15 lipca 2015

45. ,,Szerokiej drogi''

Hej :)
Kolejny średnio entuzjastyczny rozdział, ale historia tak się potoczyła, że nie mogło być inaczej. Mimo to lubię go, szczególnie ostatni fragment. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba, że wywoła emocje i może wzruszy :)
Podziękowałam pod poprzednią częścią, ale tutaj też podziękuję za cudowne komentarze i to, że jesteście, że znajdujecie czas, choć wszystkie mamy go coraz mniej. Doceniam to :)
Dokładnie rok temu opublikowałam rozdział jedenasty. Ten z urodzinami Tiny i Grega, który tak uwielbiam :D Sorki, jestem sentymentalna i lubię powspominać :P
Jeszcze dwa rozdziały i epilog... :)
Miłej lektury!

***
Birdy - Not About Angels

Niebieskooka niechętnie spojrzała na swe odbicie w lustrze. Szklana tafla prezentowała ją w czarnej, eleganckiej koszuli, specjalnie kupionej na tę okazję - w żadną inną nie mieściła się już z powodu nabrzmiałego brzucha. Wąskie spodnie w tym samym, ponurym kolorze, podkreślały jej szczupłe i zgrabne nogi, jednak Vanessa nie odnajdowała w tym najmniejszego pocieszenia. Choć fakt, że odnalazła w sobie siłę, by przyjechać, ubrać się i ogarnąć, by towarzyszyć przyjaciółce w jej ostatniej podróży, mógł świadczyć o tym, że dobrze sobie radziła, to jednak Joyce najlepiej wiedziała, jak było naprawdę. Przeniosła wzrok z balerin na swą twarz, co rozwiało wszystkie wątpliwości i złudzenia. To była iluzja, która mogła zmusić ludzi, by wierzyli, że naprawdę nie było z nią źle. Nie ulegała tej bajeczce. Choć Christina wiele razy powtarzała jej, że Rosalie już nie można pomóc, Vanessa do ostatniej chwili łudziła się, że może warto czekać na cud, wierzyć w jego istnienie i wspaniałe działanie. Czy była naiwna? A czy nie tak postępują wszyscy ci, którzy zwyczajnie boją się odejścia bliskiej osoby? Kiedy wiadomość o tym, że Rosie prawdopodobnie umrze tego dnia, runęła na Vanessę jak grom, dziewczyna chciała spakować manatki i jak najszybciej pojechać do Londynu. Była roztrzęsiona i gdyby Victor nie zatrzymał jej w domu, kto wie, dokąd zaprowadziłyby ją nerwy. Przepłakała parę dni i nocy, porzucając wszystko inne - liczyło się tylko to, że nawet nie zdążyła się z nią pożegnać. Kiedy wyjeżdżała do Manchesteru kilka tygodni wcześniej, uścisnęła gasnącą w oczach Rosie, mówiąc, że nie ma sensu płakać, bo jeszcze na pewno się zobaczą. Nawet wtedy, choć widziała, jak słaba była, Vannie nie potrafiła przyjąć do wiadomości tego, w co pozostali prawdopodobnie uwierzyli już dawno. Nie chciała się żegnać, wiedziała, że nie zniesie bólu rozdzierającej serce sceny, a jednak teraz, kiedy to wszystko stało się realne, prawie namacalne, czuła żal. Nie zdążyła powiedzieć Rosalie tego wszystkiego, co teraz cisnęło jej się na usta, wręcz sprawiając ból. Gdyby mogła cofnąć czas...
Vanessa spojrzała na swą twarz nieco surowiej. Teraz była mądra? Gdzie była jej szlachetność i rozsądek, kiedy patrzyła na jasnowłosą po raz ostatni? Teraz, kiedy było za późno, by powiedzieć, jak bardzo pokochała Rosalie przez ten nieznośnie krótki czas, który dał im Bóg, gdybanie nie miało najmniejszego sensu. Więc dlaczego nie potrafiła z tego zrezygnować?
- Pukałem - powiedział nagle głos mężczyzny, którego Vanessa namierzyła przy drzwiach.
- Nie słyszałam - odparła sucho.
- Chcesz pogadać? - zapytał Victor. - Chcesz, żebym po prostu był przy tobie?
- Nie wiem, czego chcę - odrzekła, zgodnie z prawdą, a oczy zapiekły ją, zwiastując to, czego tak bardzo się obawiała.
- A może... - zaczął, jednak Vanessa wiedziała już, co chciał powiedzieć.
- Nie - powiedziała stanowczo, jakby obcym głosem, nie pasującym do wciąż słodkiej twarzy młodej lekarki. Victor chciał po raz kolejny namówić ją, by odpuściła sobie pogrzeb i została w domu, głównie ze względu na dzieci. Zielonooki obawiał się, że jej emocje mogą źle wpłynąć na ich potomstwo. Ona również brała to pod uwagę, jednak coś podpowiadało jej, że tego dnia nic jej nie grozi. Rosalie musiała nad nimi czuwać, a Vannie musiała być tam dla niej. - Byłam jej przyjaciółką. Nie mogę...
- Dobrze, dobrze - Victor machnął ręką, chcąc uciec od tego tematu. - Do niczego cię nie namawiam, ale nie miej mi za złe, że będę cię mieć na oku.
W zwyczajny dzień Vanessa zapewne odpowiedziałaby: ,,Przecież to nic nowego. Ty wciąż się na mnie gapisz'', a Victor rzuciłby jakimś niewybrednym żartem i wszystko byłoby wspaniale. Teraz oboje ograniczyli się do milczenia, którego przez dłuższą chwilę żadne z nich nie chciało przerywać. Dopiero po około minucie Victor odezwał się po raz kolejny, a w jego głosie brzmiała zarówno troska o ukochaną, jak i smutek, tak zrozumiały w ten ponury dzień.
- Jenny pojechała do Jamesa.
- Myślisz, że go przekona? - zapytała Vanessa, patrząc na męża z zainteresowaniem. Cieszyła się, że nieco oddalili się od tego, co najtrudniejsze, choć i tak wciąż krążyli wokół tematu pogrzebu Rosalie.
- Wątpię - odparł szczerze Victor.
- Niesprawiedliwe... - mruknęła. Blondyn uniósł brwi, dając jej znak, że nie dosłyszał i choć brunetka początkowo nie chciała mówić tego na głos, uległa, czując, że jeszcze chwila i po prostu straci nad sobą panowanie. - Życie. Dlaczego umiera ktoś tak fantastyczny, jak Rosalie, a mnóstwo łajz wciąż chodzi sobie po tym świecie, śmiejąc się wszystkim w twarz?
- Wiesz, na pewno dla kogoś te łajzy też są fantastyczne - powiedział Victor. Vanessa wkurzyła się na niego, bo jej nie poparł, choć w głębi duszy wiedziała, że miał rację. - Będę na dole - rzekł, orientując się, że powinien odejść, a potem zniknął za drzwiami.
Vanessa usiadła na łóżku należącym do Jenny, myśląc o wszystkim tym, przez co musiała przechodzić. Dojmująca bezsilność utrudniała jej wykonanie najprostszych czynności. Zastanawiała się, kiedy pogodzi się z tym, że Rosalie nie ma już wśród nich, że ciemnooka nigdy już nie zadziwi jej swą przenikliwością i nie ogrzeje serca swym uśmiechem. Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Po co była jej śmierć? Czy rzeczywiście może wyniknąć z niej coś dobrego? Vanessa szczerze w to wątpiła. Zastanawiała się, jak podle czuje się teraz Tina, która przecież znała Rosalie dużo dłużej, była jej siostrą. Sama czuła się jak wrak człowieka, a przecież najgorsze wciąż było przed nią. Póki co dziękowała Victorowi w ciszy za to, że nie naciskał na rozmowę, nie narzucał jej się. Potrzebowała samotności, by poukładać swoje myśli, a jej mąż po raz kolejny pokazał, że naprawdę dobrze ją zna. Dobrze było wiedzieć, że w krytycznym momencie, gdy łzy będą płynąć ciurkiem po jej policzkach, Vannie będzie mogła liczyć na to, że Victor chwyci jej rękę, dodając otuchy. Choć nie mogło to wrócić życia Rosie, to i tak był to jeden z nielicznych pozytywów, jakie aktualnie dostrzegała niebieskooka.

***
Trading Yesterday - Shattered

- Otwórz.
James próbował ignorować dobijającą się do jego mieszkania dziewczynę. Przez jakiś czas czuł, że nawet mu to wychodzi. Pozwalał, by pukanie do drzwi i głos rudowłosej, mieszały się z jego niespokojnymi i wciąż takimi samymi myślami. Z jakiegoś powodu nie chciał jej teraz oglądać ani z nią rozmawiać. Nie był słaby, wręcz przeciwnie. W jego żyłach krew płonęła na samą myśl o tym, jak bardzo skomplikowane było jego życie. Nie chciał, by Jenny oberwała rykoszetem, bo wcale nie był na nią zły, jednak nie potrafił nad tym zapanować. Musiałby nie mieć serca, gdyby chciał ją krzywdzić, bo przez cały ten czas był przekonany, że to, co do niej czuje, jest szczere i trwałe. Walczył ze swoimi emocjami i obliczem, którego dotąd nie dostrzegał. Kiedy Rosalie odeszła, poczuł się opuszczony, a wrażenia tego nie rozpraszały głosy Victora, Jenny i wszystkich innych, którzy próbowali wspierać go w tych trudnych chwilach. Widział, że są obecni w jego życiu, a jednak jego serce jakby ich nie zauważało. Wiedział, że powinien już wyjść z ukrycia i zmierzyć się z rzeczywistością, jednak nie mógł się przemóc. Tu, z daleka od bliskich, wcale nie było mu dobrze, ale wydawało mu się, że to i tak była lepsza opcja - lepsza dla innych, nie dla niego.
- Proszę - powiedziała ponownie, coraz mocniej uderzając w drzwi.
Ciemnooki niechętnie wstał z kanapy, pokonując kolejne metry z szaleńczą prędkością. Wiedział, że jego twarz wykrzywił grymas poirytowania i wściekłości, jednak nie dbał o to, by go zakryć. Przekręcił kurek i delikatnie nacisnął klamkę, a potem wrócił do salonu, nie siląc się na wylewne powitanie. Słyszał jej kroki w korytarzu, choć wszystko to docierało do niego jak przez jakąś barierę, niewidzialną dla ludzkiego oka. Wpatrywał się tępo w bliżej nieokreślony, mało istotny punkt pod oknem, od którego nie oderwał wzroku nawet wówczas, kiedy Jenny stanęła właśnie w tym miejscu. Wyczuwał, że patrzy na niego z mieszaniną współczucia i zdenerwowania na twarzy. Czuł się z tym źle, ale przecież sam jej tu nie zapraszał i wcale nie kazał jej przychodzić. Jeśli właśnie to chciała zobaczyć, to misja wykonana, a teraz mogłaby łaskawie obrócić się na pięcie, odejść i zostawić go znów sam na sam z tymi przeklętymi myślami. Nie zrobiła tego. Domyślał się, że to byłoby zbyt proste. Skoro tu przyszła, musiała oczekiwać czegoś więcej, czegoś, co prawdopodobnie przekraczało aktualne możliwości Jamesa. Czekało ją duże rozczarowanie, tak przynajmniej sądził brunet, którego ciało przeszył dreszcz, gdy zmusił się, by podnieść wzrok i utkwić go w jej twarzy, obsypanej piegami.
- Po co przyszłaś? - zapytał, a jego głos nie brzmiał tak, jak zwykle. Teraz był nasycony nieuzasadnionym gniewem, z czym współgrały złowrogie błyski, którymi miotał centralnie w rudowłosą.
Jenny patrzyła na niego oczami większymi niż zwykle. Mężczyzna łatwo rozpoznał w migdałowych tęczówkach smutek, a na twarzy dostrzegł namiastkę strachu. Najwidoczniej bardzo zszokował ją jego głos, taki obcy i nienaturalny. Przelotnie omiotła mieszkanie wzrokiem, a James poczuł jeszcze większą złość.
- Zawiodłem cię, co? - spytał, uśmiechając się drwiąco. - Spodziewałaś się pewnie, że zobaczysz tu dziesiątki butelek po wódce, a mnie znajdziesz nieprzytomnego, pijanego w trupa.
- Naprawdę tak myślisz? - zapytała w odwecie, nie kryjąc urazy, wciąż jednak starając się zachować spokój i opanowanie. - Proszę cię, nie zachowuj się tak.
- Jak? - prawie krzyknął, a Jenny zmarszczyła brwi.
- Jakbyś tylko ty za nią tęsknił - odparła surowo, bojąc się jego wybuchu, jednak nie mogąc się powstrzymać. - James, przyszłam dlatego, że po prostu chcę być przy tobie. Odsuwasz mnie od siebie, ale twoje wysiłki są nic nie warte. Ja zawsze...
- Zawsze - powtórzył, nasycając to słowo kpiną.
Wiedziała, do czego zmierzał. Chwyciła go za przeguby, choć Devon próbował jej to utrudnić. Zmusiła go, by na nią spojrzał, a choć jego oczy wciąż porażały ją swą obcością, nie zamierzała ustąpić.
- Masz rację, James, że nic nie jest wieczne, a słowo ,,zawsze'' jest mocno naciągane, ale nie zrezygnuję z tego, co chciałam powiedzieć. Ja zawsze... zawsze będę z tobą, czy tego chcesz, czy nie, a jestem więcej, niż pewna, że ty naprawdę...
- Nie - powiedział twardo. - Wcale nie chcę, żebyś tu była. Powinnaś to zrozumieć, kiedy nie wpuszczałem cię do środka przez kilkanaście minut.
- Nie mów tak...
- Jenny, zostaw mnie po prostu, dobrze?
- Nie.
Pomyślał, że się przesłyszał, jednak na jej twarzy zobaczył zdecydowanie, które obalało jego pierwsze wrażenie. Zielonooka puściła go i odstąpiła o krok, kładąc dłonie na swych biodrach. Wyglądała tak, jakby szykowała się na atak, który z całą pewnością spróbuje odeprzeć.
- Wyjdź - spróbował raz jeszcze, tym razem jednak głośniej.
- Nie - powtórzyła. - Wiem, że jest ci ciężko, ale spróbuj wziąć się w garść. Dziś jest jej pogrzeb i myślę, że Rosalie chciałaby, żebyś...
- Rosalie nic już nie chce, bo nie żyje - powiedział James dobitnie.
- James! - krzyknęła Jenny, a brunet spojrzał na nią zdumiony. - Nas wszystkich dotknęła jej śmierć, nawet mnie, choć dobrze wiesz, jak między nami było. Mogę jedynie wyobrażać sobie, jak wielki jest twój ból po jej odejściu, ale proszę, nie odtrącaj mnie. Nie jestem twoim wrogiem.
James patrzył na nią przez chwilę, a Jenny pomyślała, że coś do niego dotarło, emocje opadły i teraz uda im się jakoś dojść do porozumienia. Po chwili pożałowała, że dała się ponieść wyobraźni. James wstał i skinął głową w kierunku drzwi.
- Odprawiłaś mi piękne kazanie, możesz już iść - rzekł twardo.
- Żartujesz sobie, prawda? - spytała, nie mogąc w to uwierzyć.
Mężczyzna nie odpowiedział. Unikał kontaktu wzrokowego, obawiając się, że będzie to dla niego zbyt trudne. Domyślał się, że Jenny chce spróbować raz jeszcze i namówić go, by jej nie odtrącał, jednak nie chciał, by to robiła. Rudowłosa prychnęła ze złością, ale także z bezsilności, a potem minęła go i wyszła, zamykając za sobą drzwi z przesadnie dużym hukiem. James podszedł do okna, za którym, kilka pięter niżej, już po chwili dostrzegł jej sylwetkę. Jenny przeszła na drugą stronę ulicy i w ostatniej chwili, jaka dzieliła ją od wejścia do taksówki, podniosła wzrok. Ciemnooki wiedział, że go zauważyła. Nie odsunął się, był bowiem pewny, że Joyce nie podejmie kolejnej próby. Musiała zrozumieć, że nic nie wskóra, a ta bitwa była już na samym początku przegrana. James pożegnał ją w ciszy, kiedy zniknęła we wnętrzu taksówki i odjechała. Wrócił na kanapę, gdzie po raz kolejny pomyślał o pogrzebie, na którym go zabraknie. Czuł tępy ból w okolicach serca i zastanawiał się, co było jego powodem - ciągły żal z powodu odejścia Rosalie, która przecież miała być przy nim na zawsze, czy to, że był o krok od stracenia kolejnej, ważnej osoby, robiąc to na własne życzenie.

***

Szarooka spojrzała na ceglaną świątynię, pozwalając, by jedno z najbardziej zakurzonych wspomnień, na nowo rozpaliło ogień w jej sercu. Choć kątem oka wciąż dostrzegała Gregory'ego, czuwającego obok niej w tym czarnym, ponurym dniu, myślami była bardzo daleko od niego. Obraz, który kreowała jej pamięć, wcale nie był czymś wyjątkowym czy przełomowym, a jednak teraz dla Christiny owe wspomnienie miało bardzo duże, może aż przesadzone znaczenie. Zacisnęła powieki, chcąc na dobre odciąć się od świata, który ją otaczał i skupić się na tym, co chciał jej pokazać umysł, być może kontrolowany w tym momencie przez Rosalie, prawdopodobnie wciąż obecną duchem w tym miejscu.

Dziesięcioletnia dziewczynka raz po raz patrzyła na zgromadzonych, którzy, tak jak ona, przyszli, by pożegnać Williama, ojca Scarlett Dainty, więc teoretycznie też dziadka Christiny i Rosalie, choć żadna z nich nawet nie zamieniła słowa z tym człowiekiem. O niezbyt zażyłych relacjach z Williamem mogło świadczyć chociażby to, że jego własna córka nie stawiła się na pogrzebie, a jedynie wysłała w to miejsce swoje córki. Tina musiała patrzeć na młodszą siostrzyczkę, doglądać, czy na pewno wciąż siedzi obok niej w jednej z przednich ław. Irytował ją ten obowiązek. Jej, kiedy była w wieku Rosalie, nikt nie musiał pilnować - zresztą, nikomu specjalnie na tym nie zależało. Mimo to zajmowała się siostrą, może nie po to, by nie zawieść oczekiwań matki, po prostu nie miała w tym momencie nic lepszego do roboty. Czuła się nieswojo pośród ludzi, którzy albo byli na skraju wytrzymałości, albo już teraz ocierali wilgotne oczy chusteczkami. Kiedy Christina patrzyła na drewnianą trumnę, nie czuła smutku ani rozżalenia. Była tam, choć równie dobrze mogłaby zatrzymać się przed wejściem do kościoła, nikomu nie zrobiłoby to na pewno różnicy. Kiedy oderwała wzrok od jednej z najbardziej wzruszonych kobiet w średnim wieku, niechętnie spojrzała na młodszą siostrę. Sześcioletnia blondynka z dwoma schludnymi warkoczykami zwieńczonymi aksamitnymi wstążeczkami, wlepiała wzrok w trumnę z dziwnym zainteresowaniem, może nawet pożądaniem. Nie po raz pierwszy Tina nie była w stanie zrozumieć własnej siostry. Rozejrzała się niepewnie, zastanawiając się, czy ktoś jeszcze zauważył zachowanie małej Rosalie.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała Christina szeptem.
- Myślę - odrzekła dziewczynka, nie odrywając wzroku od trumny, w której spoczywało ciało praktycznie obcego członka ich specyficznej rodziny. - Dlaczego prawie wszyscy dzisiaj płaczą?
Tina zdumiała się, kiedy brązowe oczy Rosalie nagle spoczęły na jej twarzy, z tym samym, palącym zaciekawieniem.
- Bo to pogrzeb - odparła poirytowana Christina. - Na pogrzebach zawsze tak jest.
- Ale dlaczego? - Rosalie nie dawała za wygraną. - Przecież śmierć to nie koniec świata, no nie?
Christina nie odpowiedziała. Rozglądała się, chcąc się upewnić, że absolutnie nikt nie przysłuchuje się dziwnym rzeczom, które głosiła sześciolatka.
- Nie chciałabym, żeby ktoś płakał, kiedy ja byłabym szczęśliwa - powiedziała Rosalie i, o zgrozo, uśmiechnęła się, stanowiąc wręcz nieprzyzwoity kontrast na tle szarych, smutnych, pogrążonych w rozpaczy twarzy żałobników.
- Dziadek nie żyje - wycedziła Christina dobitnie. - On nie jest szczęśliwy. On już nie jest jakikolwiek.
- W niebie wszyscy są szczęśliwi - stwierdziła Rosalie z wypiekami na twarzy, a wszystko mówiła z taką stanowczością i pewnością, że wyperswadowanie jej czegokolwiek było jak porywanie się z motyką na słońce. - Dziadek na pewno jest teraz szczęśliwy, więc ja nie będę płakać.
- Ciekawe, czy mówiłabyś tak, gdyby umarł ktoś naprawdę tobie bliski - mruknęła Tina, patrząc na siostrę z mieszaniną złości i niedowierzania.
Rosalie ponownie utkwiła wzrok w trumnie. Nie uśmiechała się już, jednak Christina wiedziała, że dziewczynka nie zmieniła zdania. Wciąż musiała wierzyć w to, że koniec jest początkiem, że śmierć jest powodem do ogólnej radości i tak dalej. Tina nie zamierzała mówić nie więcej, uważała bowiem, że dyskusja z sześciolatką nie ma większego sensu. Wbiła beznamiętne spojrzenie w ołtarz, zastanawiając się w ciszy, kiedy to przedstawienie wreszcie się skończy, a ona będzie mogła wrócić do domu.

Kiedy Christina otworzyła oczy, świat wydał jej się mniej wyraźny, niż jeszcze przed chwilą. Uświadomiła sobie, że była bardzo bliska płaczu, więc zamrugała szybko powiekami, chcąc zapanować nad tym odruchem. Odnalazła zatroskane spojrzenie Gregory'ego i łagodnym gestem rozwiała jego niepokój o swoją osobę. Choć minęło dwadzieścia pięć lat, Christina dopiero teraz w pełni doceniła tamtą rozmowę. Chciała wierzyć w to, że Rosalie jest teraz w lepszym miejscu, wolna od choroby i kłopotów, których za życia wcale jej nie brakowało. Być może wiara w słowa sześcioletniej dziewczynki nie była niczym mądrym, jednak Tina potraktowała to jak jedyną szansę na to, by przejść przez ten etap z uśmiechem na ustach. Koniec może być początkiem. Koniec życia Rosalie może być szansą startu czegoś nowego dla tych, którzy pozostali tu, wciąż żywi, nie odarci z możliwości, by coś w sobie zmienić i zrobić coś dobrego. To była jeszcze jedna podróż i kolejna przygoda. Zgodnie z życzeniem Rosalie, Christina nie zamierzała płakać tego dnia. Pożegna siostrę tak, jak Rosie zawsze tego chciała.
- Wszystko okej? - zapytał Gregory, zapewne nie usatysfakcjonowany jej wcześniejszą odpowiedzią.
Christina skinęła głową twierdząco.
- Musimy już wchodzić do środka - powiedział Haggerty i delikatnie ujął dłoń szarookiej.
Kobieta po raz ostatni omiotła spojrzeniem zewnętrze i ludzi, którzy przybyli, by uczestniczyć w ostatniej drodze Rosalie Dainty. Dostrzegła Vanessę i Victora, nieco nachmurzoną Jenny, która wyraźnie próbowała panować nad nerwami, a także Josha, Martina i kilkanaście innych osób. Gdzieniegdzie Christina zauważała smutek, miała jednak nadzieję, że ta jedna osoba, która nie przestanie się uśmiechać tego dnia, w zupełności wystarczy jej młodszej, kochanej siostrzyczce.

***

- Nigdzie się nie ruszam, James - powiedział aksamitny głos w głowie mężczyzny, który nagle otworzył oczy.
Brunet przeszedł z pozycji leżącej na siedzącą, uświadamiając sobie, że musiał się zdrzemnąć. Żałował, że sobie na to pozwolił. We śnie wciąż widział jej twarz, jej duże oczy, które zawsze przeszywały go na wskroś i rozumiały o wiele więcej, niż inni ludzie. Widział jej dobrotliwy uśmiech, którym tak lubiła go raczyć, a także jej ciało, tak wyraźne, że aż trudno uwierzyć, że wcale nie było rzeczywiste. James rzucił okiem na barek, w którym wiedział, że znajdzie butelkę trunku. Kusiła go możliwość upicia się i zapomnienia, jednak nie skorzystał z tego. Minęło wystarczająco dużo czasu, by James wiedział już, że tak naprawdę nic mu to nie da. Po prostu siedział, czując przytłaczającą beznadziejność tego wszystkiego, i zastanawiał się, czy pogrzeb dobiegł już końca. Nie żałował, że go tam nie było. Jego obecność oznaczałaby pogodzenie się z tym, że Rosalie już nigdy do niego nie przemówi, a on nie był na to gotowy - wiedział to na pewno, choć było to co najmniej zagadkowe. Przez tyle czasu wiedział, że czeka ją przedwczesna śmierć, a jednak radził sobie z tym całkiem nieźle. Był przy niej praktycznie każdego dnia i upewniał się, że Rosalie nie zgubiła radości, choć dobrze wiedziała, że nie ma już dla niej nadziei. Spędzał z nią tyle czasu, a jednak nie zdołał w pełni uwierzyć w to, że wkrótce naprawdę ją straci. Wiedział już, że to była jej wina. Rosalie nie zachowywała się tak, jak osoba, która leży na łożu śmierci i czeka na ostateczny wyrok. Ona do ostatniej chwili była spokojna i opanowana, choć dręczona bólem i słabością. Wyglądała jak dziecko, które czeka na coś przyjemnego i dobrego, a James, jak naiwne dziecko, uwierzył w każde jej słowo i przejął jej emocje. Zapomniał o rzeczywistości, która teraz waliła w niego ze wszystkich stron. To ona sprawiła, że nie potrafił poradzić sobie z samym sobą i tym, przez co musiał przechodzić. Bardzo chciał po prostu zamknąć oczy i zasnąć, a po przebudzeniu zobaczyć, że to Rosalie siedzi przy jego łóżku, zdrowa i bezpieczna. Czuł się głupio, żywiąc złość do jasnowłosej, która go zostawiła, mimo wielokrotnych zapewnień, że nigdy go nie zostawi. Pamiętał ich ostatnią rozmowę, która zdawała się być wskazówką na przyszłość dla niego, jednak wszystko to wydawało się być dziwacznie rozmyte, nieostre. Obiecał jej, że da sobie radę z tym, co przygotował dla nich obojga los, jednak teraz czuł, że ją zawodzi. Wcale sobie nie radził. Był chłopcem, który nie wierzy w śmierć i w definitywny koniec czyjegoś istnienia. Rosalie, kobieta, która była mu tak droga, znajdowała się teraz bardzo daleko od niego, a on zwyczajnie nie czuł już jej obecności. To, że nawiedzała go w snach, absolutnie mu nie wystarczało. Czuł się głupio, a jednak nie potrafił tego przerwać.
Usłyszał dźwięk, którego się nie spodziewał. W pierwszej chwili pomyślał, że to Jenny wróciła i zechce raz jeszcze o niego zawalczyć, potem jednak zrozumiał, że był to telefon. Niechętnie wziął go do ręki, po uprzednim odnalezieniu go pod stertą rupieci na stoliku, a kiedy zobaczył imię blondynki na wyświetlaczu, bez wahania odebrał, choć zadziwił tym samego siebie.
- Wiedziałam, że nie pójdziesz na jej pogrzeb - powiedziała Sophia bez ogródek.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale też nie rozłączył się. Wiedział, że Sophia ma jakiś powód, by do niego zadzwonić. Wyczuwał to w jej głosie.
- Rosalie była dość sentymentalną osobą - kontynuowała. - Zgaduję, że powiedziała ci w dniu swej śmierci coś, co miało posłużyć jako drogowskaz, dobrze czuję?
- Żyj dla mnie - powiedział James, a było to o wiele trudniejsze do wykonania, niż mogłoby się wydawać komuś, kto patrzyłby na tę sytuację z boku. - Żyj za nas oboje.
- Więc rób to, ty idioto - rzekła stanowczo Sophia, prawie krzycząc. - Nie zaszywaj się w domu. Nie odtrącaj tych, którzy chcą ci pomóc. Wiesz, co teraz robisz? Uciekasz, dokładnie tak, jak Rosalie przed laty. Pamiętasz, ile bólu ci to przysporzyło? Na pewno tak. Pomyśl o tym, że właśnie teraz robisz to samo swoim bliskim. Jestem pewna, że nie chcesz, aby Jenny musiała przez ciebie płakać i tracić lata swego życia na zastanawianiu się, gdzie jesteś, prawda?
- Ale co ja mam robić? - zapytał zachrypniętym głosem i był pewien, że w tym momencie Sophia przewróciła oczami po drugiej stronie.
- Już ci powiedziałam, geniuszu, a przede mną zrobiła to twoja przyjaciółka Dainty - odrzekła dziewczyna z powagą, ale i zniecierpliwieniem. - Masz żyć, James. Tylko tyle.

***

Christina stanęła twarzą do żałobników, o dziwo nie czując zawstydzenia. Wiedziała, że tylko niektórzy z nich skupili się w pełni na jej wyjściu na środek, ponieważ inni, na czele z Vanessą, byli zbyt zajęci wycieraniem mokrych od łez twarzy. Szarooką zdumiał ten widok. Przez całe życie nie sądziła, że jej siostra ma prawdziwych przyjaciół, a jednak. O ich prawdziwości mógł świadczyć szczery smutek na tych zatroskanych twarzach. Czegoś takiego nie można udawać, na pewno nie aż tak. Kto jak kto, ale Tina naprawdę znała się na emocjach i na ludziach. Nabrała powietrza w usta, chcąc zapanować nad wzruszeniem, które mimo wszystko odczuwała. Spojrzała na trumnę, czyniąc to tak, jak sobie tego życzyła jej młodsza siostra - bez łez, lecz z delikatnym uśmiechem.
- Kiedy Rosalie poprosiła mnie, abym wygłosiła mowę na jej pogrzebie, próbowałam jej to wyperswadować na wiele sposobów - rzekła, a kilka osób uśmiechnęło się. - Zastanawiałam się, dlaczego prosi o to akurat mnie. Przez myśl przeszło mi nawet, że może jest to jakaś kara za to, że przez większość czasu byłam naprawdę gównianą siostrą.
Ksiądz spojrzał na nią surowo, potem jednak, mimo wszystko, skinął głową i pozwolił jej kontynuować.
- Teraz rozumiem, że to wcale nie kara, lecz wielka szansa na to, by uzmysłowić sobie, jaką siostrą i jakim człowiekiem była Rosalie Dainty. Przez wiele lat była ona dla mnie ucieleśnieniem zła i, mówiąc zupełnie szczerze, nie trawiłam jej z całego serca. W książce mojego serdecznego przyjaciela - tu Christina spojrzała dyskretnie na Gregory'ego, na co ten uśmiechnął się łagodnie - wyczytałam, że po śmierci nagle wynosimy danego człowieka na piedestał i olewamy jego wady i złe uczynki. To trochę irytujące, ale taką właśnie mamy naturę. Biorąc pod uwagę moje wieloletnie stosunki z Rosalie, ktoś mógłby uznać, że ja również kocham ją dopiero teraz, kiedy wiem, że jej życie dobiegło końca. Patrzę jednak na te ostatnie miesiące, które pomogły nam odnaleźć się na nowo i po raz pierwszy poczuć, że naprawdę jesteśmy rodziną. Rosalie zmieniła mnie i kocham ją nie dlatego, że umarła, ale dlatego, że za życia była wspaniałym, wielkim i niezwykle dobrym człowiekiem.
Vanessa hałaśliwie wysmarkała nos, patrząc przez łzy na ciemnowłosą przyjaciółkę. Christina uzmysłowiła sobie, że teraz w całym kościele nie ma ani jednej osoby, która jej nie słucha. Wszyscy wlepiali w nią wzrok w napięciu.
- Znam wielu ludzi, którzy nigdy nie zapomną o mojej siostrze. Są tacy, których Rosalie nauczyła, że uciekanie przed przeszłością to tylko bezcelowa pogoń w ślepy zaułek, w którym to, o czym próbujemy zapomnieć, i tak nas dopadnie - Christina spojrzała przelotnie na Vanessę. - Tacy, którym pokazała, że każdy zasługuje na drugą szansę i na wysłuchanie - Teraz jej wzrok spoczął na Jenny. - Jest ktoś, kto dzięki niej pogodził się ze swym najlepszym przyjacielem.
Victor wiedział, że to o nim mowa. Blondyn wykrzywił usta, wdzięczny Christinie za to, że o nim wspomniała. Z całą pewnością zielonooki wciąż doceniał to, co zrobiła dla niego Rosalie.
- Zdumiewające jest też to, że Rosie wybaczyła wieloletniemu wrogowi - kontynuowała ciemnowłosa, walcząc z emocjami, jednak wciąż nie czując chęci, by się rozpłakać. - Rosalie uznawała wartości, o których tak często zapominamy w naszym życiu. Ponad wszystko ceniła prawdziwą przyjaźń i miłość, ale jest coś jeszcze. Druga szansa. Wiem, że Rosalie zasłużyła na to, by po powrocie z dalekiej podróży, móc przeprosić tych, którzy przez nią płakali. Przyznaję, że kiedy po jedenastu latach stanęła w moich drzwiach, miałam ochotę natychmiast je przed nią zatrzasnąć - widownia ponownie parsknęła śmiechem. - Nie zrobiłam tego. Potrzebowałam wielu miesięcy, by w pełni zrozumieć postępowanie swojej młodszej siostry. Wiem, że zmarnowałyśmy bardzo dużo czasu, jednak jestem wdzięczna losowi za to, że nie pozwolił mi na dobre odwrócić się od Rosalie. Dziękuję w jej imieniu wszystkim tym, którzy, tak jak ja, dali jej szansę, by wytłumaczyła swoje zachowanie. Przeprosiła nas wszystkich, a teraz wy przeproście ją za swoje łzy. No już.
Zgromadzeni spojrzeli po sobie, a Christina od początku spodziewała się właśnie takiej reakcji. Rozbawiło ją to, że kilka osób pospiesznie zaczęło ocierać swoje twarze. Spojrzała znów na trumnę i uśmiechnęła się najpromienniej, jak tylko potrafiła. Nie kontrolowała tego. Wiedziała, że Rosalie musiała maczać w tym palce.
- Moja młodsza siostra nie chciała, by ktokolwiek przez nią płakał - powiedziała Christina, odrywając znów spojrzenie. - Dla niej śmierć nigdy nie była definitywnym końcem czegoś. Zazdroszczę jej takiego sposobu patrzenia na jedną z największych tajemnic naszego istnienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek się tego nauczę, ponieważ Rosalie od zawsze była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, najmądrzejsza ze wszystkich, a jednak dzisiaj chcę spróbować. Obiecałam sobie, że nie będę płakać i spróbuję potraktować ten dzień jak początek czegoś nowego, jak nową, wspaniałą podróż. Chcę prosić was wszystkich, byście i wy spróbowali spełnić ostatnią, choć niewypowiedzianą prośbę mojej siostry. Nie myślcie już o tych wszystkich ponurych i niekiedy odrażających szczegółach śmierci i tego, co się dzieje z ciałem, gdy ulatuje z niego dusza i życie. Pomyślcie o tym, o czym ja nie przestaję myśleć od kilku dni. Pomyślcie o jej przepięknym uśmiechu. Pomyślcie o oczach, które dostrzegały więcej, niż to w ogóle możliwe. Pomyślcie o tym, co dobrego zrobiła dla was Rosalie. Jestem pewna, że każdy z was znajdzie chociaż jedną taką rzecz.
Christina odczekała chwilę i rozejrzała się po kościele. Zdumiała się, kiedy ludzie, jeden po drugim, zaczęli się uśmiechać na myśl o tym, za co tak naprawdę cenili Rosalie Dainty. W tym samym momencie przez ozdobione witrażem okno, do kościoła wpadł promień słońca, który spoczął niemal dokładnie w miejscu, w którym spoczywała trumna. Tina wiedziała, że nadszedł czas, by powiedzieć ,,żegnaj'', ale czy rzeczywiście tak właśnie było? Jej twarz przeciął jeszcze jeden uśmiech, a potem przemówiła po raz ostatni, bardziej do siostry, choć wszyscy zgromadzeni i tak usłyszeli te słowa.
- Szerokiej drogi.

3 komentarze:

  1. Wreszcie doczekałam się pierwszego wolnego dnia w pracy i teraz mogę spokojnie usiąść, aby rozkoszować się Twoją twórczością! Nie będę więc przedłużać wstępu i od razu zabiorę się za to, co najistotniejsze. :-)
    Osobiście wiem, że obojętnie jak racjonalne wnioski są nam przedstawiane, nadzieja umiera ostatnia. W ostatnim czasie właśnie przez taki stan przechodzi moja rodzina. Niby wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, co nieuniknione, a jednak... ciągle jest nadzieja. Dlatego rozumiem Vanessę. Rozumiem dlaczego tamtego dnia nie pożegnała się z Rosalie i dlaczego liczyła na kolejne spotkanie. Rozumiem, dlatego wiem, że nie powinna się obwiniać. Była przyjaciółką Rosalie, była przy niej, gdy ta jeszcze żyła i to jest najważniejsze. Żadne słowa czy ich brak tego nie zmienią. W życiu liczą się czynny, a na Vanessę, Rosalie, mogła liczyć zawsze - chociaż znały się tak krótko. Victor po raz kolejny udowodnił, że jest facetem idealnym. Jeśli to w ogóle możliwe, to w tej chwili kocham go jeszcze bardziej. <3 I trudno się z nim nie zgodzić... Obojętnie kim jest człowiek, zawsze się znajdzie ktoś dla kogo jest fantastyczny.
    Jenny jest cudowna (chociaż nawet to słowo nie oddaje jej wspaniałości). Jest tak empatyczną i silną osobą, że aż jej tego zazdroszczę. To jak walczy o innych i się nie poddaje jest godne podziwu. Przykro mi, że James ją tak potraktował, ale wiem, że w głębi duszy jest jej wdzięczny za te odwiedziny. Na razie rządzi nim ból i żal po stracie przyjaciółki, ale pewnego dnia, gdy trochę ochłonie, przeprosi Jenny, chociaż - według niej - nie będzie miał za co.
    Co do Jamesa, to nawet nie umiem sobie wyobrazić co czuje. Stracił najlepszego przyjaciela jakiego miał i nikt w życiu nie wypełni tej pustki, dlatego nie zdziwiło mnie jego zachowanie. Każdy na swój sposób radzi sobie z przeżywaniem żałoby. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko wybierze się na pogrzeb, aby nie musiał kiedyś żałować, że nie było go tam dla Rosalie.
    Plus, piękna piosenka! ;-)
    Wspomnienie rozłożyło mnie na łopatki. Myślę, a przynajmniej chcę wierzyć, że mała Rosalie miała rację. Mimo to... Christina miała rację - jeśli kogoś znasz, kochasz, lubisz lub jest częścią Twojego życia - trudno nie płakać. Ból po stracie takiej osoby jest tak potężny, że potrafi człowieka wbić w ziemię. I nic nie da się z tym zrobić. Nawet myśl, że ten człowiek trafił do lepszego miejsca, nie jest żadnym pocieszeniem. Jedynym lekarstwem jest czas (według mnie). Cieszę się jednak, że Christina postanowiła uśmiechać się dla Rosalie. Myślę, że Ros doceni to tam na Górze.
    Pierwszy raz tutaj napiszę to - dziękuję Sophie! Ich krótka rozmowa była bardziej znacząca niż tysiąc słów. Wierzę, że teraz James zwlecze swój tyłek z kanapy i jeszcze zdąży dojechać do Kościoła, aby towarzyszyć swojej przyjaciółce w jej ostatniej podróży, a także wspierać tych, którzy również postanowili być z nią w tym dniu.
    Przepiękna jest ta piosenka Niny, uwielbiam ją i cieszę się, że wykorzystałaś ją w tym fragmencie.
    Chciałabym napisać coś sensownego, ale nie jestem w stanie, a to wszystko wina łez, które zalewają moją twarz. To była przepiękna, ciepła i wzruszająca przemowa, którą mogła wygłosić tylko siostra. I jeszcze ten kolaż ze zdjęć na końcu.. Poczułam się tak, jakbym żegnała kogoś istniejącego naprawdę.
    Dobra robota, Deluxe. Posiadasz przeogromny talent. Czytają ten odcinek miałam wrażenie, że pochłaniam rozdział książki, a nie opowiadania. Jestem Twoją fanką i nigdy w życiu nie przestanę nią być <3 ! Zdobyłaś moje serce i duszę. Dziękuję Ci za to! :*
    A na koniec pozostaje mi tylko napisać:

    "Szerokiej drogi, Rosalie"

    OdpowiedzUsuń
  2. Wreszcie dotarłam i od razu biorę się za czytanie :)
    Można się było tego spodziewać, że po poprzednim rozdziale ten obecny wcale nie będzie weselszy. Mnie końcówka naprawdę wzruszyła i czuję, że teraz będzie tak samo, więc na wszelki wypadek zaopatrzyłam się w chusteczki, bo ze mną może być naprawdę różnie. Cóż, skłamałabym gdybym powiedziała, że rozumiem Vanessę. Prawda jest taka, że jeszcze nie straciłam w swoim życiu aż tak bliskiej mi osoby, więc jej uczucia są mi po prostu obce. Bardzo jej współczuję, bo chyba wszyscy zdążyli zauważyć jak bardzo Vanessa polubiła się z Rosalie i to rzeczywiście w bardzo krótkim czasie. Faktycznie najbardziej dołować może to, że nawet nie zdążyły się pożegnać, bo lekarka do końca wierzyła w to, że Rosalie jednak wyzdrowieje i dalej będzie wśród nich. Tego pewnie też nie potrafiłabym sobie wybaczyć. Czy jej zachowanie świadczy i naiwności? Nie sądzę, nie nazwałabym tego w ten sposób. Ona po prostu całą sobą wierzyła, że zdarzy się cud i dalej będzie miała swoją przyjaciółkę na wyciągnięcie ręki. Tym bardziej przykro mi, że stało się inaczej. Victor pokazał, że Vanessa może na niego liczyć w każdej chwili, pokazał jak ogromnym jest dla niej wsparciem. W takich chwilach dobrze jest mieć obok siebie kogoś takiego. Razem na pewno jakoś sobie poradzą :)
    Czuję sprzeczne emocje. Z jednej strony James bardzo wkurzył mnie swoim zachowaniem, a z drugiej strony staram się go zrozumieć. Stracił kogoś naprawdę ważnego w swoim życiu, wielokrotnie to podkreślał, że Rosalie jest dla niego kimś naprawdę ważnym. Czy rzeczywiście była dla niego tylko przyjaciółką? Teraz jak się tak patrzy na to wszystko z boku, to mam wrażenie, że ta relacja miała jakieś głębsze znaczenie. James kochał Rosalie, ale ta miłość bardzo różniła się od tej, którą czuje do Jenny. Ja mam wrażenie, że to raczej taka relacja na zasadzie rodzeństwa z wyboru. Przyjaźń na pewno też i to taka bardzo głęboka. Dla mnie najbardziej przykre jest to, że James zamknął się w swoim mieszkaniu przed całym światem. Jestem w stanie zrozumieć, że każdy swój ból przeżywa inaczej, jedni się zamykają przed całym światem, a inni jednak chcą żeby ktoś przy nich był i miał na nich oko. James zdecydował, że woli żałobę po Rosalie przeżywać w samotności, więc nikt nie powinien mieć o to do niego pretensji. Ale i tak jego zachowanie wobec Jenny było okropne. Ona sama po raz kolejny udowodniła, że jest wspaniałą kobietą i myślę, że nie odrzuci Jamesa po tym jak ją potraktował. Przed Jamesem naprawdę ciężkie chwile i oby swoim zachowaniem nie narobił jeszcze więcej szkód.

    OdpowiedzUsuń
  3. To wspomnienie było przepiękne. Zawsze zastanawiałam się skąd w Rosalie było tyle tej przenikliwości i spostrzegawczości. Jak nikt inny potrafiła czytać między wierszami i odgadywać myśli ludzi bez najmniejszego trudu. Nawet jako mała dziewczynka powalała przenikliwością i dojrzałością. Aż dziw, że sześcioletnie dziecko może mieć takie myśli. Nie wiem czy ja umiałabym spojrzeć na śmierć właśnie tak jak Rosie. To zawsze będzie temat trudny i bardzo ciężki. Podziwiam Christinę, że trzyma się tak dobrze. Że w miarę dobrze znosi pożegnanie własnej siostry. Niby takie było życzenie Rosalie, ale czy Tina rzeczywiście będzie tak silna, że nie uroni ani jednej łzy? Mnie rozkleiło już samo wspomnienie, a co dopiero cała reszta, która na nią czeka? Smutne to wszystko, naprawdę.
    Chyba naprawdę nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego bólu, który czuje James. Stracił przyjaciółkę, osobę naprawdę dla niego ważną. Będzie naprawdę ciężko przepowiedzieć mu, że Rosalie odeszła i już nie wróci. Widać, że nie potrafi i przede wszystkim nie chce się pogodzić z obecną sytuacją. Przed nim ciężki okres. Myślę, że samemu będzie ciężko jakoś się pozbierać, ale mam wrażenie, że przeżywanie żałoby w samotności jest dla niego lepszym rozwiązaniem, niż niepotrzebne zadawanie bólu najbliższym. Nie wiem jeszcze jaką opcję wybierze James, ale mam nadzieję, że telefon od Sophii da mu do myślenia i podejmie konkretne kroki. Swoją drogą bardzo zaskoczyła mnie tym telefonem i słowami skierowanymi do Jamesa. Możliwe, że mężczyzna jeszcze kiedyś jej za nie podziękuje :)
    Ta przemowa Christiny. Przepiękna! Aż zabrakło mi słów. Naprawdę nie wiem co napisać. Ryczę i nie mogę przestać.
    Mimo wszystko czekam na dalsze rozdziały :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń