26 stycznia 2015

33. ,,Przeznaczenie zapisane w ich gwiazdach''

Hej :)
Jako, że nie odpisałam na Wasze komentarze, postanowiłam zacząć dzisiejszy wstęp od podziękowania Wam za nie. Tak więc dziękuję za każde słowo i każdą myśl. Cudownie jest mieć Was tutaj.
Odnośnie rozdziału numer trzydzieści trzy, hm, przede wszystkim przepraszam Was za multum błędów i bezsensownych zdań, które widziałam, gdy czytałam ten odcinek kilka dni temu, a których teraz jakoś nie potrafię wyłapać. W wolnej chwili postaram się edytować ten rozdział, żeby wyglądał w miarę przyzwoicie, hehe :) Nie jest to jeden z moich ulubionych rozdziałów. Następny lubię zdecydowanie bardziej, potem jest tylko lepiej - w każdym razie według mnie, i jestem ciekawa Waszych opinii, ale na wszystko przyjdzie jeszcze czas :P
Muzycznie dzisiaj pierwsza piosenka to znak zapytania, czyt. zwykle nie sięgam po tak dynamiczne utwory, ale akcja jest równie, hm, porywista, więc może jakoś to ze sobą gra - nie wiem. Druga piosenka natomiast jest moim oczywistym numerem jeden, z wielu powodów, także chyba nie mam nic do dodania :P
Całuję, raz jeszcze dziękuję za komentarze, przepraszam za gadulstwo i życzę miłego czytania!
Trzymajcie się!

***
Red - Never Be The Same

Zielonooki cieszył się, że miał samochód. Gdyby musiał pokonać dystans ze szpitala do mieszkania Vanessy na piechotę, ludzie na pewno uznaliby go za wariata - jego uśmiech zdecydowanie odbiegał od normy, szczególnie w Anglii. Późna pora również działała na jego korzyść, ponieważ na ulicach ciężko było znaleźć żywego ducha. Był szczęśliwy i wciąż nie potrafił otrząsnąć się po tym, czego się dowiedział. Będzie ojcem. Tak długo marzył o tej chwili, jednak nie udało mu się trafić na tę jedyną, przeznaczoną mu kobietę... A potem poznał Vanessę, obdarzoną pięknymi, niebieskimi oczami dziewczynę, która nie potrzebowała wiele czasu, by skraść jego serce i na dobre zadomowić się w jego myślach. Był świadom, że wszystko między nimi potoczyło się szybciej, niż można by to uznać za normalne i przyzwoite, jednak nie prosił o więcej czasu, by lepiej ją poznać i upewnić się, że to właśnie ona powinna być przyszłą panią Joyce. Nie wyobrażał sobie swojego życia bez jej udziału w nim. Nie chciał zasypiać ze świadomością, że ona ma swoje życie, a on swoje i nie mogą one w żaden sposób spleść się ze sobą, mimo najszczerszych chęci piłkarza. Teraz, kiedy zdążył już przyzwyczaić się do jej obecności, byłby głupcem, gdyby z jakiegoś powodu zrezygnował z przyszłości u jej boku. Żadna inna kobieta nie da mu tego, co ofiarowała mu Vanessa. Nikt nie nauczy go tylu rzeczy, co ona. Nikt nie pokaże mu świata w tak cudowny sposób, jak piękna lekarka obdarzona ciętym językiem, ale w rzeczywistości potulna, jak owieczka. Nie chciał przekonywać się, czy na świecie istnieje kobieta lepsza i właściwsza dla niego, niż Vanessa. Nie musiał niczego sprawdzać. Ona była wszystkim, czego potrzebował. Ona i ich dziecko. Victor uśmiechnął się jeszcze promienniej, choć przed momentem był przekonany, że jest to raczej niemożliwe. Wyobrażał sobie, jak uczy swojego syna grać w piłkę, uprzednio kupując mu maleńkie wersje swoich własnych korków, albo jak zaraża swoją córkę miłością do tego sportu, tak, jak niegdyś, z pomocą ojca, udało mu się zarazić tym Jenny. Był ciekaw, jak na wieść o tym, że ponownie zostaną dziadkami, zareagują jego rodzice. Mógł się założyć, że Robert na pewno się ucieszy, w końcu wiele razy dał dowód na to, że Oliver jest jego oczkiem w głowie, natomiast Constance, cóż, ona zapewne zachowałaby się nieco inaczej. Prawdopodobnie wciąż rozpamiętywała swoje ostatnie i jak dotąd jedyne spotkanie z Vanessą - to, które zakłócił Josh swoim nagłym przybyciem, choć Victor nie przeczył, że również maczał w tym palce. Z drugiej strony, Constance tak długo namawiała syna, by założył rodzinę, że myśl o wnuku zapewne ją udobrucha i przemieni kłopotliwą chwilę w jeden z najszczęśliwszych momentów w życiu Victora. Zielonooki westchnął, kiedy wszedł na klatkę schodową. ,,Co będzie, to będzie, a ja i tak nie przestanę się szczerzyć, zapewne aż do Gwiazdki''.
Kiedy Victor był już w połowie drogi, usłyszał dziwny huk, dobiegający z któregoś z wyższych pięter. Przez myśl przeszło mu nawet, że brzmiało to jak strzał, szybko jednak wyparł taką wersję, twierdząc, że to przecież niemożliwe. Pokonywał kolejne schody, prowadzące na górę, a kiedy usłyszał coś jeszcze, zamarł w bezruchu, czując, jak serce łomoce mu nienaturalnie. To był krzyk przerażonej kobiety. Krzyk dobiegający z mieszkania Vanessy...
Victor poczuł adrenalinę. To ona sprawiła, że w końcu ruszył się z miejsca i wystrzelił jak z procy, pokonując po trzy stopnie na raz. Wbiegł szybko do mieszkania i rozejrzał się wokoło. Było ciemno. Dostrzegł uchylone drzwi sypialni Christiny i już szedł w tym kierunku, co zrozumiałe, z duszą na ramieniu, gdy nagle z pokoju Josha wydostał się ten sam głos.
- Pomocy! Błagam, niech ktoś... ktokolwiek!
Joyce odepchnął uchylone drzwi pokoju Hartleya, a to, co zobaczył, sprawiło, że jego żołądek skurczył się niebezpiecznie. Na podłodze, tuż obok łóżka, klęczała zrozpaczona szarooka. Kiedy spróbowała odgarnąć włosy, opadające na twarz, Victor zauważył krew na jej dłoni. Podszedł bliżej i dostrzegł leżącego na ziemi Josha, nieprzytomnego i umazanego krwią. Jego twarz była tak dramatycznie pokryta czerwienią, że aż trudno było go rozpoznać. Victor wpatrywał się w niego, czując, jak uginają się pod nim kolana. Właśnie wtedy Tina zorientowała się, że nie jest sama. Spojrzała na piłkarza wielkimi, zaszklonymi oczami.
- Victor! - krzyknęła. - Victor, proszę... proszę... zrób coś...
Mężczyzna nie zastanawiał się długo. Wiedział, że Josh wciąż żyje, bo gdyby było inaczej, Christina nie stawałaby na głowie, by mu pomóc. Victor postanowił działać jak najszybciej, a wiedział, że na karetkę musiałby czekać bardzo długo - jak to zazwyczaj miało miejsce w takich sytuacjach. Poprosił, by Tina odeszła na bok, po czym wziął Josha na ręce, robiąc to jednocześnie ostrożnie i energicznie. Czuł krew na swojej koszulce i na policzku, którym otarł się o twarz Hartleya, gdy w pośpiechu opuszczał pokój.
- Pojadę za wami! - zawołała Christina, a jej głos drżał od emocji, których nie miała prawa przewidzieć.
Victor umiejscowił nieprzytomnego żołnierza w samochodzie, po czym usiadł z przodu i ruszył tak szybko, jak było to możliwe. Nie myślał o tym, że Josh wyrządził tyle złego i o mały włos, a poważnie zagroziłby jego narzeczonej i ich dziecku. Wiedział, że musi zrobić wszystko, by uratować jego życie - teraz, kiedy Vanessa chciała ocalić jego duszę, nie może dopuścić do tego, by straciła ostatnią szansę.

***

Rosalie szwendała się po mieście przez kilka godzin. Nie chciała wracać do domu w tak podłym stanie. Potrzebowała rozmowy z Christiną, ale nie chciała po raz kolejny skazywać siostry na obserwowanie tych smutnych oczu i bladej z przejęcia twarzy. Teraz, kiedy poczuła, że jest w odrobinę lepszej formie, postanowiła obrać ten kierunek. Szła, starając się nie rozglądać na boki. Pamiętała te momenty ze swojej przeszłości, kiedy bała się wracać sama do domu, gdy wokół było ciemno. W telewizji czy gazetach wciąż roiło się od informacji na temat porwań, gwałtów i innych makabrycznych zdarzeń. Rosie była dość strachliwa na tym punkcie, zwłaszcza od kiedy chłopak Sophii zaatakował ją i groził nożem. Jasnowłosa po raz kolejny usłyszała głos Jamesa w swojej głowie. Zmrużyła powieki, czując, jak ogarnia ją zarówno smutek i przygnębienie, jak i złość. James miał rację. Od czasu, kiedy była gnębioną przez rówieśniczkę nastolatką, minęło wiele lat. Bardzo możliwe, że powinna już dawno stanąć na nogi i wrócić do życia, jednak wciąż nie udało jej się uwolnić od demonów przeszłości. Po pewnym czasie zrozumiała, że nie zazna spokoju, jeśli nie przyzna się do wszystkich swoich win. Naprawienie tak wielu rzeczy, ile będzie w stanie, było jej planem, celem i marzeniem. Tej nocy wysłuchała wielu przykrych i trudnych do zaakceptowania słów, a jednak była usatysfakcjonowana dotychczasowymi działaniami i ich rezultatami. Od początku wiedziała przecież, że spowiadanie się ze swoich grzechów nie będzie łatwe, a jednak jakoś dawała sobie z tym radę. Spojrzała też na to, co udało jej się zrobić do tej pory i była naprawdę zadowolona. Przede wszystkim wiedziała dziś, że może liczyć na Christinę. Ten wyjazd dobrze im zrobił. Porozmawiały ze sobą szczerze i otwarcie, mimo początkowych oporów starszej z sióstr. Gdyby James nie potraktował jej w taki sposób, dowiedziałby się, że Tina znała już prawdę. Wiedziała o tym, czym szantażowała jej siostrę Sophia. Wszystko było w porządku, po raz pierwszy od lat, jeśli nie od zawsze. Rosalie przyjrzała się raz jeszcze swoim relacjom z Jamesem. Jeśli nie uda jej się powiedzieć mu wszystkiego, na pewno pocieszy ją fakt, że zyskała całkowicie poparcie Christiny. Świadomość tego była warta tak dużo, że Dainty nie potrafiła nawet tego nazwać.
Rosalie otworzyła drzwi i znalazła się na klatce schodowej. Do pewnego momentu trzymała głowę uniesioną wysoko, potem jednak spuściła wzrok i zamarła z przerażenia. Na schodach widniały plamy czerwonej cieczy, a w szkarłatnych kałużach odbijało się wątłe światło lampy. Dziewczyna odskoczyła gwałtownie. Nienawidziła widoku krwi. Niepewnie ruszyła dalej, odkrywając jeszcze więcej plam na podłodze. Potwornie się bała, kiedy położyła dłoń na klamce. Nie wiedziała, jaki obraz czeka na nią w środku, a ślady wyraźnie wiodły właśnie do mieszkania. Rosalie umieściła klucz w zamku i drżącymi dłońmi przekręciła go. Pchnęła drzwi i weszła do środka, stawiając kolejne kroki bardzo ostrożnie. W ciemności nasłuchiwała czegoś niecodziennego, jednak słyszała tylko nieskazitelną ciszę. Krew prowadziła do pokoju Josha Hartleya. Drzwi były otwarte. Weszła do środka i zapaliła światło. Na widok ogromnej plamy na dywanie, wrzasnęła okropnie. Zaraz potem usłyszała, jak ktoś wbiega do mieszkania i zanim zdążyła się odwrócić, poczuła czyjś mocny uścisk.
- Rosie, co się... - zaczął niski głos i energicznie odwrócił dziewczynę twarzą do niego.
- James, co ty tu robisz? - zapytała. Na jego twarzy widziała ogromne przerażenie.
- Rosalie, co się stało? - ponowił pytanie, potrząsając nią lekko. - Zobaczyłem krew i pomyślałem, że coś ci się stało.
- Jechałeś za mną? - spytała, zdumiona. - Zresztą, nieważne.
Ciemnooka poczuła, jak kręci jej się w głowie od widoku krwi. James wziął ją na ręce, choć ta początkowo próbowała go od tego odwieść. Zaniósł ją do pokoju Christiny i położył na łóżku.
- Zadzwonię do Christiny - oznajmił chłodno. - A ty się nie ruszaj.
- James, ale...
Nie pozwolił jej nic powiedzieć. Gdyby został, dziewczyna zapytałaby go, dlaczego za nią jechał, skoro zaczynał już ją nienawidzić, zresztą niebezpodstawnie. Nie chciał teraz o tym rozmawiać. Kiedy wziął do ręki telefon, zauważył kilka nieodebranych połączeń i wiadomości od Jenny. Ostatnie z nich pełne były obelg i wyzwisk. Dziewczyna była na niego wściekła, bo po raz kolejny zawiódł nie tylko ją, ale i Olivera, któremu przecież obiecał spotkanie. Pierwsza wiadomość, którą dostał, była jednak ciekawsza. To był sygnał, znak, o który prosił. Nie miał dwóch lat. Był w stanie pojąć, że właśnie zmarnował ostatnią szansę na to, by być z Jenny. Postanowił jednak odrzucić te myśli na bok i skupić się na najważniejszym. Zadzwonił do Tiny, mając nadzieję, że dziewczyna wytłumaczy mu, co tak naprawdę wydarzyło się tej nocy.

***

Choć Vanessa obiecała Victorowi, że zdrzemnie się pod jego nieobecność, sen jakoś jej nie dopadł. Mogłaby przysiąc, że minęły wieki, od kiedy ukochany opuścił szpital, by przywieźć jej parę drobiazgów z mieszkania. Przez ten czas leżała plackiem na łóżku, nudząc się jak mops i obserwując sufit. Zazdrościła pacjentce, która leżała obok niej. Raz po raz słychać było jej pochrapywanie. Vannie lubiła patrzeć na tych, którzy śpią. Uspokajało ją to. Wiedziała, że właśnie wówczas jesteśmy w stu procentach oderwani od niekoniecznie doskonałej rzeczywistości i naprawdę cieszyła się takim widokiem. Dobrze znała tę kobietę, nie była to bowiem jej pierwsza wizyta tutaj. Vanessie zajęło trochę czasu namówienie jej, by zeznała na policji, że mąż znęca się nad nią. Kobieta początkowo odmawiała, twierdząc, że mężczyzna na pewno się zmieni i ogólnie to bije ją tylko, kiedy wypije - nigdy nie wyznała, że w kalendarzu ciężko znaleźć choćby jeden dzień, w którym jej mąż byłby trzeźwy, jak niemowlę. Limo, które jej przyprawił, było zapewne jego reakcją na to, że żona, która przez tyle lat przymykała na wszystko podpuchnięte zazwyczaj oczy, w końcu straciła cierpliwość i postanowiła odejść. Vanessa przyglądała się kobiecie, leżącej plecami do niej. To był ten moment, kiedy była szczęśliwa, mimo licznych siniaków na twarzy i na całym ciele.
Brunetka wzdrygnęła, gdy do pomieszczenia wszedł dobrze znany jej lekarz. Był to ów Francuz, którego zdążył poznać Victor.
- Dlaczego nie śpisz? - zapytał, widząc przyglądającą mu się Yorke.
- Nudzę się - wypaliła natychmiast, a mężczyzna oderwał wzrok od dokumentacji pacjentki, uśmiechając się do Vanessy przyjaźnie.
- Znam to spojrzenie - stwierdził. - Chcesz, żebym znalazł ci jakieś zajęcie.
- To nie musi być nic wielkiego - zareagowała Vannie, czując, że jest na dobrej drodze, by dostać dokładnie to, czego chciała i potrzebowała. - Mogę nawet segregować wyniki badań, tylko proszę, daj mi cokolwiek, bo oszaleję...
- Żarty żartami, ale ty masz odpoczywać, nie rozumiesz? - zapytał poważnie, co nie zdarzało mu się zbyt często. - Miałaś wstrząśnienie mózgu, no i... wiesz... - spojrzał wymownie na jej brzuch, a potem znowu uniósł wzrok i zobaczył jej naburmuszoną minę. - Nie mogę nic dla ciebie zrobić.
Wyszczerzył się, chcąc w jakiś sposób ją udobruchać, po czym skierował się do wyjścia. W ostatniej chwili zatrzymał go jej głos.
- Owszem, możesz.
Vanessa usiadła na łóżku i postawiła jedną nogę na podłodze.
- Ej, nie wolno ci...
Odczekała chwilę, czując jego spojrzenie na sobie, po czym skinęła głową i na ziemi wylądowała druga z jej nóg.
- Wyluzuj, Louis - szepnęła, bo właśnie wtedy pacjentka przekręciła się z boku na bok, a Vannie nie chciała jej przeszkadzać. - Muszę do łazienki. To mi chyba wolno, no nie?
- Tylko nic nie kombinuj, bo... - ostrzegł ją, po czym podszedł bliżej i pomógł jej wstać. Podał jej ramię i razem wyszli z sali na nieco opustoszały korytarz.
- Muszę się uwijać, bo jak wróci Victor, od razu wpadnie w panikę - rzekła, a kolejne słowa wypowiedziała tak, by naśladować narzeczonego. - Miałaś leżeć! Kazałem ci spać! Czy ty zwariowałaś?!
- Ty go strasznie mocno kochasz, mam rację? - spytał Louis półgębkiem.
- Okropnie - wyznała, a lekarz dostrzegł rumieńce na jej policzkach.
Byli już bardzo blisko celu, gdy nagle zza ich pleców dobiegł hałas. Odwrócili się i stanęli bliżej ściany, by nie przeszkadzać ratownikom, którzy właśnie wieźli pacjenta na salę. Zamieszanie, które temu towarzyszyło, było dla Vanessy i Louisa wystarczającym dowodem na to, że sprawa jest naprawdę poważna. Lekarze krzyczeli jeden na drugiego, a za nimi biegł nie kto inny, a...
- Victor? - zapytała Vanessa półgłosem.
Blondyn zignorował ją, był bowiem zbyt zdenerwowany akcją, w której brał udział i z której jego ukochana kompletnie nic nie zrozumiała. I właśnie wtedy rozpoznała owego tajemniczego pacjenta. To był Josh, cały we krwi, nieprzytomny. Vanessa poczuła, jak kolana zaczynają jej mięknąć, a świat traci ostrość. Louis przytrzymał ją mocniej, a potem pomógł jej usiąść na krześle. Uznał, że jest to bezpieczniejsze, niż wleczenie jej z powrotem na salę.
- Muszę kończyć, James - odezwał się kobiecy głos, brzmiący coraz głośniej w uszach Vanessy.
Kiedy niebieskooka podniosła wzrok, zobaczyła, że biegnie ku niej Christina. Widok wyraźnie przerażonej przyjaciółki sprawił, że do oczu Vannie napłynęły łzy. Psycholog objęła ją najmocniej, jak potrafiła.
- Josh próbował... - zaczęła Tina, lecz urwała. Nie była w stanie kontynuować, zresztą Vannie chyba nie chciała tego teraz słuchać. Była wyraźnie przybita.
Vanessa czuła, jak rozdziera ją ból na myśl o tym, że Josh może umrzeć, bo nie pomogła mu, kiedy tego potrzebował. Była na siebie wściekła i w dodatku kompletnie bezsilna. Mogła jedynie czekać na wyrok i modlić się w duchu o to, by Josh walczył i przeżył. Nie wyobrażała sobie, że właśnie tak zakończy się to wszystko. Przecież chciała mu pomóc, chciała skontaktować go z Christiną i naprawdę być przy nim. A co, jeśli nie zdąży?

***

James nie wrócił do pokoju, w którym zostawił Rosalie. Przez kilka godzin siedział w kuchni, pogrążony w ciemności. Teraz słońce pomału zaczynało rozświetlać świat i ciemnooki dostrzegał wyraźniej ślady krwi, ciągnące się niejednostajną linią przez korytarz. To, co się stało, dotknęło go, choć nie znał Josha zbyt dobrze. Współczuł zarówno jemu, jak i swoim przyjaciołom, którzy musieli przechodzić teraz przez piekło, czekając na wiadomości, a może nawet na cud. Zastanawiał się, co zrobiłaby Rosie, gdyby nie pojechał za nią i nie był obok, kiedy odkryła koszmar w swoim mieszkaniu. Blondynka z jednej strony była niesamowicie silna i wytrwała, a z drugiej krucha jak lód i taka słaba. Przez chwilę czuł subtelną dumę z tego, że znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie, potem jednak wyparł te myśli, twierdząc, że mógł to być czysty przypadek. Kilka razy podniósł się z krzesła, by zajrzeć do Rosalie. Dziewczyna leżała na łóżku, ale nie spała. Co jakiś czas płakała. Słyszał to nawet przez ścianę i drzwi. Gotów był przysiąc, że chciał po prostu ją przytulić, by na dobre pokazać jej, że jest przy niej i nigdzie się nie wybiera, ale czy nie wyglądałoby to dziwnie, biorąc pod uwagę jej najświeższe wyznania? James po raz kolejny pomyślał o ich dziecku. Co się z nim stało? Czy Rosalie usunęła ciążę? A jeśli nie, to czy był to chłopiec, czy dziewczynka i dlaczego nie było go teraz z matką? Mężczyzna miał koszmarny mętlik w głowie i mdliło go na myśl o tym, że na tym nie koniec historii ciemnookiej. Nieustannie bał się kolejnego ciosu i walki z samym sobą. Obawiał się swojej reakcji. Rosalie powiedziała mu, że ją znienawidzi. Czy jest coś gorszego, niż to, czego już się dowiedział, czyli związek na siłę, bez miłości i zatajona ciąża? Czy cokolwiek może uczynić kilkanaście lat życia w kłamstwie jeszcze większą katorgą?
James wstał w końcu z krzesła i tym razem wiedział, że zajdzie dalej, niż uprzednio. Bez pukania wszedł do pokoju Christiny, na której łóżku dostrzegł Rosalie. Kobieta leżała z twarzą zwróconą ku niemu. Gdy usłyszała jego niespokojny, zdradzający emocje oddech, pomału rozchyliła powieki i zaczęła przyglądać mu się z zainteresowaniem pełnym napięcia.
- Jest mi cholernie ciężko - wycedził przez zęby, czując, jak dreszcze przebiegają się po jego ciele.
Blondynka usiadła, robiąc mu miejsce, choć jej twarz zdradzała szczere powątpiewanie, czy chłopak skorzysta z tej propozycji.
- Przez chwilę byłem pewien, że cię nienawidzę - powiedział, tym razem pewniej i bardziej stanowczo, a Rosalie wzdrygnęła się, choć z całych sił próbowała ukryć przed nim, jak bardzo się denerwowała tym, co będzie dalej. - Po prostu to czułem.
- Dlaczego za mną pojechałeś? - zapytała z powagą.
- Bo zrozumiałem, że to ja miałem rację, a ty byłaś w błędzie - odparł James, a Rosalie uniosła brwi, niewiele z tego rozumiejąc. - Mówiłem ci, że to niemożliwe, że cię znienawidzę.
- James, nie wiesz jeszcze wszystkiego...
- Powiedz... - zaczął niepewnie. Naprawdę nie wiedział, czy powinien ją o to teraz pytać.
- Spokojnie, ja już się wyspałam - oświadczyła, a przez jej pobladłą twarz przemknął ledwie zauważalny uśmiech. - Możesz pytać.
- Rosie, ja... Ja muszę wiedzieć.
Rosalie oczekiwała w napięciu na słowa, które jakoś nie chciały przejść przez gardło mężczyzny. Kiedy w końcu je usłyszała, jej serce zabiło mocniej, niż do tej pory.
- Czy ty usunęłaś ciążę?
James poczuł, jak coś przewraca się w jego żołądku, kiedy ciemnooka pokręciła wolno głową. Widać było, że wspominanie tamtego okresu było dla niej gigantycznym wyzwaniem i kosztowało ją bardzo dużo.
- To nie jest odpowiednie miejsce, byś poznał prawdę o swoim dziecku - rzekła dziwnym głosem, wyrażającym dojmujący smutek, a jednocześnie zdecydowanie i stanowczość. - Będziesz musiał poświęcić mi trochę więcej czasu i pojechać ze mną w jedno miejsce. Tam dowiesz się wszystkiego.
- Obiecujesz? - zapytał i przez chwilę czuł się głupio, w swojej głowie brzmiał bowiem jak Oliver, który tymi słowami zawsze odpowiadał na zapowiedź, że ojciec przyjedzie do niego i spędzi z nim czas.
- Obiecuję, James - odrzekła.
Mężczyzna ugiął się i usiadł obok niej. Kiedy Rosalie zrozumiała, że James wciąż jest przy niej, nawet po usłyszeniu tylu okropnych rzeczy, do jej oczu napłynęły łzy. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście i w ogrom serca tego mężczyzny. James, widząc jej smutek, przytulił ją, tym razem nie mając przed tym najmniejszych oporów. Dziewczyna płakała w jego ramionach, a on wiedział, że o jego obecności tutaj zadecydowało właśnie przeznaczenie, zapisane w ich gwiazdach. Miał się tu pojawić, by ją wspierać i potwierdzić swoje zapewnienia, że nigdy nie uda mu się jej znienawidzić.

***

Vanessa obudziła się nad ranem w większej sali i wcale jej to nie zdziwiło. Spojrzała na ogrom ludzi, którzy czuwali przy jej łóżku i zrozumiała, że byłoby im o wiele mniej komfortowo, gdyby zostali w poprzedniej sali. Na krześle obok siedział Victor, wyraźnie zmęczony, ale zmotywowany, by nie iść do domu i odpocząć. Na skraju sąsiedniego łóżka siedziała Christina, a Vannie zauważyła Mercy, rudowłosą pacjentkę, z którą tak szybko złapała kontakt. W nogach łóżka Vanessy siedział Oliver, a za nim stała Jenny, wyraźnie przejęta i zdenerwowana. Kiedy jej goście zorientowali się, że dziewczyna otworzyła oczy, wszyscy jakby się przebudzili i w mig otworzyli usta. A jednak, co było do przewidzenia, nie padło ani jedno słowo. Nikt nie wiedział, co powinien powiedzieć i która opcja jest bezpieczna dla Vannie, która powinna dbać o siebie bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Tutaj Vanessa spojrzała na Victora, zastanawiając się, czy w tak oryginalnej scenerii powinna powiadomić o swojej ciąży kolejne, bliskie swemu sercu osoby. Potem jednak przypomniała sobie o tym, co sprawiło, że zasłabła na korytarzu. Poczuła, jak serce zaczyna jej bić nieco szybciej. Pomału chwyciła dłoń narzeczonego i poprosiła, by na nią spojrzał. Wiedziała, że jego oczy będą dla niej zwierciadłem i zdoła wyczytać z nich, czy Josh wygrał tę bitwę, czy poległ. Vanessa nawet nie chciała myśleć o tym, że ten drugi wariant może być prawdopodobny. Skupiła się. W migdałowych oczach chłopaka zobaczyła przerażenie, które musiało towarzyszyć mu od momentu, kiedy znalazł Josha w mieszkaniu. A jednak ów strach zdawał się wygadać, uspokajać się wraz z Victorem. Vannie była niemal pewna, że za chwilę usłyszy optymistyczną wiadomość - Josh wygrał, dał radę, będzie żył. Z drugiej strony, wszyscy zgromadzeni, prócz jak zawsze rozpromienionej Mercy, mieli niemal grobowe miny. Czy to oznacza, że Josh... Nie, to nie może być prawda.
- Victor, powiedz mi - rzekła stanowczo, ale i łagodnie. Nie chciała go osaczać, bo dla niego cała ta sytuacja musiała być prawdziwym koszmarem, ale po prostu musiała dowiedzieć się wszystkiego i to jak najszybciej.
- Ja to zrobię - wtrąciła Christina, widząc, że Victor nie jest w stanie mówić. Vanessa skierowała wzrok ku przyjaciółce, nie mając narzeczonemu za złe jego milczenia. Wręcz przeciwnie, ścisnęła jego dłoń jeszcze mocniej. - Spałam w swoim pokoju, kiedy usłyszałam, jak ktoś wchodzi do mieszkania. Przebudziłam się. Miałam wstać i sprawdzić, czy to wy, Rosalie, czy Josh i właśnie wtedy usłyszałam łoskot dochodzący z jego pokoju. Nie minęło wiele czasu i usłyszałam huk. Zerwałam się na równe nogi i zobaczyłam... Vannie, nie chcę opowiadać ci tego ze szczegółami.
- I słusznie - mruknęła Jenny, zerkając porozumiewawczo na Olivera, dla którego opis ten mógłby być zbyt makabryczny.
- Potem pojawił się Victor - ciągnęła Tina. - Zawiózł Josha do szpitala. Resztę widziałaś na własne oczy.
- Ale czy on... - Vanessa zawahała się. Miny przyjaciół ani trochę się nie polepszyły. Niebieskooka poczuła nagły napływ złości. Nie mogła znieść tej bezsilności. Jeśli Josh jej potrzebuje, ona musi to wiedzieć, by móc zadziałać jak najszybciej. - Błagam, powiedzcie mi, czy Josh przeżył!
- Przeżył - odezwała się Mercy, choć jej głos był najmniej oczekiwany przez Vannie. Pozostali byli chyba zbyt skołowani, by przekazać Vannie te informacje. - Lekarze zrobili, co w ich mocy. Kula przebiła policzek.
- Co?
Vanessa była w tak ogromnym szoku, że aż nie była pewna, czy przypadkiem nie śni. Josh Hartley, wojskowy, który strzelał wiele razy, spudłował po raz pierwszy w życiu? Jak to możliwe?
- Teraz jest w śpiączce - powiedziała Mercy zimnym głosem. - Trzeba czekać.
- Tina, pomożesz mi, prawda? - zapytała Vannie, patrząc na szarooką. - Jak tylko Josh się obudzi, porozmawiasz z nim i zaoferujesz pomoc.
- Jasne - odparła brunetka. - Mam nadzieję, że tak będzie...
- Musi tak być, słyszycie? - powiedziała Vanessa głosem tak do niej niepodobnym.
Wszyscy zgodzili się z nią. Niebieskooka spojrzała raz jeszcze na ukochanego. Przez jego przygnębioną twarz przebiegł trochę niepełny uśmiech. Dziewczyna wsparła się, by znaleźć się nieco bliżej narzeczonego. Pocałowała go w policzek i mruknęła:
- Dziękuję ci. Gdyby nie ty...
Victor uciszył ją. Nie chciał, aby znowu poruszyła ten temat. Marzył o odrobinie spokoju dla siebie, dla ukochanej i ich dziecka, a także o sile dla Josha. Kiedy Vanessa spojrzała ponownie na Mercy, odniosła wrażenie, że dziewczyna w pewnym sensie gardzi Hartleyem. Dlaczego? Postanowiła ją o to zapytać, ale na pewno nie teraz. Póki co pragnęła przede wszystkim jak najszybszego zobaczenia Josha, nawet, jeśli aktualnie nie istnieje cień szansy, by z nim porozmawiać.

***

4 komentarze:

  1. Hej Kochana! :* Postanowiłam wykorzystać wolną chwilę oraz fakt, że nie jestem strasznie zmęczona i wpaść tutaj, aby zapoznać się z nowością. Zabieram się zatem za czytanie! :-)
    Zacznę od tego, że faktycznie bardzo ciężko czytało się przy pierwszej piosence, dlatego ją wyłączyłam. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń!
    Jestem szczęśliwa, że Victor i Vanessa będą mieli dziecko. Uwielbiam ich, więc fakt, że wkrótce ich rodzinka się powiększy mnie raduje. Już nie mogę się doczekać tego momentu, gdy poznamy małego lub małą Joyce!
    Jak dobrze, że Victor akurat zjawił się w mieszkaniu lekarki. Mam nadzieję, że dzięki jego szybkiej reakcji, Josh przeżyje. Czytam dalej.
    Nie podoba mi się to, że relacja Jamesa i Jenny znowu przechodzi kryzys i to ponownie z winy Rosalie. James powinien jak najszybciej zadzwonić do Jenny i jej wszystko wyjaśnić. Zanim naprawdę będzie za późno. Muszę też wspomnieć o dobrym sercu Jamesa. Rosalie bardzo go skrzywdziła, a on mimo wszystko martwi się o nią. Dobry z niego człowiek.
    Doskonale rozumiem Vanessę - bezczynność jest koszmarem. Sama niejednokrotnie leżałam w szpitalach i nie wspominam tego przyjemnie. Głównie właśnie z powodu ciągłego leżenia w łóżku i szukania jakiś atrakcji, które przyspieszyłyby wskazówki zegara. Mimo to, uważam, że Vanessa powinna posłuchać Victora i odpoczywać. Musi dbać o siebie i maleństwo! Poza tym jak urodzi się dziecko, to nie będzie miała zbyt wielu okazji do snu, więc niech lepiej korzysta na zapas! ;-)
    Jestem przerażona sytuacją Josha. Oby z tego wyszedł!
    Rosalie musi jeszcze wiele spraw wyjaśnić, ale faktem jest, że sama chciałabym się dowiedzieć co stało się z ich dzieckiem. Czy usunęła ciążę, poroniła, a może oddała dziecko do adopcji? Czekam na dalszy rozwój akcji, bo ten wątek jest bardzo intrygujący.
    Prawdziwi przyjaciele to najcenniejszy prezent jaki Bóg może dać człowiekowi. Cieszę się, że Vanessa ma tylu dobrych ludzi koło siebie. I ma też Victora. On ją kocha tak bardzo, że byłby wstanie zrobić dla niej wszystko. Czuję to.
    Co do samego Josha - Boże jak ja się cieszę, że spudłował! To jest znak z niebios, że jego czas na ziemi jeszcze nie dobiegł do końca. Miał jeszcze tutaj swoją misję do wykonania. Trzymam za niego kciuki i wierzę, że wyjdzie z tego cało! :)
    Kolejny, emocjonujący odcinek. Bardzo mi się podobał, nie mam żadnych zastrzeżeń ani uwag. :) Czekam na nowość! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Kochana:* wczoraj dostałam powiadomienie o kolejnej nowości, a ja nawet nie skomentowałam jeszcze poprzedniej. Przepraszam za to spóźnienie, ale naprawdę nie zdążyłam już wpaść tutaj. Dzisiaj mam wolne, więc korzystam z okazji, bo nawet nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy później znajdę czas, żeby skomentować kolejny rozdział. Niestety praca zmianowa ma to do siebie, że nie zawsze znajdzie się tą wolną chwilę, a kiedy już ma się ten dzień, czy dwa wolne to zawsze znajdą się rzeczy ważniejsze, których nie można odłożyć na później. A co do Twojego wstępu to wow - jak dotąd chyba najdłuższy w całej historii :) ja nie narzekam na Twoje gadulstwo, więc wedle mnie możesz pisać takie długie wstępy i rozdziały jakie tylko chcesz :) ale teraz ja kończę swoje gadulstwo i zabieram się za czytanie.
    Kiedy czytałam pierwszy fragment moje oczy rozszerzały się jeszcze bardziej z każdym kolejnym zdaniem. To wszystko musiało wyglądać naprawdę dramatycznie. Początek fragmentu w ogóle nie wskazywał na to, że pod koniec będą miały miejsce tak przerażające widoki. Naprawdę widać po Victorze, że sama myśl o tym, że zostanie ojcem jest dla niego najszczęśliwsza z możliwych. To tak jakby co najmniej wygrał szóstkę w totka :) myślę, że każdy inny facet, który nie ucieszy się na myśl, że zostanie ojcem jest naprawdę... dziwny (użyłam tutaj najbardziej delikatnego stwierdzenia, bo nie chcę być wulgarna) no ale to już osobny temat, którego nie będę tutaj poruszać. Co jeszcze widać po Victorze? Tą miłość do Vanessy. Na ich przykładzie pokazałaś nam, że niektórzy wcale nie potrzebują nie wiadomo jak dużo czasu żeby zrozumieć, że wreszcie spotkali tą właściwą osobę, jedyną na całe życie. Rzeczywiście w ich przypadku wszystko potoczyło się naprawdę szybko, chodzi tu chociażby o same zaręczyny czy teraz o dziecko. Na pewno tego nie planowali, a przynajmniej nie teraz, ale stało się i trzeba przyznać, że zarówno dla Vanessy jak i Victora to najszczęśliwsza nowina ze wszystkich. Szkoda, że to szczęście zmącił nieszczęśliwy wypadek. Najbardziej jestem przerażona tym, że kiedy padł strzał, to Christina była sama w mieszkaniu! Ja czytając byłam przerażona tak samo jak psycholog! Mam tylko nadzieję, że Victor zdąży na czas i uda się uratować Josha.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chcę być okrutna, ale Rosalie dostała to czego chciała. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że przyznanie się do własnych grzechów nie było łatwe tak jest przecież zawsze. Ale wiedziałam też, że im dłużej będzie z tym zwlekać tym większa niekorzyść dla niej. Przez chwilę miałam wrażenie, że ona naprawdę myślała, że to wszystko co powiedziała James wpuści jednym uchem i wypuści drugim, tak jakby umówili się na ploteczki przy kawce. Takie rzeczy raczej ciężko wybaczyć, bo przecież James jednak kochał Rosalie, wcale nie była mu obojętna, a ona tak naprawdę założyła się ze swoją rywalką, że go uwiedzie. Ja na jego miejscu poczułabym się jak skończona idiotka, dla mnie to nic innego jak wyśmianie i zdeptanie czyiś uczuć. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy żartują sobie z tak poważnych spraw. Dla mnie to po prostu szczyt niedojrzałości. Rosalie naprawdę zachowała się jak mała, niedojrzała nastolatka, która nie do końca pomyślała o konsekwencjach swoich decyzji. I w dalszym ciągu nie zmieniłam o niej zdania i dalej uważam, że jest zwyczajną egoistką. Nie wiem, możliwe, że najgorsza z prawd dopiero przed nami, ale bardzo możliwe też, że coś sprawi, że troszeczkę inaczej spojrzę na blondynkę, ale póki co zdania nie zmienię. I jest jeszcze coś, co bardzo mi się nie podoba. A mianowicie to, że kolejny raz James zaniedbuje relacje z Jenny i to jak zwykle z powodu Rosalie. Mam nadzieję, że to nie będzie ostatnia zmarnowana szansa. James powinien jak najszybciej skontaktować się z Jenny i wszystko wyjaśnić. Oby nie było dla nich za późno :)
    Widać po Vanessie, że nie jest przyzwyczajona do totalnego lenistwa, więc nie wyobrażam sobie tego, co będzie robiła w końcówce ciąży, w ogóle przez całe dziewięć miesięcy, bo z góry zakładam, że Victor nie pozwoli jej robić absolutnie nic oprócz leżenia i odpoczywania. Vanessa jest osobą naprawdę rozgarniętą, więc na pewno wie, że musi się oszczędzać zwłaszcza po ostatnim wypadku, który naprawdę mógł się skończyć o wiele gorzej. Do tego wszystkiego jeszcze doszła próba samobójcza Josha... mam nadzieję, że ten stres nie wpłynie negatywnie na nią i na dziecko, chociaż domyślam się, że lekarkę czekają teraz naprawdę trudne i ciężkie chwile. Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że ma wsparcie na które zawsze może liczyć i wierzę, że wspólnymi siłami uda im się pomóc Joshowi.
    Przedostatni fragment pokazał, że James ma naprawdę dobre serce. W swoim życiu wielokrotnie się pogubił, popełniał błędy jak wielu z nas, ale nawet teraz po tych wszystkich wyznaniach Rosalie, które wielu sprawiłyby przeogromny ból on nie potrafi się od niej odwrócić. To naprawdę dobrze o nim świadczy. Ja nie umiałabym dalej utrzymywać jakichkolwiek kontaktów z osobą, która tak mnie skrzywdziła. Bo nie ukrywajmy, że Rosalie bardzo zraniła Jamesa chociażby swoją udawaną miłością, albo tym, że była z nim w ciąży i tak naprawdę do teraz nie wiadomo co stało się z ich dzieckiem. Nie wiem do jakiego miejsca Rosie chce zabrać Jamesa, ale mam nadzieję, że wreszcie skończą się jej tajemnice, że wyzna całą prawdę.
    Ostatni fragment i wreszcie jakieś optymistyczne wiadomości, no może nie do końca optymistyczne, ale najważniejsze jest to, że Josh żyje. To, że spudłował nie powinno nikogo dziwić, ale cieszyć, bo Josh nie odebrał sobie życia tak jak to planował. Mam nadzieję, że nie pozostanie długo w śpiączce, a kiedy rzeczywiście się obudzi to sam poprosi o pomoc Christinę lub kogokolwiek innego, chociaż uważam, że Tina z racji wykonywanego przez siebie zawodu jest do tego zadania najodpowiedniejszą osobą.
    Lecę czytać dalej ;)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń