13 kwietnia 2015

39. ,,Ratuję ci życie''

Hej :)
Trudno wyjaśnić, czemu nowy rozdział pojawia się dopiero teraz. No ale jest, także mam nadzieję, że Wam się spodoba ta część :)
Rozdział nie jest zbyt entuzjastyczny, tak mi się wydaje. Tak się złożyło, choć mam dzisiaj urodziny i może powinnam Wam zaserwować coś bardziej radosnego, hm... Nie wyszło, haha :)
Życzę Wam miłej lektury i do napisania wkrótce! :*
Aha, dziękuję za słowa pod poprzednią częścią. Jesteście niezawodne! :)
***
Barlow Girl - Never Alone

- Chcesz? - odezwał się dziewczęcy głos.
Josh wzruszył lekko ramionami, a zawiedziona jego obojętnością Isabel odstawiła na blat proponowany mu przed momentem sok. Mężczyzna przez chwilę stał w miejscu jak kołek, zastanawiając się, czy młodsza siostra powie jeszcze cokolwiek i bijąc się z myślami, czy w ogóle chciałby jeszcze jej słuchać. W krytycznym momencie postanowił wyjść z pokoju, by choć na chwilę uwolnić się od tego typu rozważań. 
Jego życie po nieudanej próbie samobójczej było pasmem szarych, nijakich wydarzeń, do których nie przywiązywał zbytniej uwagi. Ludzie na zmianę proponowali mu różne rzeczy i zajęcia, byle tylko odciągnąć jego myśli od problemów, jednak on rzadko kiedy obdarowywał ich chociaż słowem. Nie miał ochoty na spacery, kino czy zwykłą rozmowę z przyjacielem... Prawdę mówiąc, nie miał ochoty na nic. Znał już ten stan, jednak to, co przeżył, wcale nie uodporniło go na ten ból i trud. Przez dość długi okres czasu był całkiem sam, zresztą nie bez własnej winy. To on postanowił wycofać się z życia towarzyskiego i rodzinnego, to on lekceważył telefony przyjaciół, to on odsunął od siebie wszystkich, którym na nim zależało. Na pewno pomogliby mu, gdyby tylko im na to pozwolił. Teraz, kiedy z kolei widział wokół siebie prawdziwy, imponujący tłum i każdego dnia obserwował kolejne próby swoich bliskich, wciąż wolał odsunąć się na bok, uciec od ich zatroskanych min i słów, które teoretycznie miały dać mu pokrzepienie. Patrzył na Londyn, który był szary i ponury, dokładnie tak, jak jego nastrój. W odróżnieniu od pogody, która w pewnym momencie po prostu musi ulec poprawie, jego humor zdawał się być czymś permanentnym i absolutnie nic ani nikt nie zdoła go zmienić. Josh nie był już nawet wściekły, był po prostu zawieszony, niezdolny do wykonania stanowczego ruchu i nie żyjący tak naprawdę. Jego dusza była jak wątły płomyk, który tlił się wciąż tylko dzięki cudowi. Hartley wiedział, że to ostatnie takie dni. W pewnym momencie jego wnętrze po prostu zgaśnie. Nie wierzył, że ktokolwiek, nawet specjalista tak dobry, jak Christina, zdoła mu jeszcze pomóc. Nie chciał tego. Nie widział dla siebie nadziei.
- Mogę? - odezwał się znowu kobiecy, lecz tym razem należący do kogoś innego głos.
Josh obejrzał się tak szybko, jak mógł, czując silne zaintrygowanie. W drzwiach stała Paige, jego była narzeczona, z którą nie widział się od tak wielu miesięcy, że stracił w końcu rachubę. Jej długie włosy zdawały się być jeszcze ciemniejsze, niż zwykle. Oczy były mocno podkreślone czarną kredką i cieniem. Na twarzy, którą tak dobrze znał, nie gościła przesadna troska ani smutek. Była poważna, pełna napięcia i uprzejmego wyczekiwania. Brunet skinął w końcu głową i odwrócił się. Paige weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Nie podeszła zbyt blisko. Josh był pewien, że lada chwila los da mu kolejną szansę, by parsknąć śmiechem, gdy usłyszy to koszmarne pytanie po raz setny. A jednak, Paige nie zapytała, jak się czuł. Zaskoczyła go i ucieszył się w duchu, że stał do niej tyłem, tak, że brunetka nie mogła zobaczyć jego miny.
- Nie muszę pytać - rzekła, czytając mu w myślach. - Dobrze wiem, jak człowiek czuje się w takim momencie. Parę razy zdarzyło mi się myśleć o najgorszym... o tym, od czego ciebie dzielił zaledwie centymetr. Z dnia na dzień cały mój świat zawalił się jak domek z kart. Straciłam cię, a byłeś i wciąż jesteś człowiekiem, który pomógł mi wyjść z największego bagna, w jakim można się znaleźć. To dzięki tobie wyszłam na prostą. Byłeś najważniejszą osobą w moim życiu i nagle okazało się, że nie żyjesz.
Chciał jej przerwać. Znał tę historię zbyt dobrze, by mieć jeszcze ochotę jej słuchać, a jednak nie potrafił wykrztusić chociaż słowa. Coś mu na to nie pozwoliło. Być może szacunek do dramatycznych przeżyć Paige, która nigdy nie była mu obojętna. Zacisnął powieki, czując napływającą złość. Pozwolił jej mówić.
- Kiedy człowiek traci panowanie nad swoim życiem, bardzo łatwo przekroczyć granicę i zakończyć wszystko. Pokusa jest wielka, nie uważasz? Wystarczy chwila, by uwolnić się raz na zawsze od zmartwień. Tak niewiele, więc czemu z tego nie skorzystać? A teraz spójrz na mnie.
Josh nie był pewny, czy powinien potraktować to dosłownie, czy Paige chciała, aby przyjrzał się jej życiu i doświadczeniom. Ostatecznie odwrócił się, a jego wzrok spoczął najpierw na ścianie za nią, a potem na twarzy ciemnookiej.
- Nie byłoby mnie tu dzisiaj, gdyby nie ludzie, którzy o mnie walczyli - powiedziała z powagą i wdzięcznością w głosie. - Wiem, że jest ci bardzo ciężko, ale to minie, jeśli tylko się postarasz. Nikt nie zrobi tego za ciebie, choć zapewniam cię, że bardzo byśmy tego chcieli. Postawilibyśmy dla ciebie cały świat na głowie, Josh. Jeśli wciąż myślisz o tym, by ze sobą skończyć, proszę, nie rób tego. Nie odbieraj nam szansy na to, by ci pomóc. Nie rezygnuj z walki.
Zaschło mu w ustach. Czuł wstyd. Wszyscy musieli dwoić się i troić, by mu pomóc. Był dużym chłopcem, a nie potrafił poradzić sobie samodzielnie z czymś takim, jak życie. Czuł się jak ciężar, który utrudnia normalne funkcjonowanie jego ojcu i siostrze, Austinowi i Paige i wszystkim innym, którzy dzień w dzień udowadniali mu swoje zaangażowanie i miłość. Kochał ich i chciał im tego oszczędzić.
- Josh - powiedziała twardo Paige, prawdopodobnie po raz kolejny dobrze wiedząc, o czym myślał. Patrzyła na niego swymi wielkimi oczami, a w jego żołądku coś się przewracało. - To tylko złudzenie. Nikomu nie będzie łatwiej bez ciebie. Jeśli się poddasz, zamienisz życie najbliższych w piekło. Zastanów się, zanim dasz się ponieść emocjom.
Ciszę pomiędzy nimi, w której dało się wyczuć bardzo silne nerwy obojga, przerwało ciche pukanie do drzwi. Paige szybko zorientowała się, kto to był. Po jej twarzy przemknął cień satysfakcji, a oczy rozbłysły, gdy po raz ostatni przed otworzeniem drzwi, spojrzała na Hartleya.
- Sądzisz, że jej życie byłoby lepsze, gdyby straciła cię na zawsze?
Kobieta wpuściła do środka sześcioletnią dziewczynkę w cytrynowej bluzce i białych, krótkich spodenkach. Josh zdumiał się, gdy zobaczył córkę po raz pierwszy od tak dawna. Nagle ukłuło go niewyobrażalne poczucie krzywdy, jaką musiał jej wyrządzić. Przez cały ten czas, kiedy był zaślepiony głosami w swojej głowie, nawet nie myślał o Adrianie. Dziewczynka przeżyła już rok bez niego, kiedy wszyscy myśleli, że nie żyje. Dlaczego zrobił jej to raz jeszcze, tym razem dobrowolnie? Dlaczego skazał ją na coś takiego?
- Adi... - westchnął Josh i rozłożył ramiona, uzmysławiając sobie, że kilkulatka jest zbyt speszona, by zrobić pierwszy krok. Dodał jej tym otuchy, bo dziewczynka uśmiechnęła się i rozpromieniona ruszyła ku niemu, by po chwili mocno go przytulić.
Spojrzał na Paige, która rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i wyszła z pokoju, zostawiając go samego z córeczką. Wziął dziewczynkę na ręce i pocałował delikatnie jej policzek, przełamany radosnym uśmiechem. Wiedział, że ma dla kogo żyć. Nie mógłby czuć tego bardziej i wyraźniej, niż właśnie w tym momencie. Musiał być silny. Musiał walczyć. Tylko jak to zrobić? Jak wygrać z demonami, które wciąż słyszał i które dalej zamieniały jego życie w koszmar?

***

Ogród malujący się za wielkim oknem był niemal tak samo szary, jak oczy wpatrzonej w niego kobiety. Brunetka podciągnęła kolana do piersi, ciesząc się w duchu, że mogła tę chwilę przeżyć we względnej samotności, pamiętała jednak o tym, że ów przywilej wkrótce się skończy. Kiedy Vanessa wróci do salonu, dzierżąc w dłoniach tacę z ciasteczkami, po które wyszła do kuchni parę minut wcześniej, Christina znów stanie przed poważnym dylematem - tym samym, z którym zmagała się od kilku dobrych tygodni. Szczęśliwe dni, które spędziła wraz z ukochanym w Paryżu, były dla niej szansą na ucieczkę przed zmartwieniami. Teraz, kiedy emocje opadły, wszystko raz jeszcze opętało jej umysł i zawładnęło sercem. Wiedziała, że dłuższe unikanie przyznania przed samą sobą, że rzeczywistość jest taka, a nie inna, nie miało większego sensu. Musiała stawić czoła wyjątkowo brutalnej i okrutnej prawdzie, a była to rzecz, której bała się najbardziej na świecie. Kiedy patrzyła na swoją młodszą siostrę, w jej głowie natychmiast na nowo rozbrzmiewały słowa, którymi Rosalie uraczyła ją, gdy na jakiś czas uciekły z miasta. Jej serce zaczynało bić zdecydowanie szybciej na myśl o tym, że ciemnooka wcale nie kłamała. Nie mogła być aż tak nieczuła. To była prawda, fakt, który Christina musiała zaakceptować. Czuła się tak, jakby dźwigała gigantyczny ciężar i marzyła o tym, by zwierzyć się komuś ze swoich przeżyć. Liczyła się z tym, że rozmowa z przyjacielem wcale nie zmniejszy jej bólu i niezgody na to, co miało nastąpić, jednak czuła, że jeśli nie podzieli się z Vanessą tym, z czym musiała się zmagać, eksploduje z nerwów i emocji.
- Czujesz? - zapytała nagle niebieskooka, a Tina pospiesznie otarła łzę, która niepostrzeżenie wydostała się na zewnątrz.
Vannie szła ku niej z tacą, nad którą unosiła się srebrzysta mgiełka.
- Jeszcze gorące - powiedziała lekarka, wyraźnie zachwycona swoim wypiekiem. Usadowiła się wygodnie obok przyjaciółki, pomiędzy nimi stawiając tacę i patrząc z niekrytym podziwem na kilkanaście upieczonych przez siebie, czekoladowo-orzechowych ciasteczek z posypką. Jej nozdrza rozszerzyły się, by rozkoszny zapach mógł dotrzeć jak najdalej. - Częstuj się - rzekła, widząc zamyśloną i nieco zmieszaną minę szarookiej.
Christina wzięła do ręki jedno z ciastek i podniosła, jednak jej dłoń zastygła gdzieś w połowie drogi do jej zaróżowionych ust.
- Nie mogę - powiedziała, kręcąc głową i czując, jak na nowo wzbiera w niej złość i bezsilność.
- Masz uczulenie? - spytała Vannie z zaciekawieniem, ze smakiem pochłaniając już drugie albo trzecie.
- Nie o to mi chodzi - odrzekła szybko Christina i odłożyła nienapoczęte ciastko na tacę.
Psycholog uciekła spojrzeniem w bliżej nieokreślone miejsce, kiedy zrozumiała, że to wszystko jest dużo trudniejsze, niż przypuszczała. Bała się podnieść wzrok. Usłyszała, jak Vanessa odsuwa tacę na bok, by być bliżej przyjaciółki. Przez chwilę żadna z nich nie wypowiedziała ani słowa, zapewne czując, że ich głosy i tak zginęłyby w ciężkiej tafli zdenerwowania. Dopiero potem Tina postanowiła wziąć się w garść. Wiedziała, że to właśnie ta chwila, by wyrzucić z siebie wszystko, co tak długo utrudniało jej funkcjonowanie. Spojrzała na ciemnowłosą, czując, jak serce tłucze się w jej wnętrzu. Nic, nawet świadomość, że wkrótce poczuje się lżej i lepiej, bo wyżali się komuś po raz pierwszy, nie było w stanie podnieść jej teraz na duchu.

***

Rosalie przyjrzała się swoim paznokciom, które niegdyś tak lubiła malować, a które obecnie były matowe i bezbarwne. Tymi słowami nie mogła opisać swojego życia, jeśli chciała być szczera z innymi i ze samą sobą. Ostatnie miesiące pełne były wrażeń, których można było uniknąć, ona jednak absolutnie nie żałowała tego, że wróciła do Londynu. Wiedziała, że musi to zrobić i choć liczyła się z tym, że będzie potwornie ciężko, a niektórych z jej planów nie uda się zrealizować, to jednak przez cały ten czas przyświecała jej myśl, że warto. Chciała, aby choć jedna osoba przebaczyła jej krzywdy, jakie wyrządziła. Chciała zobaczyć w oczach drugiego człowieka zrozumienie i gotowość, by pogodzić się, mimo zadanych w przeszłości ciosów i niezabliźnionych ran. Minęło wiele tygodni od tamtego wieczoru, kiedy wróciła i po raz pierwszy od wielu lat stanęła oko w oko z Jamesem Devonem. Wkrótce potem spotkała się z siostrą, poznała Vanessę i przypadkowo natknęła się na ulicy na Sophię. Wspomnienia zaczęły mieszać się z teraźniejszymi przeżyciami, tworząc niewyraźną, a jednak szalenie istotną plamę. Sytuacja raz się komplikowała, by za chwilę wydarzyło się coś, co przypominałoby Rosalie, jak operować ustami, by uformować je w ładny, wyrażający radość uśmiech. Wiedziała, że miała bardzo dużo szczęścia, bo zrozumiałaby, gdyby zarówno James, jak i Christina, nie zechcieli nawet jej wysłuchać, a co dopiero mówić o przebaczeniu. Doceniała to, że pod tym względem nie mogła mieć do losu pretensji o cokolwiek. Zastanawiała się, jak potoczy się jej spotkanie z Sophią, tym razem nie mające nic wspólnego z przypadkowym wpadnięciem na siebie na mieście. Zaskoczyło ją to, że była nadspodziewanie spokojna i odprężona, choć do niedawna na samą myśl o szkolnej rywalce, włosy stawały jej dęba. Albo wierzyła w to, że Sophia nie będzie tą okrutną dziewczyną, jaką ją zapamiętała, albo, niesiona tym, że James i Tina okazali jej serce, była przekonana, że nawet kłótnia z Haggerty nie zdoła jej podłamać.
Jasnowłosa uniosła wzrok, kiedy na horyzoncie pojawiła się niebieskooka kobieta, wysoka i ubrana w rozciągniętą, jasnoniebieską bluzę z kapturem. Jej włosy upięte były w kucyka, z którego w paru miejscach wychodziły pojedyncze, niesforne kosmyki. Nie przypominała tej zarozumiałej nastolatki, którą była w przeszłości, choć coś z dawnej wyniosłości pozostało w wyrazie jej twarzy. Sophia, z nieco zakłopotaną miną, usiadła po drugiej stronie stolika, przyglądając się Rosalie nieufnie.
- Witaj - powiedziała brązowooka, czując się tak, jak podczas pierwszego po latach spotkania z Tiną. Powitanie było niezręczne i problematyczne. Sophia kiwnęła nieznacznie głową, co dla towarzyszki było sygnałem, że może mówić dalej. - Podejrzewam, że domyślasz się, dlaczego chciałam się z tobą spotkać. Zanim powiesz cokolwiek, chciałabym prosić, abyś w moim imieniu podziękowała Martinowi.
- Niby za co? - zdziwiła się Sophia, marszcząc czoło. Rosalie już otworzyła usta, by jej odpowiedzieć, jednak właśnie wtedy rozmówczyni zrozumiała ją. - Jeśli myślisz, że to Martin namówił mnie, żebym się z tobą spotkała...
- A nie było tak? - spytała ze spokojem Rosie.
- Nie - odpowiedziała po chwili kobieta, a Dainty mogłaby przysiąc, że na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, nie mającego nic wspólnego ze złośliwym i drwiącym grymasem, do którego Sophia przyzwyczaiła ją przez te długie lata znajomości. - To była moja decyzja. Martin nie miał na nią najmniejszego wpływu.
Rosalie odnosiła przez chwilę wrażenie, że Sophia pozwoli jej teraz mówić, jednak blondynka szybko pozbawiła ją tych myśli. Wyprostowała się na krześle, zatrzymując dłoń na wyraźnie okrągłym brzuchu.
- Jestem pewna, że dobrze wiesz, jak wygląda teraz moje życie - rzekła Sophia, ostrożnie ważąc każde słowo. Między jej brwiami wyrosła zmarszczka uwypuklająca podenerwowanie. - Jestem w trakcie rozwodu i coś, czym żyłam przez parę lat, przejdzie do historii. Nie twierdzę, że nie ma w tym mojej winy. Prawdę mówiąc, dopiero kilka miesięcy temu zobaczyłam wszystkie swoje wady, swoje niedoskonałości i ogrom zła, które wlokło się za mną, gdziekolwiek szłam. Myślałam o tobie... o nas.
Zrobiła krótką przerwę, by napić się wody, a potem kontynuowała, wciąż nieco histerycznym głosem.
- Kiedy uświadomiłam sobie, że Martin poczuł do mnie coś więcej, niż wszyscy inni mężczyźni, z którymi umawiałam się za plecami męża, zaczęłam pałać do samej siebie wstrętem i odrazą - rzekła szybko, a Rosalie poprawiła się na krześle, słuchając cierpliwie. - Martin to dobry człowiek. Do dziś zastanawiam się, co go we mnie urzekło. Próbowałam zerwać z nim kontakt, bo wydawało mi się, że jedyne, co mogę mu dać, to cierpienie i ból, tak, jak tobie. Wiedziałam, że jesteś w mieście. Dzień w dzień myślałam tylko o tym, jakim potworem dla ciebie byłam. Pamiętałam szantaże, bójki i wszystkie inne okropieństwa, których musiałaś doświadczyć. Czułam się podle i do tej pory tak jest. A teraz - tutaj raz jeszcze pogłaskała swój brzuszek z wyraźną troską - moje życie otwiera się dla nowego człowieka, dla istoty, która ma czyste konto. Wiem, że dziecko kocha swoją matkę bezgranicznie i to od samego początku, a ja pragnę sprawdzić się w roli matki, bo rola żony wyszła mi fatalnie, nie wspominając o roli koleżanki ze szkolnych lat.
Rosalie uśmiechnęła się lekko, a błękitne oczy Sophii zalśniły intensywnie.
- Pamiętam, czym cię szantażowałam - powiedziała Haggerty. - To niedorzeczne. Nigdy sobie tego nie wybaczę. Jak ja mogłam?
- Już dobrze - rzekła Rosalie. - To było wieki temu. Przyszłam tu po to, by ci wybaczyć i prosić cię o to samo.
Sophia zamrugała powiekami szybko.
- Prosisz, abym ci wybaczyła? - zapytała z niedowierzaniem. - Ja?
- Tak, ty - odparła spokojnie. - Może zabrzmi to jak żart, ale gdybym nie była tak słaba psychicznie i tak cudowna w roli ofiary, nie miałabyś za uszami tak dużo. Gdybym była silniejsza i twardsza, postawiłabym ci się i nasze perypetie zakończyłyby się na paru sprzeczkach na sali baletowej.
Haggerty parsknęła śmiechem.
- Dziwny punkt widzenia - powiedziała, przyglądając się Rosalie tak, jakby czekała na sprostowanie czy wyjaśnienie, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Na jej twarzy znów zagościła śmiertelna powaga i łagodne zakłopotanie. Wyciągnęła dłoń. - Przepraszam cię za wszystko.
Wyglądała tak, jakby chciała powiedzieć coś więcej i było wielce prawdopodobne, że istotnie powinna poruszyć jeszcze kilka kwestii, Rosie jednak wcale na to nie liczyła i nie chciała oczekiwać od Sophii zbyt dużo. Prawdę mówiąc, otrzymała i tak więcej, niż się spodziewała. Uścisnęła dłoń rywalki, a w jej wnętrzu rozpłynęły się fala spokoju i poczucie bezpieczeństwa.
Czuła się coraz bardziej błogo. Świat zaczął gubić standardową ostrość, do której ją przyzwyczaił. Dźwięki w tle stały się dziwnie przytłumione, jakby ktoś mówił do niej przez gruby materiał. To Sophia. Przyglądała jej się swymi błękitnymi oczami, stając się coraz bardziej mglista i nierzeczywista, aż w końcu zniknęła, a razem z nią zniknęło wnętrze kawiarni, pozostali goście i wszystko inne.

***

Ich palce splątywały się ze sobą wręcz nieprzyzwoicie często, jednak teraz, kiedy byli tylko we dwoje, James nie czuł, że powinien odpuścić. Jenny odwróciła się do niego plecami, jednak brunet szybko zorientował się, że tak naprawdę wcale nie chciała odejść. Na pewno czekała na kolejną okazję, by móc go pocałować i przytulić. Był ciekaw, czy pożądała tego równie mocno, jak on. Pociągnął lekko jej dłoń, która wciąż połączona była z jego własną. Rudowłosa obejrzała się i odczekała chwilę, najwyraźniej chcąc grać na jego emocjach, a potem ugięła się i ruszyła ku niemu, uśmiechając się. James jak zwykle zatrzymał ją na moment przed pocałunkiem, by przyjrzeć się jej rozkosznym, rozsypanym na twarzy piegom. Uwielbiał je liczyć jeszcze kiedy oboje byli dzieciakami. Nie wyleczył się z tego, a nawet twierdził, że z roku na rok sprawiało mu to jeszcze większą przyjemność. Kiedy ich usta odnalazły drogę do siebie, mężczyzna poczuł, że uchodzi z niego całe napięcie, związane z typowymi, życiowymi problemami. Liczyło się dla niego tylko to, że miał ją przy sobie i mógł w każdej chwili zamknąć ją w swych ramionach, by mieć stuprocentową pewność, że jest bezpieczna. Czasem łapał się na tym, że nie wierzył w swoje własne szczęście - dostał od niej szansę, choć wielu ludzi powiedziałoby na pewno, że na nią nie zasłużył. Pewna cząstka Jamesa Devona z bólem zgadzała się z tymi słowami. Wielokrotnie skrzywdził ją, nawet się nie krzywiąc, kiedy skakał po jej sercu. Kiedy jednak widział te migdałowe oczy, wpatrujące się w niego dokładnie tak, jak teraz, James wierzył, że nie otrzymał ten szansy przez przypadek czy pomyłkę. Wiedział, że tym razem musi postarać się z całych sił, by nigdy więcej nie musieć znosić towarzystwa Jeremy'ego czy innego pajaca w sztywniackim garniturku. Nie chciał patrzeć na łzy ukochanej. Nie chciał, by jeszcze kiedykolwiek płakała przez niego.
- Nie! - krzyknął nagle Oliver, a zakochani odskoczyli od siebie.
- Co się stało? - zapytała Jenny, patrząc na syna, stojącego tuż pod domem Vanessy i Victora, do którego kilka minut wcześniej wszedł bez rodziców.
- Znowu się migdalicie! - powiedział, a potem wydał z siebie odgłos wyrażający najszczersze obrzydzenie. Jenny nastroszyła się, natomiast James roześmiał się pod nosem.
- Nie powinieneś być w środku? - spytała rudowłosa, kiedy wszyscy troje szli w kierunku domu jej brata.
- Wujek właśnie przytulał Vanessę w kuchni - odrzekł Oliver. - Bałem się, że zaczną się całować, więc wyszedłem, a wtedy wy...
- Dobra, młody, przystopuj - powiedział James, szturchając syna lekko. - Znamy ciąg dalszy tej historii.
Rzucił Jenny wyzywające spojrzenie, sugerujące, że na pewno nie popuści jej na tych paru przelotnych pocałunkach. Weszli do środka, razem ze zrozpaczonym Oliverem, przekomarzającym się teraz z matką, która usilnie próbowała nauczyć go przyzwoitego zachowania. James odruchowo spojrzał najpierw do kuchni, ciekaw, co zobaczy w środku. Victor istotnie przytulał Vanessę, jednak nie miało to absolutnie nic wspólnego z pieszczotami jego i Jenny w ogrodzie. James zauważył łzy na twarzy niebieskookiej i bardzo zmartwioną minę przyjaciela. Już szedł ku nim, gdy nagle Christina głośno zakończyła rozmowę telefoniczną i natarła na niego.
- Musisz jechać ze mną do szpitala - rzekła szarooka, a na dźwięk tych słów wszyscy zgromadzeni zwrócili głowy w jej stronę.
- Ja? - zdziwił się James. - Ale co...
- Tina? - odezwała się nagle Vannie, patrząc na przyjaciółkę wyczekująco, zręcznie ocierając twarz.
Christina odczekała chwilę, prawdopodobnie walcząc z myślami, które tłukły się bezlitośnie w jej głowie. Kiedy napięcie stało się wręcz niebezpieczne dla zdrowia, brunetka spojrzała najpierw na Vanessę, a potem na Jamesa i to w nim utkwiła wzrok na piekielnie długą chwilę.
- Dzwoniła do mnie Sophia - rzekła słabo. - Rosalie jest w drodze do szpitala.


Słyszała coraz więcej i coraz wyraźniej. Próbowała rozchylić powieki, jednak było to jedno z najtrudniejszych zadań, jakim w ostatnim czasie musiała sprostać. Kiedy w końcu jej się to udało, zorientowała się, że znajduje się w karetce, która na sygnale pędzi do szpitala. Nie czuła strachu. Prawdę mówiąc, czuła się tak, jakby śniła i to wszystko, co ją otaczało, wydawało się nierzeczywiste i przekłamane. Spojrzała w bok, zadzierając głowę na tyle, na ile pozwalały jej siły, przygasające z sekundy na sekundę coraz bardziej. Zobaczyła kawałek czerwonego materiału, jednak nie była w stanie podnieść głowy wystarczająco, by dowiedzieć się, kogo owe, jaskrawe ubranie zdobiło. Domyśliła się, że należało ono do ratownika, który był zbyt zajęty i zdenerwowany, by zauważyć, że Rosalie otworzyła oczy. Jej spojrzenie nagle przecięło się ze wzrokiem Sophii, trzymającej się nerwowo za brzuch i patrzącej na nią z dziwną opiekuńczością. Był to pierwszy raz, kiedy Rosalie widziała ją w takim stanie. Przywykła raczej do wiecznych uśmieszków nasączonych niechęcią. Była gotowa uwierzyć, że wciąż śniła, a to wszystko było jedynie dziwnym obrazem, jaki wykreowała jej wyobraźnia. Nawet, jeśli taka była prawda, Rosie poczuła, jak jej serce drgnęło, gdy na chwilę przed ponownym odpłynięciem, usłyszała:
- Naprawdę cię przepraszam. Właśnie ratuję ci życie i liczę, że tym ostatecznie odkupię swoje winy.

***

3 komentarze:

  1. Z małym poślizgiem, ale jestem! I jeszcze raz życzę Ci wszystkiego co najlepsze, bo na to zasługujesz! Stu lat, Deluxe <3 :*
    Dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę jak bardzo tęskniłam za Paige i Adrianą! Widzieć ich znowu wszystkich razem, to jak bardzo się wspierają, szanują i kochają jest cudowne. Wiemy doskonale jak potoczyły się losy Paige i Josha (nadal mi trochę przykro z tego powodu, ale wiem, że tak jest lepiej) jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Paige jest najważniejszą kobietą w życiu żołnierza. Jeśli ktoś miałby przemówić mu do rozsądku to właśnie ona i mała Adi. Josh musi zrozumieć, że nie jest sam, że ma obok siebie ludzi, którzy gotowi są zejść do samego piekła, aby przywrócić go do życia. Poza tym śmierć nie jest żadnym wyjściem. To nie jest rozwiązanie, które przynosi ulgę i szczęście. Śmierć to cierpienie, smutek i poczucie niesprawiedliwości z którą żyją ludzie po stracie ukochanej osoby. Może i Joshowi byłoby lepiej po śmierci, ale z całą pewnością nie ludziom, których by tutaj zostawił. Cieszę się, że zdał sobie z tego sprawę, że dostrzegł sens w swoim życiu. Musiał zacząć walczyć o lepsze jutro, o lepszego siebie dla tej małej dziewczynki dla której był wszystkim.
    Jestem ciekawa z czym takim zmaga się Christina. Zaintrygowałaś mnie, więc czytam dalej...
    Rosalie i Sophia wreszcie porozmawiały jak dojrzałe osoby. Jestem z nich obu bardzo dumna. Ich droga do tego miejsca nie była prosta, więc fakt, że im się udało można uznać za ogromny sukces! Dobrze, że sobie wszystko wybaczyły. Nie można przez całe życie żyć z urazą, bo to potrafi wykończyć człowieka. Od początku tej historii czułam, że Rosalie ma problemy ze zdrowiem i dlatego też zdecydowała się powrócić tak nagle! I coś mi się wydaje, że moje przypuszczenia nie były całkiem błędne. :-)
    Kocham Olivera ! Ten malec mnie rozbraja, co wcale mnie nie dziwi biorąc pod uwagę czyim jest synem i kogo ma za wujka ;-) ! Coś czuję, że jak dorośnie, to złamie niejedno kobiece serce, a tatusiowi i wujkowi da popalić, a co! ;-) A James i Jenny są tak uroczy, że trudno się nie uśmiechać, gdy się o nich czyta. Jestem wdzięczna losowi (czyt.Tobie) za to, że dostali jeszcze jedną szansę na wspólne szczęście. Wierzę, że tym razem James zrobi wszystko, aby serce Jenny już nigdy nie zostało skrzywdzone.
    Jak mogłaś skończyć w takim momencie? I to takim zdaniem? Teraz będę siedzieć i zastanawiać się, co ono znaczyło. W jaki sposób Sophia ratuje życie Rosalie? Na co dziewczyna tak naprawdę choruje? Białaczka? Inny rodzaj raka? Inna choroba? Jestem tak bardzo ciekawa, że nie wiem jak wytrzymam do kolejnej części. Obym nie musiała zbyt długo czekać, bo oszaleję! Tak więc za tydzień chcę nowy rozdział! Tak, to nie prośba, lecz rozkaz! :-)
    Świetny odcinek, naprawdę. Czuć, że historia powoli dobiega do końca i z jednej strony mnie to cieszy, bo zanotujesz kolejny, spektakularny sukces, a z drugiej jest mi przykro, bo bardzo zżyłam się z bohaterami i ich losami. Ciężko będzie mi się od nich odzwyczaić, ale wierzę, że zakocham się w kolejnym Twoim dziele równie mocno. Wiem, że do końca jeszcze trochę, ale tak jakoś mnie naszło .. Przepraszam! ;*
    Podsumowując: jak zwykle zafundowałaś mi sporą dawkę emocji i twardy orzech do zgryzienia! Dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałam skomentować już wczoraj, ale musiałam zebrać myśli po przeczytaniu samego pierwszego fragmentu, a co dopiero będzie kiedy przeczytam cały rozdział... wiem jedno - ciekawość mnie zżera, więc zabieram się za czytanie :)
    Moje pierwsze wrażenie odnośnie fragmentu numer 1 to jedno wielkie wow. Wielki uśmiech na mojej twarzy wywołało pojawienie się Paige i małej Adriany, a co za tym idzie automatycznie przypomina mi się Mine Again, które zadedykowałaś właśnie mnie (a wiedz, że w szoku jestem do dnia dzisiejszego). Ale co do samej treści to nie ma co ukrywać, że u Josha nie dzieje się najlepiej. Ta nieudana próba samobójcza będzie się za nim ciągnęła jeszcze przez długi, długi czas, nie pozbędzie się tego tak łatwo niestety. Niby po wybudzeniu ze śpiączki miało być coraz lepiej, ale nie trzeba być wielce spostrzegawczym żeby dostrzec, że jest wręcz odwrotnie. Przykre jest to, że Josh odrzuca wszelaką pomoc, że swoją obojętnością i niechęcią rani bliskie sobie osoby. Wierzę, że wszyscy bez wyjątku czy to Isabel, Peter, Austin lub Paige dwoją się i troją, żeby Josh chociaż trochę poczuł się lepiej. Nie chciałam tego pisać, ale mam wrażenie, że Paige pojawiła się praktycznie na ostatnią chwilę i mam nadzieję, że to właśnie w dużej mierze ona i Adriana sprawią, że żołnierz odzyska radość z życia. To prawda, jego bliskim wcale nie będzie łatwiej jak odejdzie, bo mała Adriana przede wszystkim potrzebuje obecności ojca w swoim życiu. To co powiedziała Paige było dobitne, dosłownie chwyciło mnie za serce. Było w tym tyle prawdy... nie ma co ukrywać, że ona sama też nie miała łatwo w życiu i to właśnie Josh pomógł jej stanąć na nogi. Można powiedzieć, że teraz to Paige ma szansę się odwdzięczyć i pomóc żołnierzowi w tych ciężkich dla niego chwilach. Końcówka dała chociaż cień nadziei na to, że teraz Josh będzie walczył o lepsze jutro, bo naprawdę ma dla kogo!
    Drugi fragment był naprawdę bardzo tajemniczy. Nie wiele z niego zrozumiałam, ale wiemy na pewno, że sprawa w dużej mierze dotyczy Rosalie. Od pewnego czasu miałam pewne przypuszczenia dotyczące blondynki, przede wszystkim jej stanu zdrowia, bo z jakiego innego powodu Christina tak by się zamartwiała? Mam tylko nadzieję, że sprawa nie jest aż tak poważna i jeszcze można znaleźć z niej jakieś wyjście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzeci fragment mogłabym zaliczyć do kolejnego przełomu w życiu nie tylko Rosalie, ale też i Sophii. Przyznaje się bez bicia, że długo czekałam na spotkanie obu pań, chociaż do tej pory nie wierzyłam, że w ogóle się pogodzą. Zbyt wiele żalu i pretensji było pomiędzy nimi, chociaż z drugiej strony Rosalie wcale nie wygląda na osobę pamiętliwą i pełną pretensji. To naprawdę kolejny sukces blondynki dokładając jeszcze do tego pogodzenie się z Christiną i wyjawienie Jamesowi całej prawdy. To prawda, że nie ma sensu żyć z urazą do drugiego człowieka, to po prostu męczące, chociaż są ludzie pamiętliwi, którzy tak łatwo nie odpuszczą i nie zapomną wyrządzonych krzywd. Ale dla własnego, czystego sumienia lepiej wybaczyć i żyć spokojnie. Podziwiam postawę Sophii, jej spokój i dojrzałość, którą pokazała w rozmowie z Rosalie. Mając porównanie Sophii z początków opowiadania i tej obecnej da się stwierdzić, że to dwie kompletnie różne osoby. Mnie osobiście przemiana Sophii bardzo cieszy, mimo, że wyrządziła tyle zła, myślę, że dałabym jej drugą szansę. Każdy z nas popełnia błędy, najważniejsze, żeby to dostrzec i umieć się do tego przyznać. Rosalie znów zemdlała? Nie wygląda to wszystko za ciekawie, ale oczywiście czytam dalej :)
    Jak to dobrze widzieć Jenny i Jamesa razem. Gdybym była złośliwa przyznałabym rację temu kto powiedziałby, że mężczyzna nie zasłużył na drugą szansę po tym co zrobił rudowłosej. Jenny naprawdę wiele przez niego wycierpiała, ale te wszystkie rozdziały pokazały, że jej miłość do Jamesa wcale nie osłabła, wręcz urosła jeszcze bardziej. Jej ufność i wiara w to, że Devon rzeczywiście się zmienił pozwoliły jej dać mu drugą szansę. Myślę, że było warto bo oboje nie widzą świata poza sobą. Wreszcie są szczęśliwą rodziną, taką, którą powinni być od zawsze.
    Czyli moje obawy odnośnie zdrowia Rosalie się potwierdziły. Sama nie wiem co napisać. Oby tylko nie sprawdził się jeden z tych najgorszych scenariuszy...
    Z niecierpliwością czekam na dalsze rozdziały :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń