemnowłosa nie odpowiedziała, tylko się uśmiechnęła. Vanessa uznała, że to wystarczy.
- Ty i Rosalie mogłybyście zaprosić, kogo chcecie - powiedziała Christina.
- Ja nie bardzo - westchnęła. - Mój wymarzony gość właśnie poci się jak świnia na boisku. Z drugiej strony, mogłabym zaprosić jego siostrę.
- Świetnie - ucieszyła się szarooka. - Zapytałam Rosalie, kogo przyprowadzi, ale powiedziała, że to tajemnica. Co to za sekret, skoro ja i tak wiem, co w trawie piszczy?
- A skąd wiesz? - zaciekawiła się Vanessa. Właśnie wtedy przypomniała sobie rozmowę, którą kiedyś przeprowadziła z Rosalie. - Wspomniała kiedyś o mężczyźnie z przeszłości. Zadzwonił i umówili się na spotkanie.
- Miałam nadzieję, że Rosalie zerwie z nim kontakt. Dobrze wie, że jestem przeciwna temu, aby nadal się spotykali. Nie interesuje mnie, co robią, ale byłoby lepiej, gdyby moja siostra poszła po rozum do głowy i odpuściła. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego.
- To cudownie, że mówisz wszystko wprost i niczego przede mną nie ukrywasz - Vanessa wyszczerzyła się sztucznie, mając nadzieję, że Christina bez trudu rozpozna sarkazm w jej głosie. Postanowiła uszanować takie, a nie inne zachowanie przyjaciółki, choć te wszystkie tajemnice coraz bardziej dawały jej się we znaki. - A kogo ty zaprosisz na tą imprezę? - rzekła, chcąc zmienić temat, póki czas. - Może tego swojego Szekspira?
- Nie mojego i nie Szekspira - Christina zaperzyła się groźnie. - Tak, zaproszę go - dodała w końcu, a Vanessa otworzyła buzię szeroko, zaskoczona całą tą sytuacją. - Zanim po raz kolejny pozwolisz swojej wyobraźni zapuścić się dalej, niż jest to dozwolone, oświecę cię nieco. Gregory to mój pacjent...
- Tak, mówiłaś już - Vanessa ziewnęła, chcąc okazać znudzenie.
- Nie mam zamiaru go podrywać, jasne? Zapraszam go po to, by spędzić z nim trochę czasu. Pogadać...
- Oczywiście o jego żonie - dokończyła Vannie.
- Dokładnie - powiedziała Christina stanowczo. Lekarka nie wiedziała, jak powinna zareagować. Słowa przyjaciółki zabrzmiały jej jak niezbyt dopracowany żart. - Zamierzam uratować jego małżeństwo i uważam, że odrobina rozrywki dobrze mu zrobi.
- To dlaczego nie zaprosisz jego żony? - spytała Vanessa. - Za jednym razem zaliczyłabyś sesję z obojgiem.
Niebieskooka wiedziała, że nie usłyszy odpowiedzi. Choć kibicowała przyjaciółce z całego serca i naprawdę chciała, aby Christina znalazła mężczyznę swoich marzeń, coraz mniej podobały jej się relacje szarookiej i pisarza. Tina nie przestała rumienić się, kiedy tylko w rozmowie padało jego imię. Nie tak zachowuje się kobieta, która nie czuje do swego pacjenta czegoś więcej. Vanessa wiedziała, że nie może wpłynąć na Tinę. Była dorosła i sama odpowiadała za swoje życie. Lekarka miała jednak nadzieję, że przyjaciółka nie skomplikuje sobie życia jeszcze bardziej. Oby znalazła jakiegoś fajnego faceta, zanim jej serce nie zacznie bić tylko i wyłącznie dla męża Sophii Haggerty. Swoją drogą, siostry Dainty miały chyba we krwi pakowanie się w relacje z nieodpowiednimi mężczyznami... Vannie była bardzo ciekawa, czy rzeczywiście pozna dawną, a może i obecną, miłość Rosalie. Teraz, kiedy sama była w szczęśliwym związku z Victorem, trzymała kciuki za swoje przyjaciółki, aby i one nie były więcej samotne.
***
Rosalie przekonała się, jak bardzo tęskniła za Jamesem, kiedy go zobaczyła. Chciała podejść bliżej, objąć go, poczuć, że on chce tego samego, ograniczyła się jednak do standardowego powitania starych znajomych. Kiedy jasnowłosa zaczęła zastanawiać się nad tym głębiej, doszła do wniosku, że James nie pozwoliłby jej na nic więcej. Albo jej się wydawało, albo na jego twarzy gościło zdenerwowanie. Nie mogła oprzeć się przykremu wrażeniu, że James ma do niej o coś żal. Nieczęsto patrzył w jej stronę, jakby celowo unikał widoku jej oczu. Czego się bał? Czy było coś, czego Rosalie nie wiedziała? A może teraz to ona powinna czuć strach? Ciemnooka wyjrzała przez okno, chcąc dowiedzieć się, co było ważniejsze od niej tak bardzo, że James wolał patrzeć tam, niż na nią. Świat budził się do życia, stale przypominając ludziom o tym, że nadchodzi nowa, ładniejsza i nieco żywsza pora roku. Wszyscy wydawali się szczęśliwsi, bardziej entuzjastycznie nastawieni do życia. James był chyba jedynym wyjątkiem. Z tą skwaszoną miną był jak niechciana skaza na pięknym obrazku. Kobieta dopuściła do siebie myśli, które dotąd tak skutecznie przeganiała. Mogła się tego spodziewać. Wróciła po jedenastu latach milczenia, a warto pamiętać o tym, że wcale nie rozstali się w zgodzie. Po prostu wyjechała, nie informując go o swoich planach. Kiedy podjęła decyzję o powrocie do Londynu i spotkaniu się z Jamesem, nieustannie towarzyszyły jej obawy. Nie zdziwiłaby się, gdyby brunet nie chciał w ogóle z nią rozmawiać, oglądać twarzy dziewczyny, która tak bardzo go zraniła. Przygotowywała się na cios, choć wiedziała, że w rzeczywistości może być dużo trudniej, niż mogła przypuszczać. James zachował się inaczej, niż się spodziewała i inaczej, niż powinien. Okazał jej tyle zrozumienia i ciepła. Nie unikał jej. Nie uniemożliwiał kontaktu. Łaknął kolejnych spotkań tak samo, jak ona. Czasami rozmawiało im się tak dobrze i swobodnie, że Rosalie zapominała o ich burzliwej przeszłości, tak dalekiej od ideału. James nie zadawał trudnych pytań, których się obawiała. Coraz rzadziej patrzył na nią z pewnym przerażeniem w oczach, jakby bał się zaufać jej po raz kolejny. Dziś Rosalie wiedziała już to, co kiedyś było dla niej tajemnicą - James był wspaniałym mężczyzną, który zasługiwał na szczęście. Wierzyła, że któregoś dnia naprawdę je odnajdzie. Nie potrafiła nawet porządnie się na niego wkurzyć, zrobić mu uwagi na temat jego zbolałej miny. Uśmiechała się, rozkoszując tym, że mogła tak po prostu na niego patrzeć. Brakowało jej tego widoku. Przez tyle lat próbowała wymazać z pamięci wspomnienie jego twarzy, zagłuszyć jego głos, poznać dotyk przyjemniejszy niż ten jego. Nie udało jej się, a teraz, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie, Rosalie wiedziała już, dlaczego tak się stało.
- Ciasteczko? - zapytała dziewczyna, a James spojrzał na nią zaskoczony. Blondynka wyszczerzyła się uprzejmie i podała mu talerzyk. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, wciąż nie pozbywszy się grymasu. - Niech zgadnę. Masz ochotę pieprzyć moje zasady i tu i teraz zapytać, dlaczego wyjechałam.
- Od kiedy przeklinasz? - spytał ozięble.
- Nie marnuj śliny na bezużyteczne pytania - rzekła wyzywająco. - No już. Nie wstydź się.
- Nie będę grał w te twoje gierki, Rosalie.
- Dlaczego? - zapytała.
James zastanowił się, czy powinien w ogóle się odzywać. Kiedy podjął decyzję, uraczył rozmówczynię spojrzeniem, w którym jarzyła się pogarda.
- Bo oboje wiemy, że i tak nic mi nie powiesz - stwierdził mężczyzna. - Nadal nie jesteś gotowa, by zmierzyć się z przeszłością.
- Jak ty mnie dobrze znasz... - westchnęła Rosalie.
- Właśnie wcale nie jestem tego taki pewny - powiedział James i choć zobaczył jej pytające spojrzenie, nie miał zamiaru niczego jej tłumaczyć.
Przypomniała mu się jego rozmowa z Sophią. Im dłużej zastanawiał się nad tym wszystkim, tym prawdopodobniejsze wydawało mu się to, że mógł być kolejną zabawką Rosalie, niczym więcej. Zabijał go fakt, że zostawił Jenny dla dziewczyny, która wodziła go za nos i być może nigdy nie była z nim całkowicie szczera. Zrezygnował z najlepszej przyjaciółki dla ślicznotki, której nawet nie znał...
- Co ty robisz? - zapytała Rosalie, kiedy James wstał i zaczął zakładać kurtkę.
- A na co ci to wygląda? - odparł nieuprzejmie. - Opuszczam lokal.
- James, proszę...
- Ja też cię o coś prosiłem, Rosalie. Wiele razy. Dałem ci dużo czasu. Przykro mi, ale nie mam go więcej. Jeśli nie możesz być ze mną szczera i powiedzieć mi prawdy, ja nie chcę się z tobą spotykać. Nie chcę kolejnych przesłodzonych rozmów przy herbacie z sokiem malinowym. Nie chcę zastanawiać się, jakim cudem wciąż pamiętasz te wszystkie nieistotne rzeczy na mój temat, a jakoś zapomniałaś o tym, że tak bardzo cię...
- Nie zapomniałam! - zareagowała Rosalie stanowczo.
- Ja też nie - rzekł mężczyzna. - Właśnie dlatego to tak boli.
Jasnowłosa patrzyła, jak jej dawny ukochany odchodzi. Nie była w stanie podnieść się, dogonić go i sprawić, by został. Jej umysł powtarzał w kółko słowa, które padły z jego ust. James miał już dosyć niepewności. Mogła to przewidzieć. Nie wiedziała, co powinna zrobić. Wciąż twierdziła, że nie był to odpowiedni czas na spowiedź i jego obrażona mina wcale nie pomoże jej zmienić zdania, wiedziała jednak, że nie mogła siedzieć bezczynnie. Musiała zrobić coś, by nie stracić szansy na naprawienie jednego ze swych największych błędów.
***
Christina wiedziała, że Vanessa nie łyknęła jej żałosnego tłumaczenia. Zawsze była kiepska w kombinowaniu. Prawda była taka, że szarooka chciała zaprosić Gregory'ego z powodu, który nie miał absolutnie nic wspólnego z jego małżeństwem. Brunetka nie zapomniała, jak wyglądało ich ostatnie spotkanie. Choć trafili na siebie przez przypadek, Tina nie umiała tak po prostu pozbyć się wspomnień. Kiedy dotarło do niej, że Gregory nadal przejmował się losem swej niewiernej żony, przypomniała sobie o tym, że przecież miała ratować jego małżeństwo, zamiast wchodzić w nie z buciorami. Naprawdę chciała znowu patrzeć na Gregory'ego tak, jak na początku ich skomplikowanej znajomości. Właśnie wtedy cofnęła się do nocy, którą spędzili na dachu, podziwiając przepięknie oświetlony Londyn i samych siebie. Jej ciało przebiegły dreszcze, a w brzuchu coś jej podskoczyło. Choć było zdecydowanie za wcześnie, by ułożona i niewinna Christina przyznała się wszystkim dookoła, że najzwyczajniej w świecie się zakochała, życie wysyłało jej coraz wyraźniejsze sygnały. Gregory nie był pierwszym lepszym facetem, którego mogłaby minąć na ulicy i nawet go nie zauważyć. On był kimś więcej, choć nigdy tak naprawdę nie dał jej powodu, by mogła spodziewać się odwzajemnienia swych uczuć. Być może była dla niego niemal anonimową kobietą, teraz jednak Christina nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Najważniejsze, że dotarło do niej, iż zrezygnowanie wcale nie było najlepszym rozwiązaniem. Chciała powtórzyć to, co wydarzyło się tamtej nocy. Chciała, aby na kilka chwil Gregory zapomniał o żonie, pisaniu i wszystkim, co wkurzało go w życiu. Chciała, aby poczuł się wolny w jej towarzystwie i chciała, aby tym razem nie unikał jej po wszystkim. Może to wina tych wszystkich romansideł, które przeczytała w swoim życiu, ponieważ Christina z całych sił wierzyła, że wszystko skończy się po jej myśli. Zła żona pójdzie w diabły, a jej mąż założy nową, cudowną rodzinę ze swoją atrakcyjną i ponętną psycholożką. To była ta idealna, wspaniała wizja, która podtrzymywała Tinę przy życiu. Zamierzała zaprosić Gregory'ego na przyjęcie tak, by Sophia o niczym się nie dowiedziała. Chciała mu powiedzieć, że nie przyjmuje odmowy.
- Pani Dainty, przyszli państwo Haggerty - powiedziała sekretarka, która zajrzała do gabinetu swej pracodawczyni.
- Zapraszam - odparła Christina, zaskakując rozmówczynię swą entuzjastyczną reakcją. Zwykle szarooka wyglądała tak, jakby szła na ścięcie, kiedy dowiadywała się, że Sophia Haggerty zbliża się wielkimi krokami. Swoją drogą, dopiero teraz zaczęło ją zastanawiać, jak i kiedy była baletnica wróciła do domu po tym, jak jej przejęty mąż szukał jej po całym mieście.
- Dzień dobry, Christino - powiedziała Sophia, której głos zdawał się być niezwykle pogodny i radosny.
- Dzień do... - ciemnowłosa urwała w pół słowa, kiedy podniosła wzrok. Do gabinetu weszło młode małżeństwo, trzymając się za ręce. Blondynka uśmiechała się od ucha do ucha, a Gregory...
- Dzień dobry - rzekł, po czym skinął łagodnie głową i zajął miejsce tuż obok żony.
- Dobrze się czujesz? - zapytała Sophia, przyglądając się ciemnowłosej.
Christina wcale nie czuła się dobrze. Po raz pierwszy od dawna poczuła, jak to nieprzyjemne uczucie ogarnia ją od czubka głowy aż po palce u stóp. Zazdrość. Spojrzała raz jeszcze na swoich pacjentów. Wyglądali tak, jak wszyscy inni, którym Christina pomagała pokonać kryzys. Nie szczerzyli się jak banda pomyleńców, kiedy na siebie patrzyli, byli jednak ze sobą blisko. Zbyt blisko, biorąc pod uwagę ogromną chęć Tiny na to, by wyprosić Sophię za drzwi i umieścić swą własną dłoń pomiędzy palcami pisarza.
- To dzięki tobie Gregory postanowił kontynuować terapię - powiedziała rozanielona Sophia, nie zauważając poczerwieniałych ze złości policzków Christiny. - To bardzo ważne dla naszego małżeństwa. Skarbie, nie powinieneś przypadkiem czegoś powiedzieć?
- Dziękuję - rzekł Gregory, a Tina zdumiała się, kiedy dotarło do niej, że słowa te były skierowane do niej. Próbowała zmusić się do uśmiechu, aby zachować pozory, zdołała jednak skrzywić się nieznacznie.
- Nie ma za co, panie Haggerty.
Kilka minut wcześniej Christina chciała walczyć o Gregory'ego. Była głupia i popełniła ten sam błąd po raz kolejny. Obiecała sobie, że nie dopuści do tego, by ich relacje kiedykolwiek przerodziły się w coś więcej. Musiała uwierzyć w bajeczkę, którą kilka godzin wcześniej usiłowała sprzedać Vanessie. Gregory był jej pacjentem, a ona musiała pomóc mu w uratowaniu jego małżeństwa. Powinna skupić się na tym, zamiast szukać miłości u boku kogoś takiego, jak pan Haggerty. Zamierzała do końca terapii zwracać się do niego tylko w tej oficjalnej wersji, nie przekraczając granicy, choć do niedawna tak bardzo ją to kusiło.
James był w tak podłym nastroju, że nawet alkohol nie był w stanie ukoić jego nerwów. Każdy łyk był dla niego niczym przeprawa przez piekło, a jednak nie zamierzał odstawić butelki. Było to jedyne, co mu teraz pozostało. Pustka, jaką dostrzegł wokół siebie, obudziła pewne demony w jego sercu. Był sam. Nie mógł tak z dnia na dzień rzucić wszystkiego i pojechać do Molly. Chciał zobaczyć się z synem, jednak wiedział, że Jenny nie życzyłaby sobie tego, zresztą po części nawet to rozumiał. Kiedyś miał przyjaciela, który był na każde zawołanie, gotów, by wesprzeć swego kumpla, a teraz James nawet tym nie mógł się już poszczycić. Ostatnią osobą, o której pomyślał, była Rosalie, jednak ich rozmowa wprawiła Jamesa w dziwny humor, którego jeszcze nie potrafił rozgryźć. Z jednej strony był na nią wściekły, a z drugiej było mu jej po prostu szkoda. Gdyby tak się zastanowić, to Rosalie również nie miała wokół siebie tłumu kochających ją ludzi, przejmujących się jej losem. James nie zapomniał o jej fatalnych relacjach z siostrą, a fakt, że w każdej chwili jasnowłosa mogła przypadkowo wpaść na Sophię, wcale nie podnosił go na duchu. Możliwe, że był jej jedyną i ostatnią deską ratunku, kimś, kto zostanie, gdy wszyscy inni pójdą w inną stronę, ale czy Rosalie nie wymagała od niego zbyt wiele? Do tej pory był wręcz anielsko cierpliwy, ale ileż można? Domagał się prawdy, nie zważając na to, jak bolesna mogła ona być. Miał to gdzieś. Zasłużył na to, by wiedzieć, dlaczego dziewczyna, której ufał, zostawiła go od tak sobie. A może faktycznie powinien odpuścić i raz na zawsze zerwać z nią wszelkie kontakty? Bo czy poznanie prawdy uczyni go szczęśliwszym? Czy wróci mu miłość, którą utracił? Nie.
James usłyszał pukanie do drzwi, co natychmiast przypomniało mu o ostatnim gościu, jakiego miał. Wypity alkohol odsunął od niego jakąkolwiek inną możliwość i ciemnooki był stuprocentowo pewien, iż wie, kogo za moment ujrzy po drugiej stronie.
- Masz dla mnie kolejne wspaniałe wieści, Gallagher? - zapytał i nieco chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Kiedy je otworzył, doznał szoku.
Rosalie była ostatnią osobą, jakiej mógł się tu spodziewać, a jednak to właśnie ją zobaczył u swych drzwi. Miała zaróżowione policzki, a jej usta drżały lekko. Wyglądała tak, jakby miała za chwilę się rozpłakać. Wtedy zrozumiał... Rosalie nie znała Sophii Haggerty, lecz Gallagher, tak brzmiało bowiem jej panieńskie nazwisko. Jasnowłosa wyglądała na zawiedzioną, kiedy dotarło do niej, że James utrzymuje kontakt z jej dawną rywalką. W milczeniu podała mu kopertę i czym prędzej zniknęła mu z oczu. Mężczyzna był tak zaskoczony, że nie zdołał wydusić z siebie ani słowa, by ją zatrzymać. Pospiesznie otworzył kopertę i wyjął z jej wnętrza list. Bez trudu poznał pismo Rosalie.
,,Przepraszam Cię za wszystko. Jest tak wiele rzeczy, które nie powinny być dla Ciebie tajemnicą, jednak to nie jest tak proste, jak moglibyśmy sobie tego życzyć. Obiecałam Ci, że powiem Ci wszystko, ale nadal muszę prosić Cię o trochę więcej cierpliwości. Nie zrywaj ze mną kontaktu, bez względu na to, jak bardzo działam Ci na nerwy. Nie poddawaj się i zaufaj mi jeszcze ten jeden raz. Jeśli się załamiesz, po prostu mnie zabijesz. Nie chcę Cię szantażować, ale wierz mi, że nie mam innego wyjścia.''
James bez wahania zdjął z wieszaka kurtkę i wybiegł z mieszkania. Kiedy znalazł się na zewnątrz, rozejrzał się dookoła. Zobaczył ją niedaleko, za co natychmiast podziękował Bogu w duchu, po czym popędził w jej kierunku. Złapał ją, choć Rosalie próbowała go odtrącić. Od razu zauważył, że płakała.
- Teraz to ja przepraszam - powiedział, z trudem łapiąc oddech. Nie zamierzał puścić Rosalie wolno bez ofiarowania jej słów, na które zasługiwała. - Miałem ostatnio trudny czas, a ty oberwałaś rykoszetem. Wylałem na ciebie swoje frustracje i niepotrzebnie się uniosłem.
- Myślisz, że dlatego płaczę? - zapytała swoim słodkim głosem, który sprawił, że jego serce pękło po raz kolejny. - James, przecież ja dobrze wiedziałam, że w którymś momencie nie wytrzymasz i zechcesz siłą wydusić ze mnie całą prawdę. Naprawdę to rozumiem.
- Tylko mi nie mów, że ryczysz z powodu Sophii... - westchnął i przestraszył się, kiedy Rosalie na dźwięk znienawidzonego imienia wzdrygnęła się mimowolnie.
Kiedy James otworzył w końcu usta, by wytłumaczyć Rosalie, dlaczego wciąż kontaktował się z Sophią, ciemnooka pokręciła przecząco głową. Nie chciała tego słuchać, jednak wcale nie było to spowodowane złością, o czym mógł świadczyć szeroki uśmiech, który niespodziewanie przeciął jej twarz.
- To jest twoje życie i jestem ostatnią osobą, która mogłaby się w nie wtrącać - powiedziała zupełnie szczerze. - Nie chciałbyś przyjść na przyjęcie mojej siostry? Moglibyśmy zabawić się tak, jak kiedyś i wnieść trochę radości do naszych spotkań.
- A zatańczysz ze mną? - zapytał z nadzieją w głosie, zgodnie z prośbą Rosalie puszczając osobę Sophii w niepamięć.
- Jasne, pod warunkiem, że nie będziesz deptał mi po stopach tak, jak dawniej.
- Tego nie mogę obiecać - James uśmiechnął się i odczuł ogromną ulgę, kiedy jasnowłosa uczyniła to samo.
Kiedy rozstali się i brunet ruszył z powrotem w stronę domu, pomyślał o obecnym życiu Rosalie. Wyglądało na to, że jej relacje z siostrą uległy znacznej poprawie i nie były już aż tak złe, jak w przeszłości. Ucieszył się, choć w sercu zakuła go delikatna zazdrość. Szczęście Rosalie nie zmieniało faktu, że James nadal był całkiem sam, a jego życie w niczym nie przypominało pięknego obrazka, o jakim kiedyś marzył.
***- Pani Dainty, przyszli państwo Haggerty - powiedziała sekretarka, która zajrzała do gabinetu swej pracodawczyni.
- Zapraszam - odparła Christina, zaskakując rozmówczynię swą entuzjastyczną reakcją. Zwykle szarooka wyglądała tak, jakby szła na ścięcie, kiedy dowiadywała się, że Sophia Haggerty zbliża się wielkimi krokami. Swoją drogą, dopiero teraz zaczęło ją zastanawiać, jak i kiedy była baletnica wróciła do domu po tym, jak jej przejęty mąż szukał jej po całym mieście.
- Dzień dobry, Christino - powiedziała Sophia, której głos zdawał się być niezwykle pogodny i radosny.
- Dzień do... - ciemnowłosa urwała w pół słowa, kiedy podniosła wzrok. Do gabinetu weszło młode małżeństwo, trzymając się za ręce. Blondynka uśmiechała się od ucha do ucha, a Gregory...
- Dzień dobry - rzekł, po czym skinął łagodnie głową i zajął miejsce tuż obok żony.
- Dobrze się czujesz? - zapytała Sophia, przyglądając się ciemnowłosej.
Christina wcale nie czuła się dobrze. Po raz pierwszy od dawna poczuła, jak to nieprzyjemne uczucie ogarnia ją od czubka głowy aż po palce u stóp. Zazdrość. Spojrzała raz jeszcze na swoich pacjentów. Wyglądali tak, jak wszyscy inni, którym Christina pomagała pokonać kryzys. Nie szczerzyli się jak banda pomyleńców, kiedy na siebie patrzyli, byli jednak ze sobą blisko. Zbyt blisko, biorąc pod uwagę ogromną chęć Tiny na to, by wyprosić Sophię za drzwi i umieścić swą własną dłoń pomiędzy palcami pisarza.
- To dzięki tobie Gregory postanowił kontynuować terapię - powiedziała rozanielona Sophia, nie zauważając poczerwieniałych ze złości policzków Christiny. - To bardzo ważne dla naszego małżeństwa. Skarbie, nie powinieneś przypadkiem czegoś powiedzieć?
- Dziękuję - rzekł Gregory, a Tina zdumiała się, kiedy dotarło do niej, że słowa te były skierowane do niej. Próbowała zmusić się do uśmiechu, aby zachować pozory, zdołała jednak skrzywić się nieznacznie.
- Nie ma za co, panie Haggerty.
Kilka minut wcześniej Christina chciała walczyć o Gregory'ego. Była głupia i popełniła ten sam błąd po raz kolejny. Obiecała sobie, że nie dopuści do tego, by ich relacje kiedykolwiek przerodziły się w coś więcej. Musiała uwierzyć w bajeczkę, którą kilka godzin wcześniej usiłowała sprzedać Vanessie. Gregory był jej pacjentem, a ona musiała pomóc mu w uratowaniu jego małżeństwa. Powinna skupić się na tym, zamiast szukać miłości u boku kogoś takiego, jak pan Haggerty. Zamierzała do końca terapii zwracać się do niego tylko w tej oficjalnej wersji, nie przekraczając granicy, choć do niedawna tak bardzo ją to kusiło.
Czasami sami jesteśmy sobie winni. To my trzymamy w ręku kij, którym dostajemy w głowę za pochopne decyzje, które podejmujemy. Za niewinną chwilę zapomnienia płacimy latami rozpamiętywania konsekwencji swej lekkomyślności. Pomyśl o tym, kiedy następnym razem zaczniesz prosić się o guza.
***James był w tak podłym nastroju, że nawet alkohol nie był w stanie ukoić jego nerwów. Każdy łyk był dla niego niczym przeprawa przez piekło, a jednak nie zamierzał odstawić butelki. Było to jedyne, co mu teraz pozostało. Pustka, jaką dostrzegł wokół siebie, obudziła pewne demony w jego sercu. Był sam. Nie mógł tak z dnia na dzień rzucić wszystkiego i pojechać do Molly. Chciał zobaczyć się z synem, jednak wiedział, że Jenny nie życzyłaby sobie tego, zresztą po części nawet to rozumiał. Kiedyś miał przyjaciela, który był na każde zawołanie, gotów, by wesprzeć swego kumpla, a teraz James nawet tym nie mógł się już poszczycić. Ostatnią osobą, o której pomyślał, była Rosalie, jednak ich rozmowa wprawiła Jamesa w dziwny humor, którego jeszcze nie potrafił rozgryźć. Z jednej strony był na nią wściekły, a z drugiej było mu jej po prostu szkoda. Gdyby tak się zastanowić, to Rosalie również nie miała wokół siebie tłumu kochających ją ludzi, przejmujących się jej losem. James nie zapomniał o jej fatalnych relacjach z siostrą, a fakt, że w każdej chwili jasnowłosa mogła przypadkowo wpaść na Sophię, wcale nie podnosił go na duchu. Możliwe, że był jej jedyną i ostatnią deską ratunku, kimś, kto zostanie, gdy wszyscy inni pójdą w inną stronę, ale czy Rosalie nie wymagała od niego zbyt wiele? Do tej pory był wręcz anielsko cierpliwy, ale ileż można? Domagał się prawdy, nie zważając na to, jak bolesna mogła ona być. Miał to gdzieś. Zasłużył na to, by wiedzieć, dlaczego dziewczyna, której ufał, zostawiła go od tak sobie. A może faktycznie powinien odpuścić i raz na zawsze zerwać z nią wszelkie kontakty? Bo czy poznanie prawdy uczyni go szczęśliwszym? Czy wróci mu miłość, którą utracił? Nie.
James usłyszał pukanie do drzwi, co natychmiast przypomniało mu o ostatnim gościu, jakiego miał. Wypity alkohol odsunął od niego jakąkolwiek inną możliwość i ciemnooki był stuprocentowo pewien, iż wie, kogo za moment ujrzy po drugiej stronie.
- Masz dla mnie kolejne wspaniałe wieści, Gallagher? - zapytał i nieco chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Kiedy je otworzył, doznał szoku.
Rosalie była ostatnią osobą, jakiej mógł się tu spodziewać, a jednak to właśnie ją zobaczył u swych drzwi. Miała zaróżowione policzki, a jej usta drżały lekko. Wyglądała tak, jakby miała za chwilę się rozpłakać. Wtedy zrozumiał... Rosalie nie znała Sophii Haggerty, lecz Gallagher, tak brzmiało bowiem jej panieńskie nazwisko. Jasnowłosa wyglądała na zawiedzioną, kiedy dotarło do niej, że James utrzymuje kontakt z jej dawną rywalką. W milczeniu podała mu kopertę i czym prędzej zniknęła mu z oczu. Mężczyzna był tak zaskoczony, że nie zdołał wydusić z siebie ani słowa, by ją zatrzymać. Pospiesznie otworzył kopertę i wyjął z jej wnętrza list. Bez trudu poznał pismo Rosalie.
,,Przepraszam Cię za wszystko. Jest tak wiele rzeczy, które nie powinny być dla Ciebie tajemnicą, jednak to nie jest tak proste, jak moglibyśmy sobie tego życzyć. Obiecałam Ci, że powiem Ci wszystko, ale nadal muszę prosić Cię o trochę więcej cierpliwości. Nie zrywaj ze mną kontaktu, bez względu na to, jak bardzo działam Ci na nerwy. Nie poddawaj się i zaufaj mi jeszcze ten jeden raz. Jeśli się załamiesz, po prostu mnie zabijesz. Nie chcę Cię szantażować, ale wierz mi, że nie mam innego wyjścia.''
James bez wahania zdjął z wieszaka kurtkę i wybiegł z mieszkania. Kiedy znalazł się na zewnątrz, rozejrzał się dookoła. Zobaczył ją niedaleko, za co natychmiast podziękował Bogu w duchu, po czym popędził w jej kierunku. Złapał ją, choć Rosalie próbowała go odtrącić. Od razu zauważył, że płakała.
- Teraz to ja przepraszam - powiedział, z trudem łapiąc oddech. Nie zamierzał puścić Rosalie wolno bez ofiarowania jej słów, na które zasługiwała. - Miałem ostatnio trudny czas, a ty oberwałaś rykoszetem. Wylałem na ciebie swoje frustracje i niepotrzebnie się uniosłem.
- Myślisz, że dlatego płaczę? - zapytała swoim słodkim głosem, który sprawił, że jego serce pękło po raz kolejny. - James, przecież ja dobrze wiedziałam, że w którymś momencie nie wytrzymasz i zechcesz siłą wydusić ze mnie całą prawdę. Naprawdę to rozumiem.
- Tylko mi nie mów, że ryczysz z powodu Sophii... - westchnął i przestraszył się, kiedy Rosalie na dźwięk znienawidzonego imienia wzdrygnęła się mimowolnie.
Kiedy James otworzył w końcu usta, by wytłumaczyć Rosalie, dlaczego wciąż kontaktował się z Sophią, ciemnooka pokręciła przecząco głową. Nie chciała tego słuchać, jednak wcale nie było to spowodowane złością, o czym mógł świadczyć szeroki uśmiech, który niespodziewanie przeciął jej twarz.
- To jest twoje życie i jestem ostatnią osobą, która mogłaby się w nie wtrącać - powiedziała zupełnie szczerze. - Nie chciałbyś przyjść na przyjęcie mojej siostry? Moglibyśmy zabawić się tak, jak kiedyś i wnieść trochę radości do naszych spotkań.
- A zatańczysz ze mną? - zapytał z nadzieją w głosie, zgodnie z prośbą Rosalie puszczając osobę Sophii w niepamięć.
- Jasne, pod warunkiem, że nie będziesz deptał mi po stopach tak, jak dawniej.
- Tego nie mogę obiecać - James uśmiechnął się i odczuł ogromną ulgę, kiedy jasnowłosa uczyniła to samo.
Kiedy rozstali się i brunet ruszył z powrotem w stronę domu, pomyślał o obecnym życiu Rosalie. Wyglądało na to, że jej relacje z siostrą uległy znacznej poprawie i nie były już aż tak złe, jak w przeszłości. Ucieszył się, choć w sercu zakuła go delikatna zazdrość. Szczęście Rosalie nie zmieniało faktu, że James nadal był całkiem sam, a jego życie w niczym nie przypominało pięknego obrazka, o jakim kiedyś marzył.
Pierwsza! Z komentarzem wpadnę jutro, bo prawdę mówiąc nie spodziewałam się nowości. Tak sobie tutaj weszłam i zastałam rozdział 14! Nie mam jednak siły już komentować, więc zabiorę się za to jutro! :*
OdpowiedzUsuńZgodnie z obietnicą przybywam z komentarzem dzisiaj! :-)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że nie kazałaś nam dłużej czekać na nowość. Opowiadanie nabiera rumieńców, tak więc oczekiwanie na dalsze losy bohaterów staje się bardzo, ale to bardzo napięte. Dlatego też często tutaj zaglądam, aby upewnić się, czy aby nic nowego przez przypadek się nie pojawiło. I nawet nie wiesz jakie wczoraj było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że jest! Opublikowałaś rozdział 14! Gdyby nie było późno, to pewnie zabrałabym się za czytanie i komentowanie od razu, ale oczy mi się zamykały, więc zostawiłam to na dzisiaj. Po tak długim wstępie zabieram się za właściwa i najbardziej interesującą część komentarza! :)
Uwielbiam Twoje opisy. Dzięki nim przenoszę się do tej historii i czuję dokładnie to, co doświadczają bohaterowie. Jest to piękne. Mam tylko drobną uwagę do pierwszej części wtargnęły Ci małe błędy np. " Materac wciąż był niego zagłębiony", chyba powinno być nieco? :)
Zazdroszczę Vanessie i Victorowi tego uczucia. Chyba nie ma w życiu niczego piękniejszego jak kochać i być kochanym. Wiem, że nie zawsze będzie u nich tak kolorowo, że nadejdzie ten gorszy dzień lub przyjdzie moment, gdy będą musieli podjąć trudne decyzje. Wiem jednak, że poradzą sobie ze wszystkim, bo mają siebie. Cieszę się, że Vanessa tamtego dnia chwiała się jak chorągiewka i dzięki temu zahaczyła o piłkarza. Teraz ona - a także my - możemy przeżywać coś cudownego. Nie dziwię się jej reakcji. Też na początku byłabym trochę zirytowana, ale przede wszystkim byłoby mi smutno. Ciężko żyć bez kogoś obok, gdy darzy się go tak silnym uczuciem. Gdyby była tylko taka możliwość, to pewnie nie rozstaliby się nawet na minutę. A scena z trenerem była zabawna. Uwielbiam ich! :)
Drugą rzeczą, którą uwielbiam w tym opowiadaniu jest przyjaźń między Christiną i Vanessą. Sama jestem tą szczęściarą, że mam w życiu przyjaciółki na które mogę zawsze polegać i wiem jak bardzo cenne to jest. Czasami nie dałabym sobie bez nich rady, a tym bardziej nie przeżyłabym wielu wspaniałych chwil. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez nich. Dlatego zawsze, gdy czytam o Vanessie i Christinie uśmiecham się, bo to mi przypomina odrobinę moją własną codzienność.
Christina może mówić co chce, ale ewidentnie widać, że jest zauroczona Gregorym. Wcale się jej nie dziwię, ponieważ - nie licząc sytuacji z ostatniego odcinka - przeżyła z nim ostatnio całkiem miłe chwile. Musi jednak pamiętać, że pisarz ma żonę. Wiem, że sercu trudno wytłumaczyć coś takiego, ale w tym momencie chyba powinna dopuścić do głosu rozum. Ten jeden, jedyny raz zanim zatraci się całkowicie, bo wtedy nie będzie już odwrotu. A wydaje mi się, że sytuacja między Gregorym, a jego żoną nie jest już taka oczywista. Raz się wyzywają i marzą o rozwodzie, aby za chwilę raczyć się słodkimi słówkami i nadzieją, że przed nimi jeszcze niejedno wspólne jutro. Tak więc Christina musi uciekać jak najszybciej, bo jeszcze trochę, a znajdzie się w bardzo patowej sytuacji.
Piosenka z mojego ukochanego filmu! Mam szeroki uśmiech na twarzy.
OdpowiedzUsuńCzy tylko mi się wydaje, że znajomość Rosalie i James jest jak trucizna? Oboje zatruwają sobie życie. Ranią się, a jednocześnie nie potrafią być ze sobą szczerzy. On nie potrafi powiedzieć jej o zażyłości z Sophie, a ona nie chce zdradzić mu swoich sekretów. To wszystko jest bardzo egoistyczne. Może dlatego tak bardzo nie lubię, gdy spędzają czas razem? Nie lubię Rosalie. Naprawdę. Bawi się wszystkimi ludźmi dla których cokolwiek znaczy. Z Jamesem i Christiną. Mam nadzieję, że pewnego dnia obudzi się sama jak palec i wtedy pojmie, że zachowywała się nieuczciwie. Przykro mi, ale wątpię, aby kiedykolwiek Rosalie zyskała moją sympatię. Możesz być z siebie dumna, bo stworzyłaś naprawdę wkurzającą postać. :-)
Ubóstwiam Christinie. Od początku jest moją ulubioną bohaterką. Darzę ją wielką sympatią, ale jestem też na nią trochę zła. Uważam, że postępuje źle wchodząc butami do życia innych ludzi. Owszem nie lubię Sophie i baletnica kompletnie nie zasługuje na swojego męża, ale jakby nie było nadal jest jego żoną. Cokolwiek by się nie działo i jakby źle między nimi nie było, to nadal byli małżeństwem. Potykali się. Popełniali błędy, ale także za każdym razem próbowali je naprawić. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Nie umiem tego jeszcze ocenić. Jedno jest pewne Christina powinna to uszanować. Powinna się wycofać i poczekać, aż Gregory i Sophia podejmą ostateczną decyzję i się rozwiodą. Wtedy będzie miała drogę wolną i niech robi z Gregorym, co tylko chce. Ale nie teraz. Nie kiedy on ma żonę. Uważam, że to najgorsze co może być. Powinna się zastanowić, jakby to ona się czuła, gdyby jakaś kobieta postanowiła wykorzystać gorszy moment w jej małżeństwie i wkroczyłaby między nią i męża. Byłaby wściekła i zraniona. Tego jestem pewna. Więc dlaczego sama chce zostać taką kobietą? Kobietą, która wpycha się tam, gdzie nie jej miejsce? Współczuję jej, że zakochała się w nim. Serce nie pyta o zgodę, ale są pewne rzeczy, które należy uszanować. A małżeństwo do nich należy. Szkoda mi jej, ale znajdzie kogoś lepszego. Kogoś kto na nią będzie zasługiwał! Jestem tego pewna! :*
A Tobie moja droga gratuluję tej niezwykłej umiejętności żonglowania moimi emocjami. Chyba nigdy mi się to nie znudzi! :)
I o tym mówię. James i Rosalie wzajemnie wyniszczają sobie swoje życia. Oni powinni odpuścić i pozwolić sobie odejść. Zacząć wszystko od nowa. Osobno. Z tego nic dobrego nie wyjdzie. Rosalie może pisać tysiące listów. Po raz setny prosić o cierpliwość, ale jaki to ma sens, gdy ona nic z siebie nie daje? Ciągle mówi jedno i to samo, ale nie robi niczego, aby zmienić obecną sytuację. A James? Pije alkohol i sypia z żonatą kobietą zamiast wziąć się w garść i zawalczyć o to, co może dać mu szczęście. Ma syna. Miał wspaniałą kobietę, która go kochała ponad wszystko, a on? Zrezygnował z tego wszystkiego dla Rosalie. Dla kobiety, która nawet nie potrafi być z nim szczera. Naprawdę nie przepadam za nimi razem. A Rosalie - zaraz po Sophie - jest najbardziej nielubianą przeze mnie postacią tego opowiadania.
Kochana, cudowny odcinek. Jestem naprawdę ciekawa jak to wszystko rozegrasz i już nie mogę doczekać się kolejnej części. Akcja się rozwija, a ja to uwielbiam. Lubię jak wywołujesz we mnie te wszystkie emocje. Jesteś wielka! :*
Czekam na nowość! :*
Dziękuję za wyłapanie błędu :)
UsuńNie będę dumna z tego, że Rosalie Cię wkurza, bo nie taki był mój plan i nawet trochę mnie to zdziwiło... Ona próbuje być szczera, tylko że są takie rzeczy, które ciężko wyrzucić z siebie. W każdym razie nie okłamuje Jamesa, jedynie cały czas czeka na odpowiedni moment (to akurat może być wkurzające).
Dziękuję za podzielenie się przemyśleniami - skłoniły mnie samą do paru refleksji :P
Całuję :*
Aha. Nie wiem może z czasem przekonam się do niej. Nie mówię, że nie! Ale po prostu na obecną chwilę wydaje mi się być ona strasznie egoistyczna. I nie potrafię zmienić tego zdania. Czuję, że wykorzystuje wszystkich dookoła, a sam jej powrót nie przyniósł ze sobą nic dobrego. Z czasem jednak dowiem się więcej o niej i wtedy może będę umiała zrozumieć jej zachowanie! Tak czy siak powinnaś być dumna! Stworzyłaś postać koło której nie można przejść obojętnie, a to duży sukces. :)
OdpowiedzUsuńMożliwe, że się nie przekonasz. Może taki już urok tej Rosalie :)
UsuńTak czy siak, dziękuję jeszcze raz za wnikliwą opinię. Jak mówiłam, daje do myślenia :D I nawet nie wiesz, jak to fajnie, kiedy ja już wiem, co się dalej wydarzy, a Wy jeszcze nie macie o tym pojęcia :D Tak trochę się nad Wami znęcam, ale mam nadzieję, że nikt nie ma mi tego za złe :)
Cześć kochana! ;*
OdpowiedzUsuńZacznę od tego, że tytuł tego rozdziału bardzo mi się podoba i zgadzam się z nim w 100%. Nienawidzę, gdy nagle się budzę i przez to przerywam piękny, cudowny sen, do którego już później nie wracam. Na siłę chcę, ale nic z tego. To jest okropne!
Cieszę się, że skończyłaś już całe opowiadanie. Mamy pewność, że nie zostawisz tej historii. ;) Sama lubię mieć kilka rozdziałów do przodu, ale rzadko kiedy mi się to udaje. :D Dlatego cieszę się z Tobą, że możesz już na spokojnie dodawać kolejne rozdziały. ;) Doskonale Cię rozumiem, że masz teraz dziwne uczucie. Długo byłaś z tym opowiadaniem i niby jeszcze się z nim nie rozstajesz, ale już nie będziesz go pisać w Wordzie. Tak to już jest, że każdy zżywa się z tym co pisze i czyta. ;) Cieszę się, że do końca tego opowiadania jeszcze dużo rozdziałów, bo ja nie jestem jeszcze gotowa na pożegnanie się z nim. :D Dobra, już tyle nie gadam, tylko zabieram się za komentowanie rozdziału. Ach, jeszcze jedna rzecz. Komentuję na bieżąco, w trakcie czytania. ;)
Mmm, ale cudownie się zaczyna. Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej lubię Victora i coraz bardziej go pragnę, haha. :D Już chyba o tym pisałam, że on i Vanessa idealnie do siebie pasują. Obydwoje są wariatami, którzy szczerze kochają. Tylko pozazdrościć im tak cudownego związku. Sama uśmiechnęłam się, gdy Vanssa się obudziła. Czekałam na moment, gdy spojrzy na ukochanego, który mruga zaspanymi powiekami i jeszcze przez sen uśmiecha się do swoje wybranki. Rozczarowałam się, gdy okazało się, że Victora już nie ma. Poczułam pustkę w sercu i od razu zrobiło mi się smutno. Tamten uśmiech zniknął. Sama na miejscu Vanessy nie wiedziałabym czy wolę pożegnanie, którego tak naprawdę nie było, czy patrzenie, jak ukochany się oddala, aż znika z mojego punktu widzenia. W sumie chyba ta pierwsza opcja jest lepsza. Pożegnania zawsze są trudne, a tak to chociaż nie musiała zbyt wiele cierpieć. Gdy tylko przeczytałam, jak Victor wita się z ukochaną przez telefon, moje serce zaczęło szybciej bić, a uśmiech znów powrócił. Ten mężczyzna jest cudowny! Wie, jak poprawić humor kobiecie. Jeszcze tak fajnie żartował do trenera, haha. :D Cudowny facet! <3 Wspominałam już, że go kocham? Haha. :D
Ach, Christina, co ty znowu wymyślasz? Naprawdę chcesz znów się spotkać z pisarzem? Ja po tamtym spotkaniu nie zebrałabym się na odwagę i nie zaprosiłabym go. Jestem pod wrażeniem, że Tina wymyśliła coś takiego, co kiedyś było do niej w ogóle nie podobne. Boję się, że Gregory odrzuci jej zaproszenie, a ona wtedy poczuje się urażona. Teraz, tak jak Vanessa, coraz mniej podoba mi się relacja Tiny z pisarzem. Boję się, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Jednak w głębi duszy mocno trzymam kciuki za tę parę.
Początek drugiego fragmentu bardzo mi się podoba. Dzięki temu mogę się lepiej wczuć w daną sytuację. Pięknie to opisałaś, jakoś tak bardzo ten opis urzekł moje serce. Zaczynam mieć wątpliwości, co do tego, czy Rosalie nie kocha Jamesa. Wcześniej, po poprzednim rozdziale, właśnie tak myślałam, ale teraz są to przemyślenia Rosalie i sama już nie wiem. Czyżby jednak go kochała? Jej myśli świadczą o tym, że James nie jest jej obojętny, ale czy to miłość? Podoba mi się postawa Jamesa. Wreszcie pokazał dziewczynie, że nie będzie na każde jej zawołanie, jak wierny piesek swojemu panu. Uświadomił jej, że ma już dość tych tajemnic, i że zaczyna tracić cierpliwość, której i tak miał bardzo dużo. Cieszę się, że wyszedł z kawiarni. Może wreszcie coś zrozumiał? Ostatnie myśli Rosalie mnie zaskoczyły. Czyżby ten największy błąd, to zostawienie jedenaście lat temu Jamesa? Może naprawdę chciałaby, żeby było tak jak kiedyś? Może chce do niego wrócić, bo cały czas go kocha? Już nie mogę doczekać się kolejnych rozdziałów, by dowiedzieć się, jaka jest prawda. Ale jestem cierpliwa! :D
Tak myślałam, że Christina chce powtórzyć wieczór z urodzin Gregory'ego. Zakochała się w nim, więc to oczywiste, że nie zaprosi go po to, by rozmawiać z nim o jego żonie, haha. :D Tina chyba nawet jeszcze przed samą sobą nie przyznaje się, że czuje coś do swojego pacjenta, bo przecież, można uznać, że jest to zakazane. Nie dość, że to jej pacjent, to na dodatek jest on żonaty. Och, Christina, ale sobie partię wybrałaś. :D Mega przystojną, ale nie jestem pewna, czy odpowiednią dla ciebie. Ach, państwo Haggerty wchodzą trzymając się za ręce. Tina, naprawdę cały czas chcesz go zaprosić? Gdybym nie wiedziała, co myślał Gregory w poprzednim rozdziale, na miejscu Tiny od razu bym go skreśliła. Małżeństwo chce dalej o siebie walczyć, chcą naprawić i odbudować dawne uczucie. Chyba najwyższy czas, by odpuścić, prawda Tina? Haha, świetne było to, że odezwała się do niego 'panie Haggerty'. To było, jak kopniak w tyłek i bardzo mi się spodobało. Pokazała mu w ten sposób, że zostają tylko na relacjach służbowych. Nie wiem, jak inaczej to nazwać, ale mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi. :D Ach, jak dobrze, że Tina zrozumiała! Odpuszcza sobie, cudownie! Nawet jeżeli jestem za tym, by ona i Gregory spróbowali, to nie chcę, by to ona się tym przejmowała, o niego walczyła i w ogóle. Skoro on odpuszcza, to czemu ona ma walczyć? To on powinien pokazać jej, że mu zależy, ale skoro on tak łatwo ją skreślił i wybrał małżeństwo, które nie ma już sensu, to proszę bardzo. Sam jest sobie winien, a Tina niech przez niego nie cierpi! Ten pogrubiony tekst bardzo mi się spodobał. Jest taki mądry i filozoficzny. Zgadzam się z nim i w sumie dzięki niemu zrozumiałam pewne rzeczy. Dzięki Ci za to! :D
UsuńZnowu alkohol, James? W sumie, to cię rozumiem, bo niby ludzie mówią, że topienie smutków w alkoholu, to złe rozwiązanie i wręcz głupie, ale uważam, że takie chwilowe zapomnienie naprawdę poprawia humor. Nie żeby coś, ja w ten sposób sobie humoru nie poprawiam, znam inne sposoby na chwilowe zapomnienie, ale wiem, że alkohol działa tak samo. ;) Nie dziwię się, że tym razem procenty mu nie pomogły. Zbyt dużo czuje, zbyt dużo myśli kłębi się w jego głowie i przez to zapomnienie i ukojenie nerwów nie jest takie proste. Tak czułam, że za drzwiami będzie Rosalie. Na chwilę stanęło mi serce, gdy wydało się, że James cały czas utrzymuje kontakt z Sophią. Dziewczyna uciekła, nie dziwię się. List był krótki, ale uroczy i szczery. Ja na miejscu Jamesa zmusiłabym się jeszcze do cierpliwości, bo czuję, że ona w końcu zostanie wynagrodzona prawdą. Dobrze, że James pobiegł za dziewczyną. Spodziewałam się w ogóle inne reakcji. Myślałam, że zacznie na niego krzyczeć, wypominać mu i inne takie, a tymczasem zachowała spokój i szczerze wyznała mu, że nie ma prawa wtrącać się w jego życie. Zaskoczyła mnie swoim zachowaniem, ale cieszę się, że tak postąpiła. Pokazała, że jest dojrzała i ma u mnie za to ogromnego plusa. Cieszę się, że zaprosiła Jamesa na urodziny siostry. W ten sposób pożegnała wcześniejszy konflikt i poprawiła humor sobie oraz Jamesowi. Ta ich chwilowa wymiana zdań, która nawiązywała do przeszłości była urocza. James ma rację, to że Rosalie jest szczęśliwa nie oznacza, że on również. Zaczyna robić mi się go żal. Naprawdę jest samotny. Niby sam jest sobie winien, ale tak go lubię, że mi go żal i bardzo mi smutno, że jest on nieszczęśliwy.
Jeszcze nawiązując do Twojej odpowiedzi pod moim komentarzem pod 13 rozdziałem - jak można nie stracić głowy dla Victora?! <3 Haha. :D
Rozdział bardzo przypadł mi do gustu. Cudownie się go czytało. :) Nie mogę doczekać się kolejnego! :)
Pozdrawiam! <3
Z tymi snami to niestety tak jest... Ostatnio miałam tak wczoraj. Miałam tak cudowny sen, że na siłę chciałam, żeby się nie kończył, ale niestety :P
UsuńVictor ma tutaj swój fanklub :D I wcale się nie dziwię, serio.
Matko, jak ja uwielbiam Twoje komentarze! Naprawdę! Dziękuję Ci za nie :) Są idealne, po prostu.
Pozdrawiam <3
Bez słów wstępu, od razu przechodzę do komentowania.
OdpowiedzUsuńOgólnie to chciałam to zrobić już wczoraj, ale jakoś nie mogłam pozbierać myśli, więc może dzisiaj uda mi się napisać coś sensownego. Nie wiem jakich jeszcze słów powinnam użyć, żeby opisać związek Vanessy i Victora. Bo to, że zazdroszczę jej takiego faceta już wiesz, bo pisałam to już niejednokrotnie :) sama Vanessa jest dosłownie przeurocza, kiedy czytam o tym jaka jest zakochana po uszy. To aż zadziwiające, że przy Victorze tak szybko zapomniała o Joshu, chociaż tego nie mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem. Chyba każdy z nas pragnie takiego szczęścia, możliwości bycia z ukochaną osobą i tego poczucia, że jest ktoś, kto zawsze będzie czekał i wspierał zarówno wtedy, kiedy będzie źle i odwrotnie :) muszę przyznać, że mój stosunek do Vanessy w tej historii zmienił się diametralnie, bo doskonale pamiętam moją niechęć do tej kobiety jeszcze za czasów Mine Again. Ale nie żałuję, że dałam jej szansę na to, by ją polubić, bo stworzyłaś naprawdę fajną postać, która wnosi do tej historii dużo pozytywnej energii i takiego optymizmu, że nie wszystko w życiu bohaterów musi być tylko i wyłącznie czarno-białe :) podoba mi się też relacja Vanessa-Christina. Można powiedzieć, że obie kobiety nie miały w życiu lekko, dlatego tym bardziej ciesze się, że się poznały. Gołym okiem widać, że są totalnymi przeciwieństwami, jednak świetne z nich przyjaciółki, potrafią znaleźć ze sobą wspólny język i o to chodzi :) jestem bardzo ciekawa co też chodzi Christinie po głowie odnośnie tego przyjęcia urodzinowego. Ona chyba coś kombinuje i podejrzewam, że jak już dojdzie do tej imprezy, to z pewnością będzie się działo :)
Nigdy nie chciałam myśleć źle o Rosalie, nawet do tej pory nie określiłam się, czy ją lubię, czy nie. Po prostu mam względem niej mieszane uczucia. Jej relacje z Jamesem są najzwyczajniej w świecie dziwne. Nie potrafię ich inaczej określić. Pamiętam, że na samym początku ich pierwsze spotkanie po tylu latach nieobecności Rosalie wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Reakcja Jamesa też była dla mnie zdziwieniem, bo skoro rozstali się w nieprzyjemnej atmosferze, to dziwne było dla mnie to, że mężczyzna nagle zapomniał o wszystkim co się wydarzyło i z szerokim uśmiechem przywitał byłą ukochaną. Dla mnie to wszystko powoli zaczyna wyglądać w ten sposób, że Rosalie była tylko chwilowym zauroczeniem Devona i dopiero po tym jak wyjechała zostawiając go bez słowa wyjaśnienia zaczęło docierać do niego, co tak naprawdę zrobił. Zresztą teraz te wszystkie przemyślenia wracają do niego przy każdym kolejnym spotkaniu z blondynką i nie tylko wtedy. Nie dziwie się, że James ma już dosyć niepewności. Czy nie lepiej byłoby dla Rosalie postawić wszystko na jedną kartę i powiedzieć prawdę? Wydaje mi się, że przez te jedenaście lat jej nieobecności w Londynie naprawdę wiele ją ominęło i straciła naprawdę dużo, więc nadal nie wiem, dlaczego zwleka z powiedzeniem prawdy... domyślam się, że to nie takie proste, ale z pewnością zrobiłoby się jej lżej na sercu, gdyby powiedziała całą prawdę :)
OdpowiedzUsuńZarówno ten rozdział jak i poprzedni, w których pojawiły się wątki dotyczące Christiny i Gregory'ego tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nasza psycholog rzeczywiście się zakochała. Od początku tego opowiadania bardzo kibicuję Christinie i naprawdę nie mogę się doczekać momentu w którym przeczytam, że znalazła mężczyznę swojego życia i jest bardzo szczęśliwa. Jednak ten rozdział jeszcze bardziej pokazał, że Gregory to nie jest mężczyzna dla niej. Mam wrażenie, że jest pod tak silnym wpływem Sophii, że za chwilę przestanie samodzielnie funkcjonować, bo jego żona będzie to robiła za nich dwoje. Po za tym ten mężczyzna sam nie wie czego chce. To wygląda tak, jakby chciał wieść podwójne życie, z jednej strony Sophia, a z drugiej Tina. Mam nadzieję, że Christina rzeczywiście się opamięta i naprawdę zrozumie, że Gregory to nie jest facet dla niej. Ona zasługuje na kogoś zdecydowanie lepszego :) a ja mimo wszystko nie potrafię pokonać tego dystansu do pisarza.
Nawet jeżeli Rosalie wkurzyłaby Jamesa najbardziej ze wszystkich znanych mu ludzi, to on i tak zawsze jej wybaczy. Zaczynam się zastanawiać co takiego ma w sobie ta kobieta, że James nie potrafi przejść obok niej obojętnie chociażby nie wiem jak bardzo go raniła. Zamiast pisać listy i cały czas wymagać czegoś od drugiej osoby Rosalie sama powinna wziąć pod uwagę też prośby innych osób. Naprawdę ciekawi mnie ile jeszcze czasu będzie musiało minąć, żeby kobieta była gotowa na powiedzenie całej prawdy... takie przeciąganie tego w nieskończoność nic jej nie da, a jedynie sprawi, że na końcu będzie jej jeszcze trudniej się z tym zmierzyć. A sam James zamiast kolejny raz bezsensownie się upijać powinien wreszcie wziąć się w garść i przynajmniej spróbować zawalczyć o swoje szczęście, bo nie sądzę, żeby ta ciągła gonitwa za Rosalie cokolwiek mu dała. To opowiadanie wywołuje u mnie tak wiele emocji, ale dziękuję Ci za to, bo naprawdę przyjemnie się czyta :)
Czekam na kolejne nowości :)
Pozdrawiam :*
Pisałam kiedyś, że Vanessa już na Mine była jedną z moich ulubionych postaci. Chyba nikt wtedy nie podzielał mojej opinii, haha :D Widzę, że to się pomału zmienia, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy tak już zostanie, czy jednak Vannie zrobi coś, by znowu stracić Waszą sympatię.
UsuńW pewnym stopniu rozumiem Twój dystans do Gregory'ego. Ciężki człowiek z niego, to fakt.
Mam nadzieję, że ta historia wywoła u Ciebie jeszcze mnóstwo skrajnych emocji i nie będziesz się przy niej nudzić :) Chciałabym jeszcze parę razy Cię zaskoczyć.
Dziękuję za cudowne słowa i pozdrawiam! :*
<3