Hej :)
Minął miesiąc, a ja dopiero teraz wracam z kolejnym rozdziałem. Historia od dawna jest napisana i wiecie o tym. Problem tkwi bardziej we mnie, w tym, że mam coraz mniej czasu na cokolwiek, a moje myśli są dość mocno zaprzątnięte. Narobiłam sobie zaległości wszędzie gdzie się dało, włącznie z moim Forever, ale wciąż tu jestem i nie zamierzam znikać. Mam też nadzieję, że Wy również mnie nie opuścicie. Rozumiem każdą zaległość i każdy dzień zwłoki. Nie mam do nikogo pretensji, może tylko lekki żal, kiedy patrzę, jak internetowe pisanie staje się coraz trudniejsze - bo z wielu powodów tak właśnie jest. Ale jestem tutaj, nawet jeśli bywają momenty lekkiego zwątpienia. Nie wiem, co będzie dalej, kiedy pojawi się tutaj epilog. To nie zależy tylko ode mnie. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Dziękuję Wam za to, że wciąż tu jesteście. Dziękuję za komentarze, które znaczą więcej, niż może Wam się wydawać. Bez Was nie miałoby to większego sensu, a dzięki Wam pisanie staje się sto razy piękniejsze. Uwielbiam Was, po prostu.
Na ten moment życzę Wam miłej lektury. Rozdział jest dość krótki i nie wnosi wiele do fabuły, ale dobrze mi się go pisało. Jest też dość pozytywny, a to dobrze, biorąc pod uwagę poprzedni ponury rozdział :)
Całuję i obiecuję, że nowość pojawi się zdecydowanie szybciej, niż ostatnio :)
Buźka, moje Gwiazdy!
✩
Minął miesiąc, a ja dopiero teraz wracam z kolejnym rozdziałem. Historia od dawna jest napisana i wiecie o tym. Problem tkwi bardziej we mnie, w tym, że mam coraz mniej czasu na cokolwiek, a moje myśli są dość mocno zaprzątnięte. Narobiłam sobie zaległości wszędzie gdzie się dało, włącznie z moim Forever, ale wciąż tu jestem i nie zamierzam znikać. Mam też nadzieję, że Wy również mnie nie opuścicie. Rozumiem każdą zaległość i każdy dzień zwłoki. Nie mam do nikogo pretensji, może tylko lekki żal, kiedy patrzę, jak internetowe pisanie staje się coraz trudniejsze - bo z wielu powodów tak właśnie jest. Ale jestem tutaj, nawet jeśli bywają momenty lekkiego zwątpienia. Nie wiem, co będzie dalej, kiedy pojawi się tutaj epilog. To nie zależy tylko ode mnie. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Dziękuję Wam za to, że wciąż tu jesteście. Dziękuję za komentarze, które znaczą więcej, niż może Wam się wydawać. Bez Was nie miałoby to większego sensu, a dzięki Wam pisanie staje się sto razy piękniejsze. Uwielbiam Was, po prostu.
Na ten moment życzę Wam miłej lektury. Rozdział jest dość krótki i nie wnosi wiele do fabuły, ale dobrze mi się go pisało. Jest też dość pozytywny, a to dobrze, biorąc pod uwagę poprzedni ponury rozdział :)
Całuję i obiecuję, że nowość pojawi się zdecydowanie szybciej, niż ostatnio :)
Buźka, moje Gwiazdy!
✩
***
Sierpień
Thriving Ivory - Come November
Christina przeczesała palcami swe włosy w kolorze gorzkiej czekolady. Jej szare tęczówki zatrzymały się na wiszącej na szafie kreacji, która już jutro ozdobi jej ciało. Liliowa sukienka z efektownym cięciem na plecach czekała na swój moment. Za każdym razem, kiedy Tina odnajdowała ją spojrzeniem, w jej wnętrzu pojawiał się potwór, przypominający o wielkich emocjach i ekscytacji. Został tylko jeden dzień do ślubu Vanessy i Victora. Jeśli tak bardzo stresował ją ożenek przyjaciółki, to co będzie przeżywać, gdy zamienią się miejscami? Wyobrażała sobie ten moment, a potem uświadamiała sobie, że przedtem wypadałoby dostać pierścionek zaręczynowy i tak dalej. Kiedyś wydawało jej się, że ślub jest czymś nieuniknionym i prędzej czy później po prostu musi jej się to przydarzyć, teraz jednak miała do tego inny stosunek. Między nią a Gregorym układało się lepiej, niż kiedykolwiek i jedyne, czego tak naprawdę chciała, to aby wszystko pozostało właśnie takie. Nie płakałaby, gdyby do zaręczyn nigdy nie doszło, o ile wciąż miałaby przy sobie mężczyznę, którego kochała - dziś nie miała już oporów, by na głos powiedzieć, co do niego czuła. Kiedy z jakichś powodów nie widziała go przy sobie zaraz po przebudzeniu, pojawiał się niepokój. Potrzebowała widoku błękitnych oczu Gregory'ego, jego zapachu i obecności, a także uśmiechu, którym raczył tak niewielu ludzi, a jej właściwie nigdy nie odmawiał. Za każdym razem istniało wielkie prawdopodobieństwo, że spotka go przy komputerze, gdzie pracował nad kolejną powieścią. Nie chciała mu przeszkadzać i póki co świetnie jej to wychodziło. Nie przypuszczała, że wspólne życie będzie tak łatwe, biorąc pod uwagę ich charaktery. Życie zaskoczyło ją i to samo uczynił Gregory.
Brunetka słyszała, jak pisarz bierze prysznic. Po raz ostatni tęsknym wzrokiem spojrzała na sukienkę, a potem powróciła myślami do rozmowy, którą przeprowadziła z ukochanym tamtego dnia, kiedy poprosiła go, by po prostu zabrał ją ze szpitala, miejsca, które nieustannie przypominało jej o cierpieniu młodszej siostry i bliskich jej osób.
Patrzyła na świat z góry, choć wcale nie czuła, że ma nad nim władzę. Musiała upewnić się, że wciąż ma kontakt z dachem budynku, bo jej dusza zdawała się lecieć w dół z co najmniej piątego piętra. Niesiona wspomnieniem wspaniałej nocy, którą spędziła w tym miejscu z mężczyzną, który wówczas był dla niej panem Haggertym, pomagało jej wrócić do siebie i nieco się uspokoić. Gregory nie spuszczał jej z oczu, ale też nie nalegał na rozmowę albo powrót do domu. Był niezwykle cierpliwy i opanowany, stanowiąc jej przeciwieństwo. Christina była kłębkiem nerwów i gdyby nie on, bardzo możliwe, że po prostu nie wytrzymałaby ciężaru, jakim była rzeczywistość. Oderwała wzrok od samochodów, które mknęły w różne strony świata daleko od nich, a potem spojrzała na pisarza, zastanawiając się, co powinna powiedzieć. Coś podpowiadało jej, że to jest właśnie ten moment, by wyjawić mu jeden ze swych największych sekretów. Musiała to zrobić, bo wydawało jej się, że tylko to może dać jej poczucie ulgi i pozwolić uciec od tego wszystkiego choć na chwilę. Nabrała powietrza w płuca, rozkoszując się tym, że było tak czyste, niemożliwe do porównania z papierosowym smrodem, w którym jakąś godzinę wcześniej tonęła na własne życzenie.
- Wiem, że zastanawiało cię, dlaczego mam takie, a nie inne relacje z Rosalie - zaczęła, a Gregory skinął łagodnie głową, słuchając jej z zainteresowaniem. - Do tej pory sądziłam, że jest to sprawa między mną, a nią, ale teraz czuję, że i ty powinieneś znać prawdę.
Błękitnooki uśmiechnął się subtelnie, bezbłędnie czytając między wierszami. Wiedział, że był dla niej naprawdę wyjątkową osobą, skoro chciała powierzyć mu swoją rodzinną tajemnicę.
- Kiedy byłam mała, mama poświęcała mi bardzo dużo czasu i uwagi. Wychowywała mnie sama i naprawdę dawała mi wszystko to, co powinno otrzymać dziecko. Byłam szczęśliwa. Pamiętam tamten dzień, kiedy zabrała mnie na pierwszą i ostatnią lekcję baletu. Nie wiem, czy rzeczywiście tak bardzo odstawałam od reszty dziewczynek w grupie, w każdym razie matka była wyraźnie niepocieszona, że nie przejawiam jakiegokolwiek talentu. Chciałam to kontynuować, ona jednak kategorycznie mi zabroniła. Dziś wiem, że po prostu nie wytrzymałaby regularnego patrzenia na moje niedoskonałe kroki. Życie toczyło się dalej swoim własnym, nieposkromionym tempem. Kiedy miałam cztery lata, w domu pojawiła się Rosie. Z początku wszystko było zupełnie zwyczajnie, jak w każdej innej rodzinie. Wszystko zmieniło się, kiedy mama dała baletowi jeszcze jedną szansę.
Christina zatrzymała się na chwilę, a policzki nieco jej poróżowiały.
- Rosalie była świetna - powiedziała. - Mama rozpływała się z zachwytu nad moją młodszą siostrą. Szybko zostałam zepchnięta na drugi plan. W późniejszych latach Rosie wielokrotnie uskarżała się, że mama źle ją traktuje, a mnie doprowadzało to do szału, bo ja byłam dla matki zwyczajnie przezroczysta. Radziłam sobie w szkole, nie sprawiałam kłopotów, jednak ona nigdy tego nie zauważyła, albo po prostu jej to nie obchodziło. Wyprowadziłam się z domu tak szybko, jak się dało i zerwałam z nią kontakt.
- A co z Rosalie? - zapytał Gregory.
- Zanim się wyprowadziłam, Rosie poznała dziewczynę, która krok po kroku sprowadzała ją na złe drogi - rzekła wymijająco, nie chcąc wprost mówić, że była to Sophia. - Przez całe życie uważałam swoją siostrę za królewnę, która bawi się ludźmi tak, jak zabawkami, które rzuca w kąt, kiedy przestają jej się podobać. Wiedziałam, że nie traktuje Jamesa poważnie. Brnęła coraz dalej w kłopoty, robiąc wszystko, byle tylko zadowolić S...
- No wiem, moją żonę - powiedział Haggerty, kiedy Tina zawahała się w ostatniej chwili. - Daj spokój, przecież wiem, jaki z niej numer. Możesz mówić dalej.
- Kilka tygodni temu Rosalie poprosiła, żebym z nią pojechała - rzekła szarooka. - Na pewno dobrze to pamiętasz. Pokłóciliśmy się wtedy. W każdym razie, ten wyjazd zmienił nasze relacje, choć byłam przekonana, że nic nam już nie pomoże. Rosie powiedziała mi, że przez cały ten czas Sophia szantażowała ją i groziła, że jeśli nie będzie jej posłuszna, wtedy... - głos uwiązł w jej gardle. - Chodziło o mnie. Widzisz, Sophia musiała podsłuchać rozmowy naszych matek, nie odnajduję innego wytłumaczenia, skąd o tym wiedziała... Prawda jest taka, że zostałam adoptowana. Mama nie potrafiła stworzyć trwałego związku, co chyba po niej odziedziczyłam - Gregory już otworzył usta, by przypomnieć jej o ich stosunkach, jednak Christina nie pozwoliła mu na zabranie głosu. - Potrzebowała dziecka, wciąż marząc o balecie, który dla niej był już niedostępny, ale stał otworem przed jej córką. Była rozczarowana, kiedy okazało się, że nie potrafię tańczyć tak, jak sobie wymarzyła. A potem...
- Pojawiła się Rosalie - dokończył Haggerty.
- Tak - odparła. - Miała talent, który na pewno po niej odziedziczyła, w końcu to ona była jej prawdziwą córką. Ja byłam podrzucona, niepowiązana absolutnie niczym z tą kobietą. Dziś o wiele lepiej rozumiem, dlaczego tak mnie traktowała przez te wszystkie lata. Prawdziwa matka nie byłaby do tego zdolna. W każdym razie Sophia szantażowała Rosalie, że powie mi o tym. Prawdopodobnie sądziła, że to złamałoby mi życie, ale, jak widzisz, trzymam się całkiem dobrze po tych newsach.
Gregory chwycił jej dłoń, a jego dotyk podziałał na nią kojąco.
- Ta informacja zmieniła sposób, w jaki patrzę na Rosie. Nie twierdzę, że nie ma swojego za uszami, ale prawda jest taka, że wielu tych problemów mogłaby uniknąć, gdyby nie była tak dobrą siostrą. W naszych żyłach nie musi płynąć ta sama krew, bym mogła ją tak nazywać. Rosalie zrobiła dla mnie więcej, niż ktokolwiek inny. Chroniła mnie przed bólem, choć ja byłam po prostu fatalną siostrą. Dla mnie Rosie jest bohaterką, więc tym ciężej pogodzić się z tym, że pozwoliłam, aby szmat czasu przeleciał mi między palcami. Wiem, że straciłam dni, które nigdy nie wrócą, a teraz, kiedy Rosalie...
Głos zamarł jej tak bardzo, że Christina porzuciła próbę walki o odzyskanie go. Gregory przytulił ją mocno, a ona rozpłakała się w jego ramionach. Mężczyzna zrozumiał, do czego zmierzała, a teraz był przy niej, dzieląc zarówno chwile niepokoju, jak i wzruszenia.
Kobieta wzdrygnęła się, kiedy dźwięk otwieranych drzwi wyrwał ją z zadumy. Jej oczy instynktownie powędrowały w miejsce, w którym już po chwili pojawił się Gregory. Od pasa w dół owinięty był ręcznikiem, podczas gdy jego wciąż wilgotna klatka piersiowa podziałała na Christinę w sposób, którego nawet nie umiała ubrać w słowa. Mężczyzna mierzwił mokre włosy dłońmi, a kiedy spojrzał na ukochaną, na jego twarzy pojawił się niesamowicie atrakcyjny uśmiech, mogący skruszyć każdy lód. Patrzyli na siebie przez długą chwilę, która równie dobrze mogłaby trwać wieczność.
- Słyszę, jak oddychasz - powiedział aksamitnym głosem, który zawsze sprawiał, że w żołądku Christiny coś się przewracało. Tak, było to bardzo przyjemne doznanie.
- Z tak daleka? - zapytała, unosząc brwi, a Gregory zrobił krok w jej stronę.
- A wiesz, teraz słyszę to nieco wyraźniej... - przyznał, a ona obnażyła zęby w onieśmielającym, odbierającym mowę uśmiechu. Kiedy Haggerty doszedł do siebie, pokonał kolejne centymetry, a serce Christiny zabiło nieco mocniej. - Jeszcze lepiej...
Szarooka roześmiała się, patrząc z zainteresowaniem, jak mężczyzna jej życia podchodzi coraz bliżej. Jeśli nazywała ekscytacją patrzenie na sukienkę, którą założy na ślub przyjaciółki, to jakim słowem powinna opisać to, co czuła, kiedy przyglądała się ukochanemu? Kiedy Gregory znalazł się ekstremalnie blisko, czyli dokładnie tak, jak planował, zatrzymał dłoń na policzku swej kobiety.
- Teraz słyszę prawie idealnie, ale wydaje mi się, że gdybyś pozwoliła mi zbliżyć się jeszcze trochę...
- Pod warunkiem, że już zawsze, prędzej czy później, znajdziesz sposób, by być tak blisko mojego serca - rzekła, chcąc wymusić na nim obietnicę.
Uśmiech spełzł z twarzy mężczyzny, ale tylko po to, by pokazać, że traktował tę sprawę poważnie. Wpatrzył się prosto w jej oczy, a potem ujął jej drugi policzek tak, jak to zwykle robią dalekie ciotki, rozpływające się z zachwytu nad kilkuletnimi krewnymi.
- Obiecuję - mruknął, a kiedy Christina kiwnęła głową, dając mu to upragnione pozwolenie, pocałował ją czule.
Oboje wiedzieli, że nie mógłby być bliżej i korzystali z tego momentu, mając nadzieję, że jego koniec nie nadejdzie zbyt szybko.
***
Vanessa masowała jedną ze swych opuchniętych stóp, w drugiej dłoni dzierżąc welon. Nie miała do niego przekonania, jednak nie zdążyła znaleźć nic lepszego. Pocieszało ją to, że suknia ślubna przypominała kreację żywcem wyjętą spomiędzy stronic najpiękniejszej bajki, jaką pamiętała z dzieciństwa. Była po prostu doskonała w każdym calu, jakby szyta specjalnie dla niej przez kogoś, kto znał jej gust lepiej, niż sama zainteresowana. Choć stresowała się na myśl o wyzwaniu, któremu będzie musiała sprostać następnego dnia, miała nadzieję, że wszystko z niej ujdzie, kiedy wbije się w śnieżnobiałą suknię. To miał być ich dzień i ich noc, moment, który zapamiętają na zawsze i zabiorą ze sobą do grobu. Lekarka rzuciła okiem na swój zaokrąglony brzuszek - powód, przez który suknię trzeba było poszerzać jakieś cztery razy. Pod jej sercem kotłowały się dwie, maleńkie istoty, którym być może udzielało się podekscytowanie matki. Vannie chciała, aby jej syn poszedł w ślady ojca i stał się czułym, kochającym mężczyzną, który w swym specyficznym poczuciu humoru i stylu bycia, potrafi być nawet romantykiem. Choć na snucie tych planów było jeszcze za wcześnie, Vanessa nie mogła oprzeć się pokusie, by zastanowić się, czy chłopczyk odziedziczy po Victorze również gust, jeśli chodzi o dziewczyny. A co do córeczki... Vannie byłaby wniebowzięta, gdyby któregoś dnia mogła przekazać jej swoją wymarzoną suknię. Liczyła się z tym, że może to być po prostu niemożliwe, biorąc pod uwagę jej obecne gabaryty, jednak nie zamierzała porzucić tych myśli. Nie mogła się doczekać, kiedy po raz pierwszy zobaczy swoje dzieci, które już teraz kochała całą sobą, teraz jednak postanowiła skupić się przede wszystkim na tym, że nazajutrz zostanie żoną wybranka swego serca. To wszystko było tak piękne i wyśnione, że czasem aż trudno było uwierzyć, iż to właśnie było jej życie - a jednak.
Kobieta usłyszała kroki. Nie spodziewała się, że zobaczy Victora, więc szybko zaczęła chować welon pod poduszkami leżącymi na kanapie, jednak wkrótce okazało się to zupełnie niepotrzebne. Jej oczom ukazała się jasnowłosa kobieta, odziana w koszulkę w biało-granatowe paski i spódnicę. Ku zaskoczeniu Vanessy, Constance obdarzyła ją promiennym uśmiechem. Dziewczyna bała się tego spotkania, a jednak okazało się, że wcale nie musiała się martwić.
- Ładnie wyglądasz - powiedziała jej przyszła teściowa, siadając w fotelu. - Ciąża ci służy.
- Ee... - wyjąkała Vannie, czując nagły przypływ podenerwowania.
- Nie stresuj się moją obecnością - nakazała Constance, a jej twarz wydała się jeszcze bardziej przyjazna i ciepła. - Wiem, o czym myślisz. To nonsens. Nie powinnyśmy rozpamiętywać naszego ostatniego spotkania, które nie potoczyło się tak, jak byśmy tego chciały.
Vanessa wciąż nie była w stanie nic powiedzieć. Zastanawiała się, co będzie, jeśli przed ołtarzem również złapie ją trema i nie zdoła wydukać ani słowa.
- Victor wytłumaczył mi wszystko - ciągnęła Constance. - Biedny chłopak, ten Josh. Mam nadzieję, że zaprosiliście go na ślub.
Vannie potrząsnęła głową twierdząco, a blondynka uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
- Zobaczycie się z Victorem dopiero jutro - powiedziała. - On i Robert zatrzymali się u Jenny, a ja zostanę z tobą i pomogę ci się przygotować.
- Dziękuję - rzekła Vanessa, odzyskując mowę.
- Przyniosłam album - oznajmiła Constance, wyciągając z torebki skórzaną księgę. - Pomyślałam, że może chciałabyś, no wiesz, trochę się rozluźnić.
Vannie uśmiechnęła się. Dźwignęła się z kanapy i podeszła bliżej zielonookiej. Patrzyła na fotografie przedstawiające ją i Roberta w ich wyjątkowym dniu, jednym z najważniejszych w życiu. Rozpromieniona Constance raczyła przyszłą synową ciekawostkami i wspomnieniami, raz po raz narzekając na Jenny, która wciąż nie stanęła na ślubnym kobiercu. Vanessa śmiała się i wzruszała, czując, że jej relacje z Constance są naprawdę dobre, wolne od pretensji czy żali.
- Przede mną miała ją na ślubie moja matka, a wcześniej babka - powiedziała blondynka, wskazując na śliczny, subtelny, a zarazem wyglądający na kosztowny diadem. - Chciałam przekazać go Jenny, aby podtrzymać tradycję, ale czuję, że trochę jeszcze będę musiała na to poczekać. Pomyślałam, że może... - zawahała się, patrząc teraz prosto w oczy Vannie, słuchającej jej w napięciu. - Chciałabyś?
Zanim niebieskooka zdążyła cokolwiek powiedzieć, Constance wyciągnęła diadem z torby i podała go przyszłej synowej. Vannie podeszła ciężkim krokiem do lustra, a kiedy zobaczyła swoje odbicie, poczuła szczęście i zadowolenie. Właśnie tego potrzebowała i poszukiwała. Znalazła ideał.
- Dziękuję - powiedziała Vanessa, patrząc na przyszłą teściową z zaróżowionymi policzkami.
- Tylko dbaj o niego, córeczko - odparła Constance, wstając i podchodząc bliżej. - Nadal liczę na to, że Jenny w końcu pójdzie w nasze ślady.
Vannie roześmiała się cicho, zastanawiając się, czy Constance wie już o tym, że Jenny i James znowu byli razem. Kobieta przytuliła ją z całych sił, a Vanessa poczuła się tak dobrze, jakby znalazła się w matczynych ramionach. Poczuła się częścią tej wspaniałej rodziny, którą pokochała od pierwszego wejrzenia. Miała ochotę jak najszybciej opowiedzieć Victorowi o tym, co się wydarzyło, postanowiła jednak poczekać z tym do jutra. Emocje chwilowo opadły, jednak Vannie wiedziała, że ogrom tego wszystkiego wkrótce znowu wróci i to ze zdwojoną siłą. Mimo nerwów, czuła, że przeżywa teraz najwspanialsze chwile swojego życia. Była po prostu szczęśliwa.
***
James co jakiś czas odrywał wzrok od książkowych stronic, by upewnić się, że Rosalie wciąż z nim jest. Dziewczyna była tak słaba, że w każdej chwili mogła po prostu odpłynąć - zdarzało jej się to już i na razie, dzięki Bogu, zawsze udawało jej się wrócić. Wówczas Devon uwielbiał na nią patrzeć, bo wiedział, że wtedy nie dokuczał jej ból. Była wolna i Bóg raczy wiedzieć, co robiła we śnie - czy szybowała po niebie razem z ptakami, czy dryfowała w bezkresnym oceanie. Za każdym razem budziła się stopniowo, z wyraźnym trudem otwierając oczy, niczym niemowlę. Uśmiechała się dopiero, kiedy widziała w nogach łóżka osobę, która jeszcze jej nie zawiodła. James wykorzystywał każdy moment, jaki mógł, by być przy niej i sprawiać, by ciężkie chwile stawały się nieco łatwiejsze do zaakceptowania. Odnosił wrażenie, że robił to bardziej dla siebie, niż dla niej, bo Rosalie, w odróżnieniu od niego, zdawała się być w stu procentach pogodzoną z tym, co przygotował dla niej los. Choć było jej na pewno trudno, wciąż nie zapomniała, jak się uśmiechać. Robiła to przepięknie, może nieco węziej, niż kiedyś, jednak teraz jej uśmiech zdawał się być jeszcze cenniejszy, niż kiedyś. W godzinie choroby był on wręcz na wagę złota, udowadniając, że Rosalie nie przestała walczyć i cieszyć się życiem takim, jakie było. Zdecydowanie mogło być gorzej i Rosie miała tego świadomość. Gdyby nie wróciła do Londynu, kto czuwałby u jej boku w momencie, kiedy guz mózgu przypomniałby o sobie jak daleki, wyjątkowo namolny krewny? Udało jej się odzyskać zaufanie ludzi, których kiedyś zraniła i teraz właściwie nie mogła opędzić się od gości. Bywało, że odwiedzali ją, kiedy akurat spała, jednak Rosalie niewątpliwie wiedziała, że do niej przychodzili. Doceniała wizytę każdego z bliskich, jednak James był zdecydowanie najczęstszym, najbardziej zapalonym i wytrwałym gościem. Nie potrafiłby inaczej nawet, gdyby to nie był wyrok śmierci, a zwyczajna grypa. Nie przeszkadzało mu już nawet to, że przez tyle lat ukrywała przed nim swoją chorobę.
To był drugi powód jej wyjazdu. Przez cały ten czas nosił go w swoim sercu, rozpamiętując ich pierwsze spotkanie. To guz spowodował wówczas jej zachwianie. Ignorował wiele przesłanek. Nie wiedział, że Rosalie miała już operację, jednak choroba wróciła, uprzednio przyczyniając się do utraty ich córki. Lekarz dał jej rok, jednak jej stan pogorszył się i teraz istniało naprawdę małe prawdopodobieństwo, że Rosie faktycznie dożyje grudnia. Póki co cieszyła się, że udało jej się dotrwać do ślubu Vanessy i Victora. Na samą myśl o wydarzeniu, w którym weźmie udział nazajutrz, w jej brązowych oczach zaczynało płonąć światło.
- Widziałem twoją sukienkę - powiedział uśmiechnięty James, wspominając błękitną kreację, którą zakupiła dla niej Christina. - Na pewno będzie ci w niej ładnie.
Rosalie uśmiechnęła się tajemniczo, a jej prawie biała twarz nieco się rozświetliła.
- Ale nie zatańczę na weselu - mruknęła cicho.
- To nic nie znaczy - rzekł. - Najważniejsze, że tam będziesz.
- O ile nie przekręcę się w nocy - szepnęła, a kiedy James rzucił jej mordercze spojrzenie, roześmiała się cicho, jednak melodyjnie i po prostu ładnie. - Tylko żartowałam. Chociaż...
- Nie wiem, jak ja z tobą wytrzymuję - westchnął brunet.
- Nie martw się, już niedługo - powiedziała, szczerząc zęby.
- Chcesz, żebym wyszedł? - zapytał James, któremu śmianie się z jej rychłej śmierci i traktowanie jej z takim samym luzem, jak wypadu do kina, wciąż jeszcze nie wychodziło.
Rosalie wyciągnęła rękę, która zastygła w połowie drogi. James nie chciał, żeby poczuła, że jest na coś zbyt słaba, więc szybko przysunął się, pomagając jej palcom zatrzymać się wokół swojego nadgarstka.
- Przeciwnie - szepnęła. - Chcę, żebyś został.
Ciemnooki przyglądał jej się, czując, jak w jego sercu płonie prawdziwa miłość. Nachylił się, by pocałować ją w czoło, a potem wrócił na swoje miejsce, splatając swoje palce z jej własnymi. Wiedział, że zostanie przy niej, nawet, jeśli niebo za oknami stanie się całkowicie granatowe. Kiedy Rosalie zasnęła, wciąż z delikatnym uśmiechem na twarzy, James odczekał jakieś pół godziny, upewniając się, że jasnowłosa nie obudzi się nadspodziewanie szybko i ujrzy puste miejsce obok swojego łóżka. Patrzył, jak spokojnie oddycha i jak w jej kruchym ciele wciąż panuje życie. Obiecał jej kiedyś, że nie pozwoli jej odejść. Wiedział, że dotrzyma słowa, bo choć nie mógł oszukać przeznaczenia, to nigdy nie wygna Rosalie ze swojego serca i pamięci. Nigdy nie pozwoli jej odejść tak naprawdę.
Don't you let me go tonight.*
***
Nareszcie!! ;-) Nawet nie wiesz jak bardzo czekałam na kolejny odcinek. Chciałam do Ciebie napisać w tej sprawie, ale później pomyślałam, że pewnie masz mnóstwo obowiązków i pojawisz się tutaj, gdy tylko znajdziesz wolną chwilę. I jak widać - nie myliłam się, juhu!!! :-)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że do czasu Epilogu podejmiesz decyzję, co dalej. Ja bym chciałam nadal rozkoszować się Twoją twórczością, zwłaszcza, że pobudziłaś moją wyobraźnię swoim nowym 'dzieckiem'. Tak czy siak chcę, żebyś wiedziała, że zaakceptuję każdą decyzję jaką podejmiesz. :*
Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, ale to tylko świadczy o tym jaką utalentowaną autorką jesteś. A więc Christina jest adoptowana, a Rosalie próbowała ją przez te wszystkie lata chronić. Sama nie wiem, czy zranienie tak wielu ludzi było tego warte, ale gdy chodzi o bliskich i ich bezpieczeństwo, wyłączamy zdrowy rozsądek. Część mnie rozumie Rosalie, ale mimo wszystko nie potrafię jej wybaczyć i spojrzeć na nią tak jak Christina.
Najbardziej w tym fragmencie podobała mi się więź łącząca Christinę i Gregory'ego. Sposób w jaki ją opisałaś jest niesamowicie realny! Prawdą bowiem jest, że gdy do naszego życia wkracza to odpowiednia osoba i skrada nasze serce, to ślub i inne bzdety schodzą na bok, najważniejsze jest zatrzymanie tej osoby przy sobie jak najdłużej się da. Mam nadzieję, że Gregory nigdy nie zostawi Christiny, bo jest ona fantastyczną osobą, która zasługuje na szczęście.
Drugi fragment wywołał uśmiech na mojej twarzy i sprawił, że trochę się rozmarzyłam. Cieszę się, że Vanessa doszła do porozumienia ze swoją przyszłą teściową i ich relacja wróciła na właściwe tory. To była niesamowicie magiczna chwila, którą Ty opisać po mistrzowsku! Cudo <3
Kocham tą piosenkę! <3 Przepiękna końcówka. Chyba nigdy nie przestanę podziwiać Jamesa. Jest wyjątkowym człowiekiem. Niewielu ludzi postąpiłoby tak jak on, niewielu ludzi nie odwróciłoby się od Rosalie po tym wszystkim, co zrobiła. A on był tutaj dla niej. Przesiadywał w szpitalu dla niej. Poświęcał czas dla niej. Wspierał ją - dla niej. Jest naprawdę niesamowity. Wierzę, że kiedyś los mu się za to odwdzięczy!
Ach, krótki ale jaki cudowny odcinek. Mam wrażenie, że w moim brzuchu zagnieździło się stado motyli, a to wszystko Twoja zasługa! :-) Z niecierpliwością czekam na kolejną część i ślub mojego Victorka z Vanessą. :-)
Buziaki ! :*
Wiem, że mogę liczyć na Ciebie niezależnie od tego, jaką podejmę decyzję odnośnie przyszłości. Doceniam to i z całego serducha dziękuję :*
UsuńCieszę się, że rozdział przypadł Ci do gustu. Uwielbiam Twoje przemyślenia, te mini analizy, które mi serwujesz. I naprawdę kocham wzbudzać w Tobie skrajne emocje - w tym rozdziale akurat głównie pozytywne, ale powkurzać Cię swoim pisaniem też czasem lubię :P
Dziękuję raz jeszcze! :*
Kolejny rozdział uwielbiam i czuję, że Ty też go polubisz. No wiesz, ślub... :)
Buźka :*
<3
Hej Kochana:* nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo Cię rozumiem. U mnie z dnia na dzień czasu również coraz mniej, tylko u mnie spowodowane jest to głównie pracą, przynajmniej na tą chwilę. Bywają momenty gdzie jestem tak zmęczona, że nie mam siły ani ochoty na najbanalniejsze rzeczy, a co dopiero mówić o reszcie. Dzisiaj spojrzałam w kalendarz i zdałam sobie sprawę, że jeszcze półtora miesiąca pracy i upragniony urlop i mam nadzieję, że do tego czasu nic się nie zmieni na gorsze :) ale wracając do Twoich słów to z całego serca liczę na to, że po zakończeniu tej historii nigdzie nie odejdziesz, bo jestem naprawdę ciekawa Twoich pomysłów na kolejną historię, a z tego co wiem to taka ma być, prawda? Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Ciebie tutaj zabraknąć, dlatego mam nadzieję, że jeszcze nie powiedziałaś ostatniego słowa i będę miała możliwość dalszego czytania Twoich dzieł :) a teraz już biorę się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńPierwszy fragment też nie był za wesoły, podobnie zresztą jak cały poprzedni rozdział. Jestem też zaskoczona tym co w nim wyczytałam. Przez całe opowiadanie myślałam, że złe relacje między Christiną a jej matką wynikały tylko i wyłącznie z tego, że kobieta faworyzowała młodszą z córek. W sumie nie jest to kłamstwo, bo kiedy okazało się, że Rosalie przejawia talent do baletu nagle stosunek do starszej córki diametralnie się zmienił. Ja coś takiego nazywam niespełnionymi ambicjami rodziców, jeżeli na siłę chcą doprowadzić swoje dziecko do tego czego im nie udało się osiągnąć. To przykre, bo przez te usilne dążenia matki do zrobienia z Christiny baletnicy po prostu zaniedbała psycholog i to sprawiło, że kobieta się od niej odsunęła. Swoją drogą niby tak wychwalała Rosalie, ale i tak nie traktowała jej najlepiej. Z pewnością zależało jej tylko na tym, żeby jej córka zrobiła karierę, a co za tym idzie możliwe, że chciała się na niej dorobić. Wiem, że to brzmi okrutnie i żadnej matce nie powinno to nawet przejść przez myśl, ale ja właśnie tak to widzę. Temat adopcji też jest dla mnie tematem drażliwym. Plus tego jedynie jest taki, że Tina miała możliwość dorastania w normalnym domu, gdzie ktoś dał jej ten dach nad głową i otoczył opieką. Ale za każdym razem jestem zdruzgotana faktem, że kobieta jest w ogóle zdolna do czegoś takiego, do tego, żeby oddać własne dziecko, zostawić je na pastwę losu, bo jak inaczej to nazwać? Ale tak jak mówiłam, to temat drażliwy, więc nie będę dalej go drążyć. Cieszy jedynie w tym fragmencie to, że Tina jest szczęśliwa z Gregorym, że im się układa i to jest najważniejsze :) a zaręczyny, ślub to wszystko w swoim czasie :) i smutne jest też to co zauważyła sama Christina. Czasu nie da się cofnąć, te stracone lata umknęły i już nie wrócą. Ale teraz powinna wykorzystać każdą wolną chwilę na bycie z siostrą, nacieszyć się jej obecnością póki jeszcze może.
Sięgam pamięcią do początków opowiadania i zarazem do czasów Mine Again i nigdy nie powiedziałabym, że życie Vanessy zmieni się tak bardzo. Teraz mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wyjazd do Londynu był po prostu strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że robi to co kocha, to na dodatek spotkała miłość swojego życia, wyjdzie za mąż za Victora i niedługo zostanie mamą bliźniaków. Myślę, że lepszego scenariusza sama Vanessa nie mogła sobie wymarzyć. Pamiętam, że miałam do niej ogromny dystans, naprawdę długo nie mogłam się do niej przekonać, ale każdy kolejny rozdział tej historii uświadamiał mi, że zupełnie niepotrzebnie traktowałam ją z rezerwą. To jedna z najbardziej dojrzałych bohaterek tego opowiadania, naprawdę. Swoją życiową mądrością i dojrzałością powaliłaby niejedną osobę. Ciesze się, że jej życie w końcu się układa i oby to szczęście jej nie opuściło :) chyba każdą kobietę stresuje spotkanie z teściową. Constance okazała się bardzo miła i wyrozumiała, skoro puściła w niepamięć ostatnie spotkanie z przyszłą synową. Tak naprawdę nie miała chyba powodów, by nie lubić Vanessy. Mam nadzieję, że będą żyły w dobrych relacjach, chociaż z tym to chyba różnie bywa ;)
OdpowiedzUsuńChyba już kiedyś to pisałam, ale muszę to powtórzyć. Podziwiam Jamesa, naprawdę. Nie odwrócił się od Rosalie mimo, że sprawiła mu naprawdę dużo bólu. Zawiodła jego zaufanie, a on mimo wszystko jej wybaczył. W obliczu śmierci chyba sporo osób postąpiłoby podobnie. Przykro mi, że życie Rosie potoczyło się właśnie tak, że nie ma już dla niej żadnych szans. Narobiła wiele złego, ale nikt nie życzył jej takiego końca. Nie wiem już co pisać. Ta wiadomość o guzie mózgu po prostu wytrąciła mnie z równowagi.
Mimo tej smutnej końcówki czekam na kolejny rozdział :)
Pozdrawiam :*