08 lutego 2015

34. ,,Kocham cię i nie mogę nic na to poradzić''

Hej!
Dzisiaj bez długiego wstępu, po prostu zapraszam na kolejną część, bo minęło dużo czasu. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i oczywiście czekam na opinie odnośnie rozdziału. Dziękuję za każde słowo. Forever jest historią, która ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Nie przestanę cieszyć się z tego, że mogę odsłaniać to opowiadanie kawałek po kawałku.
Aha, ostatni fragment tego rozdziału jest jednym z moich ulubionych tutaj. Tak tylko mówię :)
Całuję :*

***
The Fray - Happiness

Sophia siedziała w fotelu z daleko wyciągniętymi nogami. Jasne włosy związała w niedbałego kucyka, jej twarzy nie pokrywał ani gram makijażu, a na sobie miała wyciągnięty dres w spranym, bordowym kolorze. Jej stopy ukryte były w dużych, puchatych kapciach, przypominających postaci z kreskówki. Rozejrzała się po pokoju, raz po raz zatrzymując wzrok na dłużej na rzeczy, która ją zainteresowała. Mieszkanie Martina było stosunkowo niewielkie, a wystrój błyskawicznie wskazywał na to, że należało ono do młodego kawalera. Sophia przywykła do eleganckich wnętrz, dużych pokoi i detali, na których lubiła się skupiać. Nie było dla niej istotne, jaką cenę miały wymyślne tapety czy kryształowe klamki - jeśli czegoś chciała, wiedziała, że po prostu musi to zdobyć i tyle. Jeszcze kilka tygodni temu nijak nie pasowałaby do miejsca takiego, jak to. Schludny kok, drogie ubrania od projektantów, perfekcyjny makijaż - to wszystko stanowiłoby zaprzeczenie idei, jaka towarzyszyła czterem ścianom Martina. Kobieta raz jeszcze spojrzała na swój strój, a przez jej twarz przemknął uśmiech. To miejsce nie byłoby takie samo bez niej, a ona pasowała tu tak bardzo, jak tylko można to sobie wyobrazić. Przeciągnęła się leniwie, czując się błogo i spokojnie. Jej klatka piersiowa poruszała się tak łagodnie, że ciężko było w ogóle to dostrzec. Oddychała pomału, czując przyjemność, która biła z każdej czynności, jaką wykonywała i z każdego metra tego mieszkania. Pogrążona w ciszy Sophia wzdrygnęła, kiedy usłyszała odgłos szybko stawianych kroków na zewnątrz. Po chwili do środka wparował Martin, obładowany zakupami, z rumieńcami na twarzy i nieposkromionymi ognikami w swych zielonych oczach.
- Już jestem - zawołał od progu, zdejmując bluzę, po czym podbiegł do Sophii w białej koszulce, ciasno opiętej na umięśnionym ciele.
- Spokojnie - rzekła niebieskooka, machając ręką lekceważąco. - Przecież się nie pali.
- Na razie nie - odparł, uśmiechając się tajemniczo, a kiedy zorientował się, że Sophia niewiele z tego zrozumiała, rzucił wymowne spojrzenie na jej zaokrąglony brzuszek. - Cześć, mały!
- O nie, znowu zaczynasz? - zapytała.
- Stęskniłem się za tobą, rozrabiako - powiedział cicho, a potem jego wzrok powędrował ku zniecierpliwionej twarzy blondynki. - Za tobą też.
- Uważaj, bo ci uwierzę - stwierdziła, a Martin, niezrażony jej słowami, wyciągnął się, by pocałować ją w policzek. - Co kupiłeś? - spytała, patrząc na górę toreb i pakunków.
- A wiesz, cieszę się, że pytasz - odpowiedział z wyraźną dumą. Skierował się ku zakupom, by móc zaprezentować ukochanej każdy z nich. - To jest elektroniczna niania...
-...dziecko będzie spać z nami w pokoju...
- To podgrzewacz do butelek...
-...wyrzuciłeś pieniądze w błoto...
- A to zapas pieluch na rok...
Sophia westchnęła głośno i po chwili usłyszała, jak paczka pieluch wypada z rąk Martina na podłogę. Mężczyzna podbiegł do niej z przerażeniem wypisanym na twarzy.
- Zaczęło się? - zapytał panicznie.
- Odbiło ci? - spytała Sophia, odtrącając energicznie jego dłoń. - Jestem w piątym, nie w dziewiątym miesiącu!
- A... - zawahał się. - No to dlaczego westchnęłaś? Myślałem, że...
- Przestań tyle myśleć, Martin - skarciła go. - Westchnęłam, bo nakupowałeś wszystkiego zupełnie niepotrzebnie. Mamy jeszcze czas, a poza tym wolałabym ci towarzyszyć. Wiesz, na wypadek, gdyby przyszło ci do głowy kupić śliczną, różową sukieneczkę w kwiatki.
- Ale przecież będziemy mieć syna... - zdziwił się.
- Mnie już nic nie zaskoczy - prychnęła. - Byłby to tak samo rozsądny wydatek, jak elektroniczna niania.
Martin zastanowił się na spokojnie nad jej słowami, a po chwili chwycił jej dłoń i uśmiechnął się pogodnie.
- Masz rację - rzekł. - Trochę mi odbiło...
- Troszeczkę - droczyła się z nim. - Ale spokojnie, utemperuję cię jeszcze.
- Mam nadzieję - powiedział cicho, zanim zastanowił się, czy rzeczywiście powinien to mówić. Sophia odwróciła wzrok. - Nie chciałem...
- Przecież masz rację - rzuciła. - Mogłabym odejść. Skrzywdzić cię. To zdecydowanie byłoby w stylu Sophii Haggerty.
Martin ścisnął jej dłoń mocniej, a drugą zatrzymał na brzuchu jasnowłosej.
- Spójrz na mnie - szepnął. Sophia początkowo nie chciała tego zrobić, w końcu jednak doszła do wniosku, że nie ma innego wyjścia. - Sophia Haggerty ma wady, jak każdy inny, a i tak udało mi się ją pokochać. Zaakceptowałem wszystko i zrozumiałem, że po prostu byłaś na życiowym zakręcie. Sam przeszedłem kiedyś przez taki okres. Nie winię cię za to, że przez jakiś czas nie byłaś wobec mnie do końca szczera. Nie mam do ciebie żalu o nic, bo nie istnieje taka rzecz, która sprawiłaby, że przestałoby mi na tobie zależeć. A jeśli się kogoś prawdziwie kocha, jest się w stanie wybaczyć wszystko.
Dziewczyna przygryzła wargi. Czuła, że to jeszcze nie koniec, choć dla niej i tak wypowiedź Martina była idealna i nic nie mogłoby sprawić, że byłaby ona jeszcze piękniejsza. A jednak.
- Muszę ci się do czegoś przyznać - rzekł z powagą. - Jest jedna kobieta, którą wiem, że pokochałbym bardziej od Sophii Haggerty - mężczyzna sięgnął do tylnej kieszeni, pokazując jeszcze jeden zakup, którego dokonał. Była to pierwsza rzecz pośród dziesiątek paczek, która sprawiła, że serce blondynki zatrzymało się na chwilę. - Sophia Ludson.
- Czy ty właśnie... - mówiła Sophia, jednak głos uwiązł jej w gardle, gdy przyglądała się nie pierścionkowi, a radosnej i lekko napiętej twarzy Martina.
- Chciałbym wiedzieć, czy za parę miesięcy lub lat, kiedy już będziesz znowu wolna, zechciałabyś zostać moją żoną.
Sophia otworzyła usta, by odpowiedzieć, szybko jednak je zamknęła. Martin natychmiast ją zrozumiał i zlekceważył przepraszający wyraz twarzy ukochanej.
- Nie musisz teraz odpowiadać - powiedział szybko. - Co nie znaczy, że nie możesz już teraz zacząć go nosić - wskazał na pierścionek.
- Martin, ja...
- Pozwolisz? - spytał, a kiedy Sophia kiwnęła głową, uśmiechnął się i wsunął błyskotkę na jej palec. Pasowała idealnie.
Kiedy mężczyzna zauważył łzy migocące w niebieskich oczach dziewczyny, przytulił ją mocno, a ona zaczęła szlochać mu w ramię. Teraz, kiedy wisiał nad nią rozwód z Gregiem, nie chciała podejmować takiej decyzji i dawać Martinowi zgubnej nadziei. A jednak, kiedy tak ją tulił i pozwalał oddychać tym samym, czystym powietrzem, Sophia nie wyobrażała sobie życia bez niego, bez tych jego porozrzucanych po pokoju skarpetek i średnio jednego stłuczonego kubka w tygodniu. On też miał wady, choć na pewno nie tak duże, jak ona, a jednak Sophia kochała go właśnie takim, jakim był. A skoro tak pomyślała, to chyba powinna po raz pierwszy powiedzieć mu to prosto w oczy.
- Kocham cię.
Martin odsunął się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie spodziewał się, że prędko usłyszy takie wyznanie i był nim głęboko poruszony, a po drugie...
- Czułeś? - zapytała zaaferowana Sophia, patrząc na swój brzuch.
Martin roześmiał się, kładąc dłoń na brzuszku, w którym harcował maluch, po raz pierwszy tak energicznie i żywo.
- Mój mały-wielki człowiek, Sidney Matthew Ludson - rzekł dumny ojciec.
Sophia poczuła, jak robi jej się niesamowicie ciepło na sercu. Wyciągnęła dłoń, na której lśnił pierścionek zaręczynowy, po czym zatopiła palce we włosach mężczyzny. Martin błyskawicznie odczytał sygnał. Przybliżył twarz do niej, a potem dwoje spragnionych ust połączyło się ze sobą. Sophia wreszcie była szczęśliwa i bezpieczna, spokojna o swoją przyszłość. Wciąż pamiętała o trudnej przeszłości i swoich wybrykach - o czymś takim bardzo ciężko zapomnieć - ale obecność Martina, a także myśl o tym, że za kilka miesięcy ujrzą swoje dziecko, napawała kobietę wiarą w to, że przyszłość naprawdę może być wspaniała.

***

Vanessa milczała, przyglądając się Victorowi, po raz pierwszy od kilkunastu godzin pogrążonego we śnie. Na jego twarzy gościł spokój, a ona nie chciała tego popsuć. Mężczyzna zasłużył na czas tylko dla siebie, czas wolny od martwienia się o narzeczoną i dziecko. Miała nieodpartą ochotę, by podziękować Victorowi za to, że przywiózł Josha do szpitala i być może uratował mu życie. Wiedziała, że nie zrobił tego dla niej, Victor miał bowiem dobre serce i nie przeszedłby obojętnie obok nieszczęścia drugiego człowieka. A jednak Vannie traktowała to, że Hartley wciąż był przy życiu, jako gigantyczny prezent od losu i od ukochanego. Gdyby go straciła, równocześnie wypadłaby jej z rąk ostatnia szansa, by mu pomóc. Może Josh w końcu przyjmie to, co chciała mu dać, kiedy już wybudzi się ze śpiączki? Może próba, przed którą stanęli, miała poprzez cierpienie doprowadzić ich do celu? Może dzięki przelanej krwi Josh otworzy wreszcie oczy i zobaczy, że nie jest sam?
Brunetka zorientowała się, że jest coś, co już teraz może dla niego zrobić. Delikatnym ruchem wydobyła komórkę z szafki nocnej, tak, by nie obudzić wciąż nieprzytomnego Victora. Po cichu wyszła z sali, a po paru krokach uświadomiła sobie, że wciąż kręci jej się w głowie. Odnalazła puste krzesło i zajęła miejsce, a następnie wybrała numer do człowieka, który automatycznie przyszedł jej do głowy, kiedy pomyślała o wątpliwej samotności Josha Hartleya.
- Słucham? - odezwał się głos mężczyzny po drugiej stronie, a w tle słychać było niewyjaśniony szmer i popiskiwanie. Vanessa uśmiechnęła się. Szybko rozpoznała głos Adriany, córeczki Josha, który niósł się echem po pomieszczeniu, z którym była połączona. - Słucham? - powtórzył z rozbawieniem w głosie.
- Cześć, Austin - rzekła niebieskooka niewinnie. - To ja, Vanessa. Pamiętasz mnie jeszcze?
- No pewnie, co słychać? - zapytał i choć brunetka usłyszała lekkie zakłopotanie, nie przejęła się tym.
- Może lepiej zaczniemy od ciebie, co? - zaproponowała. Nie chciała na powitanie raczyć rozmówcy informacją, że Josh przed momentem prawie odebrał sobie życie. - Wszystko u was dobrze?
- W jak najlepszym - odparł szczerze. - Chcesz porozmawiać z Adi?
- Chciałabym, Austin, ale nie mam dużo czasu, a muszę powiedzieć ci coś bardzo, bardzo ważnego - stwierdziła, czując lekkie wyrzuty sumienia. Miała nadzieję, że nadarzy się jeszcze niejedna okazja, by pogadać z dziewczynką, którą tak bardzo polubiła.
Austin westchnął i przez chwilę żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa.
- Chodzi o Josha, prawda? - zapytał i wcale nie zaskoczył tym Vanessy. Kto jak kto, ale on, jako najlepszy przyjaciel Hartleya, znał go naprawdę dobrze.
Vanessa nabrała powietrza w płuca. Wiedziała, że nie będzie łatwo, jednak musiała powiedzieć Austinowi wszystko, jak na spowiedzi. Zaczęła opowiadać o nagłym przyjeździe Josha do Londynu i zdumiała się nieco, kiedy Austin powiedział, że od początku wydawało mu się to trochę niepokojące. Opisała, jak Josh stawał się coraz bardziej zaborczy, jak śledził każdy jej krok i jak walczył o to, by mieć na nią oko nawet w domu, jak usiłował zniszczyć jej związek i jak doszło do tego, że teraz oboje znajdowali się w szpitalu.
- Mógłbyś przekazać te informacje jego ojcu i siostrze? - spytała Vannie, słysząc, jak blondyn markotnieje po drugiej stronie. Nie musiał nic mówić, by jego emocje były wyczuwalne z odległości tak wielu kilometrów.
- Jasne - odparł, lekko nieprzytomnym głosem. - Przyjedziemy najszybciej, jak będzie to możliwe.
- Adres szpitala to...
- Spokojnie, Russell powie mi wszystko - przerwał jej. - Vannie, dzięki, że mi powiedziałaś.
Vanessa mruknęła jedynie. Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby lub powinna powiedzieć.
- Do zobaczenia - skwitowała, a Austin odpowiedział jej tym samym i połączenie się urwało.
Ciemnowłosa chciała zobaczyć Josha i choć w normalnych okolicznościach nikt by jej na to nie pozwolił, Louis pomógł jej w zrealizowaniu tego pomysłu. Pozwolił jej przez chwilę popatrzeć na Josha przez szybę. Brunet leżał na łóżku, a lewa strona jego twarzy dosłownie tonęła w opatrunkach. Nie był to przyjemny widok, jednak Vannie czuła radość, kiedy widziała, jak jego klatka piersiowa unosi się i opada, robiąc to w rytmiczny sposób. To znaczyło, że Josh wciąż tam był i walczył - taką miała nadzieję. Musiał być silny. Kiedy się obudzi, zobaczy przy swoim łóżku ludzi, którzy go kochają, a których on od siebie odepchnął. Chciała mu pokazać, że wciąż może na nich liczyć, z nią na czele, bo Vannie ani myślała, by odwrócić się na pięcie i odejść. Josh był jej przyjacielem. Przecież musiał o tym wiedzieć.
Louis pomógł Vannie dotrzeć do bufetu, gdzie od progu uderzyła w nią intensywność rudych włosów Mercy. Dziewczyna pomachała lekarce, gestem dłoni zapraszając ją do swojego stolika. Vanessa usiadła naprzeciwko, podziękowała Louisowi za towarzystwo i obiecała, po jego setnej prośbie, że zawoła go, jak tylko będzie go potrzebowała. Vannie przyglądała się Mercy, jedzącej zupę i nawet podczas wykonywania tej czynności, mającej na twarzy radość. Ta dziewczyna chyba nigdy nie przestanie jej zdumiewać. Yorke wiedziała, że musi z nią porozmawiać, jednak nie zamierzała zawracać jej sobą głowy od samego wejścia. Poczekała, aż Mercy skończy, a potem rudowłosa zamówiła dwa ciastka, po jednym dla każdej z nich, i wytężyła słuch, wpatrując się w przyjaciółkę z ognikami w oczach.

***

Blondynka upiła łyk wody, spoglądając raz jeszcze na zegarek. Chciała porozmawiać ze starszą siostrą, jednak nie zamierzała przerywać jej snu. Ta noc była dla niej wielce stresująca i należało jej się chociaż kilka godzin spokojnego snu. Kiedy Christina wyłoniła się ze swej sypialni, jej twarz zdawała się krzyczeć, że spokój nie nadszedł ani na moment.
- Ciągle budziły mnie koszmary - powiedziała, nalewając sobie soku pomarańczowego, a następnie usiadła przy stole naprzeciwko Rosalie. - Ta chwila, kiedy usłyszałam strzał...
- Już dobrze - szepnęła jasnowłosa łagodnie. - Josh na pewno z tego wyjdzie.
- Lekarze też tak mówią - rzekła Tina. - Bardzo możliwe, że chłopak wygrzebie się z tego szybciej, niż ja. Może przesadzam, ale ja po prostu świruję na samą myśl o tym, że kilka metrów stąd są drzwi do jego pokoju obryzganego krwią.
Rosalie skrzywiła się. Choć nie było jej w momencie oddawania strzału, widziała przecież miejsce, w którym do tego doszło. Poczuła dreszcze na wspomnienie przerażającego widoku, jaki jej się ukazał tej nocy.
- Chcesz wyjechać? - spytała, a Christina wytrzeszczyła na nią oczy. - Co, zgadłam?
- Ta... - mruknęła Tina, przyglądając jej się z zaciekawieniem i podziwem. - Jak ty to robisz, że zawsze wszystko o wszystkich wiesz?
- Ja po prostu zrobiłabym na twoim miejscu dokładnie to samo - przyznała Rosalie z powagą, bawiąc się obrusem, by zająć czymś ręce. - Nie chciałabym przebywać w mieszkaniu, w którym doszło do takich rzeczy. Myślę, że to dobry pomysł. Krótkie wakacje dobrze ci zrobią.
- Nie chcę zostawiać cię samej - mruknęła Tina. - Może pojedziemy razem? Pozwolę ci nawet zająć większą sypialnię.
- Moja kochana, obdarzona złotym sercem siostrzyczka - parsknęła z rozbawieniem. - Nie mogę. Mnie również czeka wyjazd, chociaż nie aż tak daleki.
- A skąd wiesz, że chcę jechać daleko? - zapytała Christina. - I czy jest jeszcze sens, by cię o to pytać?
Rosalie pokręciła głową przecząco, uśmiechając się.
- Zanim zapytasz, powiem ci, że jadę z Jamesem - rzekła ciemnooka.
- Prawda?
Rosalie skinęła głową.
- A drugi powód? - zapytała jasnowłosa. - Nie powiesz mi chyba, że wyjeżdżasz wyłącznie ze względu na Josha i plamy krwi na wykładzinie.
- Twoja delikatność jest naprawdę godna pochwały - mruknęła Christina.
- Nie odwracaj kota ogonem, siostra. Pan Haggerty maczał w tym palce?
- Jak myślisz, jaka jest teraz pogoda w Paryżu? - spytała Tina, ucinając temat Gregory'ego.
Kiedy Christina podniosła wzrok, a spojrzenia sióstr skrzyżowały się, obydwie parsknęły śmiechem. Wkrótce potem Rosalie zaproponowała krótki spacer, by pobyć choć przez chwilę z daleka od zapaćkanej na czerwono sypialni Josha Hartleya.

***

Vannie spojrzała krytycznie na całkowicie opustoszały talerzyk i brzuch, który wkrótce przybierze rozmiary piłki lekarskiej. Mercy zjadła dopiero połowę jabłecznika, a jednak odłożyła widelczyk i wyprostowała się na krześle, patrząc na lekarkę wyczekująco.
- O co chciałaś zapytać? - spytała rudowłosa, uśmiechając się niejasno. - Zapewne o Josha, mam rację?
Yorke skinęła głową, wahając się do ostatniej chwili, czy powinna poruszać ten temat. Mercy sprawiała jednak wrażenie osoby otwartej, takiej, której trochę wścibskie pytania raczej nie urażą, a nawet, gdyby było inaczej, Vannie nie wycofałaby się. Ostatecznie musiała wiedzieć, dlaczego reakcja dziewczyny na próbę samobójczą Hartleya, człowieka, którego nawet nie znała, była tak zaskakująca.
- Odniosłam wrażenie, że w jakimś stopniu potępiasz Josha za to, co zrobił - powiedziała Vanessa i podejrzewała, że Mercy zacznie się wypierać, ta jednak zrobiła coś zupełnie odwrotnego.
- Bo tak właśnie jest - rzekła, jak gdyby nigdy nic.
- A czy ty... przepraszam, ale czy ty go w ogóle znasz?
- Wiem o nim wystarczająco dużo, by mieć wyrobione zdanie na jego temat.
Vanessa poczuła, jak krew zaczyna gotować się w jej żyłach. Denerwował ją również spokój, z jakim Mercy tak źle wypowiadała się o Joshu.
- Zanim się na mnie obrazisz, powiem ci, że nic nie rozumiesz - stwierdziła Mercy.
- I to niby miało sprawić, że się nie obrażę? - Vannie wybałuszyła oczy, a rudowłosa uśmiechnęła się.
- Spójrz na mnie, a może zrozumiesz - rzekła. - Niewiele brakowało, a straciłabym życie. Amputowano mi nogę. Nie ma dnia, żebym nie myślała o wszystkich fantastycznych rzeczach, których już nie będę mogła robić. To nie jest przyjemne, choć moja mina raczej nie pokazuje, jak trudne bywa moje życie, odkąd zostałam pozbawiona jednej z kończyn. Pal licho konie, ale ja już nigdy nie założę szpilek. To dopiero dramat.
Vannie uśmiechnęła się. Pomału zaczynało do niej docierać, co Mercy miała na myśli.
- Wcale nie prosiłam się o takie życie. Chciałam być szczęśliwa, grać w filmach, jeździć konno, marzyć... Wiem, że wielu ludzi na moim miejscu poddałoby się, ale są też tysiące osób silniejszych ode mnie. Dlaczego miałabym dążyć do tego, by być kimś gorszym? Ja chcę być silna. Chcę być swoim własnym bohaterem na wyłączność. Walczę. Wiem, że średni ze mnie rycerz bez jednej z nóg, ale nie skazuję samej siebie od razu na porażkę. A Josh... - zawahała się. - Chyba sama już widzisz, jaka jest między nami różnica? Ja nie prosiłam się o śmierć i do dziś dziękuję za to, że dostałam szansę życia, nawet bez nogi, ale z mnóstwem innych atutów i całym wachlarzem możliwości. Wkurza mnie to, że w momencie, kiedy ja usiłuję poskładać swoje życie z powrotem do kupy, codziennie do tego szpitala trafiają dziesiątki ludzi, którzy po prostu pragną umrzeć. To nie ja jestem niezwykle silna, lecz oni są cholernie słabi. Być może są tacy, którzy się ze mną nie zgodzą, dla mnie jednak samobójstwo jest najpotężniejszym dowodem słabości i tchórzostwa.
Vanessa ucieszyła się, kiedy od zabrania głosu uratował ją Victor. Blondyn wparował do bufetu z prędkością światła, a kiedy ją zauważył, podszedł bliżej i pochylił się, by odetchnąć.
- Zobaczyłem... puste... łóżko... - wydyszał, a Mercy zaśmiała się pod nosem. - Pomyślałem... że...
- Lepiej nic nie mów - powiedziała Vanessa, a Victor opadł na krzesło. Po chwili znów spojrzała na przyjaciółkę. - Możliwe, że zmieniłabyś zdanie, gdybyś znała historię Josha tak dobrze, jak ja. Możliwe też, że nawet wtedy pozostałabyś w stu procentach wierna samej sobie. W każdym razie, dziękuję za to, co mi powiedziałaś i mam nadzieję, że będę mogła na ciebie liczyć. A teraz przepraszam, ale muszę...
Vanessa wstała z krzesła, a Victor błyskawicznie poszedł w jej ślady.
- Gdzie ty znowu idziesz? - zapytał ostro, zmęczony na samą myśl o kolejnej pogoni za narzeczoną.
- Muszę porozmawiać z Louisem - odparła Vanessa. - Chcę zrobić małe przemeblowanie na oddziale.
Victor westchnął, ostatecznie jednak ruszył za brunetką. Wyczuł dziwną tajemniczość w jej głosie, a jednak ufał jej bezgranicznie i ani myślał, by przeszkadzać jej w realizowaniu planu, którego szczegółów nie chciała mu na razie zdradzić.

***

James nie wiedział, co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Choć nie znienawidził Rosalie i nie stracił ochoty na spotkania z nią, jego serce piekło go niemiłosiernie. Czy właśnie tak boli, kiedy jest złamane? Brązowooki próbował przegonić trudne myśli i skupić się wyłącznie na drodze. Nie było to łatwe zadanie, ostatecznie jednak udało mu się nikogo nie potrącić, więc chyba nie było z nim aż tak źle. Wysiadł z samochodu i rzucił przelotne spojrzenie na dom Jenny i Olivera. Domyślał się, co usłyszy, kiedy stanie oko w oko z pieguską. Wiele razy słyszał już słowa przesiąknięte goryczą i negatywnymi emocjami i żadna z kolejnych prób wcale nie była łatwiejsza do zaakceptowania. Nie umiał uodpornić się na nerwy Jenny, kobiety, która przecież była dla niego tak ważna. Oddałby wiele, by spotkać się z nią tego wieczoru, jednak nie po to, by się kłócić. Chciałby usiąść obok niej w salonie po to, by oglądać film i po godzinie uświadomić sobie z rozbawieniem, że nawet nie włączyli telewizora. Słowem, chciałby odzyskać to, co stracił, jednak zawiódł ją chyba zbyt wiele razy, by móc jeszcze liczyć na jej przebaczenie. O wiele łatwiej pójdzie mu z Oliverem. James miał wyrzuty sumienia, bo przecież obiecał synowi spotkanie, jednak chłopiec nie chował urazy i wiedział, że choć ojciec czasem nawala, to jednak z reguły jest całkiem porządnym i sumiennym gościem i nie najgorszym tatą. Musiał powiedzieć mu teraz, że czeka go wyjazd na jakiś czas. Obieca, że przywiezie mu coś z podróży, mając nadzieję, że Rosalie zabiera go w jakieś cywilizowane miejsce. James wcale nie chciał przekupić syna i zaskarbić sobie jego sympatii prezentami, po prostu uważał, że ominął wystarczająco dużo urodzin Olivera i chłopak zasługuje na drobiazgi za te wszystkie utracone lata. Mężczyzna zadzwonił do drzwi, patrząc na ukwiecony ogród. Było tu naprawdę pięknie i miał nadzieję, że Jenny nie zabroni mu pojawiania się w tym miejscu, mimo złości, jaką z pewnością do niego żywiła.
- Tata? - zapytał nagle Oliver, który wyrósł zza drzewa, jak zwykle z piłką u nogi. Wytężył wzrok, a kiedy był już na sto procent pewny, ruszył ku Jamesowi, krzycząc: - Tata! Tata!
- Siemasz, młody! - zawołał James, a kiedy Oliver wpadł na niego z całej siły, mężczyzna lekko zachwiał się na nogach. - Niech zgadnę... Trenowałeś?
- A jak! - zagrzmiał chłopiec. - Może zagramy?
- Właściwie, przyszedłem, żeby cię przeprosić, no wiesz...
- To tym bardziej powinieneś ze mną zagrać - odparł Oliver stanowczo.
W taki sposób James dowiedział się, że syn wcale nie jest na niego zły. Niebo zdążyło pociemnieć, a oni wciąż bawili się w najlepsze, śmiejąc się tak głośno, że z pewnością słyszało ich całe osiedle. James uwielbiał chwile takie, jak ta, kiedy był z Oliverem sam na sam, z daleka od Jenny, której obecność przypominała mu notorycznie o miłości, której pozwolił odejść. Czas spędzony z dziesięciolatkiem był dla niego niczym błogosławieństwo i szansa na to, by oderwać się od rzeczywistości. Sposób ten był o wiele skuteczniejszy, niż jazda samochodem, którą James zawsze uważał za najlepszą metodę na odstresowanie.
- Oliver, kolacja! - krzyknęła Jenny, wychylając się przez okno w kuchni. Kiedy zorientowała się, że syn nie jest sam, na jej twarzy zagościło osłupienie. Odeszła od okna, a James był niemal pewny, że za moment stanie z nią twarzą w twarz.
- Może mama pozwoli ci zjeść z nami? - spytał Oliver.
- Nie sądzę, młody - odparł James, kiedy posuwali się pomału w kierunku drzwi wejściowych.
- Mamo, czy tata może...
- Nie, nie może - ucięła Jenny krótko, kiedy wyszła z domu. Miała na sobie dżinsowe szorty i białą koszulkę z kolorowym nadrukiem, ukazującą ładną, subtelną opaleniznę. Wyglądałaby naprawdę dziewczęco, gdyby nie postarzał ją ten kwaśny grymas. - Idź do domu.
- Mamo, ale...
- Rób, co powiedziałam! - krzyknęła rudowłosa, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu Olivera, a w każdym razie tak można by sądzić po jego ewidentnie zdumionej minie.
- Nie mów tak do niego - zaoponował ostrożnie James.
Oliver poszedł do domu, uprzednio żegnając się szybko z ojcem, a Jenny zatrzasnęła za nim drzwi. Wsparła ręce na biodrach, przyglądając się Jamesowi z prawdziwym gniewem w swych zielonych oczach.
- Nie będziesz mnie uczył, jak mam się zwracać do swojego dziecka - wycedziła przez zaciśnięte zęby, nie odrywając wzroku od bruneta. - Już ci to kiedyś mówiłam, prawda?
- Prawda - przyznał. - A ja mówiłem ci, że to jest też moje dziecko i choć nie jestem idealnym tatą, to wciąż mam prawo uczestniczyć w jego wychowaniu.
Jenny prychnęła.
- Piękny dałeś tego dowód, kiedy po raz kolejny wystawiłeś go do wiatru - warknęła.
- Tak i kiedyś potrzebowałbym lat, by przyjść i przeprosić. Teraz potrzebowałem jednego dnia. Oliver nie jest na mnie zły i musiałabyś być ślepa, żeby tego nie zauważyć. Staram się, nie widzisz? Nadal popełniam błędy, ale jest ich coraz mniej i... ach, Jenny, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Rudowłosa patrzyła na niego z tak rozwścieczoną miną, jakby miała ochotę rozszarpać go tu i teraz.
- Chodzi ci o nas, tak? - zapytał ściszonym głosem.
- Wysłałam ci sygnał, o który prosiłeś - rzekła. - Chciałam dać ci szansę. Naprawdę chciałam spróbować. A ty... - głos jej się załamał. - Czy ty naprawdę nie widzisz, jak bardzo nas ranisz? A ja nie chcę wysłuchiwać twoich przeprosin w nieskończoność. Zamierzam wystąpić o ograniczenie ci prawa do kontaktów z synem.
- Co, proszę? - niemal krzyknął. - Ty chyba nie mówisz poważnie...
- James, nie dajesz mi wyboru... - rzekła, jednak teraz to jemu puściły hamulce.
- Przecież widzisz, że się staram! Oliver też to dostrzega! Nie odbieraj mi go tylko dlatego, że nie odpowiedziałem na twój sygnał, do cholery! Nie rób takiej zdumionej miny, Joyce. Oboje wiemy, że nie jestem fatalnym ojcem. Ty po prostu jesteś na mnie wściekła, bo cię zawiodłem. Masz do tego prawo, ale nie odbieraj mi syna z takiego powodu.
- Ale ty nie przyjechałeś po raz setny! - powiedziała podniesionym głosem, czując, jak pieką ją policzki. Samo patrzenie na Jamesa sprawiało jej ból. - Na pewno to sprawka Rosalie, no nie? Ty zawsze będziesz taki sam, póki ona jest w pobliżu. Ona zawsze była dla ciebie ważniejsza, niż my.
Jenny musiała poczuć, że posunęła się za daleko, bo momentalnie na jej twarzy pojawił się przepraszający wyraz. James zlekceważył go. Momentalnie rozmyły się wspaniałe i beztroskie chwile, które spędził z synem, a uderzyły w niego wyznania Rosalie i wszystko to, czego się ostatnio dowiedział. A Jenny wciąż skupiała wszystko na samej sobie... Nawet nie chodziło jej o Olivera, ona po prostu była zła, że zaryzykowała swój związek z Jeremym, by dać kolejną szansę Devonowi. Patrzył na nią i dopiero teraz potrafił rozpoznać w niej dziewczynę, którą tak kochał. Nie mściwą i bezwzględną, lecz obdarzoną sercem i empatią. Żałował, że to oblicze ukazało mu się dopiero teraz, kiedy wciąż trafił tak bolesne słowa.
- Właśnie się dowiedziałem, że całe moje życie z nią było jednym wielkim, pieprzonym kłamstwem - zaklął, walcząc o to, by nie zaniemówić, jednak głos odmawiał mu posłuszeństwa. - Oszukiwała mnie od samego początku, a ja dawałem się omotać, raniąc przy tym osobę, którą naprawdę kochałem - wykrzyczał, by Jenny usłyszała każde słowo bardzo wyraźnie. - Wyjechała, bo była ze mną w ciąży, a ja powiedziałem, że nie chcę teraz dziecka. A rok później już trzymałem Olivera w rękach. Widzisz, co zrobiłem? Mieści się w twojej ograniczonej głowie, że ja też mam uczucia i cały mój świat właśnie się rozsypał?
Kiedy na nią spojrzał, zobaczył łzę na jej policzku. Jenny otworzyła usta, jednak nie zdołała nic powiedzieć.
- Nie mówię ci tego po to, by wpędzić cię w poczucie winy - burknął. - Chcę tylko, żebyś wiedziała, że naprawdę robię wszystko, co mogę, by być jak najlepszym ojcem. Mam teraz trudny okres i będę musiał wyjechać na jakiś czas. Powiedziałem już Oliverowi.
- Nie zabiorę ci go - rzekła cicho.
- Wiem - odparł, nagle przekonany, że Joyce nie byłaby w stanie zrobić mu czegoś tak okropnego.
Przez chwilę milczeli, patrząc na siebie z ukosa. Oboje oczekiwali, że to drugie lada chwila coś powie, a jednocześnie bali się, co jeszcze usłyszą tego wieczoru. W końcu Jenny odpuściła. Skinęła delikatnie, ledwie zauważalnie głową i odwróciła się, zmierzając w stronę domu. Właśnie wtedy James poczuł, że jest jej winien szczerość w jeszcze jednej kwestii.
- Kocham cię, Joyce - zawołał.
Rudowłosa zastygła w miejscu. Kiedy się odwróciła, zobaczyła, że James wciąż stoi, patrząc się na nią z zainteresowaniem.
- Co powiedziałeś? - zapytała cicho.
Uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami.
- Po prostu cię kocham - rzekł. - I nie mogę nic na to poradzić.
James zakręcił się i ruszył w stronę samochodu. Jenny nie próbowała go zatrzymać, choć bardzo możliwe, że miała taką ochotę. To, co powiedział, nie było próbą zagrania na emocjach dziewczyny i tym samym zmniejszenia jej złości. Słowa te jakoś tak samoistnie wydostały się z niego i było wielce prawdopodobne, że poszczególne wyrazy będą się przewijać przez głowę Jenny przez cały wyjazd Jamesa, albo i jeszcze dłużej. Na myśl o tym, brunet nie mógł doczekać się powrotu i spotkania z nią po długich dniach rozłąki i niepewności, ostatecznie jednak nie zapomniał o tym, po co jedzie i ani myślał, by zmienić zdanie i zostać tu z Joyce, by złamać słowo, jakie dał Rosalie.

***

5 komentarzy:

  1. Dzisiaj wyjątkowo i już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz to było, ale JESTEM PIERWSZA :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Tutaj podaruję sobie wstęp, bo w poprzednim komentarzu troszkę się rozgadałam, więc tutaj od razu biorę się za czytanie :)
    Dawno nie było nic o Sophii. Zaczęłam się nawet zastanawiać co dalej się wydarzy w jej życiu i proszę fragment z nią w roli głównej podany jak na tacy :D tak czytałam ten fragment i byłam (chociaż w sumie to nadal jestem) w głębokim szoku, naprawdę. Niekiedy jest tak, że ludzie rzeczywiście się zmieniają i jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że Sophia też się bardzo zmieniła. Dała się nam poznać jako kobieta kochająca przede wszystkim elegancję i luksus, a ten fragment jest totalnym zaprzeczeniem poprzedniego, nazwijmy to "wcielenia" Sophii. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie byłej baletnicy w zwykłym dresie, bez makijażu z byle jaką fryzurą na głowie byle tylko było wygodnie. Widać, że spotkanie Martina na swojej drodze bardzo ją odmieniło, zaczęła dostrzegać rzeczy których wcześniej nie widziała, lub zwyczajnie nie chciała widzieć. Myślę też, że ciąża też miała na to ogromny wpływ, chociaż domyślam się, że spadła na nią tak nieoczekiwanie. Jakoś nigdy szczególnie nie polubiłam Sophii, ale przyznaję się szczerze, że czytałam ten fragment z uśmiechem na twarzy :) podobno każdy zasługuje na drugą szansę i myślę, że Sophia też zalicza się do tego grona. A sam Martin jest okropnie szczęśliwy, że zostanie ojcem. Ciesze się, że zdecydował się na kolejny krok i oświadczył się Sophii. Jest też bardzo cierpliwy i wyrozumiały skoro pozwolił jej przemyśleć tą decyzję i zgodził się na to, by nie musiała odpowiadać od razu. Mam nadzieję, że będą szczęśliwą i kochającą się rodzinką :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważam, że Vanessa podjęła naprawdę słuszną decyzję. Przede wszystkim rodzina powinna wiedzieć co dzieje się z Joshem i jestem pewna, że Peter i Isabel przyjadą do szpitala najszybciej jak to będzie możliwe. Austin jest najlepszym przyjacielem Josha, a mimo to nie udało mu się powstrzymać żołnierza przed wyjazdem do Londynu. Nie jest głupi i od początku czuł, że coś niedobrego dzieje się z Joshem. Cały czas liczę na to, że po wybudzeniu ze śpiączki zrozumie, że naprawdę nie jest sam, że są ludzie, którzy go kochają i będą wspierać. Bo nietrudno zauważyć, że Josh naprawdę potrzebuje natychmiastowej pomocy, bez tego z każdym dniem może być naprawdę gorzej. A jeśli chodzi o Vanessę to stwierdzam, że ta kobieta jest niesamowita i bardzo dojrzała, naprawdę. To opowiadanie sprawiło, że zmieniłam o niej zdanie całkowicie, polubiłam ją i jakoś nie żałuje zmiany decyzji :) ale teraz powinna dbać o siebie jeszcze bardziej niż wcześniej. A Louis to wyjątkowo cierpliwy facet :D
    Wcześniej pisałam, że dawno nie było nic o Sophii, to teraz napiszę, że dokładnie to samo tyczy się Christiny. Nie będę ukrywać, że jest to jedna z moich ulubionych bohaterek, więc fragmenty z jej udziałem pochłaniam naprawdę szybko i to nawet po kilka razy :) tak, te przeżycia z ostatniej nocy mogą jeszcze długo nie dawać Tinie spokoju, więc ja też uważam, że krótkie wakacje dobrze jej zrobią. W ostateczności można jeszcze sprzedać mieszkanie jeśli Christina rzeczywiście uzna, że w dalszym ciągu nie pozbyła się strachu i tych makabrycznych obrazów z minionej nocy. Tak chyba byłoby najlepiej, bo inaczej ten strach nigdy jej nie opuści. No właśnie, czyżby wyjazd do Paryża był związany z Gregorym? O nim też dawno nic nie było, a jestem naprawdę ciekawa, co dalej będzie z ich związkiem... mam nadzieję, że ani psycholog ani Gregory nie odpuszczą tak łatwo i przynajmniej spróbują zawalczyć o swój związek, bo teraz już nie ma co ukrywać, że coś jednak do siebie czują. Ale pożyjemy, zobaczymy oby jeszcze była dla nich jakaś szansa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To co powiedziała Mercy... z jednej strony można by się z tym zgodzić, a z drugiej rzeczywiście takie słowa mogłyby zrazić drugą osobę. Pokazała, że jest bardzo... bezpośrednia? Tak, to chyba dobre stwierdzenie. Ja częściowo też się zgadzam z Mercy. Każdy z nas ma jakieś problemy, większe lub mniejsze, ale nie wszyscy mają w sobie wystarczająco dużo odwagi, by tak po prostu się zabić. Są ludzie, którzy naprawdę chcą żyć i czerpać z tego życia najwięcej jak się da, a niektórych problemy przerastają i wtedy nie widzą innego rozwiązania niż śmierć. Ja podziwiam Mercy za tą pogodę ducha i za ten nieustanny optymizm, wiarę w lepsze jutro. Przeszła naprawdę wiele. Miała wypadek w którym straciła nogę, ale mimo to cieszy się, że żyje. Wie, że ma jeszcze dużo przed sobą, że mimo braku tej nogi tak naprawdę może jeszcze wiele osiągnąć. Nie ma w niej żadnych oporów, jakiejś blokady, która sprawiłaby, że poddałaby się i zamknęła w czterech ścianach. Za to naprawdę wielkie brawa dla niej, bo dla mnie Mercy po prostu jest wielka i przede wszystkim nie da jej się nie lubić :)
    Mi też bardzo podobał się ostatni fragment. Myślę, że w pewnym sensie był przełomowy zarówno dla Jenny jak i dla Jamesa. Wreszcie odważył się na to co powinien powiedzieć już dawno temu, nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie powinno dojść do jego rozstania z Jenny. Przede wszystkim brawa dla Jamesa za to, że wreszcie zrozumiał, że Rosalie od początku go oszukiwała, nie była z nim szczera i bawiła się jego uczuciami, kiedy tak naprawdę tylko Jenny szczerze go kochała. Ciesze się, że James nadal to odwzajemnia i mam nadzieję, że dla nich też jeszcze będzie szansa, chociaż nie ukrywam, że kiedy czytałam o tym, że Joyce chce ograniczyć Jamesowi prawa do kontaktów z Oliverem dosłownie zamarłam. Rudowłosa była tak zdeterminowana i naprawdę myślałam, że to zrobi. Ostatecznie dobrze, że tak się nie stało. Mam nadzieję, że podczas tego wyjazdu nic nie ulegnie zmianie i pierwsze co zrobi James po powrocie to pojedzie do Jenny i syna i będzie robił wszystko by znów byli razem :) oby.
    Z niecierpliwością czekam na kolejne nowości :)
    Pozdrawiam :*

    PS. Przepraszam za komentarz w aż tylu częściach, ale nie sądziłam, że jest aż tak długi ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Spragniona Twojej twórczości pominę wstęp i zabiorę się za czytanie! :*
    Zaczynam się obawiać, że przez ten cały stres to Martin nie dożyje porodu. Z jednej strony zachowanie Martina było urocze, ale gdybym sama miałabym się użerać z tak spanikowanym facetem, to chyba bym oszalała. Mam nadzieję, że uda się Sophie go utemperować! :-) Najbardziej wzruszył mnie moment oświadczyn. Wierzę, że pewnego dnia Sophia zostanie żoną Martina. Widać, że go kocha i jest teraz szczęśliwa. Chyba znalazła swój dom na całe życie! ;)
    Pochwalam decyzję Vanessy. Josh potrzebuje teraz bliskich bardziej niż kiedykolwiek. Musi zrozumieć, że nie musi radzić sobie z własnymi problemami sam, bo ma ludzi, którzy mu pomogą. Naprawdę życzę mu dobrze, bo chociaż potrafił wyprowadzić mnie z równowagi jak mało kto, to w głębi serca wiem, że to dobry człowiek.
    Nie chciałabym być na miejscu Christiny. Być świadkiem takiego zdarzenia, to nic przyjemnego, a już z całą pewnością trauma do końca życia. Ja nawet nie wiem czy umiałabym normalnie funkcjonować w takim mieszkaniu, bez ciągłego przypomina sobie ostatnich wydarzeń. Dobrze, że Christina zdecydowała się na wyjazd i oderwanie się od tego wszystkiego. Mam nadzieję, że Paryżu odnajdzie upragniony spokój.
    Zgadzam się z Mercy, za to nie rozumiem Vanessy, która broni Josha. Co by zmienił fakt, że Mercy poznałaby jego historię? Każdy jakąś ma. Josh napatrzył się na śmierć i - przyznaję - nie jest to nic fajnego, ale zamiast zgłosić się po pomoc, wolał zrezygnować z życia. Historia Mercy nie jest wcale przyjemniejsza, a według mnie tragiczniejsza, bo wypadek odmienił całe jej życie. Nogi już nigdy nie odzyska. Będzie musiała nauczyć się żyć od nowa i od podstaw zbudować swoją przyszłość. A mimo to nie poddaje się i walczy. Rozumiem, co miała na myśli i ją popieram. Josh przy Mercy to po prostu tchórz, który zdecydował się na najprostszą z dróg.
    Uważam, że James nie ma prawa mieć pretensji do Jenny. Jak mógł w ogóle uznać, że dziewczyna skupia się na samej sobie? Ja ją doskonale rozumiem. Sama na jej miejscu bym wybuchnęła. Po pierwsze James przez kilka lat kompletnie nie uczestniczył w życiu swojego syna, a teraz - chociaż kocham ich wspólne momenty - też nie daje z siebie stu procent. Jenny miała także rację w jednym, że dopóki Rosalie nie zniknie, oni nie będą szczęśliwi. Rozumiem, że James potrzebuje zamknąć rozdział z Rosalie, uzyskać odpowiedzi na tak wiele pytań, ale powinien też o tym porozmawiać z Jenny. Wyjaśnić jej jak wygląda miej więcej sytuacja, a nie oskarżać dziewczynę o egoizm. Bo jak na razie to on jest egoistą. A końcówka.. rozmiękczyłaś moje serce. Przeczytałam ją z pięć razy i za każdym razem miałam dreszcze. Mimo, że wściekam się na Jamesa, to nie wyobrażam sobie, że mógłby skończyć z kimś innym. Jenny jest mu pisana, po prostu to ta jedyna! <3
    Co tu dużo mówić - znowu mnie oczarowałaś. Z każdym odcinkiem ta historia nabiera rumieńców i coraz trudniej wytrzymać do kolejnej nowości. Chciałoby się poznać już wszystko, ale jakoś uzbieram się w cierpliwość i po prostu poczekam na dalszy rozwój wydarzeń.
    Ściskam mocno! :*

    OdpowiedzUsuń