Hej :)
Nowość minimalnie szybciej, niż zwykle, ale to najprawdopodobniej jednorazowa sytuacja. Możliwe, że teraz rozdziały będą się pojawiać rzadziej - ze względu na pracę będzie mi to na rękę. Aczkolwiek nie wiem jeszcze na sto procent, jak to wszystko będzie działało (łączenie pracy z opowiadaniem), więc w razie co dam znać. Znając mnie, powstanie lekki chaos i nowości będą się pojawiać nieregularnie. Cóż poradzić :P
Odnośnie samego rozdziału... kurczę, lubię go. Jak zwykle nie wiem, jak to wszystko wygląda od strony technicznej, na czele tym razem z muzyką (drugą i trzecią piosenką konkretnie), ale mam jakieś silne uczucia do samej treści. Nie wiem, skąd się to u mnie bierze, hehe :P
Dobra, już nie nudzę :P
Dziękuję mocno za to, że jesteście! Tym samym przepraszam Olę za to, że dosłownie pół godziny po nadrobieniu rozdziału ja zwalam Ci na głowę kolejny. Wiem, jestem wstrętna :P Tak czy siak, dziękuję Ci bardzo za słowa pod dwudziestką czwórką :* Wiesz, że Cię uwielbiam, prawda?
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
John Mayer & Katy Perry - Who You Love
Nowość minimalnie szybciej, niż zwykle, ale to najprawdopodobniej jednorazowa sytuacja. Możliwe, że teraz rozdziały będą się pojawiać rzadziej - ze względu na pracę będzie mi to na rękę. Aczkolwiek nie wiem jeszcze na sto procent, jak to wszystko będzie działało (łączenie pracy z opowiadaniem), więc w razie co dam znać. Znając mnie, powstanie lekki chaos i nowości będą się pojawiać nieregularnie. Cóż poradzić :P
Odnośnie samego rozdziału... kurczę, lubię go. Jak zwykle nie wiem, jak to wszystko wygląda od strony technicznej, na czele tym razem z muzyką (drugą i trzecią piosenką konkretnie), ale mam jakieś silne uczucia do samej treści. Nie wiem, skąd się to u mnie bierze, hehe :P
Dobra, już nie nudzę :P
Dziękuję mocno za to, że jesteście! Tym samym przepraszam Olę za to, że dosłownie pół godziny po nadrobieniu rozdziału ja zwalam Ci na głowę kolejny. Wiem, jestem wstrętna :P Tak czy siak, dziękuję Ci bardzo za słowa pod dwudziestką czwórką :* Wiesz, że Cię uwielbiam, prawda?
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
John Mayer & Katy Perry - Who You Love
Szczęście ma smak jego ust.
Szczęście ma urodę jego oczu.
Szczęście ma zapach jego
perfum.
Szczęście ma delikatność jego
dotyku.
Szczęście nosi jego imię.
Christina przeżyła niemały szok, kiedy otworzyła oczy tego
ranka. Spodziewała się, że jak zawsze obudzi się w swej sypialni, tymczasem
zobaczyła wnętrze swego gabinetu. Wszystko, co się wydarzyło minionego
wieczoru, zaczęło do niej docierać, choć nadal, pomimo prób, nie mogła
uwierzyć, że działo się to naprawdę. Pamiętała jego pocałunki, które wspominała
z lekkimi wyrzutami sumienia. Wiedziała, że nie powinna tego robić, a jednak
bez wahania uczyniłaby to raz jeszcze, minęły bowiem wieki, od kiedy po raz
ostatni była tak szczęśliwa. Kiedy przewróciła się z boku na bok, jej oczom
ukazał się mężczyzna. Na jego twarzy gościł uśmiech. Wciąż nie przyzwyczaiła
się do tego, że pan Haggerty potrafi zrobić taką minę, częściej bowiem widywała
jego grymasy i pogardliwe spojrzenie. Patrzył teraz na nią swymi niebywale
niebieskimi oczami i wtedy zrozumiała, że uśmiechał się właśnie do niej.
Odwzajemniła to, a przyszło jej to z oczywistą łatwością. To, co się stało,
pozwoliło im odkryć samych siebie. Christina nie mogła mówić za Gregory'ego,
sama jednak marzyła o poznaniu go lepiej od niepamiętnych czasów, właściwie od
pierwszego spotkania. Ich początki nie były łatwe, jednak kobieta zauważyła w
nim kogoś więcej, niż wyniosłego i aroganckiego artystę, kiedy przeprosił ją za
swoje bezczelne zachowanie w jej gabinecie. Potem pokazał jej swoje lepsze
oblicze, gdy razem spędzili swoje urodziny w pięknej i jakże romantycznej
scenerii, tańcząc na dachu budynku. Bywało lepiej i gorzej, by w konsekwencji
zaprowadzić ich tutaj - w najcudowniejsze miejsce, w jakim Christina
kiedykolwiek była. Nie potrzebowała nic więcej, prócz dotyku jego dłoni i
spojrzenia oczu, które wciąż czuła na sobie. To był ich świat, do którego nikt
inny nie miał wstępu. Myśl ta przypomniała Tinie fakt, który sprawił, że
rozbawiona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kiedy napotkała zaciekawione i
nieco zlęknione spojrzenie Gregory'ego, postanowiła, że natychmiast wypowie
swoje myśli na głos.
- Moja sekretarka - rzekła psycholog. - Przez cały czas
mogła tu zajrzeć i zobaczyć... A jednak tego nie zrobiła.
- A może zrobiła, tylko była wyjątkowo dyskretna? - zapytał
Haggerty, po czym pocałował czule wewnętrzną stronę dłoni ciemnowłosej. Kobieta
zmrużyła oczy, odczuwając niesamowitą i trudną do opisania przyjemność.
- To chyba najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam w swoim
życiu - przyznała Christina. Od tego wszystkiego dosłownie kręciło jej się w
głowie.
- Nie jestem pewien - stwierdził. - Ten tatuaż wydaje mi
się bardziej zwariowany, niż noc, którą spędziliśmy razem.
Mężczyzna przejechał palcem po żebrach brunetki, na których
widniało pokaźnych rozmiarów pióro. Przyglądał mu się z niekrytym
zainteresowaniem, a kiedy ponownie spojrzał prosto w oczy Tiny, kobieta
poczuła, że za moment rozpłynie się z rozkoszy. Sama jego obecność wystarczała,
by wprowadzić ją w ten stan. Była w siódmym niebie.
- Podobnym piórem pisałem swoje pierwsze opowiadania.
Spokojnie, nie jestem aż tak stary - mieliśmy już wtedy długopisy i tym
podobne. Po prostu chciałem poczuć się jak Szekspir. Wiem, to trochę
infantylne, ale chyba każdy z nas nosi w sobie nieco naiwnego dzieciaka. Nie
wiem, czy powinienem się tego wstydzić.
- Ani trochę - rzekła stanowczo.
- Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wyjawił komuś
ten fakt ze swojego iście pasjonującego życia - kontynuował Haggerty. - Myślę,
że świadczy to o wyjątkowości pewnej ślicznej dziewczyny, obdarzonej
najpiękniejszymi oczami, jakie widziałem.
Gregory pocałował ją w momencie, w którym wcale się tego
nie spodziewała. Nie robił tego tak zachłannie i namiętnie, jak wieczorem,
kiedy przyszedł bez zapowiedzi i po prostu wziął to, czego chciał. Teraz oboje
byli bardziej świadomi tego, co się między nimi dzieje. Przeżywali to wszystko
wolniej, chcąc dokładnie zapamiętać każdy szczegół, analizując poszczególne pocałunki
i każdy pojedynczy dotyk.
- Zanim doprowadzimy do powtórki z rozrywki, mam jedno
pytanie - powiedział pisarz, a ciemnowłosa wyprostowała się nieco, ewidentnie
zaintrygowana słowami Gregory'ego. - Czy jesteśmy już na odpowiednim etapie, by
przejść na ,,ty''?
Christina zaśmiała się melodyjnie, a następnie skinęła
lekko głową. Zatrzymała dłonie na karku roześmianego mężczyzny, ciesząc się
pierwszym, drugim i każdym kolejnym pocałunkiem. Jeśli szczęście to dwoje
ludzi, którzy nie widzą świata poza sobą, to Tina bez wahania mogła nazwać się
najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.
***
Victor oderwał wzrok od sałatki, którą jeszcze przed
momentem podjadał bez zgody Jenny. Jego uwagę ponownie przykuł widok młodszej
siostry, która pouczała Olivera, na jak drobne kawałki powinien pokroić
paprykę. Wykazywała się wielką cierpliwością, a w jej oczach zawsze widać było
bezgraniczną miłość do syna - nawet, kiedy akurat była na niego wściekła o
jakąś głupotę, jak stłuczony wazon, albo o coś poważniejszego. Piłkarz był na
takim etapie swojego życia, że imprezy i blichtr chodziły mu po głowie coraz
rzadziej. Chciał się ustatkować, mieć coś stałego, do czego zawsze będzie mógł
się odwołać. Powiedział to Vanessie już przy okazji ich pierwszej randki. Im
starszy się robił, tym bardziej potrzebował stabilizacji. Cieszył się, że
odważył się już poprosić ukochaną kobietę o rękę. Miał nadzieję na rychły ślub,
a po jakimś czasie naprawdę chciałby zostać ojcem. Tak naprawdę nie wiedział,
czy wolałby mieć syna, czy córkę, zresztą póki co wolał się nie zapędzać. Ufał,
że Vannie kiedyś podzieli jego plany i nic nie stanie im na przeszkodzie, by
mieć własną, pełną i szczęśliwą rodzinę, której członkowie zawsze i wszędzie
mogą na sobie polegać. Myśl o czekającym go tego dnia przyjęciu, podczas którego Vanessa spotka jego rodziców po raz pierwszy, nieco go stresowała. Był pewien,
że zaakceptują wybrankę jego serca, martwił się jednak o samą Yorke. Ostatnio nie
była w najlepszej formie. Namawiał ją, aby wzięła wolne, ta jednak bez wahania
poszła do pracy, lekceważąc zmęczenie spowodowane całonocnym płaczem. Obawiał
się, czy był to najlepszy moment na tak stresujące wydarzenie w jej życiu.
Cieszył się, że w tym wszystkim mógł liczyć na wsparcie Jenny. Bez niej nie
zdołałby nawet nakryć do stołu. Czekało na niego jeszcze jedno wyzwanie, o
którym jeszcze nie powiedział młodszej siostrze. Im więcej czasu mijało, tym
bardziej wyczuwał emocje związane z podzieleniem się z Jenny swoją tajemnicą.
Bał się jej reakcji, a mogła ona być naprawdę zaskakująca. Victor zrozumie,
jeśli rudowłosa mu odmówi - w końcu akurat ona miała do tego pełne prawo.
- Co się z tobą dzieje? - zapytała zielonooka, a Victor
ocknął się i zorientował, iż Olivera nie było już w kuchni. - Chłopie, czym ty
się tak denerwujesz?
- Jak kiedyś znajdziesz się na moim miejscu, nie będziesz
taka wygadana - odparł zdecydowanie, a pieguska jedynie się uśmiechnęła. -
Dzięki, że mi pomagasz.
- Nawet nie wiesz, braciszku, ile mnie to kosztuje -
rzekła. - Modlę się, żeby po raz tysięczny w swoim życiu nie sknocić tego
ciasta. Wiesz, jaki to byłby wstyd, gdybym podała rodzicom zakalec?
- Tata zapewniłby cię, że jest pyszny, choć i tak krzywiłby
się ponad stołem, mama natomiast powiedziałaby, że gdybyś wykorzystała jej
przepis, wszystko byłoby inaczej.
- Wtedy ja odrzekłabym: ,,Ależ mamusiu, wyobraź sobie, że ja skorzystałam z tej twojej sławnej receptury'', a ona odrzuciłaby te swoje blond
loki z dumą i próbowała wmówić mi, że to niemożliwe. Bo ona oczywiście wie
lepiej, z czyjego przepisu skorzystałam - skwitowała Jenny i razem z bratem
wybuchnęli śmiechem.
Oboje żałowali, że widują rodziców tak rzadko. Kiedy Robert
przeszedł na emeryturę, razem z Constance zadecydowali o przeprowadzce.
Zamieszkali z daleka od londyńskiego gwaru, gdzie on zajął się hodowlą, a ona
poświęciła się poezji, która pasjonowała ją od dziecka. Zarówno Victor, jak i
Jenny, mieli swoje życie i zobowiązania, które nie pozwalały im na częsty
kontakt z rodzicami, nie uniknęli jednak niezapowiedzianych wizyt Constance i
Roberta na zmianę w Londynie i Manchesterze. Małżeństwo od lat skupiało się na
namawianiu Victora na założenie rodziny. Ciekawe, czy domyślają się, w jakim
celu zostali zaproszeni do domu córki. Myśl o tym sprowokowała szybsze
poruszenie drażliwego tematu, niż Victor planował. Nabrał powietrza w płuca, po
czym zwrócił się do rudowłosej.
- Słuchaj... Bo widzisz, miałem nadzieję, że mogłabyś coś
dla mnie zrobić - zaczął, uważając, by nie szarpnąć za niewłaściwą strunę.
- Zrobić coś dla ciebie? - zapytała, a jej oczy rozszerzyły
się niebezpiecznie. - No tak, bo przecież niczego jeszcze dla ciebie nie
zrobiłam tego dnia.
- Jen, jestem ci bardzo wdzięczny za wszystko, zresztą raz
już ci podziękowałem - zauważył, a zielonooka skinęła głową, przyznając bratu
rację. - Tym razem chodzi o coś więcej, niż ciasto czy sałatka.
- Tego się właśnie obawiam...
- Pomyślisz pewnie, że żartuję, ale chciałbym zaprosić
Jamesa na kolację - rzekł, a Jenny spojrzała na niego tak, jakby w jej odczuciu
po prostu zwariował. - Chyba chciałbym się pogodzić.
- Chyba?
- Zrobisz to, czy nie? - zapytał poirytowany i zawstydzony.
- A dlaczego ty tego nie zrobisz? - spytała, nie dając za
wygraną. - Czego się boisz?
- Dzięki za wiercenie mi dziury w brzuchu - burknął Victor
i już miał wyjść z kuchni, kiedy w ostatniej chwili dostrzegł telefon w dłoni
siostry.
- Powiedz mi tylko, czy mam go tu zwabić podstępem, czy
powiedzieć mu, że dzwonię w twoim imieniu.
- Poproszę opcję numer dwa - odparł, po czym pocałował
siostrę w policzek, chcąc jakoś wyrazić swoją wdzięczność.
- Jak dziecko - westchnęła, patrząc na brata z
politowaniem, ten natomiast ani na moment nie przestał się uśmiechać.
Oboje oczekiwali w napięciu, kiedy po drugiej stronie
usłyszą głos ciemnookiego. Jenny nie powiedziała tego Victorowi, jednak poczuła
niesamowitą radość, kiedy dowiedziała się, że jej brat pierwszy wyciągnie rękę
na zgodę. Była z niego dumna, lecz czułaby się dokładnie tak samo, gdyby to James szybciej dojrzał do takiej decyzji. Jej serce zabiło dziesięć razy
mocniej, kiedy mężczyzna w końcu odebrał.
***
Rosalie raz po raz zerkała na Martina, który ostatnimi
czasy był bardzo małomówny i skryty. Nie udało jej się jeszcze namówić go na
zwierzenia, miała jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Nie była wścibska.
Chciała być przy nim w momencie, kiedy będzie potrzebował czyjegoś wsparcia.
Zasługiwał na to nie tylko dlatego, że sam nie zostawił jej w potrzebie, ale i
dlatego, że był wspaniałym człowiekiem pełnym ciepła i Rosalie musiałaby nie
mieć serca, by odwrócić się od niego, okazując obojętność. Domyślała się, że
powodem jego rozkojarzenia była tajemnicza miłość, o której do tej pory nie
powiedział jej zbyt wiele. Pamiętała, kiedy sama zakochała się po raz pierwszy
i ostatni, w dodatku nastąpiło to w najmniej spodziewanym momencie. Los spłatał
jej figla i przechytrzył nawet ją, choć zawsze sądziła, że jest najsprytniejszą
osobą spośród wszystkich, jakie znała. Jasnowłosa zmrużyła oczy. Myślenie o
Jamesie nie jako cudownym przyjacielu, ale o niewinnym nastolatku, któremu
Rosalie notabene zniszczyła życie, sprawiało jej gigantyczny ból. Zmierzenie
się z przeszłością, a także pogmatwaną teraźniejszością, było coraz bliżej.
Wyczuwała to. Nie potrafiła nazwać swoich emocji. Lęk? Niepokój? A może ulga,
że w końcu, po tylu latach, zrzuci z siebie olbrzymi ciężar, jaki przyszło jej
dźwigać na swych plecach?
- Kiedy ją poznam? - zapytała Rosalie, kiedy Martin wrócił
i wręczył jej zakupionego przed momentem hamburgera.
- Ale kogo? - spytał, łapczywie biorąc pierwszy, sowity
kęs. - Jeśli mówisz o mojej...
- Otóż to - rzekła, uśmiechając się.
- Sytuacja jest taka, że ja sam właściwie jej nie znam -
stwierdził, a kiedy zobaczył znaczące spojrzenie rozmówczyni, dotarło do niego,
że nie wymiga się od dalszego ciągu spowiedzi. - Na początku wydawało mi się,
że jest inaczej, ale teraz... No bo jak to jest, że jednego dnia jest po prostu
świetnie, a zaraz potem laska nie odbiera telefonu?
- A nie zrobiłeś nic złego? Nie uraziłeś jej w jakiś
sposób?
- Żebym to ja wiedział...
- Tylko się nie poddaj, bez względu na wszystko. Pokaż jej,
że ci na niej zależy.
- A niby jak, skoro nawet nie mam z nią kontaktu?
- Nie zrobię wszystkiego za ciebie - powiedziała i pokazała
mu język. - Kombinuj, Martin. Pamiętaj, że ja zawsze trzymam za ciebie kciuki.
- Ta, kciuki... - mruknął, po czym szturchnął ją lekko.
Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć Martinowi tym samym,
ponieważ właśnie wtedy zauważyła biegnącego ku nim Jamesa. Sam jego widok nie
zaskoczył jej tak bardzo, jak jego uradowana mina. Na twarzy miał wypisane
szczęście tak szczere, że ciężko o coś bardziej autentycznego. Miał na sobie
elegancką koszulę w błękitnym kolorze, a w dłoniach dzierżył tajemniczy
pakunek.
- Cześć - powiedział do Martina, by potem zwrócić się już
tylko i wyłącznie do dawnej ukochanej, która wciąż patrzyła na niego z
zaciekawieniem. - Zauważyłem cię z daleka i jakoś nie mogłem się powstrzymać.
Chciałem ci powiedzieć, że Victor zaprosił mnie na taką małą rodzinną
uroczystość i chyba chce się pogodzić.
- Zwolnij troszkę - nakazała, a James nabrał powietrza w
usta. - Bardzo się cieszę.
- Ja też. Znaczy, jestem skołowany i dawno nie byłem tak
zaszokowany, ale chyba mimo wszystko się cieszę.
- To widać - stwierdziła, po czym uściskała go
przyjacielsko. - Powodzenia!
- Nie dziękuję - odparł James, a w jego głosie słychać było
podekscytowanie.
Brunet uśmiechnął się pogodnie, a kiedy spojrzał na zegarek
zorientował się, że nie ma więcej czasu na rozmowę. Pożegnał się z Rosalie i
Martinem i wszyscy troje ruszyli w przeciwnych kierunkach.
- A powiedz mi, Rosie, czy ty wiesz coś o całym tym
Victorze i chęci pojednania? Bo nie wyglądałaś mi na zaskoczoną - zauważył
chłopak.
- Chętnie bym ci odpowiedziała, ale zaczęła mnie boleć
głowa - rzekła, robiąc maślane oczy, po czym wzięła mężczyznę pod rękę, drugą
dłonią wyrzucając papierek po niezdrowej przekąsce do kosza. - Idziemy do domu?
Martin skinął głową, nie przestając patrzeć na Rosalie
nieco podejrzliwie, a zarazem wyjątkowo ufnie. Każdego dnia lubił ją coraz
bardziej. Miał nadzieję, że kiedyś faktycznie przedstawi jej swoją dziewczynę.
Nie chciał ani końca przyjaźni z Rosie, ani związku, który owszem, kosztował go
bardzo dużo, ale jednocześnie był najwspanialszą relacją, jakiej kiedykolwiek
doświadczył.
***
Niebieskooka miała nadzieję, że postawa Victora doda jej
otuchy przed spotkaniem z jego rodzicami, które kosztowało ją wiele nerwów, tak
się jednak nie stało. Piłkarz odchodził od zmysłów i nawet nie zwrócił uwagi na
jej elegancką, dopasowaną do ciała sukienkę w wiśniowym kolorze. Miotał się
pomiędzy jednym miejscem, a drugim, nigdzie jednak nie odnajdując spokoju,
którego potrzebował. Obawiał się zarówno reakcji matki i ojca na Vannie, czyli
kobietę, którą wybrał, a także konfrontacji z Jamesem. Być może właśnie to
stresowało go bardziej, niż podstawowe założenie dzisiejszego przyjęcia. Co
jakiś czas dopadały go wątpliwości, czy aby na pewno dobrze postąpił, kiedy
zaufał Rosalie i postanowił dać dawnemu przyjacielowi kolejną szansę. A może
popełnił błąd, za który lada moment będzie musiał zapłacić bardzo wysoką, wręcz
horrendalną cenę? Nie chciał niczego żałować, nie mógł jednak być pewien, że
wszystko ułoży się po jego myśli. Tak naprawdę każdy wariant był prawdopodobny.
James może zarówno ucieszyć się z zaskakującej propozycji Victora, ale może też
zaśmiać mu się prosto w twarz i w ogóle nie przyjść na to przyjęcie. Zielonooki
nie chciał wyjść na naiwnego idiotę. Nie przed Vannie, Jenny albo rodzicami,
którzy zawsze traktowali Jamesa jak własne dziecko.
- Weź się w garść - powiedziała Vanessa, choć nie była
przekonana, czy narzeczony zarejestrował chociaż jedno jej słowo.
- Po co my to w ogóle robimy? - zapytał piłkarz, ujmując
delikatnie dłoń ukochanej pomiędzy swoje drżące z emocji palce. - Widzisz, ile
nas to kosztuje? Ja chyba wolałbym spędzić ten dzień tylko z tobą, z daleka od
tego wszystkiego.
- Tak ci się tylko wydaje - rzekła stanowczo, po czym
uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy i pokazać, że jest przy nim i nigdzie
się nie wybiera, bo właśnie tutaj czuje się najlepiej. - Tak, denerwuję się,
ale i tak chcę wreszcie poznać swoich przyszłych teściów.
- Wiesz, jest coś jeszcze... - zaczął, nie wiedział jednak,
jakich użyć słów, by przekazać narzeczonej wiadomość o tym, że kolację
zaszczyci jeszcze jedna osoba. Pamiętał, że relacje Vanessy i Jamesa nie były
kolorowe ani łatwe, głównie ze względu na jej przyjaźń z Jenny i Rosalie.
Wierzył jednak, że brunetka pokaże klasę i usiądzie z nim przy jednym stole bez
manifestowania antypatii, jaką wobec niego żywiła.
- Powiesz wreszcie, o co ci chodzi, czy mam się domyślić? -
zapytała zniecierpliwiona Vanessa, Victor nie zdążył jednak odpowiedzieć,
ponieważ właśnie wtedy po domu rozniósł się dźwięk dzwonka.
Zakochani spojrzeli po sobie, zastanawiając się, które
powinno otworzyć. Oboje byli tak samo zestresowani, co wpędzało Victora w
lekkie zakłopotanie - w końcu jako mężczyzna powinien chyba być bardziej
spokojny, niż ona.
- Może jeszcze zagracie w marynarza, co? - zapytała Jenny,
po czym uśmiechnęła się do obojga. - Ja otworzę - rzekła i ruszyła w kierunku
drzwi, w ostatnim momencie poprawiając sukienkę w kolorze butelkowej zieleni.
Kiedy wróciła, towarzyszyła jej jasnowłosa kobieta, do
której Victor był niesamowicie podobny. Zielone oczy odziedziczyło po niej
oboje dzieci. Była nieco pulchniejsza, niż na ślubnym portrecie sprzed lat,
który jakiś czas temu podziwiała Vannie w domu ukochanego, wciąż jednak miała
wrodzoną elegancję i wdzięk, a zarazem stanowczość i powagę. Tuż za nią szedł
wysoki, chudawy mężczyzna z głową obsypaną rudymi, prostymi włosami, choć
gdzieniegdzie widać było również siwe pasma. W jego niebieskich oczach wciąż
tlił się ten figlarny błysk, a uśmiech był pogodny i pełen dobroci. Kiedy
Vanessa zobaczyła całą rodzinę Joyce'ów w pełnej okazałości, poczuła się
niezwykle dopieszczona przez los, ponieważ wkrótce sama stanie się jej częścią.
Choć nie zamieniła jeszcze ani słowa z rodzicami Victora, już teraz wiedziała,
że są to wspaniali ludzie - bo w końcu po kimś Jenny i Victor musieli
odziedziczyć te niezwykłe charaktery.
- Vanessa Yorke - powiedział Victor, chcąc chociaż tym
razem wykazać się pewnością siebie. Nie zraził go nawet nieco zduszony śmiech
Jenny, która przyglądała się tej scenie z boku. - A to moi rodzice.
- Zaraz, zaraz - rzekła Constance, łypiąc groźnie na syna,
który przełknął głośno ślinę. - Nie powinieneś przypadkiem dodać czegoś
jeszcze? Dziewczyna, narzeczona, matka mojego dziecka... Cokolwiek. W końcu nie
przedstawiałbyś nam pierwszej lepszej koleżanki, prawda?
- Bardzo się cieszę, że mogę państwa poznać - powiedziała
Vanessa dziarsko, a kiedy odgarniała włosy, Constance natychmiast zauważyła pierścionek
na jej palcu. Nie umknęło to również uwadze Roberta.
- Gratulacje, synu - rzekł, klepiąc Victora dość mocno po
plecach. Nachylił się nieco, by szepnąć: - Poczekałbyś jeszcze z rok, a matka
zamęczyłaby mnie swoim truciem o tym, że zegar tyka, a ty wciąż jesteś sam.
Vannie zaśmiała się cicho, ponieważ każde słowo Roberta
dotarło do jej uszu. Constance uścisnęła jej dłoń i ewidentnie było to maksimum
wylewności na dzisiaj, po czym Jenny i Victor zaprowadzili rodziców do salonu.
Nieco oszołomiona Vanessa usłyszała, jak ktoś wchodzi do domu, a chwilę później
jej oczom ukazał się James Devon. Kobieta szybko skojarzyła fakty. Właśnie o
tym chciał jej powiedzieć Victor na krótko przed oficjalnym początkiem
przyjęcia. Podeszła bliżej bruneta i obdarzyła go na tyle serdecznym uśmiechem,
na jaki było ją stać. Bez względu na to, jak bardzo wkurzała ją postawa Jamesa,
cieszyła się, że Victor postanowił zawalczyć o przyjaźń. Chciała przede
wszystkim jego szczęścia i jeśli potrzebował do tego Jamesa, to ona będzie
musiała się z tym pogodzić i to zaakceptować. Była na to gotowa.
- Nie spóźniłem się? - zapytał James, uśmiechając się
niepewnie.
- Nie - rzekł Victor, a Vannie przestraszyła jego
niespodziewana obecność. Wyrósł nagle za jej plecami, po czym minął ją i podszedł
bliżej dawnego przyjaciela. - Dobrze cię widzieć.
- Was też - odparł, po czym wyciągnął zza pleców prezent,
jaki dla nich przygotował. - Nie chciałem przychodzić z pustymi rękami.
Wszystkiego najlepszego.
- Dziękujemy - powiedziała Vanessa, kiedy zrozumiała, że
Victor nie zdoła wydukać ani słowa. Dziewczyna odebrała prezent od Jamesa, po
czym pocałowała go w oba policzki i razem z narzeczonym wróciła do salonu.
James podążał tuż za nimi, kiedy jego uwagę przykuła
postać, której jeszcze nie widział tego dnia. Momentalnie stanął w miejscu, by
przyjrzeć się rudowłosej dziewczynie, wyjmującej ciasto z piekarnika i
dosłownie modlącej się o to, by wyszło ono idealnie. Kiedy Jenny zauważyła jego
zaciekawione spojrzenie, pogroziła mu palcem, nie przestając się uśmiechać.
- Tylko spróbuj wygadać mojej mamie, że mam wątpliwości co
do jej przepisu - powiedziała, wówczas James przyłożył palec do ust,
obiecując, że nie piśnie ani słówka.
Patrzyli na siebie jeszcze przez chwilę, po czym James
zniknął za drzwiami prowadzącymi do salonu. Kiedy zobaczył Constance i Roberta,
ludzi, którzy okazali mu tyle zaufania i ciepła, miał mieszane uczucia. Cieszył
się z ich obecności, równocześnie obawiając ich reakcji na swoją osobę, w końcu
niejednokrotnie zranił ich córkę i wnuka. Państwo Joyce zareagowali jednak tak,
jak zawsze - nie kryli swej radości, po czym oboje uściskali go z całych sił.
Constance oczywiście uczyniła to dużo wylewniej, a widząca to Vanessa szepnęła
do Victora:
- Zaczynam być zazdrosna o twoją mamę.
***
Szczęście to każda godzina, minuta, sekunda, każdy miesiąc
i dzień, cały ten czas, który mogę zmarnotrawić na gapieniu się w jego oczy.
Kiedy Christina odnajdowała jego dłoń w swojej własnej,
czuła się bezpieczna, wolna od wszelkiej maści zagrożeń. Nie obawiała się, że
ktoś, na przykład Sophia Haggerty, mógłby ich zauważyć, gdy tak beztrosko
spacerowali po Londynie przez cały dzień. Może to nieodpowiedzialne, jednak
Christina nie zamierzała dusić się ze swoim szczęściem w ciasnej kryjówce.
Cieszyła się, że Gregory miał takie samo nastawienie do tego, co rodziło się
między nimi - a w każdym razie takie odnosiła wrażenie, choć nie zdążyli
jeszcze na spokojnie o tym porozmawiać. Tego dnia byli jedną z zakochanych par,
które poszukiwały w tym głośnym i zatłoczonym mieście kąta tylko dla siebie, w
którym istnieliby wyłącznie oni i nikt więcej. Nie pominęli dachu, na którym
zatańczyli raz jeszcze, teraz wplatając w to jednak nowe elementy, których
wówczas zabrakło. Całowali się właściwie bez przerwy, zachowując przy tym jak
nastolatkowie, którzy zwariowali na swoim punkcie i nie dostrzegają już świata
poza sobą. Było w tym zarówno coś irytującego, jak i urok, którego nie
potrafiliby przeoczyć. Najchętniej nie rozstawałaby się z pisarzem na chwilę,
wiedziała jednak, że nie powinna łamać reguł, które kiedyś ustaliła razem z
Vanessą. Miały nie zapraszać nikogo na noc, a jeśli nawet, to tylko w
wyjątkowej sytuacji. Christina zdołałaby nawet przekonać Vannie, by przymknęła
oko na jej gościa, w końcu sama kilkakrotnie przebolała obecność Victora w
swoim mieszkaniu, Josh jednak był tam nowy, a psycholog nie czuła się jeszcze
na tyle komfortowo, by rozmawiać z nim o takich rzeczach. Może była dziwna, ale
przynajmniej nie robiła niczego wbrew sobie.
- Żałuję, że musimy się rozstać - powiedziała, kiedy oboje
stali pod drzwiami, które prowadziły do jej mieszkania. Gregory kiwał subtelnie
głową, chcąc, aby wiedziała, że wciąż ją słucha, choć jego oczy zdawały się być
skupione tylko i wyłącznie na jej urodzie, której nie potrafił się oprzeć.
- Może powinnaś pomyśleć o własnym domu, bez nieproszonych
gości? - zapytał Haggerty i choć Tinie nie spodobał się jego stosunek do jej
współlokatorów, to w pewnym stopniu musiała przyznać, iż jego pomysł nie był
zły. - To z pewnością ułatwiłoby, no wiesz... parę spraw.
Poruszył brwiami w zabawny sposób, a policzki Christiny
momentalnie oblał rumieniec.
- Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo - powiedziała, po
czym wdrapała się na palce, by go pocałować. Gregory objął ją i dopiero, kiedy,
nieco niechętnie, puścił ją wolno, Tina weszła do mieszkania i zamknęła za sobą
drzwi.
Od razu, gdy przekroczyła próg, przypomniało jej się, że
Vanessa miała jakąś wielce ważną kolację, której szczegółów Christina nie
zdołała zapamiętać. Kontrolnie sprawdziła, czy lekarka przypadkiem nie jest w
swoim pokoju, a kiedy Tina odbiła się od drzwi, w jej sercu zapłonęła nadzieja.
Nacisnęła klamkę kolejnych drzwi i już po chwili stała przed faktem dokonanym -
w mieszkaniu nie było również Josha. Szarooka wróciła pod drzwi wejściowe i
choć rozsądek podpowiadał, że nie zastanie za nimi Gregory'ego, serce kazało
nie poddawać się bez uprzedniego zbadania gruntu. Otworzyła drzwi i poczuła
coś, czego nie potrafiła ubrać w słowa, gdy spostrzegła, że Haggerty nie ruszył
się ani o krok.
- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział tym swoim głosem,
na wpół śmiertelnie poważnym, a na wpół rozbawionym. - Mogę wejść do środka,
pani Dainty?
- Myślałam, że skończyliśmy z tą oficjalną wersją -
zauważyła, a Gregory zaśmiał się pod nosem, robiąc krok w jej stronę.
- Dobrze myślałaś - stwierdził, po czym przyjrzał jej się z
niekrytym uwielbieniem. - Teraz jesteś dla mnie kimś więcej, niż panią Dainty.
- A kim
jestem? - spytała.
Gregory podszedł na tyle blisko, że był już obiema nogami w
mieszkaniu ciemnowłosej. Nachylił się, by wyszeptać wprost do jej ucha słowo,
którego wcale się nie spodziewała, a które podziałało na nią niczym
najskuteczniejszy afrodyzjak. Nie czekała dłużej. Mocno przywarła do jego ust,
a Haggerty zamknął za sobą drzwi z hukiem, tym razem na klucz. Nikt nie mógł im
przeszkadzać, co wcale nie działało w obie strony. Christina, pomiędzy jednym
pocałunkiem, a drugim, szczerze współczuła sąsiadom, którzy musieli znosić ją i
jej partnera, jednak wcale nie zamierzała tego przerwać. Nie teraz. Nie w
momencie, kiedy była tak szczęśliwa.
Ten mężczyzna jest moją definicją szczęścia. A kto jest twoją?
***
Zacznę od tytułu odcinka, który zwrócił moją uwagę i muszę przyznać, że 'na dzień dobry' zmusił mnie do refleksji. Ilu ludzi tyle definicji szczęścia. Dla mnie szczęście to otaczający mnie ludzie. Przyjaciele, którzy zawsze są obok mnie i akceptują mnie taką jaką jestem. Rodzina, która mnie kocha i dała mi to wyjątkowe życie. Możliwość robienia tego, co kocham (pisanie). Zdrowie i wiele takich prostych, a jednocześnie tak bardzo ważnych rzeczy. Inni mają swoje własne potrzebny i prawdopodobnie wyśmialiby moje. Zatem nie przeciągając dłużej mojego wstępu, zabieram się za czytanie odcinka, aby dowiedzieć się jaka jest definicja szczęścia według bohaterów tego opowiadania! :)
OdpowiedzUsuńKocham tą piosenkę! Kiedyś mogłam słuchać jej godzinami! :)
I znowu skradłaś moje serce. G E N I A L N I E napisany tekst pisany kursywą. Chylę czoła Twojemu talentowi. Postanowiłam, że na chwilę zapomnę o Sophie i skupię tylko na Christinie i Gregorym. Moje serce raduje się za każdym razem, gdy widzę Christinę szczęśliwą. Od samego początku tego opowiadania przypadła mi do gustu i moja sympatia do niej nie zmaleje. Chciałabym, aby znalazła mężczyznę, który będzie dla niej oparciem, który będzie kochał jej piękną duszę i potrafił wyczarować iskierki radości w jej oczach. I jeśli tym panem ma być Gregory, to niech i tak będzie. Czytając o nich uśmiech nie schodził z mych ust. Słodkie, ale nie mdłe - tak, to idealnie opisuję tą całą sytuację. I tylko drobne ostrzeżenie do pana Gregor'ego - jeśli tylko skrzywdzi moją Christinę, to popamięta!
Jenny i Victor mają cudowną rodzinę. Widać, że wszyscy się kochają i szanują. Sam fragment był lekki i bardzo przyjemny. Szybko się go czytało i cały czas się uśmiechałam. Jestem także dumna z Victora, bo wreszcie odważył się zrobić coś, co być może pozwoli mu odzyskać dawnego przyjaciela. Mam nadzieję, że James także stanie na wysokości zdania i nie stchórzy. Pojawi się na kolacji, aby później odbyć męską rozmowę z Victorem. Trzymam za nich kciuki, bo wiem jak cenna jest przyjaźń.
Muszę przyznać, że w tym odcinku nawet Rosalie mnie nie zdenerwowała. Lubię jej przyjaźń z Martinem oraz to, że postanowiła trochę pomóc Victorowi i Jamesowi w odnalezieniu ponownie drogich do ich przyjaźni. Jestem też ciekawa, co takiego ukrywa Rosalie. Nie mogę się doczekać momentu, gdy poznamy jej wielki sekret.
Uwielbiam Victora i Vanessę oraz Jamesa i Jenny. Obie moje ulubione osoby w jednym fragmencie. Rewelacja! Mam wrażenie, że mama Victora podeszła do Vanessy z dystansem. Pewnie to wynika z macierzyńskiej troskliwości lub z moich urojeń. Jedno i drugie jest równie pewne. Czytam dalej.
Naprawdę raduje mnie szczęście Christiny. Chciałabym, aby trwało wiecznie, ale zdaję sobie sprawę, że niebawem będą musieli obudzić się z tego pięknego snu, aby stawić czoła rzeczywistości. Mam nadzieję, że tym razem Gregory stanie na wysokości zadania i zawalczy o kobietę na której mu naprawdę zależy.
Kochana, cudowny odcinek. Uśmiechałam się przez cały czas. Bardzo pozytywny, a tego było mi potrzeba. Muzyka przypadła mi do gustu. Bardziej jednak zachwyciły mnie Twoje opisy. Znowu przeniosłaś mnie do tego cudownego świata, który zachwyca mnie za każdym razem. Jesteś mistrzynią! Już nie mogę się doczekać kolejnej nowości! Oby ten tydzień szybko zleciał.
Ściskam:*
pary* I chciałabym jeszcze dodać, że jak mogłaś przerwać w takim momencie? Ja liczyłam na jakąś recenzję z rodzinnej kolacji, a później z rozmowy Jamesa i Victora! Uzbroję się w cierpliwość i postaram się wytrzymać do następnej publikacji! Ale nieładnie.. :)
OdpowiedzUsuńWyjątkowo odpiszę od razu. Mam do powiedzenia właściwie tylko tyle, że może bezpieczniej będzie, jeśli nie będziesz tak niecierpliwie oczekiwać dalszego ciągu przyjęcia. Wiesz, ja lubię komplikować rzeczy, które wydają się być proste i poukładane. I nic więcej nie powiem :P
UsuńBardzo dziękuję za komentarz! Jak dla mnie był idealny :) Odetchnęłam z ulgą, że muzyka przypadła Ci do gustu.
Całuję i pozdrawiam :*
A ja standardowo spóźniona, chociaż tym razem nie aż tak mocno :) a jeśli chodzi o Twoje przeprosiny, to nie przepraszaj, bo nie masz za co. Prawda jest taka, że troszkę więcej wolnego czasu mam tylko w wybrane dni, stąd też moje opóźnienia w komentowaniu i absolutnie nie przeszkadza mi fakt, że ledwo po skomentowaniu jednego, Ty już dodajesz kolejny :) tak więc mną się nie przejmuj i dodawaj nowości wtedy, kiedy Tobie najbardziej odpowiada :) ale teraz koniec z nudzeniem, zabieram się za czytanie.
OdpowiedzUsuńPamiętam jak bardzo chciałam czytać o szczęśliwej Christinie i właśnie doczekałam tego momentu. Wszyscy, którzy są tutaj od początku pamiętają, że pierwsze rozdziały pokazały, że życie Tiny nie było usłane różami, a jej samotność była naprawdę smutnym widokiem. Kiedy przypomnę sobie właśnie te poprzednie rozdziały i porównam je z obecnym i kilkoma poprzednimi, to dochodzę do wniosku, że nie poznaję Christiny. Zmieniła się dosłownie nie do poznania, zakochała się jak nastolatka, ale dla mnie najważniejsze jest to, że wreszcie może z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest szczęśliwa, chociaż tak naprawdę nie musiałaby mówić nic, bo to widać gołym okiem. Ale przyznaję, że gabinet psychologa to dość... oryginalne? miejsce na pobudkę :P niech to szczęście Tiny trwa jak najdłużej, bo po tylu latach samotności naprawdę zasługuje na to by być w końcu szczęśliwą :)
Wiem, że już kiedyś to pisałam, ale podoba mi się ta więź między Victorem a Jenny. Naprawdę, są chyba jednymi z nielicznych, którzy potrafią się dogadać i tak się nawzajem wspierają. Niestety, ja z moim bratem częściej nie potrafimy znaleźć wspólnego języka niż odwrotnie, chociaż przyznaję, że ostatnio ulega to znacznej poprawie, ale jednak wolę nie chwalić dnia przed zachodem słońca ;) dla mnie to normalne, że przychodzi w życiu taki moment, kiedy człowiek dorośleje i zaczyna poważnie myśleć o swoim życiu. Matko, gdyby chociaż większość mężczyzn myślała tak jak Victor, to myślę, że w ogóle nie byłoby samotnych kobiet no i facetów tak samo. Victora od początku polubiłam i cieszy mnie bardzo fakt, że ma takie dojrzałe podejście do życia, że już nie w głowie mu imprezki do białego rana i zmienianie kobiet jak rękawiczek. Myślę, że przy Vanessie odnalazł spokój i teraz już wie, czego chce od życia. Myślę, że lekarka podzieli jego plany na przyszłość i spodziewam się, że niedługo Victor zacznie wprowadzać swoje plany w życie. No i chyba niepotrzebnie tak bardzo boi się konfrontacji z Jamesem :) myślę, że będzie dobrze, ale dla pewności lecę czytać dalej.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się ta relacja, która wytworzyła się między Rosalie a Martinem. Zachowują się jak starzy, dobrzy przyjaciele, którzy zawsze mogą na siebie liczyć, nieważne w jakiej byliby sytuacji, to zawsze otrzymają wsparcie od drugiej osoby. Jeszcze tego nie pisałam, ale lubię Rosalie taką pomocną, słuchającą innych. Nadawałaby się na przyjaciółkę i myślę, że jej znajomość z Martinem wyjdzie mu na dobre. Przynajmniej będzie miał kogo się poradzić w razie potrzeby. Ja też jestem ciekawa kim jest ta jego wybranka :) no i oczywiste jest to, że z niecierpliwością czekam na moment, kiedy dowiem się całej prawdy o tajemnicach Rosalie, a myślę, że to już niedługo :)
Takie spotkania rodzinne jednak mają coś w sobie, ale dla niektórych bywają też męczące. Mnie osobiście też denerwują pytanie w stylu: "czy mam chłopaka", "kiedy go poznamy" itp. Jeśli chodzi o Victora, to chyba teraz będzie miał troszkę więcej spokoju, skoro jego rodzice poznali już Vanessę, ale z drugiej strony tak naprawdę dopiero teraz może zacząć się gadanie. Rzeczywiście matka Victora nie była zbyt wylewna, ale w końcu synek mamusi dorósł, znalazł kobietę swojego życia. Myślę, że jeszcze polubi lekarkę, muszą się tylko lepiej poznać i przede wszystkim częściej spotykać. Stres stresem, ale chyba nie było tak źle, prawda? :) a co do pojednania Jamesa i Victora to myślę, że teraz już jest wszystko na dobrej drodze i dawni przyjaciele się pogodzą :)
Chyba nie muszę pisać, że podobał mi się ostatni fragment? Mam tylko nadzieję, że to jej szczęście nie pryśnie jak bańka mydlana. Ciekawa jestem też, czy Gregory podejmie jakieś kroki odnośnie swojego małżeństwa. Tej sprawy się właśnie najbardziej obawiam, ale staram się być dobrej myśli, oby wszystko się ułożyło :)
Czekam na kolejne nowości :)
Pozdrawiam :*