Hej :)
Mam nadzieję, że Święta Wam się udały i tak jak ja znalazłyście pod choinką to, o czym marzyłyście :)
Forever Ours się starzeje i właśnie stuka mu trzydziestka. Ten rozdział jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych. Płakałam przy pisaniu go, a to nie zdarza mi się często. Jest też najdłuższym rozdziałem jak dotąd, jednak mam nadzieję, że Was nie zmęczy :)
Ostatnia piosenka jest jedną z głównych inspiracji, dzięki której w ogóle powstało to opowiadanie. Możemy ją tak umownie nazwać soundtrackiem Forever Ours ♪
Dziękuję za życzenia i komentarze pod poprzednią częścią! :*
Całuję mocno i do zobaczenia w 2015!
✩
***
Tom Day - Going Home
Mam nadzieję, że Święta Wam się udały i tak jak ja znalazłyście pod choinką to, o czym marzyłyście :)
Forever Ours się starzeje i właśnie stuka mu trzydziestka. Ten rozdział jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych. Płakałam przy pisaniu go, a to nie zdarza mi się często. Jest też najdłuższym rozdziałem jak dotąd, jednak mam nadzieję, że Was nie zmęczy :)
Ostatnia piosenka jest jedną z głównych inspiracji, dzięki której w ogóle powstało to opowiadanie. Możemy ją tak umownie nazwać soundtrackiem Forever Ours ♪
Dziękuję za życzenia i komentarze pod poprzednią częścią! :*
Całuję mocno i do zobaczenia w 2015!
✩
***
Tom Day - Going Home
Jeszcze przed momentem jej oczom, szczelnie skrytym pod powiekami, ukazywały się przedziwne, senne obrazy, nie mające zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Wszystko się skończyło, kiedy na wpół przytomną Vanessę obudził dotyk jego ust, które zatrzymały się na jej czole. Otworzyła oczy i przyszło jej to z nadspodziewaną łatwością. Wiedziała, że czeka na nią jeden z najcudowniejszych widoków w jej życiu - jego twarz, na której niezmiennie malował się uśmiech, a także oczy, zawsze goszczące w swoim wnętrzu niezmierzoną miłość do niej. Potrzebowała wielu lat poszukiwań, podczas których popełniała błędy, by ostatecznie znaleźć swoją drugą połówkę. Mijały dni, a ona była coraz bardziej pewna, że uczucie, którego doświadczyła, było największą potęgą, z jaką było jej dane się mierzyć. Miała swoje słabości i gorsze momenty, a Victor, postrzegany jako człowiek sukcesu, również miewał chwile zwątpienia, jednak Vanessa wiedziała już, że póki są razem, stanowią niezniszczalny duet. Mogła liczyć na jego wsparcie, na szczerość i wierność do samego końca. Patrzyła w te zielone niczym letnia trawa oczy i myślała o przyszłości, która jawiła jej się w coraz piękniejszych barwach. Chciała odkrywać kolejne kolory i smaki razem z nim i nawet, jeśli pojawi się szarość i gorycz, wspólnymi siłami pokonają każdą przeszkodę - tego była pewna na sto procent.
- Dzień dobry - powiedziała wciąż nieco zaspanym głosem, zatrzymując dłonie na karku mężczyzny, który dosłownie zawisł nad nią. Pozwoliła mu w ten sposób na dosięgnięcie jej ust. Wiedziała, że jej dzień nie byłby maksymalnie piękny, gdyby na powitanie nie otrzymała pocałunku ukochanego. Albo nawet kilku pocałunków.
- Było miło, ale pora się zbierać - rzekł w końcu Victor, choć tylko udawał stanowczość. W jego głosie słychać było szczerą chęć pozostania razem z Vannie sam na sam, zdradzała go również jego rozanielona mina.
- Co? - wymruczała, kiedy wreszcie dotarł do niej sens słów, które powiedział. - Widzisz, jak ja wyglądam? Jestem w proszku, a ty chcesz, żebym gdzieś z tobą szła?
- Źle mnie zrozumiałaś, kochanie - odparł Joyce. - To ja muszę iść.
- Ale dokąd? - dopytywała.
- Powiedzmy, że mam dla ciebie niespodziankę - odrzekł tajemniczo. - A właściwie, jeszcze jej nie mam, ale załatwię to. Musisz tylko mnie puścić.
Vanessa, na przekór narzeczonemu, objęła go jeszcze mocniej.
- Nie patrz tak na mnie - nakazał Victor. - I tak nic ci nie powiem.
- Jesteś okropny, wiesz? - zapytała, a blondyn pokręcił energicznie głową.
- Jestem cudowny, ale nie powiesz tego, bo to niedobrze tak słodzić od rana.
- Masz mnie - przyznała. - A chociaż ładna ta niespodzianka?
Victor pocałował ją czule, a ona zwolniła uścisk. Wstał z łóżka i poprawił kołnierz koszuli. Uśmiechnął się, wiedząc, że przez kilka następnych godzin nie będzie mógł uraczyć narzeczonej swoją obecnością. Chciał dać jej maksimum siebie, by nie musiała za bardzo za nim tęsknić.
- Bardzo ładna - odpowiedział na jej pytanie, a chwilę później wyszedł z sypialni i opuścił mieszkanie, cały w skowronkach.
Ciemnowłosa leżała jeszcze przez kilka dobrych minut. Rozmyślała o tym wszystkim. Była trochę zawiedziona, że Victor tak szybko musiał ją zostawić, chciała jednak całkowicie ufać jego słowom. Skoro był tak przekonany, że swoją niespodzianką zrekompensuje jej czas rozłąki, to ona gotowa była się poświęcić i jakoś to przeboleć. Przez chwilę zachodziła w głowę, co takiego mógł dla niej wymyślić Victor, potem jednak postanowiła nie drążyć tego tematu. Jeszcze wyobrazi sobie gwiazdkę z nieba, nakręci się, a potem dostanie tylko biżuterię i nie będzie w stanie ukryć rozczarowania. Nie chciałaby tego, a już z całą pewnością nie chciałby tego Victor. Dziewczyna wstała z łóżka i założyła jego bluzę, bynajmniej nie po to, by się ogrzać. Na zewnątrz świeciło słońce, ogrzewając wszystko dookoła, ona jednak wiedziała, że nie może postąpić inaczej. Chciała czuć zapach jego perfum i ciała i wiedziała, że bluza ta idealnie sprosta jej wymaganiom. Z uśmiechem na twarzy, ziewając raz po raz, niebieskooka udała się do kuchni. Tam czekał na nią Josh. Mężczyzna powitał ją skinięciem głową.
- Napijesz się kawy? - zapytała, wyciągając kubek ze szklanki.
- Nigdy nie zastanawiało cię, z kim spotyka się Victor, kiedy ty nie patrzysz? - spytał Josh niewzruszonym, jakby oskarżycielskim tonem, który Vannie postanowiła puścić mimo uszu, tak jak samo to pytanie.
- Może herbaty?
- Ty tu, on w Manchesterze... - ciągnął Josh, sprawiając wrażenie rozbawionego całą tą sytuacją, a także tym, że Vannie ślepo ufała Victorowi. - Ktoś taki jak on nie może narzekać na brak zainteresowania. Oczywiście, wiesz, to nie mój typ, ale...
- Wstałeś z łóżka lewą nogą, prawda? - zapytała, pomału tracąc panowanie nad sobą. Próbowała zachować zimną krew, jednak zachowanie Josha bardzo jej to utrudniało.
- Ty harowałaś w szpitalu, a on po meczu sprowadzał sobie do domu młode, naiwne laski, napalone na jego kasę i sławę.
Vanessa nie wytrzymała. Postawiła na blacie słoik z kawą z takim impetem, że nie dziwiło, iż towarzyszył temu niezaprzeczalny hałas. Odwróciła się gwałtownie, a kiedy zobaczyła jawną bezczelność na twarzy człowieka, którego sądziła, że znała tak dobrze, jej złość osiągnęła apogeum.
- Masz jakieś dowody? Zdjęcia, nagrania, cokolwiek? Masz? Czy po prostu lubisz dzielić się z ludźmi historyjkami, które tworzysz sobie w głowie? - spytała.
- Ja po prostu jestem zażenowany tym, jak łatwo dałaś całe swoje zaufanie kolesiowi, o którym tak naprawdę nic nie wiesz.
- Przypomnieć ci, jak to było z nami, czy jednak pamiętasz? - zapytała drżącym głosem. Po każdym mogłaby spodziewać się tak okropnych słów i tak niesprawiedliwego osądu, ale nie po nim. Była zdezorientowana. - Potrzebowałam chwili, by ci zaufać. Poznawałam twoją historię kawałek po kawałku, bo mi na to pozwalałeś. Widziałam w twoich oczach, że nie mam się czego bać. Twoja przeszłość była i nadal jest przerażająca, ale od początku wiedziałam, że jesteś dobrym człowiekiem. Myliłam się? Musiałbyś teraz oczernić samego siebie, gdybyś potwierdził i tym samym powiedział, że jesteś zły. Więc, proszę, nie mów mi, że za szybko zaufałam Victorowi i wpuściłam go do swojego życia, bo jest to największa bzdura, jaką kiedykolwiek słyszałam!
Vannie odwróciła się, oddychając szybko. Nie rozumiała, dlaczego Josh próbował namieszać jej w głowie i sprawić, by zwątpiła w Victora. Zastanowiła się raz jeszcze i tym razem doszła do identycznego wniosku, co na początku - słowa, które machinalnie wydostawały się z ust Hartleya, były stekiem bzdur. Znała Victora. Wiedziała, że jest z nią szczery. Nie mogła się mylić. Gdyby było inaczej, cała ta wspaniała wizja przyszłości, okazałaby się tylko snem, z którego zostałaby tak brutalnie wyrwana. Tylko snem, niczym więcej... Nim się spostrzegła, Josh wyrósł za jej plecami. Odwróciła się twarzą do niego, gdy poczuła jego oddech na swoim karku. Uśmiechnął się raz jeszcze, równie obrzydliwie, jak na starcie.
- Nie poznaję cię... - szepnęła, kręcąc głową. Nie potrafiła znaleźć ani jednej znajomej rzeczy w twarzy czy zachowaniu Josha, nic a nic. Stał się kimś zupełnie obcym, a może... może zawsze taki był? Może tak naprawdę nic o nim nie wiedziała, a jedynie wydawało jej się, że było inaczej?
Właśnie wtedy zobaczyła coś, co odebrało jej mowę. W jego szklistych oczach nagle coś się zmieniło. Pękł stalowy chłód, a pojawiła się smutna i gorąca, paląca łzy w jego oczach dusza, tak cierpiąca i walcząca ze wszystkimi wokół i z samą sobą.
- Potwierdzam - rzekł Josh.
Patrzył na nią przez chwilę, a jego wargi drżały. Vanessa rozumiała wszystko i jednocześnie nie pojmowała absolutnie niczego. Tak wygląda człowiek w momencie, kiedy pęka mu serce. Josh musiał przechodzić przez piekło, nie po raz pierwszy w swoim życiu. Widziała, że marzył o tym, by przytulić się do niej i rozpłakać, jak małe dziecko, ale dostrzegała też niezgodność czegoś w jego wnętrzu na taki właśnie scenariusz. To coś kazało mu odejść w ostatniej chwili, która dzieliła go od rozklejenia się i tym samym poproszenia o pomoc i zrozumienie. Wycofał się i wyszedł z mieszkania, głośno zamykając za sobą drzwi. Dopiero, kiedy Vanessa została sama, zrozumiała ostatnie słowo Josha. Przeraziło ją to. Bała się o niego. Momentalnie na śmierć zapomniała o prezencie, który miał dla niej Victor. Wspomnienia z Mediolanu uderzyły w nią tak mocno, jak narkotyk w początkującego narkomana. Tak brutalnie, tak boleśnie.
- Patrzyłem na śmierć przyjaciela, choć to ja powinienem być na jego miejscu. To ja miałem wtedy zginąć, nie on.
- Nie mogłeś nic zrobić... - rzekła Vanessa, chcąc w jakikolwiek sposób załagodzić sytuację. Brunet spojrzał na nią gniewnie, jednak nim zdołał ją skarcić, kobieta postanowiła się obronić. - Tak, ja wiem, że nie znam twojej historii i nie powinnam się w ogóle wypowiadać, ale...
- To nie o to chodzi - przerwał jej, kręcąc głową. - Ja po prostu... Zrozum, w snach pojawiają się te potworne obrazy, o których nie potrafię zapomnieć. Powinienem był mu pomóc, jednak nic nie zrobiłem, nie mogłem... Nie ma dnia, żebym o tym nie myślał. Kiedy mnie torturowano, byłem pewien, że jeśli przeżyję, to po pewnym czasie i tak wrócę do wojska, ale ja już chyba nie potrafię... To wszystko jest zbyt trudne, a ja czuję się tak, jakby nic już nie miało sensu i jakbym nie był bezpieczny. Czasami wydaje mi się, że ktoś mnie śledzi i właśnie wtedy czuję się tak, jakbym znów był na celowniku. Boję się, że w biały dzień złapią mnie i zaczną znów robić te wszystkie straszne rzeczy, przez które o mało nie straciłem życia.
- Jesteś bezpieczny, Josh - powiedziała Vannie i po raz kolejny zamknęła jego umięśnione ciało w uścisku.
- Chyba potrzebuję pomocy...
- Masz mnie - szepnęła. - Nie zostawię cię samego.
- Chyba potrzebuję pomocy...
- Masz mnie - szepnęła. - Nie zostawię cię samego.
***
James nie mógł oderwać wzroku od Rosalie, która zapewne doskonale o tym wiedziała, choć umiejętnie uciekała spojrzeniem we wszystkie strony, tak dalekie od jego ciemnych tęczówek. Ostatecznie dała za wygraną, spojrzała na niego, a jej policzki automatycznie przyozdobiły rumieńce. Wyglądała ślicznie i Devon powiedziałby jej o tym, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, Rosalie była tak niezwykłą i zdumiewającą istotą, że z całą pewnością znała jego myśli - tak, jak zazwyczaj. Po drugie, James zdążył już powiedzieć jej o tym, co dzieje się z nim na samą myśl o Jenny i wiedział, że nagłe komplementowanie Rosalie mogłoby wydać jej się dziwne i nie na miejscu. Postanowił zatrzymać tę uwagę dla siebie, zastanawiając się, dlaczego tak naprawdę ta drobna blondynka robiła dziś na nim tak duże wrażenie. Na jej twarzy dostrzegał coś, czego dotąd nie widział. Radość i ulgę pomieszaną z nieodpuszczającym ani na chwilę zmartwieniem. Po jakimś czasie James był już niemal pewien, że udało mu się rozwikłać tę zagadkę. Wziął ostatni kęs jabłecznika, po czym wyprostował się na krześle i uśmiechnął do Rosalie przyjaźnie.
- Więc to dzisiaj, tak? - zapytał, a ciemnooka przechyliła głowę. - Ten wielki dzień?
- Masz na myśli dzień, w którym odpowiem na twoje pytania, tak? - spytała, choć wcale nie było to potrzebne. Oboje doskonale wiedzieli, że tak właśnie było.
- Idę o zakład, że i tak nie odpowiesz mi na każde z nich - powiedział James. - Ale może na kilka...
- Jesteś zbyt rozentuzjazmowany - stwierdziła, tym razem już z mniej pogodną miną. - Mówię poważnie. Bardzo możliwe, że po tym, jak poznasz prawdę, znienawidzisz mnie na zawsze. Ostrzegałam cię już.
- Wolałabyś, żebym ciskał w ciebie błyskawicami, czy jak? - zapytał. - Rosie, wyluzuj. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym cię znienawidził. Przecież cię znam.
- Bywa, że tylko nam się wydaje, że kogoś znamy.
- Nie wiesz, co mówisz... - James machnął ręką.
- Niestety, wiem - mruknęła cicho, po czym uśmiechnęła się niewinnie. - Kiedy cię poznałam, miałeś marzenie. Chciałeś być piłkarzem, znanym na całym świecie. Możesz mi wyjaśnić, dlaczego jesteś teraz w tym miejscu, a nie w Madrycie czy Manchesterze, jak twój przyjaciel? Dlaczego pozwoliłeś wygasnąć swojemu największemu marzeniu?
- Po pierwsze, piłka nie jest jedyną rzeczą, z której zrezygnowałem z twojego powodu - rzekł James, a intuicja podpowiedziała mu, że Rosalie wcale nie zezłości się na niego z powodu tych nieco gorzkich słów. Miał rację. Na jej twarzy widział może trochę nerwowe, jednak wciąż pokojowe wyczekiwanie. - A po drugie... - uśmiechnął się do swoich myśli. - Myślę, że tak łatwo było mi z tego zrezygnować, ponieważ to wcale nie było moje największe marzenie.
Po wygranym meczu Victor zaprosił kolegów z drużyny do swojego domu. Nie potrzebowali wiele, by rozkręcić prawdziwą zabawę. To były te czasy, kiedy dzieciaki nie potrzebowały alkoholu ani, co gorsza, narkotyków, by zapewnić sobie niezapomnianą rozrywkę. Raz po raz przypominali sobie najpiękniejsze chwile wygranego meczu, wykrzykiwali nazwiska tak, jak komentator i snuli plany o wielkich, międzynarodowych karierach. Każdy z nich chciał któregoś dnia być czyimś idolem i inspiracją dla młodych, może troszkę pogubionych chłopaków. Dorośli mówili im co jakiś czas, że taka szansa trafia się tylko wybranym i istniało minimalne prawdopodobieństwo, że cała ich drużyna kiedyś sięgnie tych wyśnionych gwiazd, oni jednak nie chcieli w to wierzyć. Każdy z nich żył fantazją, o której aż przyjemnie było po prostu myśleć wieczorami, tuż przed zaśnięciem. Najgłośniej marzył oczywiście Victor. James podniósł wzrok i zobaczył, jak przyjaciel wymachuje energicznie rękami, opowiadając, co kupi w pierwszej kolejności, kiedy już będzie wielki, a to przecież oczywiste, że mu się uda. Devon uśmiechnął się, patrząc na Victora, który był w swoim żywiole. James chciał szczęścia swojego przyjaciela i choć był świadom swoich nieprzeciętnych umiejętności, to bardziej wierzył w powodzenie Victora, niż swoje własne.
- A ty dokąd? - zapytał Daniel, bramkarz, który tego dnia obronił każdy strzał przeciwników.
- Zaraz przyjdę - odparł James, po czym zawołał do Victora: - Przyciszcie trochę tą muzykę. Twoja siostra pewnie czyta.
- Czyli odpłynęła i nawet nie wie, że jest impreza - powiedział roześmiany Victor, James jednak spojrzał na niego ostro, co ostatecznie skłoniło blondyna do spełnienia jego prośby.
James wszedł na piętro. Planował pójść do łazienki, jednak w ostatniej chwili ciekawość zmusiła go, by obrał inny kierunek. Wybrał drogę prowadzącą do pokoju młodszej siostry Victora, do którego drzwi były szczelnie zamknięte. Czasami zastanawiał się, dlaczego Jenny jest tak skryta, zamknięta w sobie i wiecznie odizolowana od reszty. Może po prostu czeka, aż ktoś zaprosi ją na dół? Może ucieszy się, gdy znajdzie się ktoś, kto ją zauważy? Chłopak zapukał do drzwi, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Przez chwilę zastanawiał się, czy wejść do środka, czy zawrócić. ,,Pierwsza myśl jest zawsze najlepsza'', stwierdził i nacisnął klamkę. Gdy otworzył drzwi, oniemiał, zobaczył bowiem coś, czego nie spodziewałby się nawet w snach. Ściany były gęsto przyozdobione plakatami zawodników, których nazwiska były dla Jamesa najprawdziwszą mantrą. Pośród książek, których były tu dziesiątki, nastolatek szybko wychwycił biografie najsłynniejszych piłkarzy. Nad łóżkiem wisiała pokaźnych rozmiarów flaga w biało-niebieskich barwach, a tuż pod nią, w towarzystwie poduszek i ulubionego pluszaka, leżała ona. Jej kręcone włosy rozsypały się dookoła twarzy, tak hojnie obdarzonej piegami. Na brzuchu leżała książka, otwarta mniej więcej w połowie. Jenny musiała zasnąć podczas czytania. To, że tuż przed snem oddawała się swojej pasji, zdradzał uśmiech, który błądził po jej twarzy. James zorientował się, czego brakowało w obrazie Jenny, którą kojarzył. Nie miała na nosie tych szpetnych, wielkich okularów, które tak bardzo do niej nie pasowały. Wyglądała tak cudownie, że nie istniał chyba sposób, by Devon oderwał od niej wzrok. Wpatrywał się w nią, jak zaczarowany i wiedział, że cokolwiek się stanie, już nigdy nie spojrzy na nią tak, jak do tej pory, czyli jak na cichą, lekko zauroczoną nim i piekielnie nieśmiałą siostrę najlepszego kumpla.
- Właśnie stałaś się moim marzeniem - szepnął i zastanowił się, czy Jenny mogła to usłyszeć, ponieważ uśmiech na jej twarzy nagle stał się wyraźniejszy.
- Z tego największego marzenia też w końcu zrezygnowałeś - zauważyła Rosalie, która doskonale wiedziała, o kim myślał James, choć nawet nie zająknął się na temat Jenny.
- Tak, ale... - zawahał się. - Każdy z nas w którymś momencie robi coś tak głupiego, że wręcz nie potrafi tego wyjaśnić. Zostawienie Jenny było właśnie tym nieszczęsnym błędem. Dziś jestem mądrzejszy. Zrozumiałem parę rzeczy. Chcę walczyć. Chcę to naprawić. Wiem, że może być na to za późno, ale i tak...
- Wiem, o czym mówisz - rzekła łagodnym głosem dziewczyna. - Spójrz na mnie. Ja schrzaniłam wiele w swoim życiu. Zwlekałam bardzo długo z powrotem i próbą ogarnięcia tego bałaganu, ale jestem i próbuję. Od początku bałam się, że może nikt już nie czeka na moje przeprosiny, na słowa wyjaśnienia i szczerość, dlatego wiem, co czujesz i wiem, że nie jesteśmy na straconej pozycji. Patrzę na to, ile już zrobiłam, od kiedy wróciłam do Londynu i jestem dobrej myśli. Wierzę, że ty i Jenny...
- Dobra, koniec tematu - powiedział, czując, że policzki zaczynają mu płonąć na myśl o Joyce. Uderzył dłońmi o kolana, wiedząc, że teraz może skupić się tylko i wyłącznie na Rosie, co zresztą było wskazane, bo jeszcze trochę, a dałby się ponieść i z marszu ruszył prosto do Jenny i wyznał jej miłość. - Rozmawialiśmy o marzeniach, tak?
- Zgadza się.
- I pewnie ma to związek z tą sławetną prawdą, o którą nam się rozchodzi?
Rosalie skinęła głową twierdząco.
- Więc teraz to ja mam do ciebie pytanie - powiedział. - Jeśli jedno marzenie się nie spełni, trzeba znaleźć sobie nowe. Jakie było to twoje marzenie?
***
Vanessa przez cały dzień szukała czegoś, co oderwie jej myśli od trudnej rozmowy z Joshem, jednak nie potrafiła skupić się na niczym innym. Ten wyraz, który gościł w jego oczach, powracał do Vanessy jak bumerang. Nie chciała panikować. Możliwe, że Josh miał po prostu gorszy dzień i dlatego był taki nerwowy. Istnieje też szansa, że był tak zazdrosny i wściekły, że Vanessa ma kogoś nowego, iż jego frustracja w końcu wyszła na zewnątrz, raniąc przy tym drugą osobę. Było wiele możliwości, a jednak Vannie czuła, że ta najgorsza okaże się prawdziwą. Pamiętała tamtą noc w Mediolanie, którą spędzili jeszcze jako przyjaciele. Josh obudził się zlany potem. Śnił mu się prawdziwy koszmar i najgorsze w tym wszystkim było to, że potworne obrazy, które widział we śnie, wydarzyły się naprawdę - były jego wspomnieniami. Vanessa była jedną z tych osób, które namówiły Josha do zaczęcia terapii. Widziała, że chłopak nie może sobie poradzić z traumą, której doświadczył. Robiła wszystko, by mu pomóc i pokazać, że nigdy nie jest sam. Obiecała mu, że go nie zostawi. Dopiero teraz przejrzała na oczy. Zobaczyła, że złamała dane mu słowo. Wyjechała, kiedy przestało im się układać. Nie żałowała tego, że zrezygnowała z ich związku, który po prostu nie miał prawa trwać długo i bezproblemowo. Jedyną rzeczą, która nie dawała jej spokoju, był fakt, że zrezygnowała z ich przyjaźni. Prawdziwi przyjaciele nie zostawiają nikogo w potrzebie i nie udają, że nie widzą problemów drugiego człowieka. Ona właśnie to zrobiła. Wyjechała właściwie bez słowa, zostawiając za sobą nie tylko mężczyznę, którego przez pewien okres czasu traktowała jak swoją miłość, ale też przyjaciela, za którego w pewnym stopniu była odpowiedzialna. Miała ogromne wyrzuty sumienia i czuła się winna wszystkim złym rzeczom, które wydarzyły się po przyjeździe Josha do Londynu. To ona zawiniła. To ona i jej obojętność sprawiły, że Hartley stracił panowanie nad swoim życiem i zachowaniem. Vanessa wciąż mogła mieć nadzieję, że ten scenariusz jednak się nie potwierdzi, jednak pomału przestawała wierzyć w swoje szczęście.
Kiedy Vannie usłyszała pukanie do drzwi, serce zabiło jej szybciej. Bała się kolejnej konfrontacji z Joshem i choć wiedziała, że jest ona nieunikniona, to najchętniej odwlekłaby ją o kilka lat. Potrzebowała czasu, by jakoś poukładać sobie to wszystko w głowie. Z duszą na ramieniu otworzyła drzwi. Nie potrafiła nazwać emocji, jakie towarzyszyły jej, kiedy po drugiej stronie zobaczyła Victora. Mężczyzna trzymał w rękach niewielki bukiecik stokrotek. Jego twarz zdobił uśmiech, który jednak szybko przyćmił siniec pod okiem.
- Co ci się stało? - zapytała Vanessa, wciągając narzeczonego do środka i zamykając za nim drzwi na wszystkie spusty.
- Nic - odrzekł, machając lekceważąco ręką. - Nie martw się o mnie, dobrze?
- Powiedz mi tylko, czy to Josh - zażądała, jednak Victor uchylił się od odpowiedzi.
Tego było dla niej za dużo. Weszła do salonu, gdzie opadła bezwładnie na kanapę. Chciała ukryć twarz w dłoniach, jednak Victor uniemożliwił jej to, na siłę umieszczając w jednej z jej dłoni bukiet.
- A oto niespodzianka - powiedział i wręczył Vanessie niewielkie pudełeczko. Zaintrygowanie sprawiło, że nerwy brunetki nieco zelżały.
- Co, oświadczasz mi się po raz drugi? - zapytała i zaskoczyła samą siebie, kiedy udało jej się uśmiechnąć do ukochanego. Mężczyzna pokręcił głową, czekając w napięciu, aż Vanessa uniesie wieko i zobaczy, co dla niej, a właściwie dla nich, przygotował. - Klucze?
- Zgadza się - odparł. - A wiesz, do czego?
- Nie jestem jasnowidzem - westchnęła. - No powiedz.
- Wyobraź sobie, że wreszcie będziemy mieć swoje własne miejsce - zaczął blondyn. - Cztery ściany, w których będziemy zawsze czuli się bezpieczni. Kupiłem dla nas dom blisko centrum. Będziesz miała blisko do pracy.
- Ale tutaj? W Londynie? Myślałam, że chciałeś, abym przeniosła się do Manchesteru.
- Bo tak było - przyznał. - Wiem jednak, jak bardzo kochasz tą pracę i jak ważni są dla ciebie tutejsi pacjenci. W dodatku masz tutaj Tinę, Jenny i całą resztę. Musiałbym nie mieć serca, by wyrywać cię z miejsca, które tak dużo dla ciebie znaczy.
- A co z tobą? - spytała. - Zostajesz w Manchesterze, tak?
- Na razie tak - potwierdził. - Myślę, że jakoś sobie z tym poradzimy. Od dawna chciałem mieć prawdziwy dom, w którym zawsze ktoś na mnie czeka. Miałem pieniądze, by go kupić i kontakty, które ułatwiłyby mi transakcję. Przez cały ten czas brakowało mi tylko jednego. Ciebie.
Vanessa wstrzymała oddech, tępo wpatrując się w klucze. Być może to była jej szansa na oderwanie się od szarej codzienności. Przez myśl przeszło jej, że może byłoby lepiej, gdyby przeniosła się do Manchesteru, jednak szybko dotarło do niej, że Josh znalazłby ją wszędzie. Nie uwolni się od niego w taki sposób, zresztą wcale nie chciała uciekać. Chciała mu pomóc, jednak wciąż nie miała pojęcia, jak to zrobić. Uniosła wzrok. Wiedziała, że to Josh tak urządził twarz Victora. Człowiek, który wydawał jej się tak bliski i dobroduszny, dziś był po prostu niebezpieczny i nieobliczalny. Z jednej strony mówił, że chce, aby była bezpieczna, a z drugiej sam jej to bezpieczeństwo zabierał. Jej strach był teraz nieco mniejszy, ponieważ Victor chwycił jej dłonie i pocałował ją tak samo czule, jak rano.
- Cieszysz się? - zapytał głosem, który tak uwielbiała. Skinęła głową, a z jej oczu wydostało się parę łez. Możliwe, że Victor odebrał je jako oznakę wzruszenia, absolutnie nie łącząc tego z obecnością Josha w ich życiu. - Stajemy się prawdziwą rodziną.
- Każdego dnia coraz bardziej - rzekła i przytuliła się do niego najmocniej, jak tylko potrafiła.
Wiedziała, że człowiekiem, który może dać jej bezpieczeństwo, był właśnie Victor, jednak zastanawiała się, czy jest w stanie zrobić dla niego to samo. Z przerażeniem patrzyła na opuchliznę na jego twarzy, zastanawiając się, co jeszcze się wydarzy, zanim wpadnie na to, jak pomóc nie tylko Joshowi, ale i wszystkim tym, których żołnierz ranił po drodze.
***
Pięć minut wcześniej Rosalie związała włosy w niedbałego koka i zdjęła jak największą ilość ubrań, by uzyskać maksymalną lekkość. W białej koszulce na ramiączkach i czarnej spódniczce w maleńkie, białe serca, wróciła do Jamesa. Mężczyzna siedział, opierając się plecami o ścianę. Kiedy ją dostrzegł, posłał w jej kierunku promienny uśmiech, a ona, choć nie odwzajemniła tego gestu, poczuła się pewniej. Od wielu lat żyła na krawędzi, wiedząc, że zbliżał się moment prawdy, dzień, w którym wszystkie jej grzechy wyjdą na jaw, a ona być może straci sympatię kogoś, kto miał dla niej tak dużą wartość i znaczenie. Obawiała się tego, choć wiedziała, że wyrzucenie z siebie tych wszystkich słów, duszonych w jej wnętrzu przez lata, może dać jej uczucie ulgi i spokoju. Nie była naiwna. Już nie. Wiedziała, że to wszystko sprawi jej ogromną, wręcz niemożliwą do opisania trudność. Teraz, kiedy stała na skraju tej krawędzi, a jej ciało pochylało się do przodu, zwiastując rychłą utratę kontaktu z gruntem, serce łomotało jej w piersi tak, że jego bicie zapewne słychać było na drugim końcu sali. Po raz ostatni spojrzała na Jamesa. W jego oczach znalazła bezgraniczne zaufanie i stoicki spokój. Powiedziała mu, że jego emocje nie pasują do tego, co ma się wydarzyć, on jednak wciąż wierzył, że nie istnieje taka rzecz, która zmieni jej obraz w jego oczach. Żałowała, że będzie musiała go rozczarować. Wiele razy podkreślała, że James jest ostatnią osobą, którą chciałaby zasmucić. Potem przypomniała sobie o tym, kim była, kiedy się poznali. Poczuła złość, która płonęła żywym ogniem w jej kościach i żyłach. Oderwała stopę od podłoża, unosząc ją wysoko z gracją i elegancją. Nie wiedziała już, ile lat minęło, od kiedy po raz ostatni miała cokolwiek wspólnego z baletem. To uczucie, które jej teraz towarzyszyło, przewyższało najśmielsze oczekiwania. Wszystkie emocje wymieszały się ze sobą. Smutek, radość, nienawiść, gniew. Wszystko to sprawiało jej ból, który z pewnością dla Jamesa będzie jeszcze większym i dramatyczniejszym doświadczeniem. Między jednym, a drugim obrotem, Rosalie zobaczyła zachwyt na twarzy ciemnookiego. Uwielbiał obserwować ją podczas tańca. Nazywał ją księżniczką i najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział. Był pod wrażeniem lekkości, z jaką wykonywała kolejne figury, a także profesjonalizmu, z którego niegdyś słynęła. Z pewnością miał do tego wielki sentyment, w końcu gdyby nie balet, możliwe, że los w ogóle nie postawiłby ich na swojej drodze. W jej głowie rozbrzmiały słowa, które padły z jej ust tamtego dnia.
Czuła się upokorzona utratą równowagi, do której doszło i to na oczach wszystkich, na czele z Sophią, która nigdy nie marnowała okazji, by zmieszać ją z błotem. Brunet trzymał ją mocno, zapewne czując się jak bohater, w końcu uchronił ją przed upadkiem. W pierwszej chwili chciała mu podziękować, bo naprawdę doceniała to, co zrobił. Było coś w jego oczach, co mówiło jej, że nieznajomy chłopak odegra w jej życiu jakąś większą rolę. Szybko jednak odrzuciła tę myśl, uzmysławiając sobie, że ufanie ludziom nigdy nie wyszło jej na dobre. Tyle razy zawiodła się na matce, siostrze czy koleżankach, że nie chciała płakać raz jeszcze przez czyjeś krzywdzące słowa albo obojętność. Odsunęła się od ciemnookiego, gubiąc pogodny wyraz twarzy.
- Sama dałabym sobie radę - oświadczyła z powagą.
- Daj spokój - chłopak machnął ręką i uśmiechnął się uprzejmie. - To nic takiego...
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy, jasne? - rzekła, czując, jak grunt znowu osuwa się pod jej stopami.
Wykonała kolejny obrót i zastanowiła się, dlaczego wtedy postąpiła tak, a nie inaczej. Uświadomiła sobie, że bardzo przyczyniła się do tego jej matka, która właściwie nigdy nie była dla niej wzorem do naśladowania, symbolem ciepła i rodzicielskiej miłości - wręcz przeciwnie. Rosalie pamiętała godziny morderczych ćwiczeń, do których zmuszała ją Scarlett. Kilkuletnia dziewczynka zatrzymała się i ściągnęła baletki. Łzy napłynęły jej do oczu, kiedy zobaczyła zdartą skórę i krew w kilku miejscach. Bolały ją stopy. Jej matka nawet nie chciała na to patrzeć. Krzykiem zmusiła ją, by wzięła się w garść i wróciła na parkiet, bo w końcu nie można się nad sobą użalać, jeśli chce się coś osiągnąć. Tylko, że to wcale nie było jej marzenie. Rosalie pamiętała pierwszy raz, kiedy mama zabrała ją na zajęcia. Dziewczynka była zafascynowana tym wszystkim. Lubiła naśladować nauczycielkę i przekrzykiwać się z koleżankami z grupy, która z nich jest najlepsza. Traktowała to wszystko jak zabawę, odskocznię od codziennego, niezbyt urozmaiconego życia. Dopiero po tym, jak Scarlett upewniła się, że jej córka naprawdę ma talent, przyjemność zamieniła się w katorgę, o której nie sposób było zapomnieć. Rosalie traciła wszystkich po kolei - siostrę, przyjaciół i radość z życia, którym zawładnęło chore marzenie jej matki. Patrzyła, jak jej życie rozsypuje się i traci sens, jednak nie potrafiła się od tego uwolnić. Nie chciała nikogo zawieść. Ufała zapewnieniom matki, która mówiła, że słabi nie stają się wielcy. Robiła wszystko, co w jej mocy. Po jakimś czasie przestała być córką Scarlett - bo czy to możliwe, że matka nie wie, w której klasie jest jej dziecko? Najbardziej zabolało ją jednak to, co powiedziała Scarlett, kiedy Rosalie wróciła zapłakana do domu po kilkugodzinnym, bezcelowym szwendaniu się po mieście.
Jasnowłosa mogła z całą stanowczością stwierdzić, że minione dni były dla niej najcięższym okresem w życiu. Nie po raz pierwszy poczuła, że Sophia ma nad nią pełną kontrolę i znacząco wpływa na to, co robi dziewczyna, jednak teraz patrzenie na to sprawiało jej dodatkowy ból. Patrzyła wstecz i sumowała wszystko to, co już udało jej się zrobić pod wpływem rywalki, czerpiącej największą rozkosz z doprowadzania Rosie do rozpaczy. Rosalie skrzywdziła i oszukała zbyt wielu ludzi na swej drodze, a na szczycie tej listy oczywiście był James. Przełknęła łzy i zapukała do gabinetu matki. Nie otrzymała odpowiedzi, jednak nie zniechęciło jej to. Pomału otworzyła drzwi. Zobaczyła jasnowłosą kobietę, zbierającą jakieś papiery z biurka i wkładającą je do teczki.
- Mamo, możemy...
- Nie widzisz, że nie mam czasu? - zapytała Scarlett, nawet nie patrząc na córkę. - Spieszę się na spotkanie.
- Potrzebuję tylko kilku minut rozmowy - powiedziała Rosalie bardziej stanowczym tonem.
Kobieta łaskawie zaszczyciła nastolatkę spojrzeniem, patrząc na nią jednak bardziej jak na szkodnika, niż na swoje dziecko, które ewidentnie potrzebowało pomocy.
- Mów - rzekła Scarlett i ponownie skupiła się na swoich zajęciach.
- Chodzi o Sophię - powiedziała Rosie, czując, jak łzy ponownie zbierają się w jej oczach. - Ona...
- Kiedy ty dorośniesz? - zapytała zrezygnowana Scarlett.
- Słucham? - spytała zdezorientowana ciemnooka.
- Pytam, kiedy wreszcie przestaniesz zachowywać się jak dziecko. Odkąd pamiętam, zawsze skarżyłaś się na tą dziewczynę. Mówiłam ci, że powinnaś skupić się na swojej przyszłości, a nie na znajomościach, jednak ty oczywiście wolałaś postąpić inaczej.
- Interesuje cię w ogóle to, że ona mnie gnębi? - krzyknęła dziewczyna. - To przez nią zmieniłam szkołę i wiesz o tym!
- Zmieniłaś szkołę, bo nie chciałaś się uczyć - odparła niewzruszona Scarlett. - Chciałaś być niezależna i ja ci na to pozwoliłam. Gdybyś mnie słuchała, byłabyś dzisiaj wielka. Zobacz, w jakim miejscu teraz jesteś. Masz beznadziejne oceny i spotykasz się z tym zerem.
- Nie masz pojęcia, jakie mam oceny i przyznaj, że nawet nie wiesz, jak ma na imię mój chłopak! Wiesz co? Jesteś taka sama, jak Sophia! Tak naprawdę nie obchodzi cię to, co czuję. Liczysz się tylko ty i ten twój idealny, perfekcyjny świat.
- Licz się ze słowami... - Scarlett pogroziła córce palcem, jednak ona była zbyt zdenerwowana, by teraz zamilknąć.
- Czy ja kiedykolwiek byłam dla ciebie córką? - spytała poprzez łzy. - Przez większość swojego życia byłam dla ciebie szansą na osiągnięcie tego pieprzonego sukcesu w balecie. Kim jestem teraz, kiedy twoje marzenie ostatecznie legło w gruzach?
Scarlett spojrzała na córkę pogardliwie i dziewczyna wiedziała już, że nie usłyszy nic dobrego. Kobieta zabrała swoje rzeczy i zatrzymała się w przejściu, które zagradzała swą osobą Rosalie. Blondynka przełknęła ślinę, podczas gdy jej rodzicielka posłała w jej kierunku słowo gorsze, niż najbardziej siarczysta obelga i groźba, jaką Dainty kiedykolwiek słyszała z ust Sophii.
- Nikim.
Rosalie nie wyszła z pokoju od razu. Kiedy usłyszała dźwięk samochodu na podjeździe i upewniła się, że matka odjechała, podeszła do jej biurka i wyjęła z niego opakowanie tabletek nasennych. Nie wiedziała, co robić ze swoim życiem i jak poradzić sobie z nienawiścią, która siekała ją po twarzy, jak strugi lodowatego deszczu, więc może najłatwiej byłoby po prostu... zniknąć?
Czuła się upokorzona utratą równowagi, do której doszło i to na oczach wszystkich, na czele z Sophią, która nigdy nie marnowała okazji, by zmieszać ją z błotem. Brunet trzymał ją mocno, zapewne czując się jak bohater, w końcu uchronił ją przed upadkiem. W pierwszej chwili chciała mu podziękować, bo naprawdę doceniała to, co zrobił. Było coś w jego oczach, co mówiło jej, że nieznajomy chłopak odegra w jej życiu jakąś większą rolę. Szybko jednak odrzuciła tę myśl, uzmysławiając sobie, że ufanie ludziom nigdy nie wyszło jej na dobre. Tyle razy zawiodła się na matce, siostrze czy koleżankach, że nie chciała płakać raz jeszcze przez czyjeś krzywdzące słowa albo obojętność. Odsunęła się od ciemnookiego, gubiąc pogodny wyraz twarzy.
- Sama dałabym sobie radę - oświadczyła z powagą.
- Daj spokój - chłopak machnął ręką i uśmiechnął się uprzejmie. - To nic takiego...
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy, jasne? - rzekła, czując, jak grunt znowu osuwa się pod jej stopami.
Wykonała kolejny obrót i zastanowiła się, dlaczego wtedy postąpiła tak, a nie inaczej. Uświadomiła sobie, że bardzo przyczyniła się do tego jej matka, która właściwie nigdy nie była dla niej wzorem do naśladowania, symbolem ciepła i rodzicielskiej miłości - wręcz przeciwnie. Rosalie pamiętała godziny morderczych ćwiczeń, do których zmuszała ją Scarlett. Kilkuletnia dziewczynka zatrzymała się i ściągnęła baletki. Łzy napłynęły jej do oczu, kiedy zobaczyła zdartą skórę i krew w kilku miejscach. Bolały ją stopy. Jej matka nawet nie chciała na to patrzeć. Krzykiem zmusiła ją, by wzięła się w garść i wróciła na parkiet, bo w końcu nie można się nad sobą użalać, jeśli chce się coś osiągnąć. Tylko, że to wcale nie było jej marzenie. Rosalie pamiętała pierwszy raz, kiedy mama zabrała ją na zajęcia. Dziewczynka była zafascynowana tym wszystkim. Lubiła naśladować nauczycielkę i przekrzykiwać się z koleżankami z grupy, która z nich jest najlepsza. Traktowała to wszystko jak zabawę, odskocznię od codziennego, niezbyt urozmaiconego życia. Dopiero po tym, jak Scarlett upewniła się, że jej córka naprawdę ma talent, przyjemność zamieniła się w katorgę, o której nie sposób było zapomnieć. Rosalie traciła wszystkich po kolei - siostrę, przyjaciół i radość z życia, którym zawładnęło chore marzenie jej matki. Patrzyła, jak jej życie rozsypuje się i traci sens, jednak nie potrafiła się od tego uwolnić. Nie chciała nikogo zawieść. Ufała zapewnieniom matki, która mówiła, że słabi nie stają się wielcy. Robiła wszystko, co w jej mocy. Po jakimś czasie przestała być córką Scarlett - bo czy to możliwe, że matka nie wie, w której klasie jest jej dziecko? Najbardziej zabolało ją jednak to, co powiedziała Scarlett, kiedy Rosalie wróciła zapłakana do domu po kilkugodzinnym, bezcelowym szwendaniu się po mieście.
Jasnowłosa mogła z całą stanowczością stwierdzić, że minione dni były dla niej najcięższym okresem w życiu. Nie po raz pierwszy poczuła, że Sophia ma nad nią pełną kontrolę i znacząco wpływa na to, co robi dziewczyna, jednak teraz patrzenie na to sprawiało jej dodatkowy ból. Patrzyła wstecz i sumowała wszystko to, co już udało jej się zrobić pod wpływem rywalki, czerpiącej największą rozkosz z doprowadzania Rosie do rozpaczy. Rosalie skrzywdziła i oszukała zbyt wielu ludzi na swej drodze, a na szczycie tej listy oczywiście był James. Przełknęła łzy i zapukała do gabinetu matki. Nie otrzymała odpowiedzi, jednak nie zniechęciło jej to. Pomału otworzyła drzwi. Zobaczyła jasnowłosą kobietę, zbierającą jakieś papiery z biurka i wkładającą je do teczki.
- Mamo, możemy...
- Nie widzisz, że nie mam czasu? - zapytała Scarlett, nawet nie patrząc na córkę. - Spieszę się na spotkanie.
- Potrzebuję tylko kilku minut rozmowy - powiedziała Rosalie bardziej stanowczym tonem.
Kobieta łaskawie zaszczyciła nastolatkę spojrzeniem, patrząc na nią jednak bardziej jak na szkodnika, niż na swoje dziecko, które ewidentnie potrzebowało pomocy.
- Mów - rzekła Scarlett i ponownie skupiła się na swoich zajęciach.
- Chodzi o Sophię - powiedziała Rosie, czując, jak łzy ponownie zbierają się w jej oczach. - Ona...
- Kiedy ty dorośniesz? - zapytała zrezygnowana Scarlett.
- Słucham? - spytała zdezorientowana ciemnooka.
- Pytam, kiedy wreszcie przestaniesz zachowywać się jak dziecko. Odkąd pamiętam, zawsze skarżyłaś się na tą dziewczynę. Mówiłam ci, że powinnaś skupić się na swojej przyszłości, a nie na znajomościach, jednak ty oczywiście wolałaś postąpić inaczej.
- Interesuje cię w ogóle to, że ona mnie gnębi? - krzyknęła dziewczyna. - To przez nią zmieniłam szkołę i wiesz o tym!
- Zmieniłaś szkołę, bo nie chciałaś się uczyć - odparła niewzruszona Scarlett. - Chciałaś być niezależna i ja ci na to pozwoliłam. Gdybyś mnie słuchała, byłabyś dzisiaj wielka. Zobacz, w jakim miejscu teraz jesteś. Masz beznadziejne oceny i spotykasz się z tym zerem.
- Nie masz pojęcia, jakie mam oceny i przyznaj, że nawet nie wiesz, jak ma na imię mój chłopak! Wiesz co? Jesteś taka sama, jak Sophia! Tak naprawdę nie obchodzi cię to, co czuję. Liczysz się tylko ty i ten twój idealny, perfekcyjny świat.
- Licz się ze słowami... - Scarlett pogroziła córce palcem, jednak ona była zbyt zdenerwowana, by teraz zamilknąć.
- Czy ja kiedykolwiek byłam dla ciebie córką? - spytała poprzez łzy. - Przez większość swojego życia byłam dla ciebie szansą na osiągnięcie tego pieprzonego sukcesu w balecie. Kim jestem teraz, kiedy twoje marzenie ostatecznie legło w gruzach?
Scarlett spojrzała na córkę pogardliwie i dziewczyna wiedziała już, że nie usłyszy nic dobrego. Kobieta zabrała swoje rzeczy i zatrzymała się w przejściu, które zagradzała swą osobą Rosalie. Blondynka przełknęła ślinę, podczas gdy jej rodzicielka posłała w jej kierunku słowo gorsze, niż najbardziej siarczysta obelga i groźba, jaką Dainty kiedykolwiek słyszała z ust Sophii.
- Nikim.
Rosalie nie wyszła z pokoju od razu. Kiedy usłyszała dźwięk samochodu na podjeździe i upewniła się, że matka odjechała, podeszła do jej biurka i wyjęła z niego opakowanie tabletek nasennych. Nie wiedziała, co robić ze swoim życiem i jak poradzić sobie z nienawiścią, która siekała ją po twarzy, jak strugi lodowatego deszczu, więc może najłatwiej byłoby po prostu... zniknąć?
To wspomnienie przypomniało jej o tym, że zniknięcie wcale nie było tym, czego wówczas pragnęła. Kiedy zobaczyła Jamesa, pochylającego się nad nią i robiącego wszystko, by uratować jej życie, naprawdę poczuła, że chce dać samej sobie szansę. Chciała być silna i po raz pierwszy nie żałować tego, że Bóg dał jej życie. James dał jej wiarę w to, że wszystko może być dobrze. On jeden był przy niej w momencie, kiedy potrzebowała oparcia w drugim człowieku. Po tym, jak Sophia zamieniła jej życie w koszmar, a matka i Christina zlekceważyły jej prośbę o pomoc i zainteresowanie, James udowodnił jej, że nic nie jest stracone. Chwila radości i zadowolenia szybko zamieniła się w uwypuklenie tego, kim naprawdę była Rosalie. Minęło tak mało czasu od jej próby samobójczej i wspaniałego zachowania Jamesa, by jasnowłosa w dowodzie wdzięczności wyjechała bez słowa wyjaśnienia, zostawiając go samego. Początkowo wierzyła, że jej wyjazd to wspaniałomyślna decyzja, dziś jednak widziała, wyraźniej, niż kiedykolwiek przedtem, jak bardzo skrzywdziła Jamesa i jak wiele złego zrobiła. Rosalie rozkojarzyła się, a emocje były zbyt silne, by pozwolić jej na spokojne kontynuowanie tańca. Raz jeszcze straciła równowagę i tym razem James nie był w stanie temu zapobiec. Upadła na podłogę z hukiem, a z jej ciemnych jak noc oczu zaczęły wypływać łzy.
- Nie mów, że mnie nie znienawidzisz, bo to nieprawda! - krzyknęła do biegnącego ku niej mężczyzny. - Ja sama siebie nienawidzę za to, co ci zrobiłam!
- Rosie, wszystko jest...
- Nic nie jest dobrze, rozumiesz? Nic! Wymyśliłam sobie, że kiedy wrócę, zdołam naprawić wszystko, co zepsułam, ale jak mogłabym zasłużyć na twoje przebaczenie?
- Niby co takiego zrobiłaś? - zapytał James podniesionym tonem. - Myślisz, że mógłbym znienawidzić cię z powodu tego wyjazdu? Oszalałaś? Przecież jesteś tu teraz i tylko to się dla mnie liczy! W dupie mam te pytania, na które nie chciałaś odpowiadać. Nie potrzebuję odpowiedzi.
- Ale zasługujesz na nie - szepnęła Rosalie. - Musisz wiedzieć. Musisz znać prawdę.
James otworzył usta, chcąc powiedzieć coś jeszcze, jednak ostatecznie ponownie je zamknął. Od tak dawna wiedział, że Rosie planuje to spotkanie i rozmowę. Wiedział, jak wiele to dla niej znaczyło, nawet, jeśli on wcale nie chciał do tego wracać. Ona potrzebowała tego, by wreszcie poczuć się wolną od win, które jej ciążyły. Nie chciał odbierać jej tej możliwości. Przez jego twarz przemknął uśmiech pełen niepewności, kiedy pomógł jej wstać z ziemi. Chciał wytrzeć jej łzy, jednak Rosalie szybko zrobiła to sama.
- Więc dlaczego wyjechałaś?
- Są dwa powody - powiedziała cicho, a jej mina zdradzała, że każde wypowiadane słowo sprawiało jej duży ból. - To straszne, ale przez cały ten czas trzymałeś w ręku jeden z nich. Pamiętasz naszą podróż do przeszłości? Pokazałeś mi swoje wspomnienia, jednak zabrakło wśród nich tego kluczowego.
- To znaczy? - zaniepokoił się.
- Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę przed wyjazdem? - zapytała.
Brunet odwrócił wzrok, próbując przywołać to wspomnienie. Gromadził w głowie kolejne słowa, które padły wówczas z ich ust. Kiedy wreszcie złączył niespójne urywki w całość, na chwilę przestał oddychać. Spojrzał na Rosalie, a ona musiała wiedzieć już, że dla Jamesa wszystko stało się jasne i miał już ten pierwszy powód bliżej, niż kiedykolwiek. Jej wargi drżały, zdradzając ogromne emocje. Brunet tak bardzo chciał, żeby zaprzeczyła.
- Powiedz, że to nieprawda - rzekł, przyglądając jej się uważnie. Chciał, aby pokręciła głową, aby zrobiła cokolwiek, jednak ona zrobiła najgorsze, co mogła.
- Nie mogę.
- Ty byłaś... nasze dziecko... i nic mi nie powiedziałaś? - zapytał w gniewie, czerwieniąc się.
Rosalie wybuchła płaczem, nad którym nie potrafiła zapanować. James minął ją i wybiegł z sali. Została sam na sam z sercem, które było popękane właściwie od samego początku jej życia, jednak teraz uczyniło to, co było nieuniknione - rozsypało się na kawałki.
***
- Nie mów, że mnie nie znienawidzisz, bo to nieprawda! - krzyknęła do biegnącego ku niej mężczyzny. - Ja sama siebie nienawidzę za to, co ci zrobiłam!
- Rosie, wszystko jest...
- Nic nie jest dobrze, rozumiesz? Nic! Wymyśliłam sobie, że kiedy wrócę, zdołam naprawić wszystko, co zepsułam, ale jak mogłabym zasłużyć na twoje przebaczenie?
- Niby co takiego zrobiłaś? - zapytał James podniesionym tonem. - Myślisz, że mógłbym znienawidzić cię z powodu tego wyjazdu? Oszalałaś? Przecież jesteś tu teraz i tylko to się dla mnie liczy! W dupie mam te pytania, na które nie chciałaś odpowiadać. Nie potrzebuję odpowiedzi.
- Ale zasługujesz na nie - szepnęła Rosalie. - Musisz wiedzieć. Musisz znać prawdę.
James otworzył usta, chcąc powiedzieć coś jeszcze, jednak ostatecznie ponownie je zamknął. Od tak dawna wiedział, że Rosie planuje to spotkanie i rozmowę. Wiedział, jak wiele to dla niej znaczyło, nawet, jeśli on wcale nie chciał do tego wracać. Ona potrzebowała tego, by wreszcie poczuć się wolną od win, które jej ciążyły. Nie chciał odbierać jej tej możliwości. Przez jego twarz przemknął uśmiech pełen niepewności, kiedy pomógł jej wstać z ziemi. Chciał wytrzeć jej łzy, jednak Rosalie szybko zrobiła to sama.
- Więc dlaczego wyjechałaś?
- Są dwa powody - powiedziała cicho, a jej mina zdradzała, że każde wypowiadane słowo sprawiało jej duży ból. - To straszne, ale przez cały ten czas trzymałeś w ręku jeden z nich. Pamiętasz naszą podróż do przeszłości? Pokazałeś mi swoje wspomnienia, jednak zabrakło wśród nich tego kluczowego.
- To znaczy? - zaniepokoił się.
- Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę przed wyjazdem? - zapytała.
Brunet odwrócił wzrok, próbując przywołać to wspomnienie. Gromadził w głowie kolejne słowa, które padły wówczas z ich ust. Kiedy wreszcie złączył niespójne urywki w całość, na chwilę przestał oddychać. Spojrzał na Rosalie, a ona musiała wiedzieć już, że dla Jamesa wszystko stało się jasne i miał już ten pierwszy powód bliżej, niż kiedykolwiek. Jej wargi drżały, zdradzając ogromne emocje. Brunet tak bardzo chciał, żeby zaprzeczyła.
- Powiedz, że to nieprawda - rzekł, przyglądając jej się uważnie. Chciał, aby pokręciła głową, aby zrobiła cokolwiek, jednak ona zrobiła najgorsze, co mogła.
- Nie mogę.
- Ty byłaś... nasze dziecko... i nic mi nie powiedziałaś? - zapytał w gniewie, czerwieniąc się.
Rosalie wybuchła płaczem, nad którym nie potrafiła zapanować. James minął ją i wybiegł z sali. Została sam na sam z sercem, które było popękane właściwie od samego początku jej życia, jednak teraz uczyniło to, co było nieuniknione - rozsypało się na kawałki.
***
Z okazji trzydziestych 'urodzin' Forever chciałabym życzyć mu kolejnych trzydziestu wspaniałych 'lat', a jego 'mamie' wytrwałości, weny i przyjemności z tworzenia następnych wyjątkowych 'dzieciaczków'. :-)
OdpowiedzUsuńPo tych nietypowych życzeniach (ale jak najbardziej szczerych) zabieram się za czytanie, bo stęskniłam się za bohaterami tej historii.
Oddałabym wiele za taką pobudkę. Victor jest cudowny, a sposób w jaki traktuje Vanessę sprawia, że ubóstwiam go jeszcze bardziej. Ciągle się zastanawiam, gdzie jest ten mój Victor? :-( Vanessa to prawdziwa szczęściara i mam szczerą nadzieję, że dziewczyna zdaje sobie z tego sprawę.
Jeśli Vanessa nie kopnie Josha w cztery litery, to jak Boga kocham ja to zrobię! On ewidentnie oszalał. Cieszę się, że Vanessa to zauważyła. Josh potrzebował pomocy specjalisty i to od razu. Duży plus za to jak zgrabnie połączyłaś losy Josha z poprzedniego opowiadania z 'nowym' Joshem. Brawo! :)
Cały czas wydawało mi się, że James zrezygnował z piłki nożnej, bo nabawił się jakieś kontuzji... Ale może sobie to tylko uroiłam. Tak czy siak chyba powoli zaczynam się przekonywać do przyjaźni między Jamsem, a Rosalie. Teraz kiedy wiem, że chłopak tak naprawdę kocha Jenny, a Rosalie nie jest zagrożeniem dla nich (już nie), jest mi łatwiej zaakceptować ich relację. Sama nie mogę się doczekać opowieści Rosalie, bo czekałam na nią od bardzo, bardzo dawna.
Wspomnienie chwyciło mnie za serce. Ubóstwiam tą dwójkę tak bardzo, że nie wyobrażam sobie, aby mogli skończyć osobno. Marzenia to piękna rzecz (bardzo piękna), a stają się jeszcze piękniejsze, gdy udaje się je zrealizować. Dlatego życzę sobie i im, aby nasze wspólne marzenie o ich szczęśliwej przyszłości się spełniło. Byłoby cudownie! <3
Nareszcie!! Mam nadzieję, że teraz Victor i Vanessa będą nierozłączni. Ach.. już nie mogę się doczekać ich wspólnego życia. Co prawda trochę niepokoi mnie ta odległość dzieląca ich dom od pracy Victora, a także nieobliczany Josh, który ewidentnie poluje na piłkarza, ale wierzę, że sobie ze wszystkim poradzą. Mają siebie i to jest najważniejsze. Rozmarzyłam się!
Dzieciństwo Rosalie nie było usłane płatkami róż. Szkoda mi jej. Nie rozumiem rodziców, którzy swoje ambicje i niespełnione marzenia przelewają na dzieci. Nigdy nie chciałabym być taką matką jak Scarlett. Zimną i obojętną wobec własnego dziecka. To jest wręcz chore. :/ Biedna Ros.
Tego to się nie spodziewałam. Miałam w głowie kilka scenariuszy, ale w żadnym z nich Rosalie nie straciła dziecka. I to Jamesa! Sama nie wiem, co mam myśleć.. Chyba muszę dowiedzieć się trochę więcej o tym. Może wtedy będę umiała to ocenić. Jest mi szkoda Rosalie, bo nie miała łatwego życia. Współczuję również Jamesowi. Oboje mają pod górkę. Wierzę jednak, że ich przyjaźń na tym nie ucierpi i jak emocje opadną, to powrócą do przerwanej rozmowy i wszystko sobie wyjaśnią. Trzymam za nich kciuki!
Co tu dużo mówić: świetnie! Opisy mnie powaliły. Jesteś mistrzynią w ich pisaniu. Znowu wywołałaś we mnie emocjonalny huragan, co tak bardzo kocham. I już nie mogę się doczekać nowości. Chcę wiedzieć więcej i to już! :)
Cieszę się, że doceniłaś powiązanie Mine Again z Forever. Dużo to dla mnie znaczy i bardzo Ci za to dziękuję :*
UsuńHaha, zatem poinformuję Cię, że na nowość nie będziesz musiała długo czekać. Z tym tylko, że nie jestem pewna, czy przypadnie Ci ona do gustu - poważnie :P
Buźka :*
Cześć kochana! :*
OdpowiedzUsuńNiestety nie jest to komentarz z opinią dotyczącą rozdziału (choć i tak wiem, że jest on cudowny), a z prośbą o jakiś kontakt z Tobą. Przepraszam, że tu Ci spamuje, ale zależy mi na rozmowie z Tobą w mniej publiczny sposób, więc może mail? Byłabym wdzięczna za odpowiedź. :)
Pozdrawiam! :*
7deluxe13@gmail.com Pisz smialo. Caluje mocno i ciesze sie ze jestes :* :*
UsuńWiem, że moje spóźnienie jest ogromne i strasznie za nie przepraszam, ale naprawdę nie znalazłam wcześniej czasu na skomentowanie. Dzisiaj mam go nieco więcej, jutro wolne, ale i tak zjawiam się dzisiaj bo później może być różnie. Kończę już ten marny wstęp i zabieram się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńCzytając to wspomnienie na koniec fragmentu przypomniała mi się praktycznie cała historia Mine Again i przede wszystkim ten wątek pobytu Josha w wojsku. Trzeba być naprawdę ślepym i nieczułym żeby nie zauważyć co się dzieje z drugim człowiekiem po takich traumatycznych przeżyciach jakich doświadczył Josh. Widzieć śmierć przyjaciela, kiedy tak naprawdę nie można zrobić dosłownie nic jest po prostu strasznie bo inaczej nie umiem tego nazwać. Ale z drugiej strony obecnego zachowania Josha nie można tłumaczyć tylko i wyłącznie przeżyciami z wojska. Tutaj miało wpływ coś jeszcze. Ja uważam, że to zwyczajna zazdrość dała o sobie znać, bo Josh nie może znieść widoku szczęśliwej Vanessy. Ona ma prawo ułożyć sobie życie, podobnie jak żołnierz. Ciekawa jestem czy on w ogóle odpuści, czy podaruje sobie to paskudne zachowanie wobec Vanessy i Victora. A sama lekarka nie powinna się o nic obwiniać ani tym bardziej mieć do siebie pretensji o to, że źle potraktowała Josha. On wcale nie był lepszy próbując wmówić jej jakieś kłamstwa o Victorze. Relacje między Vanessą a Joshem powoli przestają mi się podobać i myślę, że jedynym słusznym rozwiązaniem będzie zerwanie wszelkich kontaktów. Na pewno nie będzie to łatwe, ale to jedyne słuszne rozwiązanie przynajmniej według mnie.
Nie chcę być okrutna, ale drugi fragment uświadomił mi, że to uczucie, które kiedyś narodziło się pomiędzy Rosalie a Jamesem po prostu wyparowało. Chociaż ja uważam, że tego co ich łączyło nie można nazwać takim jedynym, prawdziwym uczuciem. Dla mnie to było tylko chwilowe zauroczenie, które prysło jak bańka mydlana po nagłym wyjeździe Rosalie. Teraz, kiedy po tylu latach milczenia wróciła do Londynu przez chwilę myślałam, że to zauroczenie odżyje i zamieni się w coś pięknego, ale tak się nie stało. Za to sam James zrozumiał, że tak naprawdę kocha tylko Jenny i żadna inna kobieta dla niego nie istnieje. Mam nadzieję, że wreszcie wcieli swoje plany w życie i zawalczy o Jenny a myślę, że jeszcze nie wszystko stracone :) no i przykre jest to, że James zrezygnował z kariery piłkarza. Jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że głównym powodem tej rezygnacji była kobieta. Musiało się wydarzyć coś jeszcze, ale nie wiem co. No i chyba nie muszę pisać, że z niecierpliwością czekam na to aż Rosalie powie całą prawdę o powodach swojego wyjazdu :)
OdpowiedzUsuńNie sądzę, żeby Vanessa słusznie postępowała obwiniając się za zachowanie Josha. I nie uważam też, że w całości wina leży po jej stronie. Tak jak już pisałam wcześniej moim zdaniem Josh jest po prostu zazdrosny, nie może znieść widoku szczęśliwej Vanessy, która kiedyś była mu bardzo bliska. Nie może też zarzucać sobie, że mu nie pomogła. Równie dobrze mógł szukać pomocy u każdej innej osoby. Wiem, że Vanessa jest praktycznie jedyną osobą, która wie o Joshu prawie wszystko, ale ja myślę, że jeszcze trochę i będzie potrzebna pomoc tylko i wyłącznie specjalisty bo Josh naprawdę staje się niebezpieczny i nieobliczalny. W sumie nawet dobrze się złożyło z tą niespodzianką Victora. Może kiedy Vanessa wyprowadzi się z mieszkania Christiny to Josh odpuści? Mam nadzieję, że tak bo jego zachowanie naprawdę robi się uciążliwe.
Długo musiałam czekać, ale wreszcie doczekałam się "spowiedzi" Rosalie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić jakie to było dla niej trudne tak po prostu usiąść i powiedzieć to wszystko. Ta kobieta naprawdę nie miała łatwo w życiu. Dopiero teraz tak naprawdę zaczynam dostrzegać jak strasznie cierpiała nie tylko przez dręczącą ją Sophię, ale także przez własną matkę, która przecież powinna być dla niej wsparciem w każdym momencie. Jak można powiedzieć własnemu dziecku, że jest zerem? Aż mi się to w głowie nie mieści jak okrutna jest matka Rosalie. Rzeczywiście miała swoje chore, niespełnione ambicje, którym młodsza córka musiała sprostać czy jej się to podobało czy nie. Jestem w szoku, że balet tak naprawdę nigdy nie był spełnieniem marzeń Rosalie. Myślałam, że to jest właśnie to co kocha i chce robić w życiu, ale kiedy jest się do czegoś zmuszanym to jednak ciężko czerpać z tego jakąkolwiek radość. I nigdy nie pomyślałabym, że jednym z powodów wyjazdu Rosalie była ciąża. Przykro mi, że straciła dziecko, nie ma wątpliwości co do tego, że bardzo to przeżyła. A sam James zareagował zbyt gwałtownie, pod wpływem silnych emocji. Sama jestem ciekawa jak teraz będą wyglądały ich kontakty po wyznaniu Rosalie. Od teraz pewnie wiele się zmieni...
Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały :)
Pozdrawiam :*
Kochana, to był dopiero początek spowiedzi Rosalie, hehe :D Kazałam czekać na to już sto lat, ale spokojnie - pomału zbliżamy się do sedna :)
UsuńDziękuję ślicznie za opinię i obecność :*