03 lipca 2015

44. ,,Tam, gdzie gwiazdy...''

Hej :)
Ten rozdział jest jednym z tych, na których napisanie czekałam jak na Gwiazdkę. Ostatni fragment miałam w głowie niemal od samego początku tego opowiadania, włącznie z muzyką, której użyłam. Nie wiem, ile razy czytałam już ten rozdział... Na palcach jednej ręki na pewno nie da się tego policzyć. I zawsze działa na mnie tak samo. Wzrusza mnie. Jestem ciekawa Waszych reakcji i opinii. Mam nadzieję, że będzie Wam się miło czytało, mimo, iż odcinek w większości nie jest radosny ;)
Dziękuję bardzo za komentarze pod poprzednią częścią i za obecność. Po raz pierwszy od dawna odpowiedziałam na nie, i choć moje odpowiedzi nie są zachwycające, to możecie się z nimi zapoznać ;)
Coraz bliżej nam do końca tej historii. Jeszcze trzy rozdziały i epilog. Normalnie nie mogę w to uwierzyć. Kiedy zaczynałam pisać Forever, nie sądziłam, że ta historia stanie się dla mnie aż tak ważna. Uwielbiam ją, mimo niedociągnięć, które w sobie ma, a Wasza obecność czyni to opowiadanie jeszcze lepszym.
Całuję i do następnego! :*
***
Wrzesień
James Vincent McMorrow - Follow You Down To The Red Oak Tree

Jenny poprawiła okulary, czytając zdania, które dotychczas udało jej się napisać. W swoim sprawozdaniu jak zwykle najbardziej wychwaliła Victora, który zdobył we wczorajszym meczu przepięknego gola spoza pola karnego. Musiała to zmienić, jeśli zależało jej na ten pracy. Szef wiele razy dawał jej do zrozumienia, że powinna odłożyć rodzinne sentymenty na bok i skupić się na robocie. Nie było to łatwe, bo rudowłosa zawsze gotowa była podkreślać, jak dumna była na myśl o sukcesach starszego brata, postanowiła jednak spróbować. Usunęła kilka słów o Victorze, by wspomnieć o naprawdę mistrzowskich paradach bramkarza, a także drugiej bramce, strzelonej przez innego zawodnika. Oparła się wygodnie, po raz ostatni omiatając wzrokiem całą treść, a potem wysłała ją do redakcji. Wyjrzała przez okno. Południe było mgliste i pochmurne, choć gdzieniegdzie, jakby przez sito, widać było przebłyski nieśmiałego słońca. Teraz, kiedy wypełniła część swych obowiązków, miała ochotę odpocząć. W pierwszej chwili pomyślała o Oliverze, jednak chłopiec zaraz po szkole miał mieć trening i zobaczą się dopiero wieczorem. Potem wpadł jej do głowy James, jednak szybko zorientowała się, że nie był to najlepszy pomysł. Ostatni okres był dla Devona bardzo trudny, stał się milczący i jakby nieobecny. Nie odpowiadało jej to, jednak w ostatecznym rozrachunku wolała ciszę, niż kłótnie czy nieprzemyślane słowa, mogące sprawić ból. Chciała, by wiedział, że ona przy nim czuwa, że jest, a jeśli kiedykolwiek będzie jej potrzebował, zawsze znajdzie u niej pomoc. Martwiła się o niego, bo parę razy zdarzyło mu się nie odebrać od niej telefonu. Zaproponowała, by wprowadził się do niej i do Olivera. James odmówił, jednak ona nie dała za wygraną. Chciała mieć go na oku, pilnować, by nie zrobił czegoś głupiego - bardzo możliwe, że to incydent z Joshem wzbudził w niej większą czujność i ostrożność. Zaglądała do sypialni, w której James spędzał większość czasu. Mężczyzna albo jej nie zauważał, albo uśmiechał się nadmiernie, chcąc pokazać jej, że wszystko jest w porządku. Nie potrafiła zaufać mu w stu procentach. Doglądała go tak, jakby był małym dzieckiem i liczyła się z tym, że może go to denerwować, jednak zapowiedziała mu, że kocha go zbyt mocno, by przeoczyć jakiś ważny moment. Wszyscy przeżywali jeszcze gorszy stan zdrowia Rosalie, jednak w tym wszystkim James czuł ból tak ogromny, że aż nie pozwalało mu to normalnie funkcjonować. Któregoś razu Jenny zapytała go, czy boi się śmierci dziewczyny. James uśmiechnął się dziwnie, tak, jakby traktował jej słowa jak coś najmniej poważnego na świecie. Jakby wcale nie wierzył w to, że właśnie tak miał wyglądać koniec... Zastanawiała się, jak to będzie, kiedy los zrobi swoje, a Rosalie odejdzie i nigdy już nie wróci. Jak James poradzi sobie z tą stratą? Czy Jenny będzie w stanie mu pomóc?
Zielonooka wzdrygnęła się na krześle, kiedy zauważyła, jak brązowooki przecina korytarz, wyraźnie chcąc pozostać niezauważonym. Wezwała go, jednak on nie zareagował i w ciszy zakładał buty. Jenny wstała i poszła w tamtym kierunku. Kiedy go zobaczyła, od razu zorientowała się, że coś jest nie tak. Przeszył ją nieprzyjemny dreszcz, poczuła niepokój. Brunet miał lekko zaczerwienione policzki i smutne, jakby puste oczy. Widok ten był dla Jenny prawdziwym koszmarem. Chciała natychmiast się obudzić, wiedziała jednak, że to wcale nie była książka, lecz rzeczywistość - trudna, niesprawiedliwa i niemożliwa do pojęcia.
- Muszę coś załatwić na mieście - powiedział James, zakładając kurtkę.
- James...
- Nie wiem, kiedy wrócę - mówił dalej, ignorując jej zatroskaną minę i ton. - Nie wiem, czy w ogóle wrócę dzisiaj na noc.
- Dlaczego?
Jej głos był stanowczy. James poznał to. Po raz pierwszy spojrzał na nią, a ona wzdrygnęła się raz jeszcze. Mężczyzna wyraźnie walczył z samym sobą, szukając ucieczki od pytania, które mu zadała. W końcu, po blisko minucie, zrozumiał, że nie uda mu się z nią wygrać. Westchnął ciężko.
- Rozmawiałem z Christiną - rzekł z taką miną, jakby każde słowo było żyletką, tnącą jego biedne gardło.
Jenny chciała zapytać o coś jeszcze, a James bezbłędnie to wyczuł. Skinął głową, potwierdzając jej obawy, a potem szybko obrócił się na pięcie. Chciała go przytulić, dodać mu otuchy, jednak on wyraźnie tego unikał, prawdopodobnie bojąc się, że wówczas po prostu się rozklei. Spojrzał na nią po raz ostatni, a Jenny domyślała się, że chciał ją przeprosić za swoje zachowanie - tak, jakby jego troska o Rosalie wciąż mogła sprawiać rudowłosej ból. Kiedy wyszedł, a Jenny została sama w tym nieznośnie pustym domu, do głosu doszło serce. A więc to był ten dzień... Zielonooka wróciła do salonu, gdzie wyłączyła komputer. Ubrała się pospiesznie i wyszła, czując całą sobą, że spacer dobrze jej zrobi i pomoże poradzić sobie z tym wszystkim, co przeżywała, a co było zaledwie ułamkiem smutku, który czuł James.

***

Potrzebował tylko jednego jej spojrzenia, by przypomnieć sobie, po co przyszedł. Kiedy błękitne oczy dziewczyny spoczęły na nim, jego ciało stało się jakby cieplejsze - a w każdym razie na pewno stało się takie jego serce. Po chwili Mercy uśmiechnęła się, odgarniając nieposłuszne pasmo włosów za ucho. Hartley bez wahania odwzajemnił ten uśmiech, a jego umysł ponownie wypełniło rozgrzewające wspomnienie sprzed kilku dni, kiedy zachował się dokładnie tak, jak stanowczy i bezwzględny żołnierz, jakim kiedyś był - poszedł po to, o co wiedział, że warto walczyć.

Rozmowa z Christiną dodała mu odwagi. Początkowo nie wiedział, czy powinien to robić. Wahał się, czy w ogóle ma do tego prawo - przecież to było jej życie i jej decyzja. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu uporczywie, że przede wszystkim powinien szanować jej wolność. Drugi głos, nieco głośniejszy, mówił, że równie dobrze jej szczęście może być tu, z nim, a nie na drugim końcu świata, tak daleko od jego spragnionego serca. Niebieskooki zatrzymał się, kiedy uzmysłowił sobie, że minęło sporo czasu, od kiedy po raz ostatni słyszał demony w swojej głowie. Wszystko ustępowało dzień po dniu, aż w końcu zniknęły wszelkie złe omeny i to, co powodowało te wszystkie nieszczęścia. To ona pomogła mu się uwolnić. Ona dała mu to, czego sama poszukiwała. Czy istniała szansa, by w ramach rewanżu Josh ofiarował jej identyczny podarunek? Mężczyzna popchnął drzwi i zobaczył ją na jednym z łóżek. Nie miała na sobie piżamy, lecz szarą bluzę, a ciemne dżinsy uwydatniały wyraźny ubytek. Kiedy go zobaczyła, jej koński ogon zakołysał się, jakby podziałał na niego silny powiew wiatru. Uśmiechnęła się, choć w jej twarzy Josh natychmiast odnalazł coś nowego - było to zmartwienie. Przejął się tym, choć poczuł też coś na kształt ulgi. Zależało jej na tym, by nie tracić z nim kontaktu i z całą pewnością nie chciała zostawić go samego. Pomyślał, że jeszcze nie wszystko stracone. Jest nadzieja, że Mercy Buckley zmieni zdanie i po prostu mu zaufa.
- Witaj - powiedziała, najwyraźniej uznając, że bez należytego powitania nie warto w ogóle zaczynać rozmowy. - Wyglądasz... inaczej.
- Tak? - spytał Josh nerwowym głosem. Mercy wyczuła jego emocje, patrząc na niego przenikliwie. Mężczyzna usiadł na skraju łóżka, wlepiając wzrok w rudowłosą. Jego serce biło bardzo szybko, jednak umysł pozostał chłodny. - Słuchaj, dużo o nas myślałem.
- Josh... - przerwała, jednak Hartley nie ugiął się.
- Daj mi dokończyć - zażądał. - Wiem, że nie jesteś tu szczęśliwa. Coraz częściej myślisz o zmianach, które zaszły po wypadku. Jest ci ciężko, a ja to rozumiem, bo też nie jestem w najlepszym nastroju i to od długich miesięcy. Właśnie dlatego uważam, że powinnaś tu zostać.
- Słucham? - zapytała Mercy, a Josh po raz pierwszy pomyślał, że naprawdę ją zaskoczył. Przez jej twarz przemknął cień uśmiechu, jednak Hartley wiedział, że to jeszcze nie koniec.
- Pomogłaś mi, kiedy potrzebowałem kogoś takiego, jak ty. Byłaś przy mnie, bez względu na to, jak bardzo gardziłaś tym, co zrobiłem. Pokazałaś, że trzeba zawsze szukać pomocy. Teraz ja chcę zrobić to samo dla ciebie.
- Ale Josh...
- Mercy, ty naprawdę nie rozumiesz, że nie uda ci się ze mną wygrać? - zapytał, uśmiechając się ironicznie, zastanawiając się, kiedy dziewczyna w końcu mu ulegnie. - Jestem zdeterminowany, by mieć cię przy sobie. Bardzo możliwe, że poradzisz sobie sama, w końcu jesteś naprawdę niezwykle silną osobą, ale mimo to chcę być świadkiem twojego powrotu do żywych. Chcę patrzeć, jak odzyskujesz radość i nadzieję. Chcę zapalić w tobie to światełko, którym ty sama zaszczyciłaś moje serce.
Mercy zaniemówiła, a w jej błękitnych oczach zalśniły przejrzyste kropelki. Chciała to przed nim ukryć, jednak kiedy Josh ujął jej dłoń, dziewczyna nie była już w stanie uciec spojrzeniem w nieznane. Patrzyli na siebie, przeszywając się nawzajem.
- Jeśli wyjedziesz, pojadę za tobą - rzekł ze śmiertelną powagą. - Nawet na koniec świata. Okrążę ziemię, by być przy tobie, rozumiesz?
Ścisnęła jego dłoń trochę mocniej, a potem skinęła głową, zgadzając się na jego warunki. Łzy płynęły po jej policzkach, a Josh poczuł się naprawdę szczęśliwy. Czekały ich trudne czasy pełne zwątpienia, a jednak czuł, że wszystko będzie dobrze, ponieważ mają siebie nawzajem. Nie przytulili się - mężczyzna wiedział, że na tego typu rzeczy było trochę za wcześnie, biorąc pod uwagę ich trudne położenie - a jednak on nie potrzebował nic więcej. Wiedział, że było tak, jak chciał. Rozumiała.

Podczas gdy Mercy siedziała wygodnie w fotelu, niebieskooki umiejscowił się na podłodze, plecami opierając o jej nogę. Przez kilka godzin opowiadali sobie, co aktualnie czują i co chcieliby zmienić w swoim życiu. Nie mieli przed sobą żadnych sekretów. Byli swoimi psychologami, doradcami i przyjaciółmi, a chociaż Josh był jej wdzięczny za pomoc w walce ze swoją ciemną stroną, to mimo wszystko najbardziej doceniał właśnie tę ostatnią funkcję. Wsparł się na rękach, by móc ją zobaczyć. Miała na sobie bluzę w kolorze butelkowej zieleni, a długie włosy jak zwykle odgarnięte na jedną stronę. Uśmiechnęła się do niego, nie tracąc swego wrodzonego, nieco złośliwego charakterku, a Hartley odwrócił się, szczerząc do samego siebie i do swojego losu. Po raz pierwszy od dawna naprawdę dostrzegał piękno tego miasta, mglistego i deszczowego, ale najpiękniejszego na świecie, kiedy ona tutaj była. Została. Zrobiła to dla nich obojga i póki co nie otrzymała jeszcze powodu, by zmienić zdanie. Josh miał nadzieję, że nawet, jeśli Mercy kiedyś zapragnie wyjechać, to nie zrobi tego bez niego. To nie była miłość. Żadne z nich nie myślało jeszcze, że ich znajomość może się tak rozwinąć. Na ten moment skupiali się na tym, by pielęgnować swoje trwałe, praktycznie wzorcowe relacje, a to, co przyniesie przyszłość, spróbują zaakceptować w pełni.

***

Mężczyzna wypuścił dym z ust, robiąc to po raz pierwszy od dawna. Jego dłonie drżały, a prawda, którą tak bardzo chciał wyprzeć, teraz uderzała w jego świadomość z coraz większą siłą. Wiedział, że ostatnim przystankiem był szpital, najpierw jednak musiał zatrzymać się tutaj, w knajpie, którą kojarzył jedynie z nazwy. Sophia dzwoniła do niego od kilku dni, jednak on konsekwentnie odrzucał każde połączenie. Uległ dopiero, kiedy poczuł, że potrzebuje porozmawiać z kimś, kto nie przeżywa niesprawiedliwego losu Rosalie. Miał już dość tych smutnych, współczujących spojrzeń. Miał dość pogrążania się w żałobie, na którą przecież było jeszcze za wcześnie. Chciał wierzyć w to, że rozmowa z Sophią w jakiś pokrętny sposób ułatwi mu spotkanie z Rosie. Bał się, co zobaczy w jej ciemnobrązowych oczach, kiedy zatrzyma się przy jej łóżku i być może usłyszy jej głos po raz ostatni. Kiedy zobaczył, jak Sophia zmierza w jego stronę, balansując ciałem na boki, poprawił się na krześle. Skinął głową, było to bowiem najlepsze powitanie, na jakie było go wówczas stać. Blondynka, która sprawiała wrażenie, jakby liczyła na coś więcej, uśmiechnęła się w sposób trudny do zdefiniowania, po czym zajęła miejsce naprzeciwko.
- Mógłbyś nie palić? - zapytała, jednak nie musiała tego robić, bo w tej samej chwili James cisnął końcówkę papierosa na ziemię i przydusił ją butem. - Dziękuję - powiedziała, a brunet wzruszył ramionami obojętnie.
Początkowo James planował boczyć się na Sophię, czuł bowiem, że nie odnajdzie siły w sobie, by zrobić coś więcej. Kiedy tak patrzył na nią, na zaokrąglony brzuszek, który tak nie pasował do dziwnej przebiegłości na jej twarzy, poczuł jednak ciekawość, której uległ.
- Co u ciebie słychać? - spytał mężczyzna, nie odrywając wzroku od rozmówczyni. Na dźwięk jego głosu kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej, w ten sam, budzący niepewność sposób.
Spodziewał się, że dziewczyna powie coś o ciąży, o swoim nowym, lepszym życiu, ona jednak postąpiła inaczej. Nie skrzywiła się, lecz jej twarz straciła swój zwykły wyraz. Nie wiedział, co chodzi jej po głowie. W napięciu czekał na ciąg dalszy.
- Wydawało mi się, że idę w dobrym kierunku - powiedziała Sophia. - Dziecko w drodze, a u boku mężczyzna, który świata poza mną nie widzi. Żyłam tą iluzją. Bawiłam się w idealną prawie-rodzinę, udając, że jestem kimś innym. Dopiero spotkanie z Rosalie uzmysłowiło mi, że okłamywałam samą siebie. Choć pogodziłyśmy się, jej obecność przypomniała mi o tym, kim naprawdę jestem.
James nie zareagował na przerwę, jaką zrobiła Sophia. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, jednak wspomnienie Rosie wyraźnie podziałało na jego zmysły. Obawa o jasnowłosą była jeszcze większa, niż dotychczas. Sophia przyglądała mu się przez chwilę, a jej źrenice rozszerzyły się. Ponownie się uśmiechnęła, jakby drwiąco.
- Jestem suką - rzekła chłodno. - Rosalie się zmieniła, ja nie. Nie jestem dobrym człowiekiem i nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni. Nie chcę ranić Martina, bo tak naprawdę tylko on mi pozostał. Czasami zastanawiam się, czy może byłoby lepiej dla wszystkich, gdybym usunęła się z jego życia. To wspaniały facet. Nie wiem, czy go kocham... Wciąż nie mam tej pewności, ale wiem, że pragnę jego szczęścia.
- Więc mu je daj - powiedział James, czując lekkie poirytowanie.
- Bo to takie proste, no nie? - zakpiła Sophia.
- Przepraszam, ale nie wiem, po co mi to wszystko mówisz - zagrzmiał mężczyzna, denerwując się.
- Grunt, że ja wiem - odrzekła spokojnie jasnowłosa. - Choć ja nie odwiedzam Rosalie w szpitalu, wiem, że ty jesteś tam bardzo częstym gościem. Zależy ci na niej. W pewnym sensie ją kochasz. Jesteś jedyną osobą, której mogę powiedzieć, że Rosalie wpłynęła na mnie. Miałyśmy podobną, ciemną przeszłość i obydwie popełniałyśmy błędy. Podczas, kiedy ja wciąż raniłam wszystkich dookoła i bawiłam się ludzkimi uczuciami, Rosalie budowała swój świat od nowa. Pokazała mi, że nawet dla takich, jak my, jest nadzieja. Zmieniła się i choć ja ewidentnie potrzebuję więcej czasu, być może pewnego dnia w końcu mi też się to uda.
Sophia ponownie zamilkła, a James zdumiał się, kiedy usłyszał, jak dziewczyna przełyka ślinę z wielkim trudem. Jej oczy stały się wilgotne, co było do niej tak bardzo niepodobne. Czuł się niezręcznie. Obawiał się, że to kolejna gierka, a Sophia za chwilę znowu uśmiechnie się gorzko. Nic takiego się nie wydarzyło. Kiedy spojrzała na niego swymi błękitnymi oczami, zasłoniętymi kurtyną łez, James poczuł jej smutek i nerwy.
- Kiedy myślę o Martinie i naszym dziecku, naprawdę chcę być kimś lepszym - powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał konkretnie. - Powinnam starać się właśnie dla nich, ale nie potrafię wyrzec się tego, kim byłam przez tyle lat... kim wciąż jestem.
James odnalazł jej chłodną dłoń, a ona wzdrygnęła się, gdy wyczuła jego dotyk - nie spodziewała się tego. Spojrzała na niego pytająco, a on skinął łagodnie głową, mając nadzieję, że w ten sposób dostatecznie pokaże jej, że naprawdę przejął się jej wyznaniem.
- Wierzę w ciebie - szepnął.
- Po tym wszystkim?
Mężczyzna wstał, obszedł stolik i pocałował Sophię w czubek głowy. Kobieta zaczęła szlochać, choć ewidentnie usiłowała z całych sił stłumić swoją słabość. James obejmował ją przez dłuższą chwilę, czując, jak ta drży w jego ramionach.
- Po tym wszystkim - odparł szczerze.
Kiedy patrzył na nią, przypominał sobie ich krótki romans, jednak najwyraźniejsze było wspomnienie jednej z nocy, którą spędzili w swoim towarzystwie, a jednak nie wylądowali ze sobą w łóżku. Powiedziała mu wtedy tak wiele rzeczy. Poznał ją lepiej. Wydawało mu się teraz, że rzeczywiście łączyło ich coś więcej, niż tylko przelotna znajomość. Czuł się za nią odpowiedzialny. Ktoś mógłby nazwać to głupotą albo naiwnością, jednak on miał to gdzieś. Pamiętał, jak bardzo zmieniła się Rosalie i jak wiele dobrego zrobiła, kiedy wróciła do Londynu. Z całego serca chciał, by Sophia odniosła taki sam sukces i wreszcie była naprawdę szczęśliwa ze swoją rodziną, która rodziła się na jego oczach.
- Jest jedna rzecz, której żałuję - powiedział, gdy Sophia wzięła się w garść. - Szkoda, że nie powiedziałaś Rosalie tego, co mi. Na pewno ucieszyłaby się, gdyby wiedziała, że zauważyłaś jej progres.
- Nadal chyba mogę jej to powiedzieć, prawda? - spytała dziewczyna, jednak James pokręcił przecząco głową. Zaskoczył samego siebie szybkością swych działań. Sophia dopiero po chwili zrozumiała, dlaczego tak było. - To już?
Brązowooki kiwnął głową. Pokrótce opowiedział jej o gwałtownym pogorszeniu stanu zdrowia Rosie. Sophia uścisnęła go, a on poczuł się dobrze w jej ramionach.
- Nie ogarniam tego, co jest między nami - powiedział James, a blondynka uśmiechnęła się szeroko, pociągając nosem.
Przez chwilę tkwili w milczeniu, uśmiechając się do siebie, co tak bardzo nie pasowało do bólu, jaki Devon czuł gdzieś w okolicach serca. Rozmowa z Sophią rzeczywiście mu pomogła, choć nie potrafił wyjaśnić, który jej fragment tak dobrze na niego podziałał. Teraz, kiedy miał za sobą to spotkanie, wiedział, że czeka go feralny ostatni przystanek. Nie chciał tam iść, bo to oznaczałoby, że przestał wierzyć w inny scenariusz i zaakceptował to, że Rosalie faktycznie umrze lada chwila. Głos serca był o wiele głośniejszy i donośniejszy. To on kazał mu udać się w tak dobrze mu znanym kierunku, by spędzić z Dainty ostatnie chwile. Jego strach rósł z każdą minutą, lecz nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawiło się coś nowego - pragnienie, by Rosalie odeszła jak najszybciej, by nie musiała dłużej cierpieć i żyć na pół gwizdka. Chciał jej szczęścia, a jeśli nie mogła jej go dać ziemia, to pozostawało jedynie niebo.

***

Kiedy mężczyzna wszedł do szpitala, ociekając deszczem, poczuł, jak jego serce zaczyna bić o wiele szybciej. Pokonywał kolejne metry, idąc jak na ścięcie, a jednocześnie nie marząc o niczym więcej, tylko o utkwieniu własnej dłoni między jej palcami. Chciał poczuć życie, które wciąż było w tym słabym ciele. Chciał wiedzieć, że zdążył, bo nie pożegnali się jeszcze tak, jak powinni. Na korytarzu majaczyły się dwie postaci. James rozpoznał je bez większego trudu. Podszedł sprężystym krokiem, a Christina odsunęła się od Gregory'ego, który przed sekundą obejmował ją ramieniem. Patrzyła na Jamesa dużymi oczami, szarymi niczym skrzydła gołębia. Nie było mu z tym dobrze, szczególnie, że po jej minie poznał natychmiast, że to wszystko działo się naprawdę. To był koniec. Milczeli, tak jakby oboje wiedzieli, że każde słowo może pogorszyć sytuację. Z pomocą przyszedł Haggerty, który widocznie nie mógł już znieść wszechobecnego smutku i rozpaczy.
- Pytała o ciebie - powiedział pisarz, ponownie obejmując Tinę, która była ekstremalnie bliska płaczu.
Rozstąpili się, robiąc mu łatwy dostęp do drzwi, jednak James nie ruszył się z miejsca. Christina podniosła głowę, patrząc na niego pytająco.
- Chcę, żebyś tam była - rzekł Devon. - Jeśli to ostatnie chwile, to...
Nie mógł dokończyć zdania. Miał szczęście, że Tina odkryła, co chciał powiedzieć. W tym momencie była równie zadziwiająca, jak jej młodsza siostra. James spróbował się uśmiechnąć, chcąc dodać odwagi zarówno jej, jak i sobie samemu, jednak nie udało mu się to. Nie chcąc przedłużać niezręcznego stania na korytarzu pełnym ludzi, James otworzył w końcu drzwi i wszedł do środka. Słyszał kroki za swymi plecami, jednak wszystko ucichło, kiedy zobaczył Rosalie. Od tego momentu liczyła się tylko ona. Podszedł bliżej łóżka, a jasnowłosa rozchyliła powieki, pozwalając swym czekoladowym tęczówkom ujrzeć światło. Jej bladą twarz przeciął ledwie zauważalny uśmiech. James odwzajemnił to, po czym usiadł na skraju łóżka i chwycił jej dłoń delikatnie. Czuł jej chłodną, ale wciąż pulsującą i żywą skórę. Potrzebował tego, lecz nie łudził się. Nie było już nadziei, zgodnie z tym, co powiedział Tinie lekarz. To był ten moment, by powiedzieć: ,,Żegnaj''. Tylko jak to zrobić?
- Nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela - szepnęła Rosalie, po każdym słowie nabierając powietrze. Spojrzała na siostrę, zastanawiając się, czy ta odnotuje w pamięci, że właśnie wykorzystała cytat z jej ulubionej książki z dzieciństwa.
- Boisz się? - zapytał, patrząc na nią. Nie potrzebował jej umiejętności czytania w czyichś myślach, ponieważ Rosalie miała wszystko wypisane na swej pięknej twarzy. Była z nim szczera, jak na spowiedzi. Ufał jej w tej finalnej godzinie. Blondynka pokręciła głową, odpowiadając przecząco na zadane przez niego pytanie. - Ja zaraz umrę ze strachu - wyznał, a w jej oczach coś zalśniło.
- Wcale nie - powiedziała, wkładając w to mnóstwo siły. - Będziesz żył za nas dwoje. Żyj dla mnie, nawet, jeśli nie będzie mnie obok ciebie.
- Przecież nigdzie się nie ruszasz - rzekł James, nieco mocniej ściskając jej dłoń, robiąc to jednak bardziej dla samego siebie, niż dla niej. Wzruszenie było coraz potężniejsze. Nie chciał płakać, toteż mrugał szybko powiekami, jednak przeczuwał, że było to bezcelowe. Jeśli Rosalie umrze w jego ramionach, na pewno nie zdoła zdusić łez w sobie. Póki co starał się nie myśleć o tym, co ostateczne.
- Będę przy tobie, jeśli nigdy nie zapomnisz...
- Nigdy.
Rosalie zamknęła powoli oczy, a James wstrzymał oddech. Miał ochotę potrząsnąć nią, by nie zasypiała, jednak los uwolnił go od tego niezbyt taktownego obowiązku, bowiem po chwili dziewczyna ponownie spojrzała na niego, przeszywając go na wskroś.
- Wiesz, o czym tak naprawdę marzyłam? - spytała aksamitnym głosem, który zawsze brzmiał anielsko w jego głowie. - Aby odejść z poczuciem, że wszystko skończyło się dobrze, a ja przeprosiłam wszystkich, którzy przeze mnie cierpieli i nie zostawiłam nikogo samego.
- Rosie...
- Spełniło się - wyszeptała, a w jej ciemnych oczach zajaśniały radosne ogniki.
James nie mógł wytrzymać jej spokoju, podczas gdy sam bliski był eksplodowania z emocji, a za sobą słyszał cichy płacz Christiny. Puścił dłoń Rosalie, by przytulić się do niej najmocniej, jak mógł, jednocześnie najdelikatniej - tak, jak na to zasługiwało jej ciało, kryjące w sobie schorowane wnętrze. Zgubił twarz w jej jasnych włosach, jednocześnie płacząc jak dziecko. Był świadkiem czegoś, w co tak długo nie chciał uwierzyć. Na jego oczach kończyło się życie dziewczyny, z którą spędził zdecydowanie za mało czasu. Do dziś żałował, że wyjechała na kilkanaście lat, lecz teraz nie czuł już złości, że ponownie go opuszcza, tym razem na zawsze. Było mu po prostu przykro i gotów był przysiąc, że takiego smutku nie czuł jeszcze nigdy - bo śmierci swych rodziców nie miał prawa pamiętać.
- Tam, gdzie gwiazdy świeciły... tylko dla nas... - mruknęła dziewczyna, zatrzymując dłoń na karku mężczyzny, który czuł jej coraz większą słabość.
James pociągnął nosem, czując nieprzyjemny smak łez w swych ustach. Rosalie zmusiła go, by odsunął twarz na tyle, by móc znowu na nią spojrzeć. Gdy tak się stało, ciemnooki musiał parokrotnie zamrugać oczami, bo nie wierzył w to, co zobaczył - Rosalie uśmiechała się promiennie.
- Daj spokój - szepnęła, a w jej oczach pojawiły się dotąd nieobecne błyski. - To twoje pierwsze słowa, które do mnie powiedziałeś, pamiętasz?
Kiwnął głową, ocierając wilgotne oczy.
- A moje pierwsze słowa? - zapytała, a James domyślił się już, do czego dążyła. - Odmień je, proszę.
Przełknął głośno ślinę zmieszaną ze łzami, a potem spełnił jej prośbę.
- Sam dam sobie radę - powiedział zachrypniętym głosem.
- Dokładnie - rzekła Rosalie stanowczo. - Dasz sobie radę, James.
Dostrzegł ostatni błysk światła w jej oczach. Kiedy zmrużyła je ponownie, mężczyzna znów wtulił się w nią, czując, jak jej włosy przylepiają się do jego mokrej twarzy. Czuł, jak ulatuje z niej życie, a kiedy usłyszał szept, wiedział, że były to jej ostatnie słowa.
- Tam, gdzie gwiazdy...
Nie chciał wstać. Nie potrafił. Szlochał tak głośno, jak chyba nigdy przedtem. Nie mógł jej puścić, choć wiedział, że ona już tego nie czuje. Nie był w stanie jej zostawić, robiąc to bardziej dla siebie, niż dla niej. Wiedział, że to był koniec, choć wciąż nie do końca wierzył w to wszystko. Był w szoku, choć przygotowywał się do tej chwili od wielu tygodni. Teraz, kiedy urzeczywistnił się ten czarny, okrutny scenariusz, mężczyzna marzył tylko o jednym - by leżeć tu razem z nią, spać wiecznym snem obok niej, nie myśleć już o niczym. Nie słyszał, jak Tina osunęła się na ziemię, nie dotarł do niego również głos zaaferowanego Gregory'ego, który był świadkiem tej dramatycznej sceny. Ignorował cały świat, a kiedy lekarz prosił, by odszedł, James jeszcze mocniej przywarł do coraz zimniejszego ciała jasnowłosej. Przez delikatnie rozchylone powieki mężczyzna dostrzegł błysk światła za oknem. Czy to możliwe, że to Rosalie pozapalała gwiazdy na niebie, których wcześniej nie zauważał? Czy jej dusza była już w miejscu docelowym, tym, w którym miała czekać na ich kolejne spotkanie?

- Wiesz, że jeśli wyciągnę ręce do góry, będę o wiele bliższa gwiazd, niż ty? - zapytała głosem, który w jego uszach brzmiał niczym najdoskonalsza melodia. - Kiedyś ich dosięgnę, a ty dalej będziesz siedział na trawie i...
Jej głos uwiązł w gardle, kiedy dziewczyna poczuła, jak ktoś obejmuje ją od tyłu. Jego oddech był spokojny i powolny, harmonizując się z jej własnym.
- Nie pozwolę ci dosięgnąć ich beze mnie - powiedział stanowczo, jednocześnie uśmiechając się do własnych myśli. Choć Rosalie nie mogła teraz zobaczyć jego miny, James był przekonany, że wcale tego nie potrzebowała, by z marszu rozszyfrować, co siedziało w jego głowie.
- Życie bywa zaskakujące - mruknęła, po czym obróciła się tak, że teraz stali twarzą w twarz, mogąc bez przeszkód patrzeć sobie prosto w oczy. - Czasem musimy pozwolić komuś odejść. Nie możemy nic na to poradzić.
- Nadal rozmawiamy o gwiazdach, czy...
- Naucz się czytać między wierszami, James.*

***
Fragment rozdziału osiemnastego *

5 komentarzy:

  1. Hej Kochana:* narobiłaś mi ogromnej ciekawości tym rozdziałem, ale zanim zabiorę się za czytanie chciałabym napisać kilka słów. Myślę, że każda z nas, która jest tutaj z Tobą od początku nie może uwierzyć w to, że za chwilę dobiegniesz do końca tej historii. Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno dostałam od Ciebie powiadomienie o prologu, a tu czas najwyższy szykować się na epilog. Oczywiście, że robi się smutno, ale mam cichą nadzieję, że jeszcze zaskoczysz mnie swoim nowym pomysłem i naprawdę liczę na to, że jeszcze nie jedno opowiadanie przede mną :) ciężko będzie pożegnać się z Twoją twórczością i chyba w najbliższym czasie mnie to nie czeka, prawda? :) napisałaś, że ten rozdział nie należy do radosnych, ale mimo wszystko biorę się za czytanie :)
    Już pierwszy fragment był naprawdę smutny, więc aż się boję co będzie dalej. Potwierdzam, że jeśli chodzi o pracę, to rzeczywiście lepiej odłożyć sentymenty i w ogóle sprawy rodzinne na bok, bo tak naprawdę każdy z nas ma jakieś problemy i smutki, a większość osób jest taka, że po prostu nie mają ochoty wysłuchiwać o problemach innych, skoro oni mogą być w o wiele gorszej sytuacji. Widać, że ta praca sprawia Jenny ogromną przyjemność, tak jakby robiła to co kocha. Pisanie tych artykułów przychodzi jej z ogromną łatwością, ale pewnie ma to duży związek z doświadczeniem, bo przecież nie robi tego od wczoraj. A jej troska o Jamesa jest jak najbardziej zrozumiała. Wreszcie są razem, tak długo musiała na niego czekać. Jenny już pokazała jak bardzo go kocha i że zawsze może na nią liczyć. James jak każdy facet woli przeżywać swoje smutki w samotności, pokazać, że wcale nie jest słaby i ze wszystkim poradzi sobie sam. Przykro mi, że w ostatnim czasie tyle na niego spadło, ale niech nie zapomina, że są jeszcze inne osoby, które są tak samo zmartwione stanem zdrowia Rosalie. Niech nie odrzuca wsparcia innych, szczególnie Jenny, a razem na pewno uporają się z tym bólem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy Mercy po raz pierwszy pojawiła się w tej historii nie sądziłam, że jej wątek tak się rozwinie i będzie tak ważną postacią. Ja polubiłam ją od samego początku i wielokrotnie powtarzałam, że tej dojrzałości i determinacji mógłby pozazdrościć jej każdy. W jej życiu wydarzyło się naprawdę wiele, niestety wiele było tych złych rzeczy jak chociażby sam wypadek samochodowy w którym straciła nogę. Mimo to nie poddała się, nie robiła z siebie ofiary mimo iż ma pełne prawo do tego by tak myśleć. To najsilniejsza i najodważniejsza postać tego opowiadania i dziękuje Ci, że stworzyłaś właśnie kogoś takiego. Mercy jest bez wątpienia moją ulubioną bohaterką całej tej historii. Ciesze się bardzo, że Josh trafił właśnie na nią. Ktoś taki jest mu naprawdę potrzebny, bo jak wiemy on też nie miał łatwo w życiu. I pomyśleć, że kiedyś tak bardzo się nie lubili, a jednak pomogli sobie jak nikt inny :) widać, że narodziła się między nimi prawdziwa przyjaźń, a do miłości to już chyba tylko jeden krok :) podobno związek rozpoczęty od przyjaźni jest najtrwalszy, więc kibicuję im z całego serca żeby im się udało :)
    Dawno nie było nic o Sophii. Do pewnego momentu uważałam, że jej postać to osoba, której nie da się polubić obojętnie czego by nie zrobiła. Rzeczywiście w swoim życiu narobiła więcej złego niż dobrego i trudno uwierzyć w przemianę takiej osoby, a jednak... może owej przemiany nie widać jeszcze aż tak wyraźnie, ale gdzieś w środku Sophia naprawdę się zmieniła. Myślę, że w dużej mierze to właśnie pojawienie się Martina w jej życiu sprawiło, że pokazała ludzką twarz. Teraz, kiedy lada chwila zostanie mamą powinna zmienić priorytety w swoim życiu i spróbować zerwać z dawnym życiem. To co było już nie wróci, a najważniejsze jest to, że dostała szansę na nowe, lepsze życie u boku człowieka, który jak sama stwierdziła, świata poza nią nie widzi. Jeśli nie spróbuje się zmienić, będzie żałowała do końca życia, że nie wykorzystała być może jedynej szansy na szczęście. Podobnie jak James wierzę w nią i w to, że jeszcze będzie szczęśliwa :) skoro gorsi od niej zasługują na drugą szansę, to ona też do takich osób się zalicza :)
    Ostatni fragment wzruszył mnie tak samo jak Ciebie. Paczka chusteczek to za mało. Mimo, że nie obdarzyłam Rosalie szczególną sympatią, to smutno czytało mi się o tym, że umarła, że już jej nie będzie wśród jej najbliższych. W obliczu śmierci chyba nie wypada wypominać tego jak wiele złego zrobiła w życiu. Była bardzo młoda, a jednak choroba nie dała za wygraną. Mimo to zdążyła wrócić do Londynu i naprawić całe zło, które wyrządziła innym. Pocieszające jedynie jest to, że odeszła w spokoju, szczęśliwa u boku najbliższych jej sercu osób, czyli przy Christinie i Jamesie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego co będą przeżywać, bo to, że będzie im ciężko jest pewne. Chyba nie jestem w stanie nic więcej napisać. Naprawdę ciężko mi otrząsnąć się po tym co przeczytałam.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się, aby Forever nie było moim ostatnim opowiadaniem. Jeszcze się nie żegnam i zrobię wszystko, żeby jakoś odratować to, co mam zaczęte :)
      Bardzo się cieszę, że ten rozdział wywołał takie emocje, a ostatni fragment Cię wzruszył. Starałam się, aby wyszedł jak najlepszy, włożyłam mnóstwo serca w niego, ryczałam pisząc go i naprawdę jestem zadowolona, że efekt końcowy przypadł Ci do gustu :)
      Dziękuję Kochana :* Za wszystko!

      Usuń
  3. Hej Słoneczko:*
    Nie mogę uwierzyć, że to już prawie koniec tej historii. To prawda, że czas na przyjemnościach upływa najszybciej, a czytanie Twoich opowiadań do tej kategorii mogę zaliczyć bez problemu. Zżyłam się z bohaterami, więc jak sobie pomyślę, że niebawem przyjdzie mi się z nimi pożegnać, to jest mi przykro. Dobrze, że nie nastąpi to jeszcze dzisiaj! Tak więc bez przedłużenia zabieram się za komentowanie.
    Ubóstwiam tą piosenkę <3
    Jenny jest wyjątkową osobą (wiem, że się powtarzam ale trudno tego uniknąć w jej przypadku). Niewiele osób tak dobrze radziłoby sobie z zaistniałą sytuacją. Jest wyrozumiała, cierpliwa i gotowa, aby pomóc, gdy James ją o to poprosi. Polubiłam ją od pierwszego momentu i nie myliłam się. Nie zawiodła mnie ani razu, a wręcz przeciwnie.. Zachwyciła mnie swoją siłą, determinacją i dobrocią. Zwyczajną, ludzką życzliwością i zrozumieniem, którego tak bardzo brakuje w dzisiejszych czasach. Jenny jest postacią, która na długo pozostanie w mej pamięci. ;-)
    Podoba mi się to, co dzieje się między Joshem i Mercy. Niby nie miłość, ale przyjaźń to za mało, żeby opisać to, co czują do siebie. Lawirują między tymi dwoma uczuciami i to w tak subtelny sposób, że podczas czytania uśmiechałam się. Brawa dla Josha, że postanowił zaryzykować i wreszcie zrozumiał, co jest dla niego najlepsze, a Mercy to bez wątpienia najlepszy wybór. Brawa dla Mercy za to, że zaryzykowała i zaufała Joshowi. Oboje mogą dać sobie więcej niż ktokolwiek inny byłby wstanie im zaoferować. Przeszli przez piekło, aby odnaleźć raj. Mam nadzieję, że teraz w ich życiach zapanuje spokój i sielanka.
    Zgadzam się z tym, że pewnych cech charakteru nie jesteśmy wstanie zmienić w sobie. Wiem to, bo niejednokrotnie próbowałam. Trzeba je zaakceptować i nauczyć się z nimi żyć, bo po części to właśnie one sprawiają, że jesteśmy inni - wyjątkowi. Rozumiem Sophię i jej obawy. Przez długi czas wykorzystywała i raniła ludzi, bawiła się ich uczuciami.. Część tamtej dziewczyny zawsze pozostanie w niej i pewnie niejednokrotnie, nieświadomie zrani Martina, bo taki ma ja już charakter.. Ale wierzę, że można nad sobą pracować i dopracować pewne cechy naszego charakteru. Sophia ma przed sobą niczym niezmąconą przyszłość, która daje jej duże pole do popisu. Ona sama musi zdecydować, czy chce stać się kimś lepszy nawet jeśli będzie to wymagało walki, która niejednokrotnie skończy się porażką, czy podda się już na starcie i straci coś naprawdę wyjątkowego. Ja liczę, że zdecyduje się na tą pierwszą opcję, bo chociaż nie przepadam za nią, to i tak uważam, że zasługuje na drugą szansę. A co do Jamesa, to jak już napisałam nieraz jest tak empatycznym człowiekiem, że chyba drugiego takiego na świecie nie znajdę. Potrafi wybaczyć tak wiele i dostrzec w każdym dobro. Jest niesamowity.
    "To był ten moment, by powiedzieć: ,,Żegnaj''. Tylko jak to zrobić?" - bardziej trafnie tego ująć nie mogłaś. Chciałabym napisać coś składnego, ale odebrało mi mowę. Piękniejszego końca nie mogłam sobie wyobrazić. Opisałaś to w niesamowity sposób, poczułam uścisk na sercu, jakbym była na miejscu Jamesa i to ja traciła najlepszego przyjaciela. Popłakałam się. Naprawdę nie wiem, co napisać.. Od dawna wiedzieliśmy, że los Rosalie zmierza w tym kierunku, ale i tak na pewne rzeczy nie da się przygotować i chciałoby się je przeciągać jak najdłużej.. Gdyby o to ode mnie zależało, to chciałabym, aby wyzdrowiała i żyła dalej, ale los bywa bezlitosny. Teraz trzymam kciuki za jej bliskich, którym przyjdzie żyć w świecie pozbawionym jej obecności.
    Przepiękny, emocjonalny odcinek. Napisany w mistrzowski sposób. Nie można się do niczego przyczepić. Jest idealnie. Dziękuję Ci za te chwile pełne wzruszeń, to są magiczne momenty. :*
    Czekam na nowość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również dziękuję. Bardzo się cieszę, a Twoje wzruszenie jest dla mnie gigantycznym komplementem :)
      Buźka :*

      Usuń