21 lutego 2015

36. ,,Nie budźmy się z tego snu''

Hej :)
Odchorowałam tych kilka ostatnich dni, no i dalej tracę głos, ale najważniejsze, że jest lepiej, niż było. Trzeba wracać do żywych, nie ma bata, zatem przybywam z nowością :)
Publikuję te rozdziały długie miesiące po ich napisaniu, więc każdą część czytam i przeżywam razem z Wami. Widzę błędy techniczne, które staram się poprawiać w miarę możliwości, ale samej historii nie zmieniłabym ani trochę. Wiem, że niektóre wątki wymagałyby poprawek, gdybym na przykład myślała o wydaniu Forever w formie książki (kiedyś kiedyś, a istotnie mam aż tak wybujałą wyobraźnię :D), ale na razie nie zawracam sobie tym głowy. Zżyłam się z tymi bohaterami i tak jak byłam szczęśliwa za każdym razem, kiedy dopisywałam kolejny rozdział Forever Ours, tak szczęśliwa jestem do tej pory - bo kocham to moje niedoskonałe, ale dopieszczone dziecko. Nie wiem, na ile jest to kwestia sentymentu, a na ile czegoś innego, ale tak czy siak zwyczajnie kupuję to opowiadanie wraz ze wszystkimi jego wadami. Bo z dziećmi tak jest, że się je kocha, jakie by nie były 
W sumie to ten wstęp nie był potrzebny, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać :) W każdym razie, mam nadzieję, że to opowiadanie nie nudzi Was, że nadal jesteście ciekawe, co będzie dalej, i że historia sama w sobie Was nie rozczarowuje. Chyba się powtarzam, ale naprawdę chciałabym, żeby Forever wypadło w miarę przyzwoicie :)
Jeśli chodzi o sam rozdział, to cóż, będą niespodzianki :D Same się przekonacie :)
Dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią! 
Całuję i do napisania wkrótce! :*
***
Indila - Mini World

Christina próbowała lekceważyć telefon, który nie cichł ani na chwilę. Przez dość długi okres czasu, wychodziło jej to całkiem dobrze, choć nie była pewna, czy rzeczywiście należała jej się za to pochwała. W pewnym sensie, zachowywała się jak dziecko, które boi się konsekwencji i dlatego chowa się przed rodzicami. W tym przypadku rodzicem był Gregory, który wyraźnie nalegał na kontakt z nią. Tina nienawidziła być małą, zagubioną i przestraszoną dziewczynką. Sytuacja ta męczyła ją coraz bardziej i nawet urok Paryża, który pokochała miłością szczerą i bezgraniczną, zdawał się gasnąć w obliczu niespełnionych obietnic i zranionych serc. Próbowała zrozumieć, dlaczego tak unika pana Haggerty'ego. Przecież, gdyby z nim porozmawiała, mogłaby dowiedzieć się, jak to tak naprawdę było z nim i jego żoną, a także z ich krótkim, właściwie epizodycznym związkiem. Dlaczego bała się tej rozmowy? Dlaczego sama, na własne życzenie, stawała się dzieckiem, choć dzieciństwo było raczej nieciekawym okresem w jej życiu?
Brunetka zastanawiała się, dlaczego dźwięk urwał się jakieś dwie minuty wcześniej i do tej pory nie powrócił. Zdążyła poprawić luźnego kucyka, który trzymał ciemne włosy w umownym ładzie i wówczas usłyszała kolejny sygnał. Albo jej się wydawało, albo na myśl o tym, że Gregory nie odpuszcza i nie zniechęca się, jej serce drgnęło i stało się cieplejsze, niż dotychczas. Podniosła telefon i spojrzała na wyświetlacz. Nie musiała. Od początku wiedziała, że to on. Nabrała powietrza w płuca, czując, jak zaczynają drżeć jej ręce. Stresowała się tym wszystkim, a jednak odważyła się wykonać śmiały krok. Nacisnęła zieloną słuchawkę z duszą na ramieniu.
- Gregory - powiedziała cicho, rozglądając się po pokoju hotelowym. Chciała odciągnąć jakoś swoją uwagę od emocjonującej konfrontacji z mężczyzną, a jej oczy spoczęły w końcu na zdobionym kandelabrze.
- Witaj - odparł, a na dźwięk jego głosu, pod Tiną dosłownie ugięły się kolana. Nie chciała upaść, a uznała, że jest to dość prawdopodobne, więc usiadła. - Jestem zaskoczony.
- Niby czym? - odburknęła. Odniosła wrażenie, że Gregory będzie jej teraz prawił kazania i zadrwi z jej tchórzliwego zachowania. Częściowo miała rację.
- Tym, że z takim uporem unikasz jakiegokolwiek kontaktu ze mną - odrzekł ze stoickim spokojem, a jego głos był poważny. - Tym, że nie wzięłaś sobie do serca tego, co ci powiedziałem ostatnim razem.
- Przypomnij mi, co to było?
Haggerty prychnął, zapewne przekonany, że Christina chce go rozzłościć, a w rzeczywistości dobrze pamięta ich ostatnie spotkanie. Miał rację.
- Powiedziałem ci, że chcę z tobą porozmawiać - rzekł pisarz. - Zanim powiesz, że przecież rozmawiamy w tej chwili, zauważę, że od początku miałem na myśli konfrontację twarzą w twarz.
- Tak się niestety składa, że akurat jestem w Paryżu - odparła niewzruszona, mając nadzieję, że ten argument zmusi Gregory'ego do poddania się, jednocześnie wiedząc, że gdyby faktycznie to zrobił, pękłoby jej serce.
- Tak się niestety składa, że ja też - powiedział Haggerty, a kiedy odpowiedziała mu głucha cisza, świadcząca o szoku szarookiej, dodał: - Wyjrzyj przez okno.
Christina przełknęła ślinę, czując, jak czerwienieje z emocji. Podeszła do okna, wciąż trzymając słuchawkę przy uchu. Przedarła się przez jasną firanę i spojrzała w dół. Kilka pięter niżej stał on, majacząc się niczym plama na chodniku, a jednak będący bardzo wyraźny dla wpatrzonej w niego Tiny. Na jego twarzy nie gościł ani cień uśmiechu, co nieco ją zmartwiło, a zarazem było zupełnie zrozumiałe i uzasadnione. Dłonie zaciskał na bukiecie czerwonych róż i nie odrywał wzroku od okna, w którym po prostu musiał widzieć swoją ukochaną. Christina pomyślała, że Gregory wygląda cholernie banalnie, a jednocześnie bardzo na nią działa. Nie potrafiła się uśmiechnąć - nie teraz, kiedy jego twarz zdawała się być wykonana z kamienia, a każdy wie, że nie jest to najbardziej elastyczne tworzywo na świecie. Brunetka skorzystała z niezręczności tej chwili i odwróciła wzrok. Na łóżku zauważyła Antoine'a, który podniósł się niepewnie, machnął ręką w jej kierunku i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju, zamykając drzwi z nieco większym impetem, niż było to wskazane. Tina wspomniała ostatnią noc, wciąż gapiąc się w miejsce, w którym zniknął Antoine. Bawili się naprawdę dobrze, a on chyba aż za dobrze. Kiedy pomału zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością, Christina postanowiła zabrać go do hotelu. Naciągnęła mu kaptur na głowę, by nikt z obsługi nie rozpoznał w nim swojego pracownika, po czym pomogła mu wgramolić się na górę. Mężczyzna bardzo szybko zasnął, a nawet, gdyby jednak był trzeźwy i świadomy wszystkiego, Christina nie ośmieliłaby się zrobić z nim czegokolwiek. Nie miała na to ochoty. Przez cały ten czas, kiedy jeden drink zamieniał się w drugi i tak dalej, myślała właśnie o tym żałosnym facecie ze śmiesznymi kwiatkami w rękach.
Christina obejrzała się i zdumiała, kiedy zobaczyła, że Gregory zniknął. Chwilę potem usłyszała huk i kroki. Odwróciła się. Haggerty stał już przed nią, kilka metrów dalej, patrząc na nią oczami, w których płonął ogień.
- Naprawdę mi zaimponowałaś - powiedział, a Christina walczyła z kolanami, które stawały się coraz bardziej miękkie i niestabilne. - Przeleciałaś kawał świata, by się ze mnie wyleczyć. A teraz spójrz na mnie. Ja przeleciałem taki sam kawał świata, by udowodnić ci, że nigdy ci się to nie uda.
Christina przełknęła ślinę głośno. Zamarła, kiedy zorientowała się, że Gregory robi krok w jej stronę.
- Nigdy, rozumiesz? - zapytał głosem, który tak kochała.
Kiwnęła głową niepewnie.
- Cieszę się - mruknął i po raz pierwszy zdobył się na lekki uśmiech. - Paryż... Miasto miłości.
Zrozumiała aluzję. Ruszyła ku niemu, a Gregory rzucił kwiaty na łóżko, na którym po chwili wylądował wraz z ukochaną. Przyspieszone oddechy obojga nie były tak szybkie, jak bicie ich serc, gotowych wyskoczyć z piersi już, w tej sekundzie, natychmiast. Haggerty sprawnie pozbawił Christinę koszulki, a ona zaczęła całować jego szyję, kawałek po kawałeczku, delektując się, jakby jej usta nigdy przedtem nie zaznały tak przepysznego smaku. Gregory całował ją delikatnie, a zarazem mocno, tak, aby poczuła, że on naprawdę tu jest i nigdzie się nie wybiera. Objęła go mocno, pozwalając, by zrobił kolejny krok. Nie myślała o niczym, w jej głowie nie kłębiły się żadne wątpliwości. Brakowało jej jego dotyku, pocałunków i pożądania i nie chciała psuć chwili, która mogła stać się jedną z najwspanialszych w jej życiu. Jeszcze jedno uderzenie gorąca i oboje znajdą się w miejscu, które już znali, a które wydawało jej się niedostępne dla nich obojga. Jak bardzo się myliła... Gregory przez cały ten czas trzymał klucz do tych bram, a ona była zbyt ślepa, by z tego skorzystać. Więcej nie popełni tego błędu. Nie interesowało jej absolutnie nic, prócz tego, że kochała tego mężczyznę z całych sił, a on udowodnił jej, że jego uczucia były równie potężne i szczere.

***

Vanessa siedziała na łóżku i nasłuchiwała odgłosów dobiegających z łazienki. Victor właśnie się golił, nie rezygnując z możliwości, by przyłączyć się do piosenkarki, której głos wydostawał się z radia. Zawodził tak okrutnie, że Vannie aż położyła dłoń na brzuchu z czułością, by ich potomstwu nie zwiędły uszy od przysłuchiwania się tatusiowi, mistrzowi wokalu.
- Słyszę, że się ze mnie śmiejesz - zawołał z łazienki.
- Dziwisz mi się? - rzuciła w odpowiedzi. - Ale śpiewaj sobie. Wiedz, że są to twoje ostatnie miesiące wolności.
Dźwięk maszynki ucichł, a zaniepokojony piłkarz wychynął z łazienki, przyglądając się narzeczonej podejrzliwie.
- Czemu masz taką zaskoczoną minę? - zapytała Vannie. - Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci piać, kiedy nasza córka...
-...syn - poprawił ją.
- Nie będziesz bezkarnie budził mi dzieci - prychnęła z udawaną złością.
Victor uśmiechnął się w taki sposób, w jaki robił to zawsze, gdy Yorke wydała mu się zabawna, urocza, albo jedno i drugie na raz. Odłożył maszynkę i ruszył ku ukochanej, a potem zaczął ją obcałowywać, mimo jej niepodważalnych sprzeciwów.
- Masz piankę na twarzy! Zabieraj się!
Joyce roześmiał się, po raz ostatni pocałował narzeczoną w policzek i wrócił do łazienki, kręcąc biodrami tak, jakby był przekonany, że wygląda to seksownie i kusząco. Niekontrolowany śmiech Vanessy zdawał się całkowicie temu zaprzeczać.
- Skarbie? - zawołała, sięgając pod łóżko, skąd wydobyła średniej wielkości pudełko, przewiązane białą wstążką. - Mógłbyś tu przyjść na chwilę?
- Nie, bo nie pozwalasz się całować - burknął. - I na dodatek nie doceniasz moich ponętnych kształtów!
- Docenię, obiecuję, tylko chodź - powiedziała, nieco zniecierpliwiona, a Victor momentalnie stanął u jej stóp, patrząc z zaciekawieniem na przyszłą żonę i nawet nie zauważając pudełka, które spoczywało na jej kolanach. Nagle schylił się, wciąż z pianką na twarzy. Vanessa odepchnęła go. - Co ty wyrabiasz?
- No chyba mieliśmy się całować - żachnął się.
- Victor, ogarnij się - Vannie załamała ręce. - Mam coś dla ciebie. Czy możemy po prostu przejść do rzeczy?
- Właśnie próbowałem przejść do rzeczy... - mruknął pod nosem. - To co, mówiłaś, że masz dla mnie prezent? - zapytał, a jego oczy aż się zaświeciły z podekscytowania i radości.
- O tak - odrzekła i wręczyła mu pudełko. - Jak pewnie wiesz, dzisiaj poznamy płeć. Chciałam, żebyś przedtem poznał coś jeszcze.
- Mam nadzieję, że pod wiekiem nie znajduje się zdjęcie z USG, bo jeśli tak, to wiedz, że złamałaś umowę - powiedział z powagą. - Mieliśmy dowiedzieć się jednocześnie.
- Tak, głąbie! - krzyknęła, tracąc cierpliwość. - Victor, po prostu otwórz to pudełko i nie odzywaj się przez chwilę, bo jeszcze trochę, a pęknie mi głowa od słuchania twoich jęków.
Victor spoważniał jeszcze bardziej. Włączyła się jego nadopiekuńczość. Usiadł zamaszyście obok ukochanej, pytając, czy dobrze się czuje. Vanessa kiwnęła głową i ponagliła go, by zajął się podarunkiem od niej. Zielonooki odwiązał wstążkę i odłożył ją na bok. Otworzył pudełko i wyciągnął z niego parę śnieżnobiałych, maleńkich bucików. Victor umieścił je na swoich palcach i udawał, że niewidzialne nóżki drepczą we wszystkie strony.
- Są świetne - stwierdził, a potem raz jeszcze zajrzał do pudełka. - Jesteś cudowna, że kupiłaś od razu dwie pary. Bobas będzie miał na zmianę.
Vanessa uśmiechnęła się, a potem pokręciła głową.
- Dla każdego po jednej parze, matołku - rzekła.
Mina Victora była bezcenna. Chłopak kilkakrotnie przenosił wzrok z zawartości pudełka prosto na twarz narzeczonej. Drżącymi dłońmi wyciągnął drugą parę malutkich bucików i przyjrzał im się badawczo, jakby spodziewał się, że to żart.
- Możesz powtórzyć? - zapytał cicho.
Vanessa zaśmiała się uroczo. Wyciągnęła szyję, by pocałować blondyna w policzek, a potem spojrzała prosto w jego intensywnie zielone oczy, teraz wytrzeszczone ze zdumienia.
- Jeden strzał, dwa gole - powiedziała dobitnie.
Victor wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Vanessa postanowiła poczekać na jego pełną reakcję, będąc przekonaną, że będzie ona bardzo wylewna, pełna radości i wszechobecnego szczęścia. Czekała w ciszy, patrząc na analizującego wszystko od początku Victora i poczuła przyjemne ukłucie na sercu. Patrzyła na głowę swojej nowej, pięknej, czteroosobowej rodziny. Patrzyła na człowieka, który dał jej więcej, niż ktokolwiek inny. Patrzyła na mężczyznę, którego kochała tak mocno, że aż nie potrafiła tego wyrazić.
- Mój - szepnęła, przyglądając mu się z miłością.
Victor wciąż tkwił w odrętwieniu. Vanessa roześmiała się, a potem wsparła głowę na ręku, nastawiając się, że dojście do siebie może piłkarzowi zająć dłuższą chwilę.

***

Rosalie nie przegapiła momentu, kiedy James rozchylił powieki, budząc się ze snu. Sama nie zmrużyła oka tej nocy, czując, jak całe jej ciało trzęsie się z emocji. James pokazał jej, że nie ma się czego bać, bo cokolwiek się stanie i jakiekolwiek jeszcze rzeczy wyjdą na jaw, on zawsze będzie po jej stronie. Wciąż trudno jej było uwierzyć w to, że Devon nie zniechęcił się do niej. Zrozumiałaby, gdyby postanowił odciąć się od niej na zawsze, a jednak on wybrał inną, trudniejszą do przewidzenia drogę. Był wspaniałym człowiekiem, który bez wątpienia zasługiwał na szczęście. Ktoś mógłby powiedzieć, że James nie był idealny i miał swoje za uszami, ale Rosalie nie przejmowała się czymś takim. Przecież nikt z nas nie jest doskonały i nieomylny, a ona zamierzała bronić tego stanowiska, niczym lwica. Sama wielokrotnie podjęła niewłaściwą decyzję, raniąc przy tym ludzi, którzy nie zdołali umknąć przed ciosem, a jednak ludzie potrafili jej wybaczyć, mimo cierpienia i żalu. Najpierw Christina, teraz James... Rosalie wiedziała, że to jeszcze nie koniec jej drogi. Było jeszcze kilka osób, z którymi musiała porozmawiać, by móc z ręką na sercu powiedzieć, że naprawiła wszystko to, co mogła i dała z siebie absolutnie wszystko. Czekały ją ciężkie chwile i wciąż istniało duże prawdopodobieństwo, że nie wszyscy znajdą w sobie siłę, by przebaczyć, jednak nastawienie się z góry na porażkę na pewno nie było mądrym posunięciem. Rosalie zamierzała przejść przez to z podniesionym czołem i walczyć. Patrzyła wstecz i widziała, jak długą drogę przebyła w ciągu tych ostatnich siedmiu miesięcy, a nawet więcej, ponieważ podjęcie decyzji o powrocie do Londynu, również było częścią tej walki z demonami przeszłości. W pewnym sensie była z siebie dumna i teraz, kiedy czekała ją konfrontacja z Jamesem w miejscu, które miało dla niej bardzo duże znaczenie, nie zamierzała chować głowy w piasek. Była zwyciężczynią dla samej siebie i to jej w zupełności wystarczało.
- Tak myślałem... - mruknął James, a Rosalie zatrzymała się w połowie drogi. Oboje w ciszy obserwowali malujący się przed nimi cmentarz położony na zielonym, upstrzonym kwiatami i drzewami wzgórzu.
- To nie była trudna zagadka - odpowiedziała.
- Nie musimy tam iść - rzekł, a w jego głosie brzmiała troska. Rosalie wychwyciła z tej barwy coś jeszcze. Przeniosła spojrzenie na Jamesa, uśmiechając się łagodnie.
- Nie musisz się tego obawiać.
James, mimo, iż był mężczyzną z krwi i kości, wcale nie zamierzał wypierać się swej wrażliwej strony. Kiwnął głową, doceniając wsparcie i wyrozumiałość Rosalie. Dziewczyna wyciągnęła rękę ku niemu, a on ścisnął ją i ruszyli zgodnie. Jasnowłosa gotowa była przysiąc, że po drodze słyszała, jak niespokojnie bije mu serce. James za chwilę poczuje się tak, jakby grunt zapadał się pod nim. Rosalie znała ten ból, jednak, mimo sympatii wobec Devona, nie mogła mu oszczędzić tego doświadczenia. Przez jedenaście lat Rosalie ukrywała przed nim prawdę. Najwyższa pora, by dowiedział się wszystkiego.
Zatrzymali się przy jednym z nagrobków. James, zaskoczony nagłym przystankiem w tej trudnej wędrówce, spojrzał na Rosalie, a ona skinęła głową, uzmysławiając mu, że dotarli na miejsce. Oplotła wzrokiem kamienną płytę, na której wygrawerowane były litery, układające się w imię i nazwisko.
- Mary Devon - przeczytał James głosem, który zdawał się gasnąć w jego ustach.
- Musisz poznać tę historię - rzekła spokojnym głosem Rosalie. Denerwowała się tak samo, jak James, nie chciała jednak pokazać mu, że towarzyszą jej te same, silne i bardzo trudne emocje. - Usiądź.
Mężczyzna zgodził się i zajął miejsce na ławce tuż przy nagrobku. Rosalie widziała, jak jego wzrok raz po raz wędruje ku nazwisku dziewczynki. Ich córki. Dobrze to znała. Nie potrafiłaby zliczyć, ile razy sama wlepiała wzrok w kamienną tablicę i wyżłobione w niej litery. Nabrała powietrza w płuca i zaczęła mówić i choć wcale nie było to łatwe, mówiła sobie w duchu, że da sobie z tym radę. Opanowanie Jamesa dodało jej odwagi i pomogło wykonać pierwszy krok.
- Kiedy dowiedziałam się o ciąży, w pierwszej chwili pomyślałam o tym, jak na tę wiadomość zareaguje Scarlett - rzekła. Wspomniała, jak uderzało ją to, że nie potrafiła wymówić słowa: ,,mama''. Dziś robiła to bez mrugnięcia okiem. Nie miała matki i już właściwie nie czuła bólu z tego powodu. - Ciąża ostatecznie przekreślała szanse na karierę, która pozostała chorym marzeniem Scarlett nawet wówczas, kiedy zrezygnowałam z tańca. Potem pomyślałam o tobie. Choć byłam w tobie tak bardzo zakochana, ani na chwilę nie zapomniałam o tym, jak wielką rolę w naszym wspólnym życiu odgrywały moje kłamstwa. Obawiałam się twojej reakcji. Podeszłam do tego ostrożnie. Dobrze wiesz, co stało się później.
Nie odpowiedział, ponieważ głos odmówił mu posłuszeństwa. Kiwnął jednak głową, dając znak, że dobrze pamiętał, że powiedział jej wówczas, że absolutnie nie jest gotowy na dziecko, ponieważ wcześniej sam musi dorosnąć. Potraktował jej słowa jak żart. Rosalie ponownie zaczerpnęła świeżego, lipcowego powietrza i mówiła dalej.
- Wiem, że mogłam walczyć o to, byś zmienił zdanie - rzekła. - Wiem, że gdybym powiedziała ci wprost, że zostaniemy rodzicami, mógłbyś zmienić zdanie i uznać, że może i będzie ciężko, ale oboje jakoś poradzimy sobie z nową sytuacją. Wahałam się. Potem raz jeszcze spojrzałam na ogrom krzywd, jakie ci wyrządziłam. Nie chciałam wyrządzić kolejnej, a twoje słowa zabrzmiały tak, jakby dziecko miało być właśnie taką skazą na twoim sercu. Rozważałam wyjazd i rozpoczęcie nowego życia z daleka od ciebie i Sophii, by nie móc zranić cię po raz kolejny. Ostateczną decyzję podjęłam z innego powodu, o którym nie chcę ci jeszcze mówić.
Zatrzymała się na chwilę. To wszystko było trudne do opisania, a jednak ona musiała przejść przez to wszystko jeszcze raz. Widziała zmartwioną minę Jamesa. Wiedziała, że zaserwowała mu właśnie najbardziej szokujące wyznanie. James słuchał w milczeniu, zapewne zastanawiając się, co by było, gdyby Rosalie podjęła inną decyzję i gdyby on nie powiedział wówczas tych głupich słów, które ciemnooka wzięła bardzo mocno do siebie.
- Nie chciałam usunąć ciąży, choć tamtego dnia, kiedy zapytałam cię, co byś zrobił, gdybym zaszła teraz w ciążę, wymieniłeś taką możliwość - powiedziała. - Chciałam urodzić to dziecko, mieć kogoś, kto kochałby mnie właśnie taką, jaka byłam i kogo ja sama mogłabym kochać każdego dnia. Chciałam i potrzebowałam mieć wreszcie kogoś, dla kogo nie będę oszustką, bojącą się sprzeciwienia wrogowi. Czekałam na nią, na mojego aniołka, a były to długie i bardzo trudne miesiące. Nie było ich dziewięć - rzekła, a James uniósł wzrok. Był ciekaw, a zarazem bał się usłyszeć choćby jedno słowo więcej. - Siedem. Wiedziałam, że była to w dużej mierze moja wina. Robiłam wszystko, by zapewnić sobie i córce bezpieczeństwo, jednak nie byłam cudotwórcą. Ciąża podwyższonego ryzyka - wyjaśniła. - Do samego końca wierzyłam, że to nie może się tak skończyć. Przechodziłam przez piekło, kiedy zrozumiałam, że straciłam swoją jedyną, ostatnią szansę na to, by być lepszą matką, niż Scarlett.
- Wciąż możesz mieć dzieci - powiedział nagle James, sam zadziwiony tym, iż z jego gardła nagle wydostał się jakikolwiek dźwięk.
Rosalie pokręciła przecząco głową, czując, jak pod powiekami zaczynają jej się gromadzić łzy.
- Pomyślałam, że chciałbyś dać jej imię po swojej matce - rzekła Rosalie. - Przez te wszystkie lata, kiedy nie mieliśmy ze sobą kontaktu, cmentarz był dla mnie jak dom. Przychodziłam tu zaraz po przebudzeniu i przesiadywałam do późnych godzin wieczornych. Straciłam bardzo dużo czasu na uciekaniu przed przeszłością i przed tobą, a ty okazałeś mi tyle ciepła i serca... Tak bardzo żałuję, że w porę nie dostrzegłam, jak wyjątkowym jesteś człowiekiem.
Rosalie schowała twarz w dłoniach, przegrywając walkę ze wzruszeniem, które zaciskało palce na jej gardle. James zerwał się z ławki i bez wahania objął blondynkę ramieniem. Jego uścisk był mocny, a zarazem delikatny, pełen czułości i opiekuńczości. Pocałował delikatnie czubek jej głowy i poczekał w milczeniu, aż szloch dziewczyny ustąpi, chociażby na krótką chwilę. Kiedy tak się stało, poprosił, by na niego spojrzała. To dziwne, ale na jego twarzy malował się uśmiech, mimo wstrząsających rzeczy, jakich się dowiedział.
- Byłem idiotą - powiedział i nie pozwolił jej, by podważyła jego wypowiedź. - Naprawdę. Jestem ci wdzięczny za to, że mi powiedziałaś. Żałuję, że nie było mnie przy tobie, kiedy tak bardzo cierpiałaś. Gdybym wiedział...
- Najważniejsze, że teraz jesteś - mruknęła, a James ponownie ją przytulił.
- Jestem i będę - zapewnił.
- Przepraszam - załkała.
- Nie becz - powiedział stanowczo. - Nasza córka na pewno patrzy i nie chce widzieć, jak płaczesz. Weź się w garść.
Rosalie uśmiechnęła się, połykając słone łzy. Nadal towarzyszyło jej przekonanie, że nie zasłużyła na to, by James tak łatwo wybaczył jej to wszystko, jednak postanowiła spróbować z tym żyć. Teraz, kiedy z jej serca spadł wielki ciężar, wiedziała, że jest już na ostatniej prostej do celu. Osiągnęła więcej, niż zamierzała. James nie znienawidził jej, choć mógł. Kochała go za to i obiecała sobie, że gdziekolwiek zaprowadzi ją życie, będzie miała na niego oko i dopilnuje, by był szczęśliwy za te wszystkie lata, które zmarnował z jej powodu.

***

Christina czuła zimne krople wody, spływające od czubka jej głowy, aż do stóp. Chciała otrząsnąć się z szoku, w jakim tkwiła od chwili, kiedy usłyszała głos Gregory'ego po tak długim czasie rozłąki. Przeżyła z nim coś tak wspaniałego, że wręcz nie znała na tyle silnych słów, by uczciwie wyrazić swoje wrażenia. Miała ochotę jak najszybciej wrócić do pokoju i raz jeszcze zatracić się w nieskończonym błękicie jego oczu, jednocześnie bojąc się rozmowy, być może najtrudniejszej, jaką przyjdzie im przeprowadzić. Wiedziała, że nie może nijak tego obejść, jeśli chce stworzyć z Gregiem coś, co będzie trwało długo w pełnym i niepodważalnym szczęściu. Każdy pocałunek uświadamiał jej, że właśnie o tym marzyła. Chciała mieć go przy sobie na wyłączność, tylko dla siebie i na zawsze. W pierwszej chwili, kiedy Gregory zamknął za sobą drzwi i spotkali się po raz pierwszy od dawna, Christina była pewna, że to pożądanie powoduje jej reakcję. Teraz była bardziej niż pewna, że to wcale nie było to, lecz miłość w swoim najprawdziwszym i najsilniejszym wydaniu.
Brunetka oplotła ciało ręcznikiem, podobnie zresztą uczyniła z mokrymi włosami. Rzuciła przelotne spojrzenie swemu odbiciu w wielkim, zdobionym lustrze, a potem wróciła do pokoju. Haggerty siedział na łóżku, wyczekując powrotu ukochanej. Kiedy usłyszał jej kroki, a potem zobaczył sylwetkę, którą tak dobrze znał, uśmiechnął się niepewnie i poprosił, by do niego podeszła. Christina usiadła obok niego, zastanawiając się, czy to możliwe, by z nerwów serce wyskoczyło jej z piersi. Czuła, że nastąpi to lada chwila. Mimo to, gestem dłoni pozwoliła Gregory'emu, by zaczął mówić.
- Od początku wiedziałem o tym, że Sophia mnie zdradza - rzekł. - Nie układało nam się. Kiedy się poznaliśmy, zauroczyliśmy się sobą i przymykaliśmy oczy na różnice, które nas dzieliły. Prawda była taka, że kompletnie do siebie nie pasowaliśmy, a jednak coś trzymało nas przy sobie. Pewnego dnia połączyłem fakty. Te jej wyjścia z anonimowymi ludźmi i późne powroty, jakieś kosztowne prezenty niewiadomego pochodzenia i tak dalej. Nie byłem głupi ani ślepy. Kiedy trafiłem na dowód zdrad Sophii, dopadła mnie niemoc twórcza. Nie byłem w stanie sklecić chociaż zdania. Wena wróciła, kiedy poznałem ciebie.
Christina uznała, że stwierdzenie to było bardzo miłe, ostatecznie jednak nie zdołała się uśmiechnąć.
- Skoro wiedziałeś o jej romansach, to dlaczego zgodziłeś się na terapię małżeńską? - zapytała.
- Były takie momenty, kiedy naprawdę wierzyłem, że może nam się udać - powiedział. - Sophia zapewniała, że chce ze mną być i chce walczyć o nasze małżeństwo. Próbowałem na nowo jej zaufać. Wiedziałem, że nie poświęcałem jej tyle uwagi, na ile zasługiwała i w pewnym sensie sam pchnąłem ją w ramiona innych mężczyzn. Nie umiałbym zrobić jej awantury i zwyzywać jej, bo mnie zdradziła. Potrafiłem dostrzec swoją winę. Liczyłem na to, że jeśli nie uda nam się pogodzić, to przynajmniej rozstaniemy się pokojowo. Chciałem dać jej szansę i czas, by przyznała się do wszystkiego. Wybaczyłbym jej i wówczas nasze drogi rozeszłyby się na zawsze. Patrzyłem, jak Sophia pogrywa sobie ze mną, nie mając pojęcia, że ja doskonale wiem, kim jest ta jej niby przyjaciółka, fryzjerka czy kosmetyczka. Czasem bywało to nawet zabawne - mruknął, a Tina skarciła go surowym spojrzeniem. - Tak czy inaczej, mój plan nie zadziałał tak, jak powinien. Zakochałem się w tobie, Christino Dainty.
Jej serce gwałtownie przypomniało o swoim istnieniu.
- Przestałem myśleć - ciągnął. - Liczyłaś się tylko ty. Nim się spostrzegłem, zrobiłem Sophii to samo, co ona mi, choć nie śmiałbym podejrzewać samego siebie o zdolność do zdrady. Żałuję czekania na to, aż moja żona dorośnie, by przyznać się do swoich wybryków, bo mógłbym o wiele lepiej przeżyć ten czas. Z tobą. Patrzeć w te twoje czarodziejskie oczy, żyć tym pięknym snem i nigdy, przenigdy się z niego nie budzić. Ale, jeśli mi pozwolisz i jeśli zaufasz mi maksymalnie, zrobię wszystko, byśmy przeżyli dwa razy tyle wspaniałych chwil, a może jeszcze więcej. Chcę, abyś zasnęła u mego boku i zobaczyła, jak cudownie jest w tym moim śnie. Christino, chciałbym prosić cię o kolejną szansę, o czystą kartkę. Chcę zacząć od nowa.
Pocałował ją, sprawiając, że Christina zmrużyła oczy, odczuwając niesamowitą przyjemność. Zatrzymał dłoń na jej policzku, patrząc prosto w jej otwarte już oczy, przypominające swą barwą niespokojne niebo na moment przed deszczem.
- Naprawdę panią kocham, pani Dainty - powiedział cicho.
Christina przylgnęła do klatki piersiowej mężczyzny, skrytej pod kremową, elegancką koszulą, całkowicie rozpiętą. Wsłuchiwała się w bicie serca człowieka, który spełnił jej największe od wielu lat marzenie o tym, by mieć najlepszego mężczyznę pod słońcem, bo należącego tylko i wyłącznie do niej. Oderwała się od niego nagle, patrząc na niego badawczo.
- Skąd ty właściwie wiedziałeś, gdzie jestem? - zapytała, wybałuszając na niego oczy. - Czyżby znowu Rosalie?
- Nie powinniśmy zdradzać wszystkich sekretów - odparł, siląc się na tajemniczość, a po pocałowaniu jej ponownie, dodał: - W wolnej chwili podziękuj siostrze w moim imieniu.

***

Ciemnowłosa kobieta w dżinsowej kurtce i białej, koronkowej sukience, która podkreślała zaokrąglony brzuszek, uśmiechała się szeroko za każdym razem, kiedy do głosu dochodził jej narzeczony. Kiedy oboje szli szpitalnym korytarzem, Victor nie odrywał wzroku od zdjęcia USG, na którym po raz pierwszy zobaczył swoje dwie, maleńkie fasolki. Oboje wciąż przeżywali magiczną chwilę, kiedy lekarz prowadzący powiedział im, kto dołączy do ich rodziny na przełomie grudnia i stycznia. Piłkarz rozpływał się z zachwytu, a Vanessa zdecydowanie wolała, kiedy mówił za dużo, niż kiedy nie odzywał się ani słowem przez blisko czterdzieści minut, a właśnie tak się zachował, kiedy dowiedział się o tym, że zostanie ojcem bliźniąt.
- Od razu ci mówiłem, że to będzie chłopak - powiedział z satysfakcją.
- A ja od razu mówiłam, że dziewczynka - odparła szybko Vanessa.
Oboje mieli rację i zgodnie stwierdzili, że trafiło im się najwłaściwsze rozwiązanie, choć z pewnością cieszyliby się zarówno z dwóch córek, jak i dwóch synów. Gdyby były dwie dziewczynki, Vannie zapewne nie uniknęłaby wieloletnich błagań Victora o to, by postarali się o syna, o którym od zawsze marzył. Odetchnęła z ulgą na myśl o tym, że uda się spełnić obydwa marzenia za jednym zamachem, a największą radość sprawiła jej świadomość, że czeka ją tylko jeden poród - była to jedyna rzecz, która budziła w niej przerażenie.
- Vincent - wypalił nagle Victor. - Nazwiemy syna Vincent.
- Po moim trupie - warknęła Vanessa, a jasnowłosy spojrzał na nią z wyrzutem.
- Nie uważasz, że powinienem mieć wpływ na ten wybór? - zapytał. - I co jak co, ale imię Vincent naprawdę mi się podoba. No, ale jeśli ty zamierzasz kręcić nosem, to mam inną propozycję.
- Zaskocz mnie.
- Victor Junior - wyrecytował mężczyzna z nieukrywaną dumą, wypinając pierś.
- To ma sens! - powiedziała żartobliwie, czując, że jeszcze trochę, a nie zdoła dusić w sobie śmiechu, którym tak bardzo chciała wybuchnąć. - A dziewczynkę nazwiemy Vanessa, na moją cześć.
- Nie, bo będziecie mi się mylić.
- Oficjalny komunikat: to była najdurniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałeś.
- A co powiesz na to? - spytał i wyszeptał prosto do nadstawionego przez nią ucha: - Kocham całą waszą trójkę.
Vanessa uśmiechnęła się, czując, jak jej policzki pokrywa rumieniec. Stanęła na palcach i pocałowała ukochanego w policzek.
- Powiem, tak dla odmiany, że to była jedna z twoich najmądrzejszych wypowiedzi.
- Tak myślałem - stwierdził i chwycił jej dłoń.
Zupełnie nagle, jak spod ziemi, wyrosła przed nimi młodsza siostra Josha Hartleya. Miała bardzo zdenerwowaną minę, a oddech szybki, wskazując na to, że musiała do nich biec.
- Vannie... Josh...
- Co się stało? - zapytali równocześnie Vanessa i Victor.
- Po prostu... chodźcie... - wydusiła Isabel i zaprowadziła ich do sali, w której leżeli Josh i Mercy.
Zakochani, a także towarzyszący im Mercy, Austin i Isabel, wpatrywali się z otwartymi ustami w otulonego opatrunkiem Josha, który pomału, jak noworodek, który po raz pierwszy widzi światło, otwiera oczy. Vanessa była pewna, że nie zapomni tego momentu do końca swoich dni. Nawet Victor ucieszył się z wyjątkowego wydarzenia, którego był świadkiem. Vannie patrzyła na Josha, dostrzegając coraz większe przebłyski jego niebieskich oczu. Był niezniszczalny i pokazał jej, że potrafi walczyć na śmierć i życie. Dał jej szansę, by spróbowała mu pomóc. Obiecała, że zrobi wszystko, by Josh odzyskał swoje szczęście. Teraz, kiedy znowu mogła o to walczyć, w napięciu czekała na pierwszą rozmowę z Hartleyem po jego próbie samobójczej. Nie zmarnuje swojej szansy. Nie zawiedzie go po raz kolejny.

***

5 komentarzy:

  1. Dzisiaj jestem szybciej niż ostatnio i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa! :)
    Zanim zabiorę się za czytanie, to chcę się odnieść do Twoich słów wstępu. Uważam, że fakt iż jesteś zadowolona ze swojego opowiadania dobrze o Tobie świadczy. Nie zaprezentowałaś nam jakiegoś gniotu, tylko ciekawą i barwną historię. Mnie to opowiadanie kompletnie nie nudzi i za każdym razem jestem równie ciekawa, co tym razem się wydarzy. :-) Pisz dalej, bo wychodzi Ci to świetnie! A teraz zabieram się za najważniejszą część.
    Jupi! Jestem dumna z Gregory'ego, że zadał sobie tyle trudu, aby najpierw dowiedzieć się, gdzie jest Christina, a następnie ją tam odszukać i zrobić taką niespodziankę. Nie spodziewałam się tego po nim, ale cieszę się, że to zrobił. Christina zasługuje na wszystko, co najlepsze, a Gregory wydaje się tym właśnie być. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej i nic nie stanie na ich wspólnej drodze.
    "Jeden strzał, dwa gole" <- powaliło mnie to na łopatki. Ale się cieszę ich szczęściem i to podwójnym! Ach, są tak słodcy, że aż chciałoby się ich schrupać. Ubóstwiam ich i kupuję wszystko, co z nimi związane! :-)
    To jest chyba pierwszy raz kiedy naprawdę współczuję Rosalie. Żadna kobieta nie powinna doświadczyć czegoś takiego. Żadna matka, nie powinna chować swojego dziecka. Żadna. Życie jednak jest tak urządzone, że nie zawsze dostajemy to, co chcemy. A czasami potrafi zadać taki cios, że człowiek nigdy w życiu się z niego nie pozbiera. Wyobrażam sobie jaką pustkę musi nosić w sercu Rosalie i dlatego jej współczuję. Co do Jamesa, to jak pisałam pod poprzednim rozdziałem, nie rozumiem jak potrafi tak spokojnie siedzieć koło Rosalie i ją wspierać. Szczególnie po tym wszystkim, co zrobiła. Ale są rzeczy, których nie zrozumie. A jeśli mu jest z tym dobrze, to mi nie pozostaje nic innego jak to zaakceptować.
    Dopiero teraz dostrzegłam dojrzałość Gregory'ego. Zyskał u mnie dużego plusa. Po pierwsze za to, że podzielił się tą historią z Christiną. Po drugie za to, że przyznał się, że on także ponosi winę za rozpad jego małżeństwa. A po trzecie za to, że wreszcie wyznał Christinie miłość. Jestem zadowolona, że wreszcie Christina zazna spokoju w ramionach ukochanego mężczyzny!
    Victor mnie rozbraja. On jest po prostu jedyny w swoim rodzaju i dla tego tak bardzo go ubóstwiam! <3 Cieszę się, że Josh wreszcie wybudził się ze śpiączki. Mam nadzieję, że teraz wszystko zacznie się układać.
    Kochana, świetny odcinek. Nie mam żadnych zastrzeżeń poza jednym... proszę o kolejną nowość szybciej! :-) Robi się coraz ciekawiej, więc czekanie na kolejne odcinki ciągnie się nieubłaganie.
    Dużo zdrówka! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę obiecać, że wszystko zacznie się teraz układać, ale mam nadzieję, że nie rozzłoszczę Cię dalszym ciągiem jakoś szczególnie, haha :)
      Bardzo dziękuję za opinię!
      Do napisania :* :*

      Usuń
  2. Wracam jutro! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jak wczoraj obiecałam zjawiam się dzisiaj i od razu biorę się za czytanie :)
    W poprzednim rozdziale Gregory mnie zdenerwował, naprawdę. Zachowywał się co najmniej tak, jakby miał pretensje do całego świata, że Christina wyjechała i o niczym go nie poinformowała. Jest dorosła i ma prawo robić co tylko jej się podoba tym bardziej, że ostatnie wydarzenia między nimi nie były za wesołe. To przykre, że ludzie rozstają się nieraz przez byle błahostkę. Są niedopowiedzenia, a co za tym idzie są niepotrzebne kłótnie i koniec związku. Tym bardziej się cieszę, że Gregory poszedł po rozum do głowy, zadał sobie tyle trudu by dowiedzieć się gdzie jest Tina i pojechać do niej wszystko wyjaśnić. To co się wydarzyło od razu po wejściu Grega do pokoju hotelowego było do przewidzenia i wierzę, że na pewno wszystko sobie wyjaśnią. Ja w tym fragmencie widziałam przede wszystkim tęsknotę dwójki ludzi i przeogromną radość z tego ponownego spotkania, no i miłość ale to już przecież widać gołym okiem :) podsumowując niech to szczęście Christiny trwa jak najdłużej, bo według mnie zasługuje na wszystko co najlepsze :)
    To niesamowite, że związek dwojga ludzi może być tak udany i szczęśliwy. Vanessa i Victor są tego ewidentnym przykładem. Wpadli na siebie niespodziewanie, ich znajomość rozwinęła się naprawdę szybko, ze zwykłej znajomości przeradzając się w coś poważniejszego i piękniejszego. Myślę, że oboje trafili naprawdę dobrze. Vanessa to świetna, dojrzała kobieta, która naprawdę ma głowę na karku i na pewno nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać, a Victor sam w sobie jest po prostu uroczy. Czuły, opiekuńczy i bardzo kochający, normalnie istny ideał :) za chwilę wezmą ślub, będą mieli dzieci. No właśnie DZIECI! Ale mnie zaskoczyłaś tym, że Vanessa urodzi bliźnięta :) cudowna wiadomość, a kiedy jeszcze wyobraziłam sobie minę Victora, to mój uśmiech był jeszcze szerszy :) to naprawdę cudownie, że wszystko zaczyna im się układać i wierzę, że będą świetną i szczęśliwą rodziną :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze? Zgadzam się z tym, że po tych wszystkich tajemnicach i kłamstwach Rosalie większość ludzi zapewne by się od niej odwróciła. Nikt tak naprawdę nie chce mieć w swoim towarzystwie tak zakłamanej i oszukującej wszystkich dookoła osoby. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że sama jest sobie winna, bo gdyby wcześniej zdecydowała się na "spowiedź" na pewno nie byłoby z tego tyle bólu i cierpienia dla tych oszukanych osób. Nie wszyscy są tacy, że od razu odepchną od siebie osobę, która tyle razy zraniła. Są osoby, które naprawdę potrafią wybaczyć i robić wszystko by było normalnie, po prostu. Już przekonałam się o tym, że James jest dobrym człowiekiem. Pogubił się w swoim życiu, ale nie przestał być dobry i za to dla niego ogromny plus. Potrafił wyciągnąć wnioski, odpowiednio je zinterpretować i przede wszystkim nie znienawidził Rosalie po tych jej wyznaniach. To straszne, naprawdę współczuje jej, że straciła dziecko. Mogę sobie jedynie wyobrażać co czuje wtedy taka kobieta, ale nie życzę tego żadnej z kobiet. Kiedy Rosalie powiedziała, że chciała mieć dziecko bo chciała mieć kogoś kto kochałby ją taką jaka jest i kogo ona mogłaby kochać każdego dnia to miałam łzy w oczach, naprawdę. Po tym wyznaniu rzeczywiście mógł spaść jej ogromny ciężar z serca. Nie wiem czy to koniec wyznań Rosalie, ale w tym przypadku naprawdę jej współczuje, chociaż nie ukrywam, że kolejnych wyznań też się obawiam.
    Dla mnie Gregory to taka... nietypowa postać. Nigdy nie potrafiłam go rozgryźć, zawsze był dla mnie zagadką, nigdy nie potrafiłam przewidzieć jego kolejnego kroku. Mam do niego ogromny dystans i to się raczej nie zmieni, nawet po tym co przeczytałam w tym fragmencie. Oczywiście pokazał, że potrafi być dojrzały, chodzi mi tutaj o to, że całą winą za rozpad małżeństwa nie obarczył Sophii, ale widzi też w tym swoją winę. Chyba nie zawsze jest tak, że winna jest tylko i wyłącznie jedna osoba. Dziwie się tylko, że skoro do siebie nie pasowali, że wytrzymali ze sobą tak długo, że w ogóle znosili swoje towarzystwo. Teraz wygląda na to, że sytuacja się rozwiązała, że rozwód to tylko kwestia czasu, bo zarówno Sophia jak i Gregory ułożyli już sobie życie z innymi osobami. To dobrze, że Greg wyłożył kawę na ławę, że przyznał się do swoich uczuć wobec Christiny. Teraz przynajmniej oboje wiedzą na czym stoją. Cóż, trzymam za nich kciuki, oby im się ułożyło i byli szczęśliwi :)
    Co do związku Vanessy i Victora powiedziałam już wystarczająco dużo, chociaż na pewno jeszcze coś dodam nieraz :) ale najważniejsze w tym fragmencie jest to, że Josh obudził się ze śpiączki. Oby teraz już było tylko lepiej :) z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń