15 listopada 2014

25. ,,Definicja szczęścia''

Hej :)
Nowość minimalnie szybciej, niż zwykle, ale to najprawdopodobniej jednorazowa sytuacja. Możliwe, że teraz rozdziały będą się pojawiać rzadziej - ze względu na pracę będzie mi to na rękę. Aczkolwiek nie wiem jeszcze na sto procent, jak to wszystko będzie działało (łączenie pracy z opowiadaniem), więc w razie co dam znać. Znając mnie, powstanie lekki chaos i nowości będą się pojawiać nieregularnie. Cóż poradzić :P
Odnośnie samego rozdziału... kurczę, lubię go. Jak zwykle nie wiem, jak to wszystko wygląda od strony technicznej, na czele tym razem z muzyką (drugą i trzecią piosenką konkretnie), ale mam jakieś silne uczucia do samej treści. Nie wiem, skąd się to u mnie bierze, hehe :P
Dobra, już nie nudzę :P
Dziękuję mocno za to, że jesteście! Tym samym przepraszam Olę za to, że dosłownie pół godziny po nadrobieniu rozdziału ja zwalam Ci na głowę kolejny. Wiem, jestem wstrętna :P Tak czy siak, dziękuję Ci bardzo za słowa pod dwudziestką czwórką :* Wiesz, że Cię uwielbiam, prawda?
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
John Mayer & Katy Perry - Who You Love

Szczęście ma smak jego ust.
Szczęście ma urodę jego oczu.
Szczęście ma zapach jego perfum.
Szczęście ma delikatność jego dotyku.
Szczęście nosi jego imię.

Christina przeżyła niemały szok, kiedy otworzyła oczy tego ranka. Spodziewała się, że jak zawsze obudzi się w swej sypialni, tymczasem zobaczyła wnętrze swego gabinetu. Wszystko, co się wydarzyło minionego wieczoru, zaczęło do niej docierać, choć nadal, pomimo prób, nie mogła uwierzyć, że działo się to naprawdę. Pamiętała jego pocałunki, które wspominała z lekkimi wyrzutami sumienia. Wiedziała, że nie powinna tego robić, a jednak bez wahania uczyniłaby to raz jeszcze, minęły bowiem wieki, od kiedy po raz ostatni była tak szczęśliwa. Kiedy przewróciła się z boku na bok, jej oczom ukazał się mężczyzna. Na jego twarzy gościł uśmiech. Wciąż nie przyzwyczaiła się do tego, że pan Haggerty potrafi zrobić taką minę, częściej bowiem widywała jego grymasy i pogardliwe spojrzenie. Patrzył teraz na nią swymi niebywale niebieskimi oczami i wtedy zrozumiała, że uśmiechał się właśnie do niej. Odwzajemniła to, a przyszło jej to z oczywistą łatwością. To, co się stało, pozwoliło im odkryć samych siebie. Christina nie mogła mówić za Gregory'ego, sama jednak marzyła o poznaniu go lepiej od niepamiętnych czasów, właściwie od pierwszego spotkania. Ich początki nie były łatwe, jednak kobieta zauważyła w nim kogoś więcej, niż wyniosłego i aroganckiego artystę, kiedy przeprosił ją za swoje bezczelne zachowanie w jej gabinecie. Potem pokazał jej swoje lepsze oblicze, gdy razem spędzili swoje urodziny w pięknej i jakże romantycznej scenerii, tańcząc na dachu budynku. Bywało lepiej i gorzej, by w konsekwencji zaprowadzić ich tutaj - w najcudowniejsze miejsce, w jakim Christina kiedykolwiek była. Nie potrzebowała nic więcej, prócz dotyku jego dłoni i spojrzenia oczu, które wciąż czuła na sobie. To był ich świat, do którego nikt inny nie miał wstępu. Myśl ta przypomniała Tinie fakt, który sprawił, że rozbawiona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kiedy napotkała zaciekawione i nieco zlęknione spojrzenie Gregory'ego, postanowiła, że natychmiast wypowie swoje myśli na głos.
- Moja sekretarka - rzekła psycholog. - Przez cały czas mogła tu zajrzeć i zobaczyć... A jednak tego nie zrobiła.
- A może zrobiła, tylko była wyjątkowo dyskretna? - zapytał Haggerty, po czym pocałował czule wewnętrzną stronę dłoni ciemnowłosej. Kobieta zmrużyła oczy, odczuwając niesamowitą i trudną do opisania przyjemność.
- To chyba najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam w swoim życiu - przyznała Christina. Od tego wszystkiego dosłownie kręciło jej się w głowie.
- Nie jestem pewien - stwierdził. - Ten tatuaż wydaje mi się bardziej zwariowany, niż noc, którą spędziliśmy razem.
Mężczyzna przejechał palcem po żebrach brunetki, na których widniało pokaźnych rozmiarów pióro. Przyglądał mu się z niekrytym zainteresowaniem, a kiedy ponownie spojrzał prosto w oczy Tiny, kobieta poczuła, że za moment rozpłynie się z rozkoszy. Sama jego obecność wystarczała, by wprowadzić ją w ten stan. Była w siódmym niebie.
- Podobnym piórem pisałem swoje pierwsze opowiadania. Spokojnie, nie jestem aż tak stary - mieliśmy już wtedy długopisy i tym podobne. Po prostu chciałem poczuć się jak Szekspir. Wiem, to trochę infantylne, ale chyba każdy z nas nosi w sobie nieco naiwnego dzieciaka. Nie wiem, czy powinienem się tego wstydzić.
- Ani trochę - rzekła stanowczo.
- Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wyjawił komuś ten fakt ze swojego iście pasjonującego życia - kontynuował Haggerty. - Myślę, że świadczy to o wyjątkowości pewnej ślicznej dziewczyny, obdarzonej najpiękniejszymi oczami, jakie widziałem.
Gregory pocałował ją w momencie, w którym wcale się tego nie spodziewała. Nie robił tego tak zachłannie i namiętnie, jak wieczorem, kiedy przyszedł bez zapowiedzi i po prostu wziął to, czego chciał. Teraz oboje byli bardziej świadomi tego, co się między nimi dzieje. Przeżywali to wszystko wolniej, chcąc dokładnie zapamiętać każdy szczegół, analizując poszczególne pocałunki i każdy pojedynczy dotyk.
- Zanim doprowadzimy do powtórki z rozrywki, mam jedno pytanie - powiedział pisarz, a ciemnowłosa wyprostowała się nieco, ewidentnie zaintrygowana słowami Gregory'ego. - Czy jesteśmy już na odpowiednim etapie, by przejść na ,,ty''?
Christina zaśmiała się melodyjnie, a następnie skinęła lekko głową. Zatrzymała dłonie na karku roześmianego mężczyzny, ciesząc się pierwszym, drugim i każdym kolejnym pocałunkiem. Jeśli szczęście to dwoje ludzi, którzy nie widzą świata poza sobą, to Tina bez wahania mogła nazwać się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

***

Victor oderwał wzrok od sałatki, którą jeszcze przed momentem podjadał bez zgody Jenny. Jego uwagę ponownie przykuł widok młodszej siostry, która pouczała Olivera, na jak drobne kawałki powinien pokroić paprykę. Wykazywała się wielką cierpliwością, a w jej oczach zawsze widać było bezgraniczną miłość do syna - nawet, kiedy akurat była na niego wściekła o jakąś głupotę, jak stłuczony wazon, albo o coś poważniejszego. Piłkarz był na takim etapie swojego życia, że imprezy i blichtr chodziły mu po głowie coraz rzadziej. Chciał się ustatkować, mieć coś stałego, do czego zawsze będzie mógł się odwołać. Powiedział to Vanessie już przy okazji ich pierwszej randki. Im starszy się robił, tym bardziej potrzebował stabilizacji. Cieszył się, że odważył się już poprosić ukochaną kobietę o rękę. Miał nadzieję na rychły ślub, a po jakimś czasie naprawdę chciałby zostać ojcem. Tak naprawdę nie wiedział, czy wolałby mieć syna, czy córkę, zresztą póki co wolał się nie zapędzać. Ufał, że Vannie kiedyś podzieli jego plany i nic nie stanie im na przeszkodzie, by mieć własną, pełną i szczęśliwą rodzinę, której członkowie zawsze i wszędzie mogą na sobie polegać. Myśl o czekającym go tego dnia przyjęciu, podczas którego Vanessa spotka jego rodziców po raz pierwszy, nieco go stresowała. Był pewien, że zaakceptują wybrankę jego serca, martwił się jednak o samą Yorke. Ostatnio nie była w najlepszej formie. Namawiał ją, aby wzięła wolne, ta jednak bez wahania poszła do pracy, lekceważąc zmęczenie spowodowane całonocnym płaczem. Obawiał się, czy był to najlepszy moment na tak stresujące wydarzenie w jej życiu. Cieszył się, że w tym wszystkim mógł liczyć na wsparcie Jenny. Bez niej nie zdołałby nawet nakryć do stołu. Czekało na niego jeszcze jedno wyzwanie, o którym jeszcze nie powiedział młodszej siostrze. Im więcej czasu mijało, tym bardziej wyczuwał emocje związane z podzieleniem się z Jenny swoją tajemnicą. Bał się jej reakcji, a mogła ona być naprawdę zaskakująca. Victor zrozumie, jeśli rudowłosa mu odmówi - w końcu akurat ona miała do tego pełne prawo.
- Co się z tobą dzieje? - zapytała zielonooka, a Victor ocknął się i zorientował, iż Olivera nie było już w kuchni. - Chłopie, czym ty się tak denerwujesz?
- Jak kiedyś znajdziesz się na moim miejscu, nie będziesz taka wygadana - odparł zdecydowanie, a pieguska jedynie się uśmiechnęła. - Dzięki, że mi pomagasz.
- Nawet nie wiesz, braciszku, ile mnie to kosztuje - rzekła. - Modlę się, żeby po raz tysięczny w swoim życiu nie sknocić tego ciasta. Wiesz, jaki to byłby wstyd, gdybym podała rodzicom zakalec?
- Tata zapewniłby cię, że jest pyszny, choć i tak krzywiłby się ponad stołem, mama natomiast powiedziałaby, że gdybyś wykorzystała jej przepis, wszystko byłoby inaczej.
- Wtedy ja odrzekłabym: ,,Ależ mamusiu, wyobraź sobie, że ja skorzystałam z tej twojej sławnej receptury'', a ona odrzuciłaby te swoje blond loki z dumą i próbowała wmówić mi, że to niemożliwe. Bo ona oczywiście wie lepiej, z czyjego przepisu skorzystałam - skwitowała Jenny i razem z bratem wybuchnęli śmiechem.
Oboje żałowali, że widują rodziców tak rzadko. Kiedy Robert przeszedł na emeryturę, razem z Constance zadecydowali o przeprowadzce. Zamieszkali z daleka od londyńskiego gwaru, gdzie on zajął się hodowlą, a ona poświęciła się poezji, która pasjonowała ją od dziecka. Zarówno Victor, jak i Jenny, mieli swoje życie i zobowiązania, które nie pozwalały im na częsty kontakt z rodzicami, nie uniknęli jednak niezapowiedzianych wizyt Constance i Roberta na zmianę w Londynie i Manchesterze. Małżeństwo od lat skupiało się na namawianiu Victora na założenie rodziny. Ciekawe, czy domyślają się, w jakim celu zostali zaproszeni do domu córki. Myśl o tym sprowokowała szybsze poruszenie drażliwego tematu, niż Victor planował. Nabrał powietrza w płuca, po czym zwrócił się do rudowłosej.
- Słuchaj... Bo widzisz, miałem nadzieję, że mogłabyś coś dla mnie zrobić - zaczął, uważając, by nie szarpnąć za niewłaściwą strunę.
- Zrobić coś dla ciebie? - zapytała, a jej oczy rozszerzyły się niebezpiecznie. - No tak, bo przecież niczego jeszcze dla ciebie nie zrobiłam tego dnia.
- Jen, jestem ci bardzo wdzięczny za wszystko, zresztą raz już ci podziękowałem - zauważył, a zielonooka skinęła głową, przyznając bratu rację. - Tym razem chodzi o coś więcej, niż ciasto czy sałatka.
- Tego się właśnie obawiam...
- Pomyślisz pewnie, że żartuję, ale chciałbym zaprosić Jamesa na kolację - rzekł, a Jenny spojrzała na niego tak, jakby w jej odczuciu po prostu zwariował. - Chyba chciałbym się pogodzić.
- Chyba?
- Zrobisz to, czy nie? - zapytał poirytowany i zawstydzony.
- A dlaczego ty tego nie zrobisz? - spytała, nie dając za wygraną. - Czego się boisz?
- Dzięki za wiercenie mi dziury w brzuchu - burknął Victor i już miał wyjść z kuchni, kiedy w ostatniej chwili dostrzegł telefon w dłoni siostry.
- Powiedz mi tylko, czy mam go tu zwabić podstępem, czy powiedzieć mu, że dzwonię w twoim imieniu.
- Poproszę opcję numer dwa - odparł, po czym pocałował siostrę w policzek, chcąc jakoś wyrazić swoją wdzięczność.
- Jak dziecko - westchnęła, patrząc na brata z politowaniem, ten natomiast ani na moment nie przestał się uśmiechać.
Oboje oczekiwali w napięciu, kiedy po drugiej stronie usłyszą głos ciemnookiego. Jenny nie powiedziała tego Victorowi, jednak poczuła niesamowitą radość, kiedy dowiedziała się, że jej brat pierwszy wyciągnie rękę na zgodę. Była z niego dumna, lecz czułaby się dokładnie tak samo, gdyby to James szybciej dojrzał do takiej decyzji. Jej serce zabiło dziesięć razy mocniej, kiedy mężczyzna w końcu odebrał.

***

Rosalie raz po raz zerkała na Martina, który ostatnimi czasy był bardzo małomówny i skryty. Nie udało jej się jeszcze namówić go na zwierzenia, miała jednak nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Nie była wścibska. Chciała być przy nim w momencie, kiedy będzie potrzebował czyjegoś wsparcia. Zasługiwał na to nie tylko dlatego, że sam nie zostawił jej w potrzebie, ale i dlatego, że był wspaniałym człowiekiem pełnym ciepła i Rosalie musiałaby nie mieć serca, by odwrócić się od niego, okazując obojętność. Domyślała się, że powodem jego rozkojarzenia była tajemnicza miłość, o której do tej pory nie powiedział jej zbyt wiele. Pamiętała, kiedy sama zakochała się po raz pierwszy i ostatni, w dodatku nastąpiło to w najmniej spodziewanym momencie. Los spłatał jej figla i przechytrzył nawet ją, choć zawsze sądziła, że jest najsprytniejszą osobą spośród wszystkich, jakie znała. Jasnowłosa zmrużyła oczy. Myślenie o Jamesie nie jako cudownym przyjacielu, ale o niewinnym nastolatku, któremu Rosalie notabene zniszczyła życie, sprawiało jej gigantyczny ból. Zmierzenie się z przeszłością, a także pogmatwaną teraźniejszością, było coraz bliżej. Wyczuwała to. Nie potrafiła nazwać swoich emocji. Lęk? Niepokój? A może ulga, że w końcu, po tylu latach, zrzuci z siebie olbrzymi ciężar, jaki przyszło jej dźwigać na swych plecach?
- Kiedy ją poznam? - zapytała Rosalie, kiedy Martin wrócił i wręczył jej zakupionego przed momentem hamburgera.
- Ale kogo? - spytał, łapczywie biorąc pierwszy, sowity kęs. - Jeśli mówisz o mojej...
- Otóż to - rzekła, uśmiechając się.
- Sytuacja jest taka, że ja sam właściwie jej nie znam - stwierdził, a kiedy zobaczył znaczące spojrzenie rozmówczyni, dotarło do niego, że nie wymiga się od dalszego ciągu spowiedzi. - Na początku wydawało mi się, że jest inaczej, ale teraz... No bo jak to jest, że jednego dnia jest po prostu świetnie, a zaraz potem laska nie odbiera telefonu?
- A nie zrobiłeś nic złego? Nie uraziłeś jej w jakiś sposób?
- Żebym to ja wiedział...
- Tylko się nie poddaj, bez względu na wszystko. Pokaż jej, że ci na niej zależy.
- A niby jak, skoro nawet nie mam z nią kontaktu?
- Nie zrobię wszystkiego za ciebie - powiedziała i pokazała mu język. - Kombinuj, Martin. Pamiętaj, że ja zawsze trzymam za ciebie kciuki.
- Ta, kciuki... - mruknął, po czym szturchnął ją lekko.
Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć Martinowi tym samym, ponieważ właśnie wtedy zauważyła biegnącego ku nim Jamesa. Sam jego widok nie zaskoczył jej tak bardzo, jak jego uradowana mina. Na twarzy miał wypisane szczęście tak szczere, że ciężko o coś bardziej autentycznego. Miał na sobie elegancką koszulę w błękitnym kolorze, a w dłoniach dzierżył tajemniczy pakunek.
- Cześć - powiedział do Martina, by potem zwrócić się już tylko i wyłącznie do dawnej ukochanej, która wciąż patrzyła na niego z zaciekawieniem. - Zauważyłem cię z daleka i jakoś nie mogłem się powstrzymać. Chciałem ci powiedzieć, że Victor zaprosił mnie na taką małą rodzinną uroczystość i chyba chce się pogodzić.
- Zwolnij troszkę - nakazała, a James nabrał powietrza w usta. - Bardzo się cieszę.
- Ja też. Znaczy, jestem skołowany i dawno nie byłem tak zaszokowany, ale chyba mimo wszystko się cieszę.
- To widać - stwierdziła, po czym uściskała go przyjacielsko. - Powodzenia!
- Nie dziękuję - odparł James, a w jego głosie słychać było podekscytowanie.
Brunet uśmiechnął się pogodnie, a kiedy spojrzał na zegarek zorientował się, że nie ma więcej czasu na rozmowę. Pożegnał się z Rosalie i Martinem i wszyscy troje ruszyli w przeciwnych kierunkach.
- A powiedz mi, Rosie, czy ty wiesz coś o całym tym Victorze i chęci pojednania? Bo nie wyglądałaś mi na zaskoczoną - zauważył chłopak.
- Chętnie bym ci odpowiedziała, ale zaczęła mnie boleć głowa - rzekła, robiąc maślane oczy, po czym wzięła mężczyznę pod rękę, drugą dłonią wyrzucając papierek po niezdrowej przekąsce do kosza. - Idziemy do domu?
Martin skinął głową, nie przestając patrzeć na Rosalie nieco podejrzliwie, a zarazem wyjątkowo ufnie. Każdego dnia lubił ją coraz bardziej. Miał nadzieję, że kiedyś faktycznie przedstawi jej swoją dziewczynę. Nie chciał ani końca przyjaźni z Rosie, ani związku, który owszem, kosztował go bardzo dużo, ale jednocześnie był najwspanialszą relacją, jakiej kiedykolwiek doświadczył.

***

Niebieskooka miała nadzieję, że postawa Victora doda jej otuchy przed spotkaniem z jego rodzicami, które kosztowało ją wiele nerwów, tak się jednak nie stało. Piłkarz odchodził od zmysłów i nawet nie zwrócił uwagi na jej elegancką, dopasowaną do ciała sukienkę w wiśniowym kolorze. Miotał się pomiędzy jednym miejscem, a drugim, nigdzie jednak nie odnajdując spokoju, którego potrzebował. Obawiał się zarówno reakcji matki i ojca na Vannie, czyli kobietę, którą wybrał, a także konfrontacji z Jamesem. Być może właśnie to stresowało go bardziej, niż podstawowe założenie dzisiejszego przyjęcia. Co jakiś czas dopadały go wątpliwości, czy aby na pewno dobrze postąpił, kiedy zaufał Rosalie i postanowił dać dawnemu przyjacielowi kolejną szansę. A może popełnił błąd, za który lada moment będzie musiał zapłacić bardzo wysoką, wręcz horrendalną cenę? Nie chciał niczego żałować, nie mógł jednak być pewien, że wszystko ułoży się po jego myśli. Tak naprawdę każdy wariant był prawdopodobny. James może zarówno ucieszyć się z zaskakującej propozycji Victora, ale może też zaśmiać mu się prosto w twarz i w ogóle nie przyjść na to przyjęcie. Zielonooki nie chciał wyjść na naiwnego idiotę. Nie przed Vannie, Jenny albo rodzicami, którzy zawsze traktowali Jamesa jak własne dziecko.
- Weź się w garść - powiedziała Vanessa, choć nie była przekonana, czy narzeczony zarejestrował chociaż jedno jej słowo.
- Po co my to w ogóle robimy? - zapytał piłkarz, ujmując delikatnie dłoń ukochanej pomiędzy swoje drżące z emocji palce. - Widzisz, ile nas to kosztuje? Ja chyba wolałbym spędzić ten dzień tylko z tobą, z daleka od tego wszystkiego.
- Tak ci się tylko wydaje - rzekła stanowczo, po czym uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy i pokazać, że jest przy nim i nigdzie się nie wybiera, bo właśnie tutaj czuje się najlepiej. - Tak, denerwuję się, ale i tak chcę wreszcie poznać swoich przyszłych teściów.
- Wiesz, jest coś jeszcze... - zaczął, nie wiedział jednak, jakich użyć słów, by przekazać narzeczonej wiadomość o tym, że kolację zaszczyci jeszcze jedna osoba. Pamiętał, że relacje Vanessy i Jamesa nie były kolorowe ani łatwe, głównie ze względu na jej przyjaźń z Jenny i Rosalie. Wierzył jednak, że brunetka pokaże klasę i usiądzie z nim przy jednym stole bez manifestowania antypatii, jaką wobec niego żywiła.
- Powiesz wreszcie, o co ci chodzi, czy mam się domyślić? - zapytała zniecierpliwiona Vanessa, Victor nie zdążył jednak odpowiedzieć, ponieważ właśnie wtedy po domu rozniósł się dźwięk dzwonka.
Zakochani spojrzeli po sobie, zastanawiając się, które powinno otworzyć. Oboje byli tak samo zestresowani, co wpędzało Victora w lekkie zakłopotanie - w końcu jako mężczyzna powinien chyba być bardziej spokojny, niż ona.
- Może jeszcze zagracie w marynarza, co? - zapytała Jenny, po czym uśmiechnęła się do obojga. - Ja otworzę - rzekła i ruszyła w kierunku drzwi, w ostatnim momencie poprawiając sukienkę w kolorze butelkowej zieleni.
Kiedy wróciła, towarzyszyła jej jasnowłosa kobieta, do której Victor był niesamowicie podobny. Zielone oczy odziedziczyło po niej oboje dzieci. Była nieco pulchniejsza, niż na ślubnym portrecie sprzed lat, który jakiś czas temu podziwiała Vannie w domu ukochanego, wciąż jednak miała wrodzoną elegancję i wdzięk, a zarazem stanowczość i powagę. Tuż za nią szedł wysoki, chudawy mężczyzna z głową obsypaną rudymi, prostymi włosami, choć gdzieniegdzie widać było również siwe pasma. W jego niebieskich oczach wciąż tlił się ten figlarny błysk, a uśmiech był pogodny i pełen dobroci. Kiedy Vanessa zobaczyła całą rodzinę Joyce'ów w pełnej okazałości, poczuła się niezwykle dopieszczona przez los, ponieważ wkrótce sama stanie się jej częścią. Choć nie zamieniła jeszcze ani słowa z rodzicami Victora, już teraz wiedziała, że są to wspaniali ludzie - bo w końcu po kimś Jenny i Victor musieli odziedziczyć te niezwykłe charaktery.
- Vanessa Yorke - powiedział Victor, chcąc chociaż tym razem wykazać się pewnością siebie. Nie zraził go nawet nieco zduszony śmiech Jenny, która przyglądała się tej scenie z boku. - A to moi rodzice.
- Zaraz, zaraz - rzekła Constance, łypiąc groźnie na syna, który przełknął głośno ślinę. - Nie powinieneś przypadkiem dodać czegoś jeszcze? Dziewczyna, narzeczona, matka mojego dziecka... Cokolwiek. W końcu nie przedstawiałbyś nam pierwszej lepszej koleżanki, prawda?
- Bardzo się cieszę, że mogę państwa poznać - powiedziała Vanessa dziarsko, a kiedy odgarniała włosy, Constance natychmiast zauważyła pierścionek na jej palcu. Nie umknęło to również uwadze Roberta.
- Gratulacje, synu - rzekł, klepiąc Victora dość mocno po plecach. Nachylił się nieco, by szepnąć: - Poczekałbyś jeszcze z rok, a matka zamęczyłaby mnie swoim truciem o tym, że zegar tyka, a ty wciąż jesteś sam.
Vannie zaśmiała się cicho, ponieważ każde słowo Roberta dotarło do jej uszu. Constance uścisnęła jej dłoń i ewidentnie było to maksimum wylewności na dzisiaj, po czym Jenny i Victor zaprowadzili rodziców do salonu. Nieco oszołomiona Vanessa usłyszała, jak ktoś wchodzi do domu, a chwilę później jej oczom ukazał się James Devon. Kobieta szybko skojarzyła fakty. Właśnie o tym chciał jej powiedzieć Victor na krótko przed oficjalnym początkiem przyjęcia. Podeszła bliżej bruneta i obdarzyła go na tyle serdecznym uśmiechem, na jaki było ją stać. Bez względu na to, jak bardzo wkurzała ją postawa Jamesa, cieszyła się, że Victor postanowił zawalczyć o przyjaźń. Chciała przede wszystkim jego szczęścia i jeśli potrzebował do tego Jamesa, to ona będzie musiała się z tym pogodzić i to zaakceptować. Była na to gotowa.
- Nie spóźniłem się? - zapytał James, uśmiechając się niepewnie.
- Nie - rzekł Victor, a Vannie przestraszyła jego niespodziewana obecność. Wyrósł nagle za jej plecami, po czym minął ją i podszedł bliżej dawnego przyjaciela. - Dobrze cię widzieć.
- Was też - odparł, po czym wyciągnął zza pleców prezent, jaki dla nich przygotował. - Nie chciałem przychodzić z pustymi rękami. Wszystkiego najlepszego.
- Dziękujemy - powiedziała Vanessa, kiedy zrozumiała, że Victor nie zdoła wydukać ani słowa. Dziewczyna odebrała prezent od Jamesa, po czym pocałowała go w oba policzki i razem z narzeczonym wróciła do salonu.
James podążał tuż za nimi, kiedy jego uwagę przykuła postać, której jeszcze nie widział tego dnia. Momentalnie stanął w miejscu, by przyjrzeć się rudowłosej dziewczynie, wyjmującej ciasto z piekarnika i dosłownie modlącej się o to, by wyszło ono idealnie. Kiedy Jenny zauważyła jego zaciekawione spojrzenie, pogroziła mu palcem, nie przestając się uśmiechać.
- Tylko spróbuj wygadać mojej mamie, że mam wątpliwości co do jej przepisu - powiedziała, wówczas James przyłożył palec do ust, obiecując, że nie piśnie ani słówka.
Patrzyli na siebie jeszcze przez chwilę, po czym James zniknął za drzwiami prowadzącymi do salonu. Kiedy zobaczył Constance i Roberta, ludzi, którzy okazali mu tyle zaufania i ciepła, miał mieszane uczucia. Cieszył się z ich obecności, równocześnie obawiając ich reakcji na swoją osobę, w końcu niejednokrotnie zranił ich córkę i wnuka. Państwo Joyce zareagowali jednak tak, jak zawsze - nie kryli swej radości, po czym oboje uściskali go z całych sił. Constance oczywiście uczyniła to dużo wylewniej, a widząca to Vanessa szepnęła do Victora:
- Zaczynam być zazdrosna o twoją mamę.

***

Szczęście to każda godzina, minuta, sekunda, każdy miesiąc i dzień, cały ten czas, który mogę zmarnotrawić na gapieniu się w jego oczy.

Kiedy Christina odnajdowała jego dłoń w swojej własnej, czuła się bezpieczna, wolna od wszelkiej maści zagrożeń. Nie obawiała się, że ktoś, na przykład Sophia Haggerty, mógłby ich zauważyć, gdy tak beztrosko spacerowali po Londynie przez cały dzień. Może to nieodpowiedzialne, jednak Christina nie zamierzała dusić się ze swoim szczęściem w ciasnej kryjówce. Cieszyła się, że Gregory miał takie samo nastawienie do tego, co rodziło się między nimi - a w każdym razie takie odnosiła wrażenie, choć nie zdążyli jeszcze na spokojnie o tym porozmawiać. Tego dnia byli jedną z zakochanych par, które poszukiwały w tym głośnym i zatłoczonym mieście kąta tylko dla siebie, w którym istnieliby wyłącznie oni i nikt więcej. Nie pominęli dachu, na którym zatańczyli raz jeszcze, teraz wplatając w to jednak nowe elementy, których wówczas zabrakło. Całowali się właściwie bez przerwy, zachowując przy tym jak nastolatkowie, którzy zwariowali na swoim punkcie i nie dostrzegają już świata poza sobą. Było w tym zarówno coś irytującego, jak i urok, którego nie potrafiliby przeoczyć. Najchętniej nie rozstawałaby się z pisarzem na chwilę, wiedziała jednak, że nie powinna łamać reguł, które kiedyś ustaliła razem z Vanessą. Miały nie zapraszać nikogo na noc, a jeśli nawet, to tylko w wyjątkowej sytuacji. Christina zdołałaby nawet przekonać Vannie, by przymknęła oko na jej gościa, w końcu sama kilkakrotnie przebolała obecność Victora w swoim mieszkaniu, Josh jednak był tam nowy, a psycholog nie czuła się jeszcze na tyle komfortowo, by rozmawiać z nim o takich rzeczach. Może była dziwna, ale przynajmniej nie robiła niczego wbrew sobie.
- Żałuję, że musimy się rozstać - powiedziała, kiedy oboje stali pod drzwiami, które prowadziły do jej mieszkania. Gregory kiwał subtelnie głową, chcąc, aby wiedziała, że wciąż ją słucha, choć jego oczy zdawały się być skupione tylko i wyłącznie na jej urodzie, której nie potrafił się oprzeć.
- Może powinnaś pomyśleć o własnym domu, bez nieproszonych gości? - zapytał Haggerty i choć Tinie nie spodobał się jego stosunek do jej współlokatorów, to w pewnym stopniu musiała przyznać, iż jego pomysł nie był zły. - To z pewnością ułatwiłoby, no wiesz... parę spraw.
Poruszył brwiami w zabawny sposób, a policzki Christiny momentalnie oblał rumieniec.
- Mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo - powiedziała, po czym wdrapała się na palce, by go pocałować. Gregory objął ją i dopiero, kiedy, nieco niechętnie, puścił ją wolno, Tina weszła do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi.
Od razu, gdy przekroczyła próg, przypomniało jej się, że Vanessa miała jakąś wielce ważną kolację, której szczegółów Christina nie zdołała zapamiętać. Kontrolnie sprawdziła, czy lekarka przypadkiem nie jest w swoim pokoju, a kiedy Tina odbiła się od drzwi, w jej sercu zapłonęła nadzieja. Nacisnęła klamkę kolejnych drzwi i już po chwili stała przed faktem dokonanym - w mieszkaniu nie było również Josha. Szarooka wróciła pod drzwi wejściowe i choć rozsądek podpowiadał, że nie zastanie za nimi Gregory'ego, serce kazało nie poddawać się bez uprzedniego zbadania gruntu. Otworzyła drzwi i poczuła coś, czego nie potrafiła ubrać w słowa, gdy spostrzegła, że Haggerty nie ruszył się ani o krok.
- Wiedziałem, że tak będzie - powiedział tym swoim głosem, na wpół śmiertelnie poważnym, a na wpół rozbawionym. - Mogę wejść do środka, pani Dainty?
- Myślałam, że skończyliśmy z tą oficjalną wersją - zauważyła, a Gregory zaśmiał się pod nosem, robiąc krok w jej stronę.
- Dobrze myślałaś - stwierdził, po czym przyjrzał jej się z niekrytym uwielbieniem. - Teraz jesteś dla mnie kimś więcej, niż panią Dainty.
- A kim jestem? - spytała.
Gregory podszedł na tyle blisko, że był już obiema nogami w mieszkaniu ciemnowłosej. Nachylił się, by wyszeptać wprost do jej ucha słowo, którego wcale się nie spodziewała, a które podziałało na nią niczym najskuteczniejszy afrodyzjak. Nie czekała dłużej. Mocno przywarła do jego ust, a Haggerty zamknął za sobą drzwi z hukiem, tym razem na klucz. Nikt nie mógł im przeszkadzać, co wcale nie działało w obie strony. Christina, pomiędzy jednym pocałunkiem, a drugim, szczerze współczuła sąsiadom, którzy musieli znosić ją i jej partnera, jednak wcale nie zamierzała tego przerwać. Nie teraz. Nie w momencie, kiedy była tak szczęśliwa.

Ten mężczyzna jest moją definicją szczęścia. A kto jest twoją?
***

5 komentarzy:

  1. Zacznę od tytułu odcinka, który zwrócił moją uwagę i muszę przyznać, że 'na dzień dobry' zmusił mnie do refleksji. Ilu ludzi tyle definicji szczęścia. Dla mnie szczęście to otaczający mnie ludzie. Przyjaciele, którzy zawsze są obok mnie i akceptują mnie taką jaką jestem. Rodzina, która mnie kocha i dała mi to wyjątkowe życie. Możliwość robienia tego, co kocham (pisanie). Zdrowie i wiele takich prostych, a jednocześnie tak bardzo ważnych rzeczy. Inni mają swoje własne potrzebny i prawdopodobnie wyśmialiby moje. Zatem nie przeciągając dłużej mojego wstępu, zabieram się za czytanie odcinka, aby dowiedzieć się jaka jest definicja szczęścia według bohaterów tego opowiadania! :)
    Kocham tą piosenkę! Kiedyś mogłam słuchać jej godzinami! :)
    I znowu skradłaś moje serce. G E N I A L N I E napisany tekst pisany kursywą. Chylę czoła Twojemu talentowi. Postanowiłam, że na chwilę zapomnę o Sophie i skupię tylko na Christinie i Gregorym. Moje serce raduje się za każdym razem, gdy widzę Christinę szczęśliwą. Od samego początku tego opowiadania przypadła mi do gustu i moja sympatia do niej nie zmaleje. Chciałabym, aby znalazła mężczyznę, który będzie dla niej oparciem, który będzie kochał jej piękną duszę i potrafił wyczarować iskierki radości w jej oczach. I jeśli tym panem ma być Gregory, to niech i tak będzie. Czytając o nich uśmiech nie schodził z mych ust. Słodkie, ale nie mdłe - tak, to idealnie opisuję tą całą sytuację. I tylko drobne ostrzeżenie do pana Gregor'ego - jeśli tylko skrzywdzi moją Christinę, to popamięta!
    Jenny i Victor mają cudowną rodzinę. Widać, że wszyscy się kochają i szanują. Sam fragment był lekki i bardzo przyjemny. Szybko się go czytało i cały czas się uśmiechałam. Jestem także dumna z Victora, bo wreszcie odważył się zrobić coś, co być może pozwoli mu odzyskać dawnego przyjaciela. Mam nadzieję, że James także stanie na wysokości zdania i nie stchórzy. Pojawi się na kolacji, aby później odbyć męską rozmowę z Victorem. Trzymam za nich kciuki, bo wiem jak cenna jest przyjaźń.
    Muszę przyznać, że w tym odcinku nawet Rosalie mnie nie zdenerwowała. Lubię jej przyjaźń z Martinem oraz to, że postanowiła trochę pomóc Victorowi i Jamesowi w odnalezieniu ponownie drogich do ich przyjaźni. Jestem też ciekawa, co takiego ukrywa Rosalie. Nie mogę się doczekać momentu, gdy poznamy jej wielki sekret.
    Uwielbiam Victora i Vanessę oraz Jamesa i Jenny. Obie moje ulubione osoby w jednym fragmencie. Rewelacja! Mam wrażenie, że mama Victora podeszła do Vanessy z dystansem. Pewnie to wynika z macierzyńskiej troskliwości lub z moich urojeń. Jedno i drugie jest równie pewne. Czytam dalej.
    Naprawdę raduje mnie szczęście Christiny. Chciałabym, aby trwało wiecznie, ale zdaję sobie sprawę, że niebawem będą musieli obudzić się z tego pięknego snu, aby stawić czoła rzeczywistości. Mam nadzieję, że tym razem Gregory stanie na wysokości zadania i zawalczy o kobietę na której mu naprawdę zależy.
    Kochana, cudowny odcinek. Uśmiechałam się przez cały czas. Bardzo pozytywny, a tego było mi potrzeba. Muzyka przypadła mi do gustu. Bardziej jednak zachwyciły mnie Twoje opisy. Znowu przeniosłaś mnie do tego cudownego świata, który zachwyca mnie za każdym razem. Jesteś mistrzynią! Już nie mogę się doczekać kolejnej nowości! Oby ten tydzień szybko zleciał.
    Ściskam:*

    OdpowiedzUsuń
  2. pary* I chciałabym jeszcze dodać, że jak mogłaś przerwać w takim momencie? Ja liczyłam na jakąś recenzję z rodzinnej kolacji, a później z rozmowy Jamesa i Victora! Uzbroję się w cierpliwość i postaram się wytrzymać do następnej publikacji! Ale nieładnie.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjątkowo odpiszę od razu. Mam do powiedzenia właściwie tylko tyle, że może bezpieczniej będzie, jeśli nie będziesz tak niecierpliwie oczekiwać dalszego ciągu przyjęcia. Wiesz, ja lubię komplikować rzeczy, które wydają się być proste i poukładane. I nic więcej nie powiem :P
      Bardzo dziękuję za komentarz! Jak dla mnie był idealny :) Odetchnęłam z ulgą, że muzyka przypadła Ci do gustu.
      Całuję i pozdrawiam :*

      Usuń
  3. A ja standardowo spóźniona, chociaż tym razem nie aż tak mocno :) a jeśli chodzi o Twoje przeprosiny, to nie przepraszaj, bo nie masz za co. Prawda jest taka, że troszkę więcej wolnego czasu mam tylko w wybrane dni, stąd też moje opóźnienia w komentowaniu i absolutnie nie przeszkadza mi fakt, że ledwo po skomentowaniu jednego, Ty już dodajesz kolejny :) tak więc mną się nie przejmuj i dodawaj nowości wtedy, kiedy Tobie najbardziej odpowiada :) ale teraz koniec z nudzeniem, zabieram się za czytanie.
    Pamiętam jak bardzo chciałam czytać o szczęśliwej Christinie i właśnie doczekałam tego momentu. Wszyscy, którzy są tutaj od początku pamiętają, że pierwsze rozdziały pokazały, że życie Tiny nie było usłane różami, a jej samotność była naprawdę smutnym widokiem. Kiedy przypomnę sobie właśnie te poprzednie rozdziały i porównam je z obecnym i kilkoma poprzednimi, to dochodzę do wniosku, że nie poznaję Christiny. Zmieniła się dosłownie nie do poznania, zakochała się jak nastolatka, ale dla mnie najważniejsze jest to, że wreszcie może z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest szczęśliwa, chociaż tak naprawdę nie musiałaby mówić nic, bo to widać gołym okiem. Ale przyznaję, że gabinet psychologa to dość... oryginalne? miejsce na pobudkę :P niech to szczęście Tiny trwa jak najdłużej, bo po tylu latach samotności naprawdę zasługuje na to by być w końcu szczęśliwą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem, że już kiedyś to pisałam, ale podoba mi się ta więź między Victorem a Jenny. Naprawdę, są chyba jednymi z nielicznych, którzy potrafią się dogadać i tak się nawzajem wspierają. Niestety, ja z moim bratem częściej nie potrafimy znaleźć wspólnego języka niż odwrotnie, chociaż przyznaję, że ostatnio ulega to znacznej poprawie, ale jednak wolę nie chwalić dnia przed zachodem słońca ;) dla mnie to normalne, że przychodzi w życiu taki moment, kiedy człowiek dorośleje i zaczyna poważnie myśleć o swoim życiu. Matko, gdyby chociaż większość mężczyzn myślała tak jak Victor, to myślę, że w ogóle nie byłoby samotnych kobiet no i facetów tak samo. Victora od początku polubiłam i cieszy mnie bardzo fakt, że ma takie dojrzałe podejście do życia, że już nie w głowie mu imprezki do białego rana i zmienianie kobiet jak rękawiczek. Myślę, że przy Vanessie odnalazł spokój i teraz już wie, czego chce od życia. Myślę, że lekarka podzieli jego plany na przyszłość i spodziewam się, że niedługo Victor zacznie wprowadzać swoje plany w życie. No i chyba niepotrzebnie tak bardzo boi się konfrontacji z Jamesem :) myślę, że będzie dobrze, ale dla pewności lecę czytać dalej.
    Podoba mi się ta relacja, która wytworzyła się między Rosalie a Martinem. Zachowują się jak starzy, dobrzy przyjaciele, którzy zawsze mogą na siebie liczyć, nieważne w jakiej byliby sytuacji, to zawsze otrzymają wsparcie od drugiej osoby. Jeszcze tego nie pisałam, ale lubię Rosalie taką pomocną, słuchającą innych. Nadawałaby się na przyjaciółkę i myślę, że jej znajomość z Martinem wyjdzie mu na dobre. Przynajmniej będzie miał kogo się poradzić w razie potrzeby. Ja też jestem ciekawa kim jest ta jego wybranka :) no i oczywiste jest to, że z niecierpliwością czekam na moment, kiedy dowiem się całej prawdy o tajemnicach Rosalie, a myślę, że to już niedługo :)
    Takie spotkania rodzinne jednak mają coś w sobie, ale dla niektórych bywają też męczące. Mnie osobiście też denerwują pytanie w stylu: "czy mam chłopaka", "kiedy go poznamy" itp. Jeśli chodzi o Victora, to chyba teraz będzie miał troszkę więcej spokoju, skoro jego rodzice poznali już Vanessę, ale z drugiej strony tak naprawdę dopiero teraz może zacząć się gadanie. Rzeczywiście matka Victora nie była zbyt wylewna, ale w końcu synek mamusi dorósł, znalazł kobietę swojego życia. Myślę, że jeszcze polubi lekarkę, muszą się tylko lepiej poznać i przede wszystkim częściej spotykać. Stres stresem, ale chyba nie było tak źle, prawda? :) a co do pojednania Jamesa i Victora to myślę, że teraz już jest wszystko na dobrej drodze i dawni przyjaciele się pogodzą :)
    Chyba nie muszę pisać, że podobał mi się ostatni fragment? Mam tylko nadzieję, że to jej szczęście nie pryśnie jak bańka mydlana. Ciekawa jestem też, czy Gregory podejmie jakieś kroki odnośnie swojego małżeństwa. Tej sprawy się właśnie najbardziej obawiam, ale staram się być dobrej myśli, oby wszystko się ułożyło :)
    Czekam na kolejne nowości :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń