Hej :)
Potwornie wyczerpujący będzie ten miesiąc dla mnie, więc korzystając z wolnej chwili przychodzę z nowym rozdziałem. Minęły dwa tygodnie od ostatniego, więc czas najwyższy :)
Bardzo lubię tą część. Naprawdę. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu i dacie mi znać, co sądzicie :)
Hm, tak ogólnie to jeszcze dziesięć rozdziałów + epilog przed nami, czyli można powiedzieć, że dość mocno zbliżamy się do mety. Chociaż Forever napisałam już parę miesięcy temu, to nadal uważam, że tworzenie tej historii dla Was było dla mnie wielką przyjemnością. Dobrze Was tu mieć i móc na Was liczyć, po prostu, i mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni, cokolwiek przyniesie przyszłość po zakończeniu tego opowiadania.
Chyba robię się strasznie sentymentalna :P
Ściskam Was mocno i do napisania - aha, no i udanego Dnia Kobiet, kochane! Wszystkiego naj naj naj, bo zasługujemy właśnie na to, co najlepsze i już!
✩❤✩
***
James Arthur - Recovery
Potwornie wyczerpujący będzie ten miesiąc dla mnie, więc korzystając z wolnej chwili przychodzę z nowym rozdziałem. Minęły dwa tygodnie od ostatniego, więc czas najwyższy :)
Bardzo lubię tą część. Naprawdę. Mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu i dacie mi znać, co sądzicie :)
Hm, tak ogólnie to jeszcze dziesięć rozdziałów + epilog przed nami, czyli można powiedzieć, że dość mocno zbliżamy się do mety. Chociaż Forever napisałam już parę miesięcy temu, to nadal uważam, że tworzenie tej historii dla Was było dla mnie wielką przyjemnością. Dobrze Was tu mieć i móc na Was liczyć, po prostu, i mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni, cokolwiek przyniesie przyszłość po zakończeniu tego opowiadania.
Chyba robię się strasznie sentymentalna :P
Ściskam Was mocno i do napisania - aha, no i udanego Dnia Kobiet, kochane! Wszystkiego naj naj naj, bo zasługujemy właśnie na to, co najlepsze i już!
✩❤✩
***
James Arthur - Recovery
In my recovery I'm a soldier at war
I have broken down walls
I defined, I designed
my recovery *
Jego powieki rozchylały się coraz szerzej, lecz oczy, choć widziały więcej, wcale nie były zaspokojone. Obserwował jedną anonimową twarz, potem drugą, nieco zamazaną i tak w kółko. Widział, że patrzą na niego. Uśmiechali się. Niektórzy mieli łzy w oczach. Nie rozumiał tego. Nie czuł. Mijały kolejne minuty dziwnej, przesiąkającej wszystko ciszy. Przypominał sobie wszystko. Skoro pamiętał, to chyba nie było z nim aż tak źle. Czuł się słaby, jakby ktoś spuścił z niego powietrze i resztki energii. Nie miał siły, by podnieść głowę, albo wstać z łóżka i opuścić szpital, w którym, jak mniemał, spędził sporo czasu. Miał dwie możliwości. Mógł dalej patrzeć na ludzi, którzy śmiali się ze szczęścia na wieść o jego przebudzeniu, albo zamknąć oczy. Chciał zrobić to drugie, ale nie zdołał. Nie potrafił zmusić się do jakiegokolwiek ruchu, śmiałego kroku. Był odrętwiały, a jego chłodne ciało zaczęło robić się coraz cieplejsze. Był pewien, że to emocje i krew, która bulgotała w jego żyłach, powodowały te zmiany. Nie chciał tego czuć. Nie chciał wybuchnąć gniewem. Nie chciał znowu zranić kogoś nieprzemyślanym słowem, a wiedział już, że to może wyrządzić o wiele większą krzywdę, niż pocisk. Nie chciał, ale nie potrafił przed tym uciec. Coś podpowiadało mu, że powinien wykrzyczeć im wszystkim, by sobie poszli. Nie chciał ich widzieć. Nie zniósłby, gdyby kazali mu wysłuchiwać swej radości z jego powrotu do życia. Jakoś w to nie wierzył. Czy ktokolwiek rzeczywiście cieszy się z tego, że kula nie dotarła tam, gdzie powinna? Josh na pewno nie. Wolałby, żeby to wszystko potoczyło się inaczej, a może... może w ogóle nic już nie wolał, bo jego życie stało mu się całkowicie obojętne? Mężczyzna spróbował zacisnąć pięść, jednak zdołał nieznacznie poruszyć palcami. Czuł się jak zwierzę w klatce, obserwowane przez tłum ludzi, którzy tylko czekają na jakiś jego ruch. Był zaszczuty. Ich radość tak bardzo do tego nie pasowała. Spojrzał na Vanessę. Nie zapomniał o tym, co zrobił jej i rodzinie, którą zakładała. Dlaczego ona wciąż tu była? Dlaczego nie postąpiła tak, jak powinna i nie odwróciła się od niego na zawsze? I dlaczego, do cholery, tak bardzo chciał dać komuś w twarz? Teraz spojrzał na Victora. Byłby znakomitym workiem treningowym, a Josh czuł, że jeszcze trochę, a wybuchnie z nerwów. Zacisnął zęby tak, że aż poczuł, jak sprawia mu to ból... Przyjemny ból. Pomyślał, że właśnie to jest dobrym pomysłem, najlepszym rozwiązaniem ze wszystkich możliwych. Nie krzywdzić innych dookoła, tych, którzy teraz udawali, że się o niego martwią. Skrzywdzić siebie. Zakończyć to raz na zawsze. Zagłuszyć głosy, które podpowiadały mu w głowie, co robić. Posłuchać ich po raz ostatni i zniknąć.
Josh odnalazł w sobie siłę, wątłą co prawda, ale pozwalającą mu na ruch. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować i powstrzymać go przed tym, co zamierzał zrobić, Hartley zaczął wyrywać kable, które łączyły go z aparaturą. Sięgał po omacku wszystko, na co natrafiały jego dłonie.
- Josh, nie! - powiedziała stanowczo dziewczyna, w której żołnierz rozpoznał swoją siostrę.
Isabel chwyciła go, jednak Josh zdołał jej się wyrwać. Pragnął znaleźć cokolwiek, co pozwoli mu wydostać się stąd. Nie ze szpitala. Z życia, którego nienawidził z całego, skamieniałego serca.
- Weź... się... w garść... - mówił Victor, przytrzymując Josha na spółkę z Austinem.
Vanessa zawołała pomoc. Jej głos przedarł się przez krzyk demonów w głowie niebieskookiego. Wrzask, który sprawiał mu ból. Próbował się wyrwać, ale w ostatniej fazie nie był pewien, od czego chce się uwolnić - od Austina, Isabel, Vanessy, Victora i wszystkich innych, czy od swojego szaleństwa. Jakiś lekarz zrobił mu zastrzyk i wszystko nagle zaczęło znowu się rozmazywać. Kontury stały się rozmyte, jak w obrazie, na który ktoś nagle chlusnął wodą. Wszystko zaczęło się uspokajać, a jego powieki nagle stały się ciężkie. Głosy milkły. Odpływał.
In the sound of the sea,
In the oceans of me
I defined, I designed
my recovery *
***
Christina zakryła twarz kartą dań, przyglądając się, jak Gregory usiłuje zamówić dla nich jedzenie po francusku, a kelner rozumie z tego dokładnie tyle, co nic. Na czole Haggerty'ego pulsowała żyłka oznaczająca, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. Ostatecznie zdołał na migi dojść z kelnerem do porozumienia. Mężczyzna odszedł od ich stolika, uprzednio zaszczycając rozbawioną brunetkę porozumiewawczym uśmiechem. Gregory upił łyk lekko gazowanej wody z kamienną miną, wyrażającą podenerwowanie. Dopiero, kiedy zobaczył roześmiane oczy Tiny, uspokoił się i spróbował sam odnaleźć coś zabawnego w scenie, w której odgrywał główną rolę.
- Nienawidzę komedii - mruknął.
- Daj spokój, świetnie ci poszło - zachęciła go Christina. - Myślę, że powinieneś rozważyć zmianę zawodu. Komik byłby z ciebie pierwszorzędny.
Gregory spojrzał na nią spode łba, a potem, po raz pierwszy, uśmiechnął się szeroko. Widok ten sprawił, że coś przewróciło się w żołądku dziewczyny. Ludzie, którzy przyglądali im się z różnym stopniem dyskrecji i taktu, nie dostąpili tego zaszczytu. To ona, Christina Dainty, jako jedyna ze zgromadzonych zasłużyła na to, by Gregory obdarzył ją swym zniewalającym uśmiechem. Czuła się naprawdę zaszczycona. Dostrzegła błysk w jego błękitnych oczach, ten sam, który towarzyszył mu za każdym razem, gdy ich spojrzenia spotykały się. Przez chwilę zastanowiła się, czy kiedykolwiek patrzył w taki sposób na Sophię, szybko jednak przegoniła te myśli. Byli w Paryżu i powinni nacieszyć się okresem, kiedy w pobliżu nie krążył nawet duch jego, już wkrótce, byłej żony. Christina zaczerpnęła porządny łyk napoju i przechyliła głowę. Chciała rozkoszować się widokiem, który momentalnie rozgrzewał jej serce, zamarzające przez tyle długich lat. Teraz była tak szczęśliwa i spełniona, że nie potrafiła wyobrazić sobie jakiejś rzeczy, której jej brakowało i o której mogłaby marzyć. Miała wszystko, czego potrzebowała, by cieszyć się swoim życiem. Była w jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z atrakcyjnym zarówno wizualnie, jak i duchowo facetem, który czerpał największą przyjemność z wlepiania w nią oczu, albo oddawania się rozmowie.
- Szczęściara ze mnie - powiedziała Christina.
Gregory odnalazł na śnieżnobiałym obrusie jej wyciągniętą dłoń. Ścisnął ją delikatnie, muskając skórę swymi czułymi palcami. Tina przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Nie przyszło jej wówczas do głowy, że ten wyniosły i zarozumiały mężczyzna, ewidentnie unikający otworzenia się przed drugą osobą, mógłby skrywać tak piękne oblicze. Do końca życia nie przestanie dziękować losowi za to, że nie odebrał jej szansy na to, by poznać go lepiej. Gregory był dla niej jak prezent, który nie robi wrażenia, gdy jest zapakowany, lecz kiedy pozna się jego wnętrze, okazywał się być najcenniejszym skarbem.
- Kocham cię - szepnęła, a usta Haggerty'ego uformowały się w kolejny uśmiech, zabójczy tak samo, jak wszystkie poprzednie i następne.
Przez chwilę milczeli, patrząc sobie w oczy i ani na moment nie rozdzielając swych dłoni. Zrobili to dopiero wówczas, gdy kelner przyniósł zamówione przez Gregory'ego dania. Postawił talerze przed nimi, skinął głową i odszedł, a zakochani spojrzeli po sobie.
- Trochę się boję - przyznała, przyglądając się badawczo temu, co było na jej talerzu. - Ten twój perfekcyjny francuski... Nie zdziwiłabym się, gdybym dostała ośmiornicę.
- Lepsza ośmiornica, niż szczur - rzekł, nie odrywając wzroku od swojego dania, a Christina zgodziła się z nim i niepewnie wzięła do ręki widelec.
Oboje skosztowali potraw, które z każdym kolejnym kęsem stawały się jeszcze smaczniejsze. Do samego końca nie mieli pewności, co jedzą i doszli do wniosku, że lepiej nie drążyć, skoro smak sam w sobie był wyśmienity.
- Wracając do naszej rozmowy, nie zmienię zawodu - powiedział Gregory, podnosząc wzrok znad prawie całkowicie opustoszałego talerza. - Ja po prostu muszę pisać. Nie potrafiłbym bez tego żyć. Robię to nawet teraz.
- Doprawdy? - Christina uśmiechnęła się, patrząc na mężczyznę z żywym zainteresowaniem.
- O, tak - odparł, szczerząc zęby w sposób, który przywołał dwa okrągłe rumieńce na policzki ciemnowłosej.
Gregory odłożył sztućce i spojrzał ukochanej prosto w oczy, a ona wiedziała już, że pisarz miał coś naprawdę istotnego do powiedzenia - coś, czego po prostu nie mógłby pozostawić na zawsze w swojej głowie.
- Piszę naszą historię, rozdział po rozdziale. Nasze życie od samego początku jest powieścią i choć moje książki z reguły nie przypominają swym kalibrem Biblii, życzyłbym sobie, aby ta wyjątkowa historia liczyła sobie jak najwięcej stron. I tak, pani Dainty. Ja też panią kocham.
Christina odczekała chwilę, zastanawiając się, czy Gregory powie coś jeszcze. Kiedy dotarło do niej, że mężczyzna definitywnie zakończył swoją wypowiedź, odeszła od stołu i bez zastanowienia pocałowała ukochanego namiętnie. Usłyszała pogardliwe cmoknięcie zgorszonej, eleganckiej kobiety około sześćdziesiątki, która od samego początku wpatrywała się w nich natarczywie. Odwróciła się ku niej, skłoniła nisko głowę i postanowiła zapewnić jej jeszcze więcej powodów do narzekania. Ponownie przylgnęła do ust Gregory'ego, a on nie pozostawał jej dłużny. Szmer przesuwanego krzesła. Kobiecy głos, ciskający francuskimi słowami z impetem. Stukot jej obcasów, kiedy w pośpiechu opuszczała restaurację. Christina i Gregory roześmiali się cicho i z radością zauważyli, że pozostali goście wcale nie byli zniesmaczeni ich zachowaniem, wręcz przeciwnie - samo patrzenie na dwoje zakochanych ludzi, musiało sprawiać im wielką przyjemność. Psycholog i pisarz wymienili spojrzenia. Planowali wycieczkę po Paryżu i zwiedzenie paru miejsc, a potem powrót do hotelu i gorącą kąpiel. Poważnie rozważali zmianę planów i przewrócenie kolejności.
***
James i Rosalie spędzili ostatnią noc w mieście, do którego mężczyzna na pewno wróci nie raz, nie dwa. Kiedy prowadził samochód prosto do Londynu, wciąż powracał myślami do wszystkich faktów, które poznał dzięki Rosie. Nic się nie zmieniło. Wciąż był jej ogromnie wdzięczny za to, że była z nim szczera i obecnie nie przeszkadzało mu już to, że dziewczyna tak długo z tym zwlekała. Kiedy dowiedział się o tym, że miał córkę, poczuł się tak, jakby jego życie lada chwila miało się zakończyć. To było potworne i James miał nadzieję, że nie będzie musiał nigdy więcej przeżywać czegoś takiego. Pomyślał, że jeśli dla niego cała ta historia była tak bolesna i trudna, to co dopiero mówić o Rosalie, która przez kilka miesięcy nosiła pod sercem słabą, przygasającą istotkę, której nigdy nie dane było nacieszyć się swoim życiem? To, co on czuł, nie było nawet zbliżone do cierpienia niespełnionej matki. Gdyby wiedział wcześniej, byłby przy niej, dojrzewając w mgnieniu oka i robiąc wszystko, by być jak najlepszym partnerem i ojcem. Wiedział, że byłby do tego zdolny, ponieważ czegoś takiego doświadczył, będąc z Jenny. Wieść o jej ciąży również runęła na niego znienacka, a jednak, mimo początkowego przerażenia, ostatecznie zaczął cieszyć się na myśl o tym, że zostanie tatą. To fakt, nie był najlepszym ojcem, jaki mógł trafić się Oliverowi, a jednak robił, co mógł i zamierzał być coraz lepszy, bo jego syn niewątpliwie na to zasługiwał. W głowie Jamesa kłębiło się mnóstwo pytań, na które nigdy nie pozna odpowiedzi. Jego życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby Rosalie nie wyjechała tamtego przeklętego dnia, jednak teraz oboje mieli swoje światy, a to, co było kiedyś, dzisiaj stanowiło jedynie przeszłość - taką, którą, mimo jej licznych niedoskonałości, z pewnością będą wspominać do końca swoich dni. Postanowił żyć tym, co tu i teraz. Walczyć o swoje marzenia, snuć plany na przyszłość. Żyć i pilnować ludzi, na których mu zależało, by nigdy więcej nie wypuścić z rąk bliskiej swemu sercu osoby. Nie chciał po raz kolejny popełnić tego błędu. Wiedział, na czym powinien się skupić. Nie zamierzał tracić czasu. Chciał reperację swego życia zacząć od razu, wpierw jednak musiał odwieźć Rosalie do domu. Nie traktował tego jak przykrego obowiązku, wręcz przeciwnie. Wiedział, że wszystko inne może poczekać, a świat, który istniał tylko dla niego i jasnowłosej, wciąż był jednym z najwspanialszych miejsc, w których kiedykolwiek był. Cieszył się, że wciąż mógł patrzeć w te jej niesamowicie duże, przenikliwe oczy i słuchać melodyjnego głosu. Zaparkował samochód tuż pod jej blokiem i oboje wysiedli z auta.
- Powiesz, że jestem monotematyczny, ale chciałbym...
- Nie musisz - przerwała mu szybko, kiwając głową ze zrozumieniem. - Wiem, że jesteś mi wdzięczny. Dobrze wiesz, że nie masz powodów, by mi dziękować, ale mimo wszystko uważam, że to wspaniałe.
- Ach, więc teraz ty po raz setny powiesz, że nie zasłużyłaś na to, bym w ogóle chciał z tobą rozmawiać, tak? - zapytał James, szczerząc się. Rosalie przestąpiła z nogi na nogę. - Podsumowując, oboje jesteśmy nudni, aż do bólu.
- Lubimy powtarzać te same zdania przez kilka godzin...
- Przez całą drogę do domu...
Wymienili spojrzenia, a potem, dokładnie w tym samym momencie, choć tego nie planowali, oboje zrobili krok ku sobie i już po chwili tkwili w pełnym uczuć, przyjacielskim uścisku. Rozumieli się bez wypowiadania niepotrzebnych słów, które i tak znali doskonale. On był jej wdzięczny, a ona zdumiona swoim własnym szczęściem. Powiedzieli to już tyle razy, iż byli już przekonani, że nigdy nic nie zmieni tego, co czuli. James od początku wiedział, że znienawidzenie tej dziewczyny było po prostu fizycznie niemożliwe. Choć nie czuł do niej tego, co wówczas, kiedy zakochiwał się w niej coraz bardziej każdego dnia, Rosalie Dainty wciąż była jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Wiele lat temu obiecał jej, że nigdy nie pozwoli jej odejść. Nie dotrzymał słowa. Postanowił, że tym razem będzie inaczej. Jeśli będzie trzeba, zatrzyma ją przy sobie siłą. Chciał, by zawsze wiedziała, że może zwrócić się do niego z każdym problemem. Miał nadzieję, że Rosalie wkrótce uwierzy w to, że miała w nim prawdziwego przyjaciela na dobre i na złe.
- Chcesz wejść na górę? - zapytała, kiedy odstąpili od siebie na niezobowiązującą odległość.
- Herbata z sokiem malinowym? - odpowiedział pytaniem na pytanie, przypominając sobie swoje zdumienie, kiedy Rosalie zapamiętała tak nieistotną bzdurę z jego życia. Blondynka uśmiechnęła się uroczo. - Innym razem. Mam jeszcze coś do załatwienia.
Rosalie nie miała mu tego za złe, wręcz przeciwnie - na jej twarzy pojawił się trudny do zdefiniowania uśmiech, a w oczach zaczęły błyszczeć iskry. James znał to spojrzenie. Dziewczyna już wiedziała, co planował. Znała go lepiej, niż to w ogóle było dopuszczalne. Nigdy nie zrozumie, jak ona to robiła, co czyniło ją jeszcze bardziej wyjątkową i szczególną. James uśmiechnął się, kiwnął głową i odwrócił, by wsiąść do samochodu i obrać kierunek, który najwyraźniej znał nie tylko on, bo już po chwili usłyszał za sobą głos:
- Powodzenia z Jenny!
James roześmiał się. Zajął miejsce kierowcy, po raz ostatni przed odjazdem patrząc na Rosalie. Dziewczyna zakręciła się na chodniku i ruszyła w stronę budynku. Brązowooki umieścił kluczyk w stacyjce i ruszył, czując, że im bliżej celu był, tym jego serce coraz mocniej tłukło się pod zasłoną skóry, mięśni i kości.
***
Po tym, jak w jego krwi zaczęła krążyć zbawienna substancja, Josh obudził się pod osłoną nocy, a wkrótce potem znowu zasnął. Co jakiś czas, którego nie potrafił precyzyjnie określić, z względnej błogości wyrywały go te same, przerażające obrazy, do których nie przywykł, mimo, iż widział jej już setki razy w najczarniejszych koszmarach. Teraz przejście przez to wszystko było dziesięć razy trudniejsze, niż kiedyś. Był dosłownie przywiązany do szpitalnego łóżka, ponieważ za każdym razem, kiedy chciał stamtąd uciec, natychmiast zjawiał się Austin albo któryś z lekarzy, sprawiając, że Josh ponownie zapadał w sen - ten okropny, niewiarygodnie autentyczny sen. Może gdyby wiedzieli, że dla niego spanie wcale nie było ucieczką od demonów, tylko wpadaniem prosto w ich oślizgłe ramiona ociekające krwią, zaczęliby szukać innego sposobu, by mu pomóc? Tylko, że Hartley nikomu o tym nie powiedział. Nie odezwał się ani słowem, choć widział, że wszyscy, którzy przychodzili do niego z odwiedzinami, naprawdę chcieli, aby powiedział cokolwiek, zrobił jakiś śmiały ruch, który świadczyłby o poprawie swojego stanu albo chęci współpracy. Marzył o tym, by nie musieć patrzeć w zniecierpliwione oczy rodziny i dawnych przyjaciół - prawdę mówiąc, nie miał ochoty patrzeć na cokolwiek. Chciał po prostu umrzeć - czy to naprawdę tak wiele?
- Żałosne.
W pierwszej chwili Josh był oszołomiony. Pomału przyzwyczajał się do tego, że prócz dziwnych głosów w jego obolałej głowie, w pomieszczeniu było cicho, jak makiem zasiał. Pomyślał, że się przesłyszał i wówczas głos, który niewiele mu mówił, odezwał się raz jeszcze, obdarzając go tym samym, niezbyt miłym słowem. Hartley powoli przekręcił głowę, by odnaleźć wzrokiem osobę, która zakłócała jakże fantastyczny szmer w jego uszach. Na sąsiednim łóżku zobaczył długowłosą, rudą dziewczynę, pogrążoną w lekturze gazety. Odniósł wrażenie, że skądś ją zna, nie chciał jednak zachodzić w głowę, skąd. Postanowił przede wszystkim skupić się na tym, co owa postać powiedziała, robiąc to na tyle głośno, by Josh nie zdołał nie usłyszeć jej głosu.
- Co jest takie żałosne? - zapytał, a kiedy głos wyrwał się z jego gardła po raz pierwszy od dawna, poczuł się dziwnie obco. Jakby w jego ciele tkwiła zupełnie inna, obca osoba. Jakby demony wojny zawładnęły nim już tak bardzo, że teraz to prawdziwe, dobre oblicze Josha Hartleya, wydawało mu się nieznane, należące do intruza.
- Nie co, lecz kto - odparła, nie podnosząc wzroku znad stronic magazynu. - A kto jest żałosny, to ty chyba doskonale wiesz. W każdym razie powinieneś wiedzieć.
Josh nie bardzo wiedział, co powiedzieć, więc milczał, wciąż jednak przyglądając się nieznajomej kobiecie. Ta z kolei zdawała się być wręcz zachwycona, mogąc mówić dalej.
- Nigdy nie zrozumiem, jak z wielu możliwości ludzie mogą wybierać tę najłatwiejszą, wymagającą od nich jedynie pociągnięcia za spust - rzekła, gapiąc się na gazetę, choć tylko udawała, że czyta. Josh zauważył, że jej oczy wciąż pozostają w tej samej, nieruchomej pozycji. - Dla mnie samobójcy to zwykli tchórze.
Mercy Buckley złożyła gazetę na brzuchu, po raz pierwszy patrząc na Josha szeroko otwartymi, błękitnymi oczami.
- Wywróciłeś mój świat do góry nogami - zagrzmiała cierpkim głosem, lustrując Hartleya z taką niechęcią, jakby był wielkim, obleśnym robalem. - Zawsze sądziłam, że wojskowi są odważni i mężni, a tu proszę, zjawia się facet, który postanowił zejść z frontu w połowie walki.
- Dobrze się bawisz moim kosztem? - zapytał, przyglądając się kobiecie z podziwem w oczach. Nie rozumiał, dlaczego tak na niego wsiadła, zwłaszcza, że nawet się nie znali.
- Sam zabawiłeś się swoim kosztem, a także kosztem wszystkich tych, którzy przyjechali nawet z zagranicy, by być przy tobie - powiedziała. - Miałeś problem. Każdy z nas ma swoje demony - rzekła, a Josh zamrugał powiekami, odnosząc wrażenie, że tajemnicza i wrogo nastawiona dziewczyna, rozumiała z tego wszystkiego o wiele więcej, niż on. - Pomyślałam, że byłeś sam i po prostu przerósł cię trud codzienności.
- Tak było - wyrwało mu się, zanim zdążył zacisnąć zęby.
Mercy pokręciła głową, chcąc udowodnić mu, że się mylił.
- Dopiero powiedziałam ci o ludziach, którzy czatowali przy twoim łóżku - rzekła, patrząc na niego z niezmienną pogardą. - Jak śmiesz twierdzić, że byłeś sam? Jak mogłeś pomyśleć, że wokół ciebie nie ma chociaż jednej osoby, która zechciałaby ci pomóc?
- Nie zamierzam tego słuchać - powiedział stanowczo, czując, jak wzbiera się w nim złość. Spróbował podnieść się z łóżka, jednak był jeszcze zbyt słaby, by to zrobić. Po kolejnej próbie ręce ponownie załamały się pod ciężarem jego ciała, niemal całkowicie pozbawionego energii.
Mercy zaśmiała się, widząc jego wysiłki. Nawet nie próbowała zrobić tego dyskretnie. Śmiała mu się prosto w twarz. Josh zdołał obrócić się na drugi bok, nie mogąc pojąć, jakim prawem obca osoba wypowiada się na temat jego życia i rozlicza go z jego błędów. Wiedział jedno - nie wytrzyma z tą kobietą w jednej sali zbyt długo. Musiał albo szybko dojść do wystarczająco dobrej formy, by opuścić szpital, albo modlić się, by to ona wykonała taki krok i jak najszybciej zniknęła mu z oczu.
***
Brunet wiedział, że jego stopy pozostawiają odciski na drodze, choć gdyby nie to, gotów był uwierzyć, że unosił się kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Odległość dzieląca go od drzwi, które tak bardzo chciał otworzyć jeszcze w tej sekundzie, stawała się coraz mniejsza. Starał się nie myśleć za dużo, by nie odczuć rozczarowania, jeśli coś nie pójdzie według planu, a było to bardzo trudne, ponieważ rudowłosa dziewczyna wciąż na nowo pojawiała się w jego głowie. Unosiła się w nim niczym obłok i choć wyobraźnia Jamesa wykreowała ją naprawdę wiernie, mężczyzna chciał czegoś więcej. Musiał zobaczyć te zielone oczy, te płomienne włosy, tysiące piegów i całą resztę, by poczuć się w pełni usatysfakcjonowany. Podniósł rękę, by zapukać do drzwi, w ostatniej chwili zrezygnował jednak i nacisnął klamkę, nie czekając na zaproszenie. Wszedł do środka po cichu, ostrożnie stawiając kroki. Wiedział, że jest już dość późno i przypomniał sobie, że jego wizyty w tym miejscu z reguły odbywały się właśnie późnym wieczorem. Były to zarówno przyjemne, jak i żarliwe chwile, a James bez mrugnięcia okiem oddałby każdą z nich, w zamian za to, by tu i teraz było czasem idealnym zarówno dla niego, jak i dla Jenny, która na razie nie mogła mieć pojęcia o jego zamiarach.
Devon przemierzał kolejne metry, szukając ukochanej w każdym prawdopodobnym miejscu. Miał wielką nadzieję, że Oliver już śpi, ponieważ nie zamierzał spędzić tutaj zbyt długiego czasu. To wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej, a dziś było jedynie początkiem, wstępem do czegoś znacznie większego i istotniejszego. James czekał na tę chwilę, klikając palcami, a kiedy zobaczył, jak Jenny wstaje z kanapy, nieświadoma jeszcze, że ma w domu nieproszonego gościa, ucieszył się i ruszył ku niej szybko. Przestał się skradać, niczym włamywacz. Szedł w końcu po to, co kiedyś już należało do niego i miał nadzieję, że wkrótce będzie mógł powiedzieć to samo, tylko w czasie teraźniejszym. Znalazł się trzy metry od niej. Dwa. Jeden...
Jenny zaszczyciła go w końcu spojrzeniem, kiedy nie było już żadnej drogi ucieczki. Zaskoczona jego przyjściem dziewczyna już otworzyła usta, by coś powiedzieć (najprawdopodobniej zapytać, czy on ma w ogóle pojęcie, która jest godzina), jednak James nie pozwolił na to, by po pokoju potoczył się jej głos. Mężczyzna objął ją mocno i pocałował tak namiętnie, jak chyba nigdy wcześniej. Jenny była wyraźnie oszołomiona. Spróbowała wyplątać się z rąk chłopaka, wówczas James podniósł ją o kilka cali nad ziemię. Nie mogła go teraz zostawić. Zadarł lekko głowę, by zobaczyć jej twarz. Piegi, które porozrzucane były po całej jej twarzy, wydawały mu się o wiele wyraźniejsze, niż kiedy rozmawiali po raz ostatni. Przez jego twarz przebiegł uśmiech zwycięzcy, ponieważ w jej migdałowych oczach dostrzegł coś, czego zdecydowanie nie mógłby sobie uroić. Choć nie była przekonana, że było to słuszne, dała mu pozwolenie na to, by po prostu robił, co chciał.
James postawił ją z powrotem na ziemi, a ona zarzuciła mu ręce na kark. Ich usta ponownie złączyły się w pocałunku, a im dalej zachodzili, tym goręcej się robiło. Było dla nich jasne, że oboje pragnęli tego od bardzo, bardzo dawna. James przycisnął Jenny do ściany, nie przestając delektować się słodkim smakiem jej ust, który tak kochał. Rudowłosa wydała z siebie ciche westchnienie, kiedy poczuła jego dłonie w swojej talii. Coraz niżej... James przypomniał sobie, że spędzenie z nią nocy nie było jego celem. Oczywiście chciałby, aby taki scenariusz był możliwy, zwłaszcza teraz, kiedy Jenny stawała się coraz śmielsza z każdym kolejnym pocałunkiem. Mimo to, mężczyzna postanowił pozostać wiernym planowi, który nakreślił w swojej głowie. Oderwanie się od Jenny było bardzo trudne, jednak jakimś cudem udało mu się to.
- Spotkajmy się jutro - powiedział, a łatwo nie było, ponieważ ich usta raz po raz znowu się stykały i ciężko było wyłapać, który wypłynął z czyjej inicjatywy.
- Nie...
- Chcę ci coś pokazać i powiedzieć - dodał, próbując odsunąć się na bezpieczną odległość, jednak za każdym razem i tak wracał do niej, a kiedy czuł ciepłotę jej ciała, miał coraz większą ochotę, by olać ten swój plan i zostać tu nie tylko na tę jedną noc, lecz na zawsze.
- Nie idź - powiedziała błagalnie, a światło świec migotało w jej przepięknych oczach.
- Jutro...
- Nie idź - powtórzyła, trzymając Jamesa za koszulkę.
- Jutro - rzekł ponownie, tym razem jednak bardziej stanowczo.
Pocałował ją raz jeszcze, tym razem starając się zrobić to szybko, by znowu nie dać się ponieść, a Jenny puściła materiał, choć jej mina świadczyła, że zrobiła to bardzo niechętnie. James uśmiechnął się do niej i wyszedł z domu. W ogrodzie czekało na niego ciepłe, lipcowe powietrze. Teraz już nie mógł przestać wyobrażać sobie jutrzejszego spotkania z ukochaną - nie po tym, do czego doszło przed momentem. Tak długo marzył o tym, by choć odrobinę zbliżyć się do Jenny, a teraz mógł szczycić się tym, że na nowo odkrył jej niebiański urok. Wiedział, że gdyby spędzili tę noc razem, nazajutrz Jenny zaczęłaby zadawać kłopotliwe pytania i niewykluczone, że wywlekłaby temat Rosalie i jej roli w życiu Jamesa, w końcu tak bardzo lubiła obarczać Rosie winą za niepowodzenia w ich związku. James chciał wpierw powiedzieć jej, co czuł i do jakich wniosków doszedł. Musiała to wiedzieć, a potem zadecydować, co dalej. Nie chciał myśleć o tym, jaką decyzję podejmie kobieta, którą kochał. Prawdę mówiąc, był zbyt rozemocjonowany, by móc myśleć o czymkolwiek innym, niż o jej ustach, tak mocno spragnionych jego bliskości - ustach, które dawno już nie były tak bardzo jego.
***
James Arthur - Recovery*
Cieszę się, że tak bardzo jesteś zadowolona z tej historii, bo masz ku temu pełne prawo. Każdy wątek jest dopracowany do perfekcji. Bohaterowie mają swoje własne, ciekawe osobowości, a każdy kolejny odcinek jest jeszcze bardziej ekscytujący od poprzedniego. Jak dla mnie to opowiadanie mogłoby trwać Forever! :) A co do przyszłości po zakończeniu tej historii, to ja liczę na kolejne opowiadanie Twojego autorstwa. Innej przyszłości sobie nie wyobrażam i mam nadzieję, że Ty również?
OdpowiedzUsuńJosh jest w totalnej rozsypce. Przeraża mnie to, co się z nim stało. Silny człowiek, który gotów był stanąć w obronie swojego kraju, bliskich mu ludzi, nie potrafi ochronić samego siebie. Wojna to przekleństwo. Dla ludzi, którzy mieszkają w kraju objętym walkami, ale także dla tych, którzy jadą tam, aby walczyć o pokój. Oglądałam dużo programów i filmów o wojnie, czytałam też trochę artykułów, a nawet rozmawiałam odrobinę z moim wujkiem, który stacjonował w Afganistanie - więc mniej więcej wiem jak to wyniszcza ludzką psychikę. Josh jest tego najlepszym przykładem. Chciał pomóc innym, a skończył jako ofiara. Wierzę, że nie jest jeszcze za późno i znajdzie się ktoś, kto będzie głosem jego rozsądku. Poda mu pomocną rękę, którą on bez wahania przyjmie, bo od tego momentu wszystko zależy od niego.
Mam taki szeroki uśmiech na twarzy, gdy czytam o szczęśliwej i zakochanej Christinie. Dziewczyna zasługuje na wszystko, co najlepsze i cieszę się, że wreszcie to odnalazła. Aż chcę skakać z radości! Co prawda nie bardzo przypadła mi do gustu piosenka, ale za to opisy mnie powaliły. Cały fragment czytało się przyjemnie i z lekkością. Uwielbiam to!
Ed i jedna z moich ulubionych piosenek <3 ! Sama nie wiem czy ta piosenka mi do nich pasuje, ale przyjemnie mi się przy niej czytało, więc się czepiać nie będę. Co do tej dwójki to ja kompletnie ich nie rozumiem. To jedyny wątek, którego nie potrafię pojąć (przepraszam). Po prostu ciężko mi uwierzyć, że po tym wszystkim, co zrobiła Rosalie, James tak po prostu jej wybaczył i co więcej, zachowuje się jakby nigdy nic się nie stało. Jakoś mnie to nie przekonuje, ale tak jak powiedziałam, to tylko moje zdanie.
Uwielbiam Mercy. Jest silną, waleczną i bardzo mądrą kobietą. Cieszę się, że Josh trafił na nią. Myślę, że Mercy będzie miła na niego pozytywny wpływ. Przede wszystkim nie będzie się nad nim rozczulać jak będzie to robić jego rodzina. Jest szczera do bólu i to w niej uwielbiam. A Josh niech się obudzi i przestanie robić z siebie ofiarę - Mercy ma rację. Josh ma więcej niż niejeden człowiek i tylko od niego zależy, czy to zatrzyma.
I tutaj ta piosenka pasuje idealnie. Ach, jak ubóstwiam tą dwójkę. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo trzymam za nich kciuki. Jestem ciekawa, co za niespodziankę przygotował James! Najchętniej już przeczytałabym nowy odcinek, a tutaj przyjdzie mi poczekać. Tak czy siak, jestem mega zadowolona z tego jak bardzo posunęła się do przodu relacja między Jamesem i Jenny. Ja już chcę ich razem!!!!! <3
Kochana, świetny odcinek! Jestem coraz bardziej ciekawa jak to wszystko się potoczy, czym nas jeszcze zaskoczysz (bo jestem pewna, że tak będzie) i jak to się skończy. Opisy jak zawsze na wysokim poziomie i do tego interesujące dialogi. Jestem zachwycona tą częścią, a najbardziej fragmentami z Christiną i Gregorym oraz Jenny i Jamesem! Ach i och <3
Czekam na nowość.
Ściskam mocno:*
Hej Kochana:* no właśnie, dwa tygodnie minęły a ja dopiero teraz się tutaj zjawiam. Naprawdę przepraszam Cię za te moje spóźnienia, bo wiem, że mój komentarz powinien już tutaj być od dawna, ale naprawdę nie dałam rady. Postaram się żeby pod następnym rozdziałem pojawił się już szybciej, ale nie mogę niestety nic obiecać. Wiem, że się na mnie o to nie gniewasz, ale pewnie kolejny rozdział chciałaś dodać szybciej niż ten, stąd moje tłumaczenie :) a czytając Twoje słowo wstępu tylko utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że po prostu czytasz mi w myślach :) już dawno chciałam Cię zapytać ile rozdziałów zostało do końca, a tu proszę, wchodzę i mam gotową odpowiedź :) ale przynajmniej mi ulżyło i wiem, że jeszcze trochę się nacieszę tą historią :) to tyle. Teraz zabieram się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńTo naprawdę wspaniała wiadomość, że Josh wybudził się ze śpiączki. Było z nim źle i to bardzo, ale może teraz wszystko będzie wracać do normy? Chociaż nie ukrywam, że mam pewne wątpliwości czytając o jego zachowaniu tuż po przebudzeniu. Nie wygląda na to żeby w jego głowie cokolwiek się zmieniło, nawet przez chwilę miałam wrażenie, że jest jeszcze gorzej niż było. Zamiast cieszyć się z tego, że żyje, że są obok niego osoby którym na nim zależy, to on chciał jeszcze bardziej pogorszyć sytuację. Nawet nie chcę pisać, że go rozumiem bo to mijałoby się z prawdą. Po prostu nie rozumiem zachowania Josha i tyle. Przeszłość przeszłością, ale czy rzeczywiście tak ciężko się od tego uwolnić skoro zrezygnował z wojska i może zacząć nowe, normalne życie? Domyślam się, że bycie żołnierzem wcale nie jest łatwe, ale skoro sam dobrowolnie z tego zrezygnował to chyba może układać sobie życie jak chce, prawda? Josh jest w kompletnej rozsypce. I nie ma co się nad tym zastanawiać on po prostu potrzebuje pomocy i to natychmiastowej. Bez tego nie będzie żył w spokoju. Mam nadzieję, że znajdzie się osoba, która mu pomoże i przede wszystkim taka, której pomocy żołnierz nie odrzuci. Teraz tak naprawdę wszystko zależy od niego, a wydaje mi się, że jak chce żyć normalnie to przyjmie każdą pomoc. Oby tak się stało.
Nareszcie! Długo się naczekałam zanim przeczytałam fragment o szczęśliwej Christinie, ale szczęśliwej tak na serio. Naprawdę widać po niej, że odnalazła szczęście na które tak długo czekała. Związek z Gregorym sprawia, że psycholog po prostu promienieje jak nigdy dotąd. Prawda jest taka, że nikt tak naprawdę nie pomyślałby, że ta dwójka w ogóle będzie razem, że pomiędzy nimi może powstać jakaś poważniejsza relacja. Gregory jako komik? Według mnie zawód pisarza odpowiada mu znacznie bardziej i ja również wolałabym żeby nie zmieniał zawodu :) a jeśli chodzi o takich właśnie ludzi uparcie gapiących się na dwójkę zakochanych ludzi, to naprawdę dziwi mnie zachowanie takich osób. Wiadomo, że jednym to przeszkadza a innym nie, ale jeśli już naprawdę komuś nie podoba się coś takiego, to niech po prostu nie patrzy i tyle :) dla mnie zachowanie tej kobiety to robienie problemu z niczego. Ale przynajmniej opuściła restaurację i spokój :) oby więcej fragmentów ze szczęśliwą Tiną w roli głównej :)
Tak jak już mówiłam wcześniej podziwiam Jamesa. Ma w sobie tyle dobroci, że mógłby się nią podzielić ze wszystkimi dookoła. Wiadomo, że swoje za uszami ma jak większość z nas. Wiem też, że większości podjętych przez niego decyzji nie pochwalałam, ale prawda jest taka, że każdy z nas popełnia błędy, każdy z nas też ma prawo się pogubić w życiu, a ważne jest to, żeby ostatecznie odnaleźć tą właściwą drogę. Ciesze się, że w końcu James poszedł po rozum do głowy i postanowił zawalczyć o Jenny. Wreszcie zrozumiał, że żadna kobieta nie da mu tyle szczęścia co ona, matka jego dziecka. A podziwiam go przede wszystkim za jego stosunek do Rosalie. Tyle kłamstw i niejasności wyszło na jaw, tyle ta dziewczyna namieszała w jego życiu a on mimo wszystko jej wybaczył. W każdym bądź razie dla mnie byłoby tego za wiele. Musiałabym sobie to wszystko przemyśleć i poukładać w głowie, ale nie sądzę żebym chciała utrzymywać dalej kontakt z osobą, która tak mnie okłamała. Ale to oczywiście moje zdanie, a James zrobił tak jak chciał :)
OdpowiedzUsuńMercy Buckley. Pojawiła się w tej historii tak nieoczekiwanie i z miejsca ją polubiłam. To, że jest szczera do bólu to wiemy wszyscy. Dla mnie jest też osobą bardzo mądrą i przede wszystkim waleczną. Nie załamała się mimo, że straciła nogę w wypadku. Nie wybrała tej łatwiejszej drogi jak sama to ujęła, tylko walczy o swoją lepszą przyszłość. Początkowo nie byłam nastawiona optymistycznie do tego, że przybywa z Joshem w tej samej sali. Pierwsze wrażenie jest takie, że ewidentnie się nie polubili i myślę, że minie sporo czasu zanim w ogóle się do siebie przekonają. Ale myślę, że Mercy będzie miała naprawdę dobry wpływ na Josha. Że może dzięki jej szczerości żołnierz zrozumie pewne sprawy i może wreszcie zechce poprawić swoje życie? Tak, właśnie tak myślę, że to dzięki Mercy Josh odzyska spokój i radość z życia, ale to oczywiście moje zdanie, ale mam nadzieję, że tak właśnie będzie :)
Podsumowując ostatni fragment napiszę tak: James zrobił to co powinien zrobić już dawno temu. Trzymam za nich kciuki naprawdę mocno, bo pasują do siebie wręcz idealnie. Ciekawa jestem co takiego przygotował dla Jenny. Domyślam się co to może być, ale poczekam do kolejnego rozdziału aż moje domysły się wyjaśnią :)
Czekam na kolejną nowość :)
Pozdrawiam :*