14 stycznia 2015

32. ,,Do końca życia''

Hej :)
Dzisiaj wracam rekordowo szybko, bo Wy też dość szybko przeczytałyście i skomentowałyście poprzednią część. Nie ma na co czekać, tym bardziej, że ten rozdział budzi we mnie samej ogromne emocje i nie mogę się doczekać Waszych opinii.
Jeśli chodzi o pierwszy i trzeci fragment, czyli ciąg dalszy 'spowiedzi' Rosie, to możecie rzucić okiem na rozdziały siedemnasty i osiemnasty (podróż w przeszłość, pamiętacie to jeszcze? :D). Wspomnienia, o których jest mowa, poznałyście właśnie w tamtych rozdziałach.
Oj, długo czekałam na to, by móc w końcu napisać ostatni fragment - miałam go w głowie od tak dawna. Doczekałam się i jestem strasznie zadowolona z efektu. Wy pewnie nie będziecie, ale ćśś... Miłej lektury i do następnego! :*
Aha, i dziękuję z całego serducha za wspaniałe komentarze i za to, że dzielicie się ze mną przemyśleniami. I nie, u mnie wcale nie jest lepiej, niż ostatnio, ale wciąż jesteście jednym z największych pozytywów w moim życiu - nic się nie zmieniło :)
***
Birdy - Shelter

Brunet opierał się o maskę samochodu, czekając na tak upragniony, a jednocześnie niepożądany dźwięk, który przerwie dotąd nieskazitelną ciszę. Spojrzał na upstrzone gwiazdami niebo ponad ich głowami. Wspomniał te chwile, kiedy miejsce to posiadało dla nich niemożliwą do opisania magię. Pamiętał, jak nastoletnia Rosalie zadzierała głowę i ze szczerym podziwem obserwowała lśniące punkciki na granatowej tafli. Był pewien, że właśnie wtedy była wobec niego uczciwa. Ufał jej. Dziś żałował, że już wtedy nie dostrzegł w niej czegoś podejrzanego. Tak długo uważał ją za uosobienie wszystkich najszlachetniejszych cech, podczas gdy w rzeczywistości dziewczyna okłamywała go od dawna. Póki co wiedział jedynie o ciąży, którą przed nim zataiła i która wyszła na jaw dopiero po upływie kilkunastu lat, był jednak pewny, że na tym nie koniec. Na myśl o tym, co jeszcze ukrywała przed nim osoba, której wierzył aż do granic możliwości, robiło mu się niedobrze. Bał się kolejnego ciosu. Wątpił w to, że poradzi sobie z postępkami Rosalie z przeszłości. Mimo lęku, dobrze wiedział, że nie może się wycofać. Gdyby to zrobił, gdyby wsiadł do samochodu, wrócił do domu i całkowicie odciął się od jasnowłosej, zapewne straciłby bezpowrotnie szansę na poznanie prawdy. Nie chciał żyć w wiecznej niepewności i tworzyć w głowie kolejne scenariusze, których nikt nie mógłby potwierdzić ani podważyć. Rosalie raz już uciekła i James nie wierzył już w to, że nie wywinęłaby mu takiego numeru raz jeszcze, gdyby nadarzyła się okazja. Do niedawna jego stanowisko w tej sprawie byłoby zupełnie inne, teraz jednak patrzył na ciemnooką, jak na obcą osobę, z którą nigdy nic go nie łączyło. Bardzo możliwe, że jedynie wydawało mu się, że ją zna. Za chwilę, kiedy z jej ust wydostaną się gorzkie słowa, wszystko stanie się jasne.
Mężczyzna raz jeszcze spojrzał na wątłą postać, która krążyła w okolicy samochodu, zbierając myśli. Rosalie musiała wyczuć jego wzrok na sobie, ponieważ właśnie w tym momencie podeszła bliżej i spojrzała na niego twierdząco. Skinęła lekko głową, dając mu znak, że jest już gotowa. James widział w jej wielkich, ciemnych oczach strach i przygnębienie, a także wstyd, jednak w tym momencie wcale nie było mu jej szkoda. Bardziej, niż jasnowłosej, żałował samego siebie.
- Pierwsze wspomnienie - powiedziała, a James dopiero po chwili zrozumiał, że oto po raz drugi cofają się do przeszłości, do chwil, które przedstawił jej kilka miesięcy wcześniej. - Siedziałam w towarzystwie kolegów ze szkoły, z której właśnie się wypisałam. Wszyscy wokół mnie prowadzili ożywioną dyskusję na temat, którego już nie pamiętam. Prawdę mówiąc, myślami byłam wtedy zupełnie gdzie indziej. Zwróciłam uwagę na bruneta, który stał pod biblioteką i czekał na swoją dziewczynę. Tak, to byłeś ty, a ja wiedziałam to od początku. Poznałam cię. Byłam na ciebie zła, bo kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, trochę się ze mną podroczyłeś, w dodatku na oczach Sophii. Właśnie wtedy zobaczyłam i ją. Stała i przyglądała mi się z tym swoim chytrym uśmieszkiem na twarzy - Rosalie skrzywiła się. Zrobiła krótką przerwę, by się uspokoić, a potem kontynuowała. - Postanowiłam podejść do siebie. Chciałam, żeby to widziała i była zazdrosna. Wiedziałam, że wpadłeś jej w oko. Każdy z nas zauważył, że wtedy na sali baletowej zrobiłeś na niej wrażenie. Miałam rację. Była wściekła.
James do tej pory uważał, że Rosalie chciała wtedy być po prostu miła. Jak bardzo się mylił... Nagle przypomniał sobie, że owszem, widział wtedy w pobliżu Sophię, lecz nie rozpoznał jej. Postanowił nic nie mówić, by nie przeszkadzać Rosie, której w końcu rozwiązał się język.
- Sophia dręczyła mnie, odkąd pamiętam - powiedziała dziewczyna słabym głosem. - Robiła mi piekło w szkole. Namawiała znajomych, by szydzili ze mnie. Wiem, że uwzięła się na mnie dlatego, że tańczyłam lepiej od niej. Posuwała się do naprawdę paskudnych kroków, byle tylko mi dopiec. Na początku były to bzdury, jak na przykład kradzież baletek czy wypisywanie obraźliwych słów na mój temat na tablicy w szkole. Im starsze byłyśmy, tym Sophia stawała się coraz groźniejsza, jakby opętana nienawiścią do mnie. Szantażowała mnie. Spotykała się wtedy z takim osiłkiem, którego napuszczała na mnie. Kiedyś wracałam z zajęć i natknęłam się na niego w opuszczonej alejce, którą zawsze szłam, by skrócić sobie drogę. Wyciągnął nóż i powiedział, że jeśli nie wycofam się z baletu, tym samym zwalniając miejsce dla wiecznie drugiej Sophii, to on... - głos uwiązł jej w gardle. Przez moment James miał ochotę podejść bliżej i mocno ją przytulić, jednak właśnie wtedy dziewczyna spojrzała na niego ponownie. Jej oczy błyszczały od łez, które jednak nie zdołały wydostać się na zewnątrz. Rosalie nie chciała teraz płakać, ale było jej bardzo trudno. - Zagroził, że jeśli nie zrobię tego, czego chce, wyjawi Christinie sekret, przez który znienawidziłaby mnie jeszcze bardziej. Nie chciałam do tego dopuścić. Powiedziałam matce, że chcę zrezygnować... Nawet sobie nie wyobrażasz, jak na to zareagowała. W jej oczach widziałam taką samą nienawiść, jak na twarzy Sophii. Chwyciła mnie mocno za nadgarstki i wykrzyczała, że nie mam prawa się wycofać. Od początku miałam tylko wykonywać jej rozkazy i nie podskakiwać.
- Nie mogłaś jej powiedzieć o tym, co robi ci Sophia i ten jej chłopak? - zapytał lekko poirytowany James. Odniósł wrażenie, że Rosalie chce wzbudzić w nim litość i zmniejszyć jego złość na kolejne tajemnice, które za chwilę wyjawi. Okazało się jednak, że była to kompletna bzdura. Rosalie szybko przetarła oczy, a teraz na jej twarzy widać było nie smutek, lecz gniew.
- Znałeś ją! - rzekła roztrzęsionym głosem. - Wiesz, jaka ona była! Wiele razy mówiłam jej o tych wszystkich świństwach, które robiła Sophia, jednak ona nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Póki nic nie zagrażało mojej cudownej karierze, o której tak marzyła, wszystko było dla niej w porządku. Kiedy wypisałam się ze szkoły, nie była tym zachwycona, ale oczywiście nie oponowała - w końcu nie porzuciłam baletu, a to było dla niej najważniejsze.
Rosalie odwróciła się. Walczyła z przeszłością, tak trudną i dramatyczną. Nie chciała, by James patrzył na nią, kiedy była w takim stanie. Wiedziała, że musiał pomyśleć sobie, że to jakaś jej sztuczka. Była zła na samą siebie, bo wiedziała, że to była jej wina. Kiedy odetchnęła głęboko, poczuła, że jest gotowa, by iść dalej.
- Drugie wspomnienie - powiedziała, a brunet skinął głową. - Patrzyłam na ciebie i Jenny, podczas gdy Victor mówił do mnie coś, a ja nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Wiesz, co sobie wtedy pomyślałam? Że jesteście naprawdę ładną parą i wyglądacie na szczęśliwych. Wierz mi lub nie, ale nie chciałam pakować się między was dwoje. Nie chciałam niszczyć tego, co było między wami.
- A jednak to zrobiłaś - zauważył, pomijając fakt, że sam pozwolił jej na to, by doprowadziła do rozpadu jego związku z Jenny.
- Po jakimś czasie Sophia dowiedziała się, że chodzę z tobą do szkoły. Wymyśliła nowy plan. Powiedziała, że zapomni o szantażu i wszystkich podłych słowach, które mówiła, jeśli tylko... - zawahała się raz jeszcze.
- Jeśli uda ci się rozwalić mój związek, tak? - dokończył James. - To był jakiś pieprzony zakład, czy co?
- Tak - powiedziała sucho Rosalie, choć James spodziewał się, że będzie zaprzeczać i gorączkowo szukać kolejnego kłamstwa, którym będzie mogła go uraczyć. - Chciałam tylko uwolnić się od Sophii i raz na zawsze przestać się bać, że zrobi mi krzywdę, albo, co gorsza, zrani Tinę. Byłeś mi do tego potrzebny.
James czuł się podle. Wszystko to, w co do tej pory wierzył, krok po kroku okazywało się być czyjąś gierką. Nie był sierotą, w którym zakochała się księżniczka. To była bajka, w którą wierzył przez tyle lat... Był pionkiem w rękach Rosalie w grze o jej bezpieczeństwo. Mimo idei, która wydawała mu się być dobra ze względu na cierpienie nastoletniej Rosie, James był wściekły, że pozwolił komukolwiek tak manipulować jego życiem.

***

Victor patrzył bezmyślnym wzrokiem na wskazówki, które sprawiały wrażenie, jakby nieustannie stały w miejscu. Czas zatrzymał się dla niego w momencie, kiedy zobaczył Vanessę na chodniku. Czuł się winny całej tej sytuacji, bo gdyby nie sprowokował Josha, albo gdyby sam nie dał się podejść, niebieskooka nie trafiłaby do szpitala, a on nie odchodziłby od zmysłów, czekając na wiadomości. Był wściekły, że żaden z lekarzy wciąż nie zadał sobie tyle trudu, by podejść do niego i łaskawie poinformować go, w jakim stanie jest Vannie i czy on, jako jej narzeczony, jest w stanie cokolwiek dla niej zrobić. Raz po raz na korytarzu pojawiała się kolejna postać w kitlu, jednak za każdym razem odchodziła od Victora bez słowa, ewentualnie mruknąwszy: ,,Proszę czekać''. Blondyn starał się nie zwracać uwagi na Josha, który stał parę metrów od niego. Po jego twarzy błąkało się przerażenie i troska, jednak na Victorze nie robiło to żadnego wrażenia. Teraz się martwił? Mógł wcześniej o tym pomyśleć, na przykład zanim w ogóle przyleciał do Londynu. Victor miał sobie za złe, że przez tyle czasu nic nie zrobił, by uwolnić ukochaną od jej byłego. Przeczuwał, że jest w nim coś podejrzanego, a potem sam Josh wykładał mu jak na tacy kolejne powody, by się go bać, Victor jednak nie podjął żadnych radykalnych kroków. Kiedy kupił dom dla siebie i ukochanej, wiedział, że ich koszmar wkrótce się skończy. Vanessa będzie bezpieczna w domu i nie będzie narażona na codzienne spotkania z Joshem, który z dnia na dzień zachowywał się coraz dziwniej. Taki był jego plan. Wydawało mu się, że był on idealny, pozbawiony słabych punktów. Możliwe, że tak właśnie było, niestety nie będzie mu dane się o tym przekonać. Teraz Josh doprowadził do tego, że Vannie być może walczyła o życie - a w każdym razie tak podpowiadała ta pesymistyczna strona Victora, która ujawniała się stosunkowo rzadko. Joyce wiedział teraz jedno - nie pozwoli, by Hartley raz jeszcze zagroził dobru jego rodziny. Jeśli będzie trzeba, wyjedzie z kraju, zabierając ukochaną ze sobą. Nie omieszka też zawiadomić policji o tym, że jest nękany. Teraz miał już namacalny dowód na to, że Josh był człowiekiem niebezpiecznym, którego należy odizolować od ludzi, a przynajmniej od zakochanej w sobie pary, aktualnie spętanej strachem i niepewnością.
Victor wstał z krzesła, kiedy kolejny lekarz mignął mu przed oczami. Miał już serdecznie dość czekania. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
- Dowiem się wreszcie, co z moją narzeczoną? - zapytał, brzmiąc tak, jakby miał ochotę natychmiast dać Bogu ducha winnemu lekarzowi w twarz.
Ku zdumieniu zielonookiego, mężczyzna w kitlu nie odburknął czegoś w złości, lecz zwrócił się ku niemu z serdecznym uśmiechem na ustach.
- Przepraszam najmocniej - rzekł. - Mamy małe urwanie głowy. Nocne dyżury zawsze są pełne wrażeń.
- Teraz to ja przepraszam, ale mało mnie to w tej chwili interesuje - warknął Victor. - Co z Vannie?
- A, to pan... - lekarz zreflektował się. - Nie poznałem pana, panie Joyce. Może wstyd się przyznać, ale nie śledzę piłki nożnej. Może usprawiedliwia mnie to, że jestem Francuzem. Co jak co, ale nasza liga jest po prostu fatalna.
- Nie przeczę - wyrwało się Victorowi, jednak szybko odzyskał fason. - Proszę mi wreszcie powiedzieć, co z nią.
- Przepraszam! - powiedział mężczyzna raz jeszcze. - Zawsze jestem taki, jakby to ująć...
- Zakręcony - podpowiedział zdenerwowany Joyce, pomału tracąc cierpliwość.
- Otóż to - lekarz wyszczerzył się. - Yorke, to znaczy Vannie, ma lekkie wstrząśnienie mózgu. Zatrzymamy ją w szpitalu, tak na wszelki wypadek, ale śmiem twierdzić, że ani jej, ani dziecku, nic już nie zagraża.
- Całe szczęście... Dziękuję, doktorku - powiedział Victor, a mężczyzna uśmiechnął się i odszedł.
Dopiero po chwili do piłkarza, który w duchu skakał ze szczęścia, gdy dowiedział się, że z Vannie wszystko w porządku, dotarło to, co powiedział lekarz.
- Ej! - krzyknął, nie zważając na zbulwersowanych jego zachowaniem pacjentów. Lekarz zatrzymał się i obejrzał, a zielonooki szybko dobiegł do niego i zapytał: - Nie przesłyszałem się? Vanessa jest w ciąży?
- Gratulacje, przyjacielu - odparł lekarz, w szerokim uśmiechu pokazując mu wszystkie swoje zęby.

***

- Trzecie wspomnienie - powiedziała dziewczyna i teraz to ona opierała się o maskę samochodu. James natychmiast odskoczył na bok, kiedy Rosalie zajęła miejsce obok niego. Wiedział, że zachowuje się jak dziecko, ale nie potrafił znieść jej obecności. Nie potrafił zrozumieć... - Wiem, że zaskoczyła cię obecność Sophii na moim przyjęciu. Szybko połapałeś się, że się nie lubimy. To był kolejny etap jej gry. Czekała na mnie po szkole. Nie chciała mnie puścić, zanim jej nie wysłucham. Powiedziała, że na pewno nie przekonam cię, byś przyszedł, w końcu spotykałeś się wtedy z Jenny. Kiedy przyszedłeś, obserwowała cię przez cały ten czas. W pewnym momencie zabrała mnie na bok i powiedziała, że pewnie zapłaciłam ci za przyjście.
- Bzdura - rzekł James sucho. Wcale nie chciał brać strony Rosalie, jednak nie mógł też w milczeniu wysłuchiwać tych bredni.
- Chciała dowodu, że coś nas łączy - ciągnęła jasnowłosa. - Moje łzy były szczere, ale cała reszta... James, ona była wtedy zdolna do wszystkiego. Nie wiem, jak jest teraz, ale... - zatrzymała się. Chciała to powiedzieć, a z drugiej strony coś jej na to nie pozwalało. Milczeniem wzbudziła zainteresowanie ciemnookiego.
- Ale co?
- Może ty wiesz, jaka ona jest - rzekła zimnym głosem.
- Nie wierzę... - mężczyzna pokręcił głową, patrząc na Rosalie, jak na ducha. - Będziesz mi teraz wypominać to, że parę razy się z nią przespałem?
- Chciałam tylko zwrócić twoją uwagę na to, że wszyscy popełniamy błędy - powiedziała blondynka, uciekając spojrzeniem. - Lubisz mówić, że rozstałeś się z Jenny z mojego powodu. Za pierwszym razem pewnie tak było. Nie wiem jednak, co miałam z tym wspólnego, kiedy od ładnych paru lat nie było mnie już w Londynie.
- Próbujesz uciec od swojej spowiedzi, co? - James uśmiechnął się pogardliwie. - Kolejne wspomnienie jest jeszcze fajniejsze?
- Dla ciebie tak, ale w ironiczny, właściwy tobie sposób - odparła spokojnie. - Dla mnie jest to jedno z najbardziej wyjątkowych wspomnień, jakie posiadam. Możesz się na mnie boczyć i udawać, że nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, ale wiem, że wówczas było to dla ciebie jeszcze ważniejsze, niż dla mnie.
Rosalie zakołysała się do przodu i do tyłu. Pomimo późnej godziny, wcale nie chciało jej się spać, była jedynie zmęczona całą tą skomplikowaną sytuacją.
- Czwarte wspomnienie - odliczyła i uniosła oczy do nieba. - Zabrałeś mnie tu po raz pierwszy. Pomogłeś mi zobaczyć coś, co przez całe życie mi umykało. Czułam twoją obecność obok siebie i twój wzrok na swojej twarzy. W pierwszej chwili żałowałam, że Sophia nie mogła nas widzieć w momencie, kiedy leżeliśmy na ziemi, tak blisko siebie i oglądaliśmy gwiazdy. Potem jednak, zupełnie niespodziewanie, poczułam po raz pierwszy, że jesteś po prostu fajnym chłopakiem, a nie zarozumiałym i nieco aroganckim gnojkiem, jakim wydałeś mi się, gdy trafiliśmy na siebie na sali baletowej. A potem... - zatrzymała się, by pomyśleć. Przez moment tkwiła zbyt głęboko w cudownej przeszłości, toteż wyrwanie się z niej i przejście do niego trudniejszych wspomnień, wcale nie było łatwe.
- Wiem, co było potem - wszedł jej w słowo James. - Zerwałem z Jenny. Rozstałem się z nią, bo...
- Tak, to była moja wina - powiedziała Rosalie, nie będąc pewna, czy mówi to do niego, czy bardziej chce przekonać o tym samą siebie. - Nawet, jeśli wtedy kochałeś Jenny i w głębi duszy to z nią chciałeś być. Christina powiedziała mi parę miesięcy temu, że zawsze byłam księżniczką, która dostaje to, czego chce. Niewiele w tym prawdy, biorąc pod uwagę, jak dalekie od ideału było moje życie, a jednak... Widzisz, ja wiedziałam, że będziesz mój. Zbyt mocno cię potrzebowałam, by żyć, aby stracić jedyną szansę na spokój i szczęście, a przede wszystkim na uwolnienie się od Sophii raz na zawsze.
- To są jakieś bzdury, Rosie! - krzyknął James, tracąc cierpliwość. Blondynka wciąż przyglądała mu się, absolutnie niewzruszona jego słowami i emocjami. - Że niby byłem twoją jedyną szansą? I co, byłaś szczęśliwa, kiedy już rozwaliłaś mój związek z dziewczyną, którą...
-...którą to ty rzuciłeś, nie ja - powiedziała Rosalie. - Przypomnij sobie wszystko. Nie zmuszałam cię do niczego. Ty po prostu się we mnie...
Urwała nagle, kiedy dotarło do niej, do czego zmierzał James i jakie słowa wydostałyby się z jego ust, gdyby mu nie przerwała. Miał na myśli jej próbę samobójczą, coś, co miało miejsce na długo po tym, jak się w sobie zakochali. Dla niego to, co czuła Rosalie, wciąż było błahostką. Widziała to w jego oczach, ciskających gniewne błyski. Dziewczyna wstała energicznie, zaskakując samą siebie.
- Nie powiem nic więcej, póki nie zrozumiesz, że nie kłóciłam się z Sophią o kolczyki czy paczkę cukierków - oświadczyła nieco obrażonym, ale i przejętym tonem. Minęła go i ruszyła w pierwszym kierunku, jaki przyszedł jej do głowy.
- Pewnie! Ucieknij raz jeszcze! - wrzeszczał za nią rozwścieczony James. - W końcu właśnie to wychodzi ci najlepiej!
Słowa te były dla Rosalie dodatkowym dowodem na to, jak mało tak naprawdę docierało do Jamesa. Chłopak ewidentnie nie wierzył w to, że to Sophia doprowadziła do tych wszystkich kłamstw i gierek. A jednak, jasnowłosa wcale nie była na niego o to zła. Na jego miejscu sama nie wierzyłaby tej tchórzliwej oszustce, która przez tyle lat ukrywała przed nim tak wiele.

***

Kiedy mężczyzna w końcu uzyskał pozwolenie na to, by zobaczyć się z ukochaną, kierował się do jej sali z duszą na ramieniu i o miękkich nogach, uginających się pod jego ciężarem. Musiał usłyszeć to od niej, bo nie uwierzy nikomu innemu, a już na pewno nie nierozgarniętemu, choć sympatycznemu doktorkowi. Niepewnie nacisnął klamkę i pchnął drzwi delikatnie. Kiedy ją zobaczył, poczuł olbrzymią ulgę. Jeszcze kilkanaście minut temu umierał ze strachu o jej życie i zdrowie. Teraz, kiedy wiedział, że wszystko jest w porządku, a Josh nie zdołał doprowadzić do tragedii, Victor mógł skupić się w stu procentach na radosnej i jednocześnie zupełnie niewiarygodnej nowinie. Przytrzymał drzwi dla pacjentki, która dzieliła salę z Vanessą i właśnie musiała wyjść. Podczas, gdy anonimowa kobieta, która bez trudu rozpoznała w nim sławnego piłkarza, bohatera z Manchesteru, jak lubiła określać go prasa, opuszczała salę, blondyn kierował się ku łóżku ukochanej. Dziewczyna, słysząc jego kroki, uniosła ciężkie powieki, a przez jej twarz przebiegło coś, co chyba miało być uśmiechem, ostatecznie jednak tylko ten uśmiech przypominało. Victor nie zdołał go odwzajemnić, choć inaczej wyobrażał sobie ich pierwsze spotkanie po ulicznej bójce. Po samym sobie spodziewał się, że odrzuci na bok wszelką niepewność i bez wahania obejmie ją tak, by aż zabrakło jej tchu, finalnie jednak jego reakcja była nieco dalsza od tej wymarzonej.
- Jesteś w ciąży? - zapytał prosto z mostu, zaskakując samego siebie. Vanessa wytrzeszczyła na niego oczy, bynajmniej nie zaszokowana jego nagłą wiedzą, lecz tym, że wypalił z tym tak nagle, bez żadnego wstępu ani ostrzeżenia. - Tak czy nie? - spytał stanowczo, niczym policjant, który właśnie przesłuchuje podejrzanego o jakąś zbrodnię nastolatka.
Vanessa roześmiała się, choć przez chwilę walczyła z rozbawieniem, a potem w końcu skinęła głową twierdząco. To nieco otrzeźwiło Victora, który podświadomie sądził, że dziewczyna po raz kolejny zaprzeczy, a słowa lekarza okażą się jedynie głupim, mało śmiesznym kawałem.
- Wiedziałaś od samego początku? I nic mi nie powiedziałaś? - zapytał z wyrzutem. - Przecież pytałem tyle razy...
- Tak, pytałeś... - zgodziła się ironicznie. - Zawsze w formie żartu, pamiętasz? Może to głupie, ale chciałam powiedzieć ci o tym w inny sposób. W końcu dziecko bynajmniej nie jest żartem.
Joyce przypomniał sobie, jak to było i po namyśle musiał przyznać Vannie rację. Usiadł na brzegu jej łóżka, robiąc to tak gwałtownie, że przez moment miażdżył jej dłoń swoim cielskiem. Poprawił się, a potem tą samą dłoń ujął mocno i pocałował. W jego oczach tańczyły radosne ogniki, wyrażające pełnię szczęścia.
- Nie wiem, co powiedzieć... - przyznał, oszołomiony. - To wszystko... my...
- Tak, wiem - rzekła. - Strasznie szybkie tempo. Nieco ponad pół roku temu wpadłeś na mnie na chodniku...
- A to nie ty na mnie wpadłaś?
-...potem wyskoczyłeś z pierścionkiem, a teraz...
Blondyn nie chciał, by z jej ust wydostało się jakiekolwiek słowo. Nie potrzebował nic więcej, a chwila ta była dla niego po prostu doskonała. Pocałunkiem uniemożliwił jej powiedzenie czegoś jeszcze. Kiedy odsunął się od niej, na jej twarzy dostrzegł zmartwienie, którego przedtem nie było.
- To Josh mnie popchnął, prawda? - zapytała, mrużąc oczy. Najwyraźniej bolała ją głowa, czemu chyba nikt nie mógłby się dziwić. Victor skinął głową łagodnie. - Kiedy odzyskałam przytomność, tak straszliwie się bałam... Wcale nie chodziło o mnie, tylko o małego Joyce'a.
- Jak to dumnie brzmi - Victor wypiął pierś, zadowolony ze swojego nazwiska bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Uśmiechnął się, jednak Vanessa wyraźnie oczekiwała od niego nieco poważniejszej reakcji. - Vannie, przestań się zamartwiać. Najważniejsze, że wszystko jest w porządku. Poleżysz trochę, a potem zabiorę cię ze szpitala i będziemy żyć długo i szczęśliwie.
- Robisz się strasznie banalny, Joyce.
- Wiem, ale wiem też, że to uwielbiasz - odparł. - Prześpij się, dobrze? A ja pojadę do domu, wezmę trochę twoich rzeczy, piżamę i wrócę, najszybciej, jak zdołam.
- Chyba masz rację - przyznała. - Powinnam się zdrzemnąć.
- Mądra dziewczynka - pochwalił ją i znowu pomyślał o jej ciąży. - Ciekawe, czy nasz syn będzie taki, jak ty.
- Będziemy mieć córkę, mówię ci - zaparła się.
- Znasz już płeć? - zapytał z obłędem w oczach. - No nie wierzę, przegapiłem tak ważny moment?
- Wyluzuj, tatuśku - uspokoiła go. - To dopiero trzeci miesiąc.
- No ale powiedziałaś, że to na pewno dziewczynka...
- Bo takie mam przeczucia, wariacie - skwitowała. - No leć po tą piżamę i jakbyś był łaskaw, to załatw mi też czekoladę.
- Ciążowy terroryzm czas zacząć? - spytał, a mówił to z tak rozanieloną miną, jakby wizja istnego terroru wcale mu nie przeszkadzała, a wręcz cieszyła go, aż do granic. - Śpij grzecznie.
Pocałował ją i wybiegł z sali. Vanessa zdążyła zamknąć oczy, kiedy Victor ponownie wpadł do środka, z miną szaleńca.
- Chciałem ci tylko powiedzieć, że ci się udało - rzekł, a kiedy Vannie wyraziła brak najmniejszego zrozumienia, dodał: - Chciałaś poinformować mnie w jakiś niecodzienny sposób. Biorąc pod uwagę okoliczności, zdałaś ten test na piątkę.
Victor ponownie wyparował z sali, a Vanessa uśmiechnęła się szeroko. Miała dla niego jeszcze jedną niespodziankę, ale wiedziała, że nie powinna zapewniać Victorowi zbyt wielu wrażeń, jak na jedną noc. Potem jednak raz jeszcze powróciła myślami do samego wypadku. Zastanawiała się, gdzie teraz był Josh. Samą bójkę pamiętała, jak przez mgłę, a jednak wiedziała, że nie powinna winić Josha o to, co się stało. Co jak co, ale mogła sobie rękę odciąć i poświadczyć, że Josh na pewno nie chciałby jej skrzywdzić - w końcu mijało się to z celem jego podróży do Londynu, przynajmniej według niej.

***

Give my gun away, when it's loaded...*

Josh Hartley wybiegł ze szpitala, po drodze wpadając na przypadkowych ludzi. Nieustannie oglądał się za siebie, bojąc się bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Kiedy udało mu się opuścić budynek i jakimś cudem nie potrącić kolejnej osoby, wspomniał, co zmusiło go, by tu przyjechać. Stan, który sądził, że udało mu się przezwyciężyć. Lęk przed tym, że ktoś go obserwuje i za chwilę wyskoczy na niego, bez słowa zabierając go z powrotem w koszmarne miejsce, które wciąż mu się śniło. To nie ustało, ani na moment. Wciąż budził się cały mokry i to kilka razy w nocy. W Mediolanie pomału zaczynał izolować się od najbliższych, myśląc tylko o Vanessie. Nagle, w momencie, którego nie potrafił zlokalizować, uzmysłowił sobie, że i ona jest w niebezpieczeństwie. Nie było w tym ani odrobiny racjonalności, ale Josh nie kierował się wówczas rozsądkiem. To strach kazał mu robić te wszystkie rzeczy. Wyjechać z kraju, by mieć oko na Vannie. Przez jakiś czas obserwował ją z ukrycia. Zdążył zorientować się, w jakich godzinach pracuje. Kiedy postanowił się ujawnić, od razu powiedział jej, że nie chce, aby byli razem - była to prawda. To nie to skłoniło go do udania się za nią do Anglii. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej przesiąknięty nieustającymi obawami. Nalegał, by odprowadzać Vannie do pracy i czekać na nią pod szpitalem przez cały dzień, byle tylko móc bezpiecznie odstawić ją do domu. Kiedy tylko pojawiła się okazja, zamieszkał w tym samym mieszkaniu, by mieć do niej jeszcze łatwiejszy dostęp. Nie mogła wiedzieć, ile razy Josh przeglądał jej wiadomości i połączenia, by wiedzieć o wszystkim i móc w porę wyeliminować potencjalne zagrożenie. Od samego początku nie ufał Victorowi i wcale nie powodowała tego zazdrość, bo w końcu kiedyś to on zajmował jego miejsce. Przyglądał mu się, lecz nie potrafił znaleźć na niego żadnego haka. Pewnego razu nawet pojechał do Manchesteru na przeszpiegi, gdzie upewnił się, że mężczyzna nie wiedzie podwójnego życia i jest uczciwy wobec zakochanej w nim Vanessy. Josh czuł się coraz gorzej. Próbował z tym walczyć. Wiedział, że coś jest nie tak, a jednak nie potrafił udzielić pomocy samemu sobie, ani o to wsparcie poprosić. Panikował. Usiłował przekonać Vannie, że powinna odciąć się od Victora. Karmił ją kłamstwami, które bolały i jego, a jednak siła, której nie umiał nazwać, kazała mu postępować właśnie w taki sposób. Kiedy patrzył w jej oczy, przez chwilę był sobą, wolnym od problemu, który męczył go przez tak długi czas. Przyznał, że jest zły. Vanessa na pewno wiedziała, że musi mu pomóc. Znał ją trochę i był pewien, że Yorke zrobi wszystko, nawet zniesie jego knucie i przykre słowa, byle tylko nie odwrócić się od niego raz jeszcze - tak, jak zrobiła to, gdy nagle wyjechała z Mediolanu. Próbował namówić Victora, by odpuścił i zostawił Vanessę w spokoju. W tym celu użył siły. Nie poskutkowało. Spróbował raz jeszcze, czując, że jeśli nic nie zrobi, coś zabije go od środka - coś, co niszczyło go pomału przez te wszystkie lata. W ferworze walki popchnął Vannie, która w niczym nie zawiniła, chciała jedynie być szczęśliwa z mężczyzną, który mógł dać jej miłość i bezpieczeństwo. Kiedy zobaczył ją na chodniku, gdzie znalazła się z jego winy, otrzeźwiał momentalnie. Chciał pomóc, jednak Victor uniemożliwiał mu to. Wcale mu się nie dziwił. Był świadom, że zrobił wiele okropnych rzeczy i aż nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby Vanessy tam nie było. Wiedział, do czego jest zdolny, kiedy wpada w furię. Victor miał szczęście w nieszczęściu, że nie był sam. Josh czekał w napięciu, aż dowie się, że nie zrobił Vanessie żadnej wielkiej krzywdy. Nie wybaczyłby sobie, gdyby przez swoją bezmyślność doprowadził go tragedii dziewczyny, która okazała mu niegdyś tyle zrozumienia i troski. Odetchnął, gdy dowiedział się, że skończyło się zwykłym wstrząśnieniem mózgu, miał jednak złe przeczucia. ,,Ani jej, ani dziecku, nic już nie zagraża''. Josh poczuł wtedy, jak jego żołądek staje się coraz cięższy i opada w dół. Do ostatniej chwili przysłuchiwał się rozmowie Vanessy z narzeczonym. Dotarło do niego, że to prawda. To fakt - o mały włos, a wyrządziłby Vanessie krzywdę bardziej bolesną, niż kilka głupich siniaków i parę podłych słów. Gdyby przez niego straciła dziecko, znienawidziłaby go na zawsze, a Josh straciłby jedyną osobę, która potrafiła mu pomóc. Nieumyślnie i przez przypadek wbiłby jej nóż prosto w serce, a ona nie zapomniałaby mu tego do końca życia.
Josh wspinał się po schodach, zanosząc się od rozpaczliwego płaczu. Musiał jak najszybciej coś zrobić. Zrozumiał, że od początku on sam był zagrożeniem, którego się bał. Chciał chronić Vannie, a tak naprawdę sam mógł stać się jej śmiertelnym wrogiem.

- Ty jesteś jakiś psychiczny? - zapytał Joyce.

Niebieskooki wpadł do swojej sypialni, nawet nie starając się być cicho, choć domyślał się, że Christina spała w pokoju obok. Gorączkowo czegoś szukał. To przez te emocje zapomniał, gdzie to jest. Przecież kiedyś wiedział doskonale... A może po prostu nie dowierzał, że kiedykolwiek będzie musiał tego użyć? Mężczyzna wygiął się, jakby w konwulsjach, kiedy w jego głowie rozbrzmiały kolejne, gorzkie słowa, przed którymi nie potrafił teraz uciec.

- Nigdy nie uda ci się doprowadzić tej misji do końca, żołnierzyku - powiedział z pogardą Joyce. - Postanowiłeś usunąć mnie ze swojej drogi, ale nawet, gdybym zniknął, Vanessa nigdy nie chciałaby być z tobą. Bo widzisz, to nie ja jestem problemem, lecz ty sam. Nigdy, nawet, jeśli powybijasz każdego faceta, który kiedykolwiek pojawi się u boku Vannie, nie będziesz szczęśliwy.

Znalazł to, czego szukał. Był bardzo zdesperowany - tak, jak nigdy dotąd. Chwycił swoje wybawienie, a raczej wybawienie wszystkich tych, których mógłby jeszcze zranić. Wstał z podłogi, ani na chwilę nie wypuszczając tak ważnej rzeczy z rąk. Usłyszał jej głos. Wspomnienie, które dziś bolało go bardziej, niż wówczas, gdy pamiętny moment był jeszcze teraźniejszością.

- Widziałam w twoich oczach, że nie mam się czego bać. Twoja przeszłość była i nadal jest przerażająca, ale od początku wiedziałam, że jesteś dobrym człowiekiem. Myliłam się? Musiałbyś teraz oczernić samego siebie, gdybyś potwierdził i tym samym powiedział, że jesteś zły.
Potwierdzam - rzekł Josh.

Nie zmienił zdania. Wciąż zgadzał się z tym, co powiedział. Był zły. Był niebezpieczny. Udowodnił to dzisiaj. Mężczyzna nie musiał dłużej się zastanawiać. Rzucił ostatnie, krótkie spojrzenie na broń, po czym szybko przyłożył ją sobie do skroni. Zamknął oczy. Cały drżał, dokładnie tak, jak podczas tych okropnych tygodni, gdy walczył o życie, nieustannie torturowany przez wrogów. Spod niedokładnie domkniętej powieki wydostała się łza. Czuł, jak jego ręce trzęsą się, a pistolet wyślizgiwał się z jego spoconej, mokrej z nerwów dłoni. Zmienił plany. Odsunął broń na bezpieczną odległość. Gdyby ktoś mógł obserwować teraz tą scenę, zapewne odetchnąłby z ulgą, odnosząc wrażenie, że ten oto samobójca postanowił jednak walczyć o życie i szczęście. Josh szybko zrównałby takie myśli z ziemią. Niebieskooki skierował broń do swych ust, a pistolet stał się posłuszniejszy. Położył palec na spuście, wydając z siebie przeraźliwy jęk - jakby jednocześnie bał się kolejnego, ostatniego kroku w swym życiu, a zarazem pragnął tego najbardziej na świecie. Pomału zginał drżący palec bardziej i bardziej, po raz ostatni pozwalając przeszłości na zaistnienie w swoich myślach.

- Skoro pozwoliłeś jej odejść, powinieneś chyba być konsekwentny - powiedział Austin.
- Na nic jej nie pozwalałem - żachnął się Josh. - Sama uciekła.
- Słuchaj - rzekł Austin, pokazując przyjacielowi zdjęcie z gazety, aby nadać swoim słowom jeszcze silniejszy wyraz. - Nie wiem, jak tobie, ale mi Vanessa wygląda na szczęśliwą. A skoro tak jest, to czy nie powinieneś się z tego cieszyć i poszukać miłości gdzie indziej?
- Muszę być przy niej - odparł Josh. - Muszę pilnować, by nie stała jej się krzywda.
- Niby jaka krzywda mogłaby się jej stać? - zapytał zdziwiony Austin, jednak Josh pokręcił przecząco głową. Na to pytanie nie zamierzał odpowiadać.


***
Damien Rice - 9 Crimes *

6 komentarzy:

  1. Po takiej zapowiedzi nie pozostaje mi nic innego, jak zabrać się za czytanie! :)
    Prawdopodobnie w tym momencie powinno być mi szkoda Rosalie, a jedyne, co czuję to nienawiść i pogardę. Może to mocne słowa, ale nic na to nie poradzę. Potrafię zrozumieć, że nie miała lekko w życiu, ale czy to pozwala jej niszczyć życie kogoś innego? Jest egoistką. Myślała tylko o sobie, chociaż wspomniała, że zrobiła to, aby chronić Christinę. Nie wierzę jej. Tak naprawdę miała dużo innych możliwości. Mogła zwrócić się do kogoś o pomoc. Iść na policję, albo stawić czoła Sophie, a nie wchodzić butami do czyjegoś życia. Nie lubię jej i wątpię, aby cokolwiek było wstanie zmienić mój osąd.
    Drugi fragment jest jak upragnione słońce po srogiej zimie :-) ! Po pierwsze cieszę, że z Vanessą jest wszystko okej. Po drugie jest w ciąży! Jupi, Victor będzie tatusiem. Szczerzę się do ekranu jak wariatka. Co za cudowna wiadomość. Jestem ciekawa jak lekarka zareaguje na ciążę.
    Rosalie próbuje zepchnąć winę na Sophie, ale prawda jest taka, że mogła podjąć decyzję. Mogła się jej sprzeciwić lub powiedzieć prawdę Jamesowi. Myślę, że chłopak bez problemu odegrałby z nią tą rolę, a przy tym nie stracił tego, co w życiu najważniejsze: miłości. Widzę też winę Jamesa, bo dał się omotać Rosalie, ale z drugiej strony trudno mu się nie dziwić. Dziewczyna rzuciła na niego przynętę. I może podobnie jak James - ja także nie rozumiem tej całej sytuacji i tego, że Blondynka jest bez winy. A słowa Christiny cóż... wydają mi się nieco prawdziwe. Bo czy Rosalie ostatecznie nie dostała tego, czego chciała? Spieprzyła życia innym, a sama uciekła.
    Faktem jest, że sprawy między Vanessą i Victorem potoczyły się bardzo szybko, ale gołym okiem widać, że tą dwójkę połączyła prawdziwa miłość. Ja trzymam za nich kciuki i życzę im jak najlepiej. Są przesłodcy, co tu dużo mówić.
    Ten fragment dobitnie pokazuje stan psychiczny Josha. Mężczyzna całkowicie oszalał. Szkoda mi go, bo nie tak wyobrażałam sobie jego dalsze losy. Nie wiem, czy ostatecznie popełni samobójstwo, czy ktoś go przed nim uratuje (wierzę w to). Mam totalny mętlik w głowie, a co do fragmentu - wielkie brawa. Naprawdę. Wykonałaś kawał dobrej roboty tymi opisami. Jestem wręcz szalenie zachwycona.
    Nie wiem, co jeszcze powinnam napisać, bo po prostu brakuje mi słów. Jesteś wielka, ale to już wiesz. Wykonałaś kawał dobrej roboty. Dziękuję Ci za to, że piszesz i doprowadzasz mnie do takiej emocjonalnej huśtawki.
    Czekam na nowość :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam za jakość komentarza, ale w tej chwili mój mózg nie był wstanie napisać czegoś bardziej konstruktywnego. Może jak trochę ochłonę, to będę wstanie dodać coś jeszcze. Spojrzeć na to inaczej.
      Przepraszam:*

      Usuń
    2. Ochłonęłam trochę i myślę, że teraz uda mi się napisać komentarz, który powinien pojawić się tutaj od początku.
      Rosalie jest postacią, która nieustannie mnie zaskakuje. Od samego początku nie przypadła mi do gustu i to nie uległo zmianie. Miałam co prawda chwilową słabość i napisałam kilka pozytywnych słów na jej temat, ale to już historia. Kiedy Rosalie wróciła do domu po niespodziewanym zniknięciu, czekałam na moment kiedy wreszcie wyjawi swoje tajemnice. Nawet w najśmielszych fantazjach nie oczekiwałam czegoś takiego. Rosalie jest egoistką. Jest też zakłamana i oczekuje, że świat ją zrozumie. Trudno jednak zaakceptować coś takiego. Sophia urządziła jej piekło, zmiażdżyła ją i odebrała prawo do szczęścia. W oczach Rosalie jest złem wcielony, a ja się pytam kim jest Rosalie? Czy ona także nie uczyniła z czyjegoś życia piekła, nie zmiażdżyła kogoś i nie odebrała prawa do szczęścia? I tu w tym momencie zjawia się James - pan również winny. To, że faceci nie myślą tym, co trzeba, to nic nowego. Więc nie jest dla mnie zaskoczeniem, że gdy taka dziewczyna jak Rosalie zaczęła kręcić się wokół niego i robić maślane oczy, on postradał rozum. Zrezygnował z Jenny - dziewczyny, która w tym całym bajzlu jest najbardziej poszkodowany - która kochała go takiego jakim był. Jej nie musiał niczego udowadniać. Wspierała go. Doceniała go. Troszczyła się o niego. Urodziła mu syna, który jest kolejną ofiarą spisku Rosalie. James odszedł od rodziny i to jest jego błąd. Jest za to winny, ale z drugiej strony: czy można obwiniać faceta za to, że jest po prostu facetem? Gdyby nie pojawiła się Rosalie i nie zarzuciła na niego swojej sieci, James byłby dzisiaj w zupełnie innym miejscu. Lepszym miejscu. Czas zresztą pokazał, co jest prawdą, a co tylko iluzją. Miłość do Jenny przetrwała i istnieje dalej, rozpalając jego serce. Wierzę, że pewnego dnia ta dwójka znowu wróci do siebie i zbudują ciepły, kochający się dom dla ich syna. Iluzją jest Rosalie.
      Teraz przejdę do najprzyjemniejszej części tego odcinka, a mianowicie Victora i Vanessy. Wiadomość o ciąży dziewczyny wywołała uśmiech na mojej twarzy. Podejrzewałam, że coś takiego może mieć miejsce w najbliższym czasie, a końcówka poprzedniego rozdziału, gdy po upadku złapała się za brzuch - nieco potwierdziła moje przypuszczenia. Teraz jestem jednak tego pewna i cieszę się razem z nimi. Znają się niedługo, ale widać, że zakochali się w sobie na zabój. Mam nadzieję, że nigdy w życiu nie zgubią tego, co mają w tej chwili i już zawsze będą ze sobą. Szczęśliwi jak nigdy. Są jedną z moich ulubionych par, chociaż Vanessa potrafi mnie wyprowadzić z równowagi od czasu do czasu. :)
      I na koniec Josh. Dopiero niedawno zaczęłam dostrzegać, że mężczyzna postradał rozum. On potrzebuje pomocy, która już może nie nadejść. Chociaż ja ciągle wierzę, że on nie popełnił samobójstwa, że Christina go uratowała.
      Josh w poprzednim opowiadaniu skradł moje serce i kibicowałam mu. Uwielbiałam go. Josha z tego opowiadania... nie lubię, chociaż teraz, gdy patrzę na to przez pryzmat choroby moja niechęć nieco maleje. Josh z Forever jest żądny krwi, zaborczy, nieuprzejmy.. To nie ten sam człowiek, którego kiedyś poznałam. Nie mam pojęcia, dlaczego ubzdurał sobie, że Vanessie grozi niebezpieczeństwo. Ale czy ktoś jest w stanie to pojąć i racjonalnie wyjaśnić? Nie. Bo Josha mózg zamroczyły wydarzenia z wojny. Fakt, że on przeżył tamten wypadek, a jego kolega nie... Wspomnienia musiały uaktywnić jego ciemną stronę.
      Czekam na nowość, która da mi odpowiedzieć, czy Josh jeszcze dostanie swoją szansę na lepsze życie, czy ją sobie odebrał.
      Stylistycznie odcinek jak zawsze stoi na najwyższym poziomie. Nie można się do niczego przyczepić. Opisy są napisane w mistrzowski sposób, a dialogi przemyślane i sensowne. Całość daje nam kawał dobrego, pisarskiego kunsztu. Jakby to ująć: jesteś człowiekiem na właściwym miejscu. Pisanie jest Twoim przeznaczeniem i na tym kończę mój monolog!
      Ściskam :*

      Usuń
  2. Ty rekordowo szybko dodałaś nowy rozdział i przyznaję, że ja też chciałam go skomentować rekordowo szybko, ale niestety nie udało się. Zjawiam się dopiero dzisiaj, ale już nie przepraszam za spóźnienie tylko od razu zabieram się za czytanie, bo po takim wstępie jaki mi zaserwowałaś ciekawość zżera mnie jeszcze bardziej :)
    Jestem w szoku, naprawdę! Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewałam. Byłam święcie przekonana, że już nic gorszego od usunięcia ciąży Rosalie nie mogła zrobić, ale pierwszy fragment pokazał, że jednak mogła. Jestem w stanie zrozumieć wiele rzeczy. Wiem, że dziewczyny szczególnie w nastoletnim wieku potrafią być naprawdę wredne i robić rzeczy na które normalny człowiek nigdy w życiu by się nie odważył, ale bez przesady. Przez ten fragment wyobraziłam sobie Rosalie taką malutką, słabą dziewczynkę, która nie potrafi odezwać się nawet słowem byle tylko się wybronić. Tak właśnie było i widzę, że mimo upływu lat nie zmieniło się kompletnie nic. Rosalie na samo wspomnienie o Sophii sztywnieje ze strachu. Oczywiście nie bronię jej, bo to co robiła też nie było fair, ale prawda jest taka, że Rosalie miała prawo wyboru. Nie musiała być z tym wszystkim sama, mogła zwrócić się o pomoc. Przecież na całym świecie nie miała tylko bezdusznej matki i siostry, która miała ją gdzieś. Był jeszcze James, którego owinęła sobie wokół palca i perfidnie wykorzystała dla swojego rzekomego bezpieczeństwa. Naprawdę nie wiem czy mam się śmiać czy płakać, bo zachowanie zarówno Rosalie jak i Sophii było po prostu żenujące. Jeżeli rzeczywiście się nie lubiły, to swoje sprawy mogły załatwić między sobą, a nie mieszać do tego jeszcze osób trzecich. Rosalie naprawdę mnie rozczarowała. Przez chwilę naprawdę było mi jej szkoda, kiedy wyznała prawdę o ciąży, ale po przeczytaniu tego fragmentu mój dystans do blondynki powiększył się jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Drugi fragment to chyba jedyny pozytyw w całym rozdziale. Po pierwsze odetchnęłam z ulgą, kiedy przeczytałam, że upadek Vanessy wcale nie był groźny i że wszystko z nią w porządku. A jej ciąża to tak naprawdę szczęście w nieszczęściu. Nie spodziewałam się tego kompletnie i jestem tak samo zaskoczona jak Victor. A jeśli chodzi o samego piłkarza, to zgadzam się z jego przemyśleniami. Czas najwyższy podjąć jakieś konkretne działania żeby on i Vanessa czuli się bezpiecznie, szczególnie teraz, kiedy lekarka jest w ciąży. Takie ciągłe życie w wiecznym strachu nie będzie dla nich dobre, bo prędzej od tego oszaleją niż wreszcie poukładają sobie życie. Dziwie się, że Victorowi udało się tak po prostu olać to, że Josh jest praktycznie obok niego, na wyciągnięcie ręki. Mam nadzieję, że ten pomysł z kupnem domu okaże się strzałem w dziesiątkę, że tam Vanessa i Victor odzyskają spokój i będą mogli nacieszyć się sobą i dzieckiem :)
    Brak mi słów, kiedy czytam o Rosalie, jej zachowaniu i o tym co zrobiła i ukrywała przez tak długi czas. Dla mnie zadziwiające jest to, że można coś ukrywać przed kimś przez tyle lat, a kiedy przychodzi czas na wyznania to tak naprawdę nie robi to na tej osobie żadnego wrażenia. Rosalie właśnie tak się zachowywała, jakby poszła z Jamesem na ploteczki przy kawce, a nie wyznawała to, dlaczego uciekła z Londynu na tyle lat. Całą winą obarczyła Sophię, ale wina leży po obu stronach. Wcale nie musiała się godzić na takie traktowanie, chociaż z drugiej strony domyślam się, że nasze własne bezpieczeństwo też jest kwestią bardzo ważną. Wszyscy, którzy śledzą to opowiadanie od początku wiedzą, że Sophia nie jest święta, że ma swoje za uszami i potrafi być naprawdę podła, co pokazała w przeszłości. Ale zamiast zwalać winę na wszystkich dookoła Rosalie powinna też popatrzeć na siebie. I wydaje mi się, że Christina jednak miała troszeczkę racji w tym co powiedziała. A sam James był przepustką Rosalie dla jej własnego bezpieczeństwa i świętego spokoju. Trzeba być naprawdę zdesperowanym, żeby wykorzystać kogoś w taki sposób. Myślę, że James też nie jest bez winy. Nikt nie kazał mu zostawić Jenny z powodu krótkiego zauroczenia. Mógł odrzucić zaloty blondynki i dalej być z Jenny, chociaż tutaj ujawnia się obraz typowego faceta. Zobaczył śliczną blondyneczkę o maślanych oczach i stracił dla niej głowę. James tak szybko się zauroczył, że zapomniał o całym świecie i przez to rozpadła się jego rodzina. Dobrze, że dotarło wreszcie do niego, że kocha Jenny i chce naprawić to co zepsuł. Na jego miejscu nie chciałabym mieć już nic wspólnego z Rosalie. Zerwałabym kontakty całkowicie i niech robi co chce. James ma o kogo się starać. Niech skupi się na Jenny i synu :)
    Vanessa jest niesamowita. Nie dość, że mogła rzeczywiście ucierpieć przez upadek, któremu winny był nie kto inny jak właśnie Josh, to ona jeszcze gp broni. Teraz powinna skupić się przede wszystkim na dziecku i tym, by zarówno ona, dziecko i Victor odzyskali dawny spokój. Mam tylko nadzieję, że Victor nie natknie się w mieszkaniu na Josha, bo już dosyć konfliktów i niepokoju jak na jeden dzień.

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzeci fragment pokazuje, że zachowanie Josha jednak ma swoje uzasadnienie. Cofnęłam się w czasie, do Mine Again i zdałam sobie sprawę, że Josh tak naprawdę wcale nie pozbył się swojego problemu. Przeszłość ciągle go męczy i nie uwolnił się od niej nawet dzięki terapii na którą rzekomo chodził. Myślę, że tego ciągłego strachu naprawdę trudno się pozbyć. To właśnie ten strach popchnął go do tych wszystkich rzeczy, które zrobił. Zamiast zostać w Mediolanie, skupić się na wychowaniu córki i szukaniu szczęścia u boku innej kobiety, to on ubzdurał sobie, że Vanessa jest w niebezpieczeństwie. Podejrzewam, że nikt, kto nie przeżył takiego piekła jakie przeżył Josh podczas wojny nie zrozumie jego zachowania, tego czym się kierował przyjeżdżając do Londynu. Pewne jest to, że Josh potrzebuje natychmiastowej pomocy i myślę, że jeszcze dostanie szansę na poukładanie swojego życia. Nigdy nie życzyłam mu samobójstwa, obojętnie jaki by nie był. Mam nadzieję, że go nie uśmiercisz, ale dasz szansę żeby i on zaznał szczęścia w życiu :)
    Czekam na kolejne nowości :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń