Hej :)
Standardowo z poślizgiem, ale jestem. Cieszę się, że poprzedni rozdział tak Wam się spodobał. Starałam się :)
Mam nadzieję, że ta część również przypadnie Wam do gustu.
Dziękuję za przemiłe słowa pod ostatnią częścią :*
Całuję i do napisania! :*
***
Jaymes Young - Fragments
Standardowo z poślizgiem, ale jestem. Cieszę się, że poprzedni rozdział tak Wam się spodobał. Starałam się :)
Mam nadzieję, że ta część również przypadnie Wam do gustu.
Dziękuję za przemiłe słowa pod ostatnią częścią :*
Całuję i do napisania! :*
***
Jaymes Young - Fragments
Niebieskooka przeciągnęła się leniwie w połowie drogi z łóżka do okna. Gdy wyprostowała się, rozsunęła zasłony i wychyliła się, pozwalając, by sierpniowe powietrze czule musnęło jej skórę. Czuła łagodny wiaterek, który obchodził się wyjątkowo ostrożnie z jej uśmiechniętą twarzą. Nabrała powietrza w usta, pozwalając, by dotarło aż do płuc. Poczuła szczęście, zresztą wcale nie była tym zdziwiona - ostatnimi czasy odnajdywała piękno nawet w małych, banalnych rzeczach i czynnościach. Żyła wspaniałym wspomnieniem, ukazującym jej idealny ślub i bajkowe wesele. Czasem wydawało jej się to wszystko zbyt cudowne, by mogło faktycznie być jej własnym życiem - a jednak. Dowodem tego, że nie działo się to tylko w jej wyobraźni, były fotografie, które dotarły do niej poprzedniego dnia. Victor zaklinał ją, by poczekała na niego, ona jednak zdołała wybłagać go o pozwolenie, by zaczęła sama. Mężczyzna zgodził się, wiedząc, że gdyby odmówił, zrobiłby jej dużą przykrość. Teraz, kiedy żyli w dwóch różnych miastach, naprawdę nie warto było zawracać sobie głowy niepotrzebnymi sprzeczkami - ich życie już i tak było dość skomplikowane. Już niedługo, pomyślała Vanessa i z powrotem legła na łóżku, sięgając po kopertę. Rozsypała zdjęcia na śnieżnobiałej pościeli, a jej uśmiech stał się jeszcze bardziej wszechobecny, jakby szczęście przenosiło się z niej na wszystkie zakamarki tego domu. Twarz Victora uśmiechała się do niej z fotografii, podobnie jak zauroczeni ceremonią goście. Vannie, choć nie pałała nieprzyzwoitym samouwielbieniem, musiała przyznać, że wyglądała tamtego dnia naprawdę dobrze. Zwykle, kiedy wyobrażała sobie swój ślub, spodziewała się, że będzie szczupła, po uprzednim, kilkutygodniowym katowaniu się dietą i ćwiczeniami, a tymczasem miała zaokrąglony, ciążowy brzuszek. Fakt ten wcale nie psuł całości, wręcz przeciwnie - dziewczyna była podekscytowana, widząc wyraźniej, niż kiedykolwiek, że przez cały ten czas, cokolwiek robi, towarzyszą jej dwa maleńkie serduszka, które za kilka miesięcy zobaczy po raz pierwszy na żywo. Nie mogła się tego doczekać. Zastanawiała się, kiedy powinni z Victorem zacząć urządzać pokój dla bliźniąt, jednak póki co oboje mieli trochę poważniejszy, bardziej palący problem. Nietrudno było przewidzieć, że Victor będzie musiał wrócić do Manchesteru. Choć w dniu ślubu skręcił kostkę, to mimo, iż grzał ławę przez jakiś czas, musiał być obecny i towarzyszyć drużynie. Vanessa została w Londynie, choć zielonooki prosił, aby pojechała z nim. Było jej szkoda opuszczać ten dom, choć mieszkała w nim stosunkowo niedługo, wiedziała jednak, że powinna to zrobić - jeśli nie z poczucia obowiązku małżeńskiego, to po prostu z tęsknoty, która coraz bardziej dawała jej się we znaki. Obiecała, że załatwi wszystkie sprawy tutaj, a potem pojedzie za ukochanym do nowego miasta, ciesząc się swoim pełniejszym i szczęśliwszym życiem.
Vannie drgnęła lekko, kiedy usłyszała, że dostała wiadomość. Odłożyła zdjęcie przedstawiające parę młodą krojącą tort, wyciągnęła rękę i wzięła telefon.
- Dzień szesnasty. Miłego dnia, pani Joyce.
Po odczytaniu wiadomości na głos, Vannie poczuła, jak jej policzki robią się cieplejsze i przybierają nieco zdrowszy odcień. Przypomniała sobie, jak na początku tej zwariowanej znajomości, Victor zapisał sobie swój numer w jej telefonie jako: ,,Mój przyszły mąż''. Wspaniale było obudzić się któregoś ranka i zmienić tę nazwę. Z przyjemnością
wykasowała środkowy wyraz, ciesząc się, że wszystko potoczyło się właśnie w
taki sposób, choć było to wciąż zdumiewające. Vanessa pogrążyła się w
przemyśleniach, z których ponownie wyrwał ją telefon, tym razem jednak nie była
to wiadomość. Brunetka ucieszyła się, widząc imię przyjaciółki na wyświetlaczu.
- Chyba nie myślałaś, że pozwolę ci tak po prostu wyjechać?
- zapytała Christina, siląc się na groźny ton głosu.
- Oczywiście, że nie - odparła spokojnie Vannie. -
Zarezerwowałam ten dzień dla ciebie, moja droga. Mam nadzieję, że o czwartej
znajdziesz dla mnie trochę czasu i na chwilę oderwiesz się od pana
Haggerty'ego.
Dawna Christina na pewno próbowałaby wyperswadować to
przyjaciółce. Vanessa pamiętała, jak Tina na początku znajomości z Gregorym
wypierała się, że absolutnie nic do niego nie czuje.
- Będzie ciężko, ale postaram się - odrzekła Dainty, a w
jej głosie zabrzmiało rozbawienie.
- Napaleńce - burknęła Vanessa, a po krótkiej wymianie zdań
z roześmianą szarooką, świeżo upieczona żona rozłączyła się.
Widziała, że nie tylko jej życie bardzo zmieniło się w
ciągu tych kilku miesięcy. Choć Christina nie była w ciąży - a tym bardziej
mnogiej - i choć do tej pory nie zaręczyła się z Gregorym, to jednak, po wielu
latach poszukiwań miłości i dołowania samej siebie, teraz była w naprawdę
udanym, płomiennym związku z facetem swoich marzeń. Czekała na to o wiele
dłużej, niż Vannie, więc Joyce mogła rzec, że w życiu Tiny zaszła nieco większa
rewolucja. Cieszyło ją to, bo długo prosiła los o szczęście dla nachmurzonej
Christiny, a teraz, kiedy przyjaciółka wreszcie czerpała radość z życia,
Vanessa z o wiele lżejszym sercem akceptowała fakt, że wkrótce będą mieszkać w
dwóch różnych miastach.
***
Jenny poczuła, że coś się zmieniło. Kiedy zobaczyła z huśtawki, jak James przechodzi przez ulicę i macha do niej, serce nie podskoczyło jej do gardła tak, jak miało w zwyczaju. Oswajała się z nową sytuacją. Nie była już sama i choć w międzyczasie zaliczyła krótki, trudny do zdefiniowania związek z Jeremym, czuła się tak, jakby po wielu latach ktoś wyciągnął ją z klatki, w której musiała tkwić. Zastanawiała się, czy James wiedział, jak dużo dla niej zrobił. Nadal towarzyszyło im podekscytowanie i lekka niepewność, gdy patrzyli w przyszłość, jednak w gruncie rzeczy wszystko wracało do normy. Mijały te szalone, cudowne dni i jeszcze lepsze noce, które pozwalały ich namiętności na ukazanie się w pełnej krasie, a wkradała się zwykła, niespecjalna codzienność, którą musiało dzielić ze sobą tak wiele par. Zwykle coś takiego dotyka nas po wielu latach związku, jednak Jenny wcale nie była zaskoczona, że ich spotkało to dużo wcześniej. Nie licząc kilkuletniej przerwy, ona i James mieli za sobą cudowną młodość, która nauczyła ich siebie nawzajem. To nie było coś nowego, fascynującego, w końcu znała tego faceta od zawsze. Zastanawiała się, czy czymś ją jeszcze zaskoczy. W każdym razie miała nadzieję, że nawet, jeśli to zrobi, to nie będzie to nic takiego, jak ten przeklęty epizod z Rosalie.
- Joyce - mruknął brunet, pochylając się i składając na jej policzku całusa na powitanie. Zmrużył oczy, ponieważ słońce strzelało promieniami prosto w jego twarz. - Co ty taka?
- Jaka? - zapytała Jenny, lekko zachrypniętym głosem.
- Smutna - powiedział, patrząc na nią na tyle uważnie, na ile pozwalały mu rażone światłem oczy.
- Tak sobie myślałam... - zawahała się. - Wydawało mi się, że nasz związek nie układa się tak, jak powinien.
- To dlatego od jakichś dwóch tygodni jesteś jakaś taka...
- Tak - rzekła stanowczo, domyślając się, co chciał powiedzieć James. - Właśnie dlatego.
Atmosfera musiała wyczuć ich emocje, dalekie od ideału, bo nagle słońce schowało się za kurtyną z chmur, sprawiając, że twarz Jamesa stała się dużo bardziej wyrazista. Był wyraźnie zmartwiony i nieco zdenerwowany.
- Przepraszam, że nic nie mówię - rzekł po chwili cierpkim tonem. - Ja po prostu ani przez chwilę nie czułem, że coś jest źle. Myślałem, że martwi cię coś innego, niezwiązanego ze mną... z nami.
- Miałeś rację - powiedziała, a James spojrzał na nią zaskoczony. - Jestem przy tobie szczęśliwa. Długo musiałam na ciebie czekać i byłabym skończoną idiotką, gdybym nie doceniła tego, że cię mam. Po prostu nie potrafiłam dostrzec, że problem tkwi gdzieś indziej... a może po prostu nie chciałam w to uwierzyć...
- Jen, o co... - zaczął Devon, kucając, by ich oczy znalazły się na mniej więcej takim samym poziomie.
- Muszę z kimś porozmawiać - powiedziała ze spokojem. - Dzisiaj.
- Powinienem się niepokoić? - zapytał, znów świdrując ją wzrokiem. Jenny uśmiechnęła się po raz pierwszy.
- Nie - rzekła stanowczo. - Dam sobie radę.
- I potem, jak już to załatwisz, wszystko wróci do normy, tak? Odzyskam moją wesołą pieguskę?
- Mam nadzieję - odrzekła.
Wyciągnęła ręce, by zatrzymać je na pasiastej, jaskrawej koszulce mężczyzny. Wciągnęła zapach jego perfum i ciała, mrużąc oczy, lecz nie z powodu oślepiającego blasku, ale z przyjemności. Ustalili, że James zostanie z Oliverem i zabierze go na zakupy albo mecz, a potem spędzą wieczór we trójkę, uprzednio pozwalając, by Devon odwiedził Rosalie w szpitalu - starał się robić to codziennie. Jenny wróciła do domu po torebkę, a kiedy wyszła, przed domem James złapał ją za rękę, elektryzując spojrzeniem.
- Między nami na pewno wszystko w porządku? - zapytał, a na jego twarzy malował się trudny do sklasyfikowania wyraz. Jakby z jednej strony czuł się fantastycznie w tym związku, a jednocześnie obawiał się, że Jenny nie podziela jego opinii.
- Tak, James - rzekła stanowczo i szczerze. - To jest nasze życie. Uwierz mi, że nikt nie mógłby mi dać większego szczęścia, niż ty.
- Nawet Jeremy?
- Przymknij się - pacnęła go ręką.
Pocałowała go, chcąc po krótkim i treściwym pożegnaniu ruszyć w drogę, jednak James nie pozwolił jej na to. Objął ją w pasie i jeszcze długo udowadniał jej, jak bardzo podoba mu się ta niewerbalna czynność, nim puścił ją w końcu wolno i zniknął za drzwiami, a przez uchylone okno na podwórko wydarł się krzyk uradowanego widokiem taty Olivera.
***
Josh wlepiał wzrok w swoje kolana, czekając na wezwanie. Czuł ogromną niepewność i chciał wierzyć, że rozmowa z Christiną pomoże mu poradzić sobie z nowym problemem, jednak przychodziło mu to z wielkim trudem. Zastanawiał się, czy powinien tu dziś być. A jeśli to spotkanie nic mu nie da, okaże się, że zmarnował ponad godzinę czasu, który mógł poświęcić komuś innemu. Miał nadzieję, że wkrótce wszystko stanie się dla niego bardziej zrozumiałe, a wspaniały plan spłynie na niego niczym łaska z nieba. Musiał coś zrobić, bo jeśli nie pokaże, że mu zależy, straci swoją ostatnią szansę. Został postawiony pod ścianą i miał dwie możliwości do wyboru - stać w miejscu i bezczynnie czekać na cios, albo próbować uciekać. Przewrotny los sprawił, że ucieczka w swym dosłownym znaczeniu była czymś, czego Josh chciał uniknąć za wszelką cenę. Czując, że plącze się w swych myślach coraz bardziej, mężczyzna podniósł wzrok, gdy usłyszał głos szarookiej. Ruszył powolnym, jakby niechętnym krokiem, a potem wszedł do jej gabinetu i zamknął za sobą drzwi.
- Usiądź, proszę - powiedziała Christina, pisząc ostatnie zdanie na laptopie, a potem zamykając go i złączając palce ze sobą. Patrzyła na Hartleya z uprzejmym zainteresowaniem, a on walczył ze swoim złośliwym obliczem, które miało ochotę natychmiast stamtąd wyjść.
- Dobrze wyglądasz - rzekł, sadowiąc się na krześle.
Christina, która nie spodziewała się komplementu, spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Kiedy dotarło do niej, że nie przesłyszała się, uśmiechnęła się łagodnie i podziękowała.
- No dobrze, a teraz może... - zaczęła, jednak po chwili zaniemówiła, koncentrując wzrok na zasępionej twarzy niebieskookiego. - Przepraszam, jeśli się mylę, ale czy ty nie jesteś jakiś osowiały?
- Punkt dla ciebie - odparł, czując lekkie rozbawienie. - Widzę panikę w twoich oczach. Spokojnie, nie zamierzam wpakować sobie kulki...
- Josh!
- Ze mną wszystko jest w porządku, naprawdę - powiedział stanowczo. - Te spotkania naprawdę dużo mi dają. Wy wszyscy jesteście naprawdę wspaniałymi ludźmi. Doceniam to, co dla mnie robicie każdego dnia.
- Nie zapomnij powiedzieć tego innym - poleciła Christina ciepłym, miłym głosem.
- Sęk w tym, że obawiam się, iż nie będę miał okazji powiedzieć tego tej najważniejszej osobie.
Żołnierz uciekł spojrzeniem, a przed jego oczami pojawiło się wyobrażenie długowłosej dziewczyny, której głos słyszał w swojej głowie praktycznie o każdej porze dnia. Przypomniał sobie, po co tu przyszedł. Spojrzał ponownie na zaintrygowaną i nieco zaniepokojoną Tinę.
- Mercy Buckley - rzekł. - To ona najbardziej pomogła mi z... no wiesz, demonami. Początkowo nie darzyłem jej sympatią, zresztą mówiłem ci już o tym. Czasem jednak warto dać sobie drugą szansę. Nie żałuję, że postanowiłem pozwolić jej sobie pomóc. Na pewno nie było to dla niej łatwe, bo w momencie, kiedy ona walczyła o każdy dzień, ja zachowałem się jak palant, gotów, by z tego wszystkiego zrezygnować. Potrzebowałem trochę czasu, ale ostatecznie udało nam się zaprzyjaźnić.
- Widziałam na weselu - powiedziała Tina. - Praktycznie nie odstępowałeś jej na krok.
Josh uśmiechnął się, kiedy wspomnienie tamtej nocy zapłonęło ogniem w jego sercu.
- Myślałem, że to ja potrzebuję jej, a okazało się, że to działało w dwie strony - kontynuował mężczyzna, wciąż widząc twarz rudowłosej. - Otworzyła się przede mną. Powiedziała, dlaczego tkwi w szpitalu tak długo, choć teoretycznie mogła już wrócić do domu. Widzisz, po wypadku wszyscy odwrócili się od niej, włącznie z facetem, z którym planowała założyć rodzinę. Jakiś podrzędny aktorzyna, któremu związek z kaleką na pewno nie pomógłby w karierze. Pieprzony egoista. Mercy nie chciała tam wracać, myśleć o ludziach, którzy o niej zapomnieli. Vanessa pomogła jej zakotwiczyć się w szpitalu, choć podobno nie było wcale łatwo. Przez cały ten czas uważałem, że Mercy jest niezłomna, a tak naprawdę ona po prostu zaciskała zęby, w środku czując się jak wrak człowieka. Nie obnosiła się ze swoim bólem, który ostatnio stał się jeszcze większy. Postanowiła wracać.
Zatrzymał się, czując, że zbyt łatwo wyrzuca z siebie tak bolesne słowa prawdy. Nie zdążył przygotować się na to, jak trudno będzie je zaakceptować. Ucieszył się w duchu, kiedy Tina uratowała go od obowiązku mówienia dalej.
- Chciałbyś, żeby została - rzekła kobieta. - Czujesz, że jej potrzebujesz i że ona nie poradzi sobie bez ciebie.
- Chcę mieć ją przy sobie - mruknął. - Ja mam mnóstwo ludzi, którzy wskoczyliby za mną w ogień, a ona jest całkiem sama, bo wszyscy, na których liczyła, odwrócili się od niej.
- Powiedz jej to. Powiedz, że ci na niej zależy.
- I myślisz, że to wystarczy? - zapytał, nie dowierzając.
- Nie wiem, Josh - odparła Christina. - Mam nadzieję, że tak. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak zachowa się Mercy i czy zmieni zdanie, ale jest coś, co wiem na sto procent. Musisz walczyć.
- Słyszałem to już milion razy - stwierdził Hartley, mimo wszystko uśmiechając się.
- Chciałabym, żeby ci się udało - rzekła. - Możliwe, że to właśnie Mercy pomoże ci wyjść z dołka.
- Ale ty robisz dla mnie coś równie... - zaczął Josh, doceniając jej pracę, jednak Christina uśmiechnęła się i przerwała jego tłumaczenie.
- Nie jestem nieomylna, Josh - wyznała Tina. - Chcę po prostu wiedzieć, że zostawiam cię w dobrych rękach. Ktoś musi mieć cię na oku, kiedy ja...
- Kiedy co? - zapytał, jednak ona pokręciła energicznie głową.
- Tajemnica - szepnęła. - Liczę, że przy następnym spotkaniu powiesz mi, że udało ci się wywalczyć to, aby Mercy została w Londynie. A teraz, skoro mamy już to za sobą, może opowiesz mi, czy znowu miałeś złe sny?
Josh doceniał tę rozmowę. Dała mu ona dużo więcej, niż się spodziewał. Obiecał sobie, że porozmawia z Mercy najszybciej, jak się da. Miał nadzieję, że dziewczyna poczuje, że jej miejsce jest tutaj, gdzie będzie mogła z nim zawsze pobyć, pogadać, ponarzekać na okrucieństwo losu, albo po prostu powspominać niezbyt radosne początki ich znajomości, która z czasem przerodziła się w silną i trudną do pomylenia z czymś innym przyjaźń.
***
Nie mów mi, jeśli umieram, bo nie chcę tego wiedzieć.
Jeśli nie mogę zobaczyć słońca, może powinienem odejść.
Nie budź mnie, bo śnię o aniołach na księżycu,
gdzie nikt, kogo znasz, nigdy nie odchodzi za wcześnie.*
Jenny patrzyła na tę śpiącą twarz, wsłuchując się w ciche, ledwie dosłyszalne oddychanie jasnowłosej. Nie miała serca, by budzić ją ze snu, szczególnie, że na jej bladej twarzy gościł łagodny uśmiech. W końcówce tego niedoskonałego życia Rosalie zasługiwała na odrobinę radości, nawet, jeśli miałoby jej to dać coś tak nierzeczywistego, jak właśnie sen. Jenny rozmyślała nad wszystkim tym, co skierowało ją w to szczególne miejsce. Dobrze znała powód, choć potrzebowała czegoś więcej, by się upewnić. Czuła, że musi mieć to za sobą, a wiedziała, że wkrótce ostatnia szansa, by porozmawiać z Rosie, może jej umknąć. Nie chciała tego. Nie chciała do końca swoich dni wypominać sobie, że nie wykorzystała takiej możliwości. James już uwolnił się od przeszłości, która pełna była tajemnic jasnowłosej. Jego życie było dzięki temu o wiele spokojniejsze i po prostu lepsze. Jenny też tego chciała. Poruszyła się na krześle, kiedy zorientowała się, że oczy Rosalie są szeroko otwarte, a uśmiech na jej twarzy stał się szeroki i wyraźny. Czy ta niespodziewana wizyta tak dobrze podziałała na nastrój chorej? A może to wcale nie była niespodzianka?
- Spodziewałaś się, że przyjdę? - zapytała Jenny, czując, jak żołądek skręca się w jej brzuchu.
- Oczywiście - odparła półszeptem.
Jenny nie wiedziała, czy powinna być zaskoczona. Czuła się dziwnie, kiedy Rosalie patrzyła na nią. Jej ciemne oczy zdawały się prześwietlać ją niczym Rentgen. Nabrała powietrza w usta, chcąc wziąć się w garść. Kiedy spojrzała na jasnowłosą, ogarnęło ją to przykre wrażenie, które towarzyszyło jej od jakiegoś czasu. Miała przed sobą dziewczynę, która wkrótce umrze, zniknie. Dlaczego na jej twarzy nie widniał choćby cień strachu przed tym, co nieuniknione? Jenny spodziewała się zupełnie innego widoku, czegoś bardziej chwytającego za serce i rozczulającego, a tymczasem miała przed sobą tę samą Rosalie, która jakieś sto lat temu odbiła jej chłopaka. Najczarniejsze wspomnienia owionęły ją niczym wiatr.
- Boże, jak ja ciebie nienawidziłam - powiedziała w końcu, choć słowa te wyrwały się z niej, nie pytając o pozwolenie. - Miałam do ciebie tyle żalu, który nie malał, choć mijały kolejne lata. Pamiętasz nasze spotkanie na urodzinach Christiny? Byłam taka...
- Nie - przerwała jej Rosie, wciąż ledwie słyszalnym głosem. - Nie masz prawa mówić źle o tym, co do mnie czułaś. Miałaś do tego święte prawo. To nie była twoja wina. Zasłużyłam na twoją nienawiść.
Jenny pomyślała o czymś strasznym i być może niesprawiedliwym, a kiedy Rosalie bezbłędnie wyczytała to z jej twarzy, rudowłosa myślała, że za moment spali się ze wstydu.
- Nie, nie mówię tego dlatego, że umieram - powiedziała, uśmiechając się dziwacznie.
- Przepraszam, ja...
- Ty? - zapytała Rosalie, jakby rozbawiona. - Nie, to ja przepraszam. Jestem pewna, że dobrze wiesz, za co, ale nie omieszkam przypomnieć samej sobie o tym, co mam za uszami. Przyczyniłam się do tego, że James zostawił cię, choć byliście szczęśliwi. Boli cię to do tej pory, bo przez cały ten czas kochałaś go całym swoim sercem. Przepraszam cię też za to, że wróciłam i ponownie zdzieliłam cię po głowie swoją obecnością.
- Szybko poszło - powiedziała Jenny. - Myślałam, że czeka nas długa rozmowa, zanim dojdzie do przeprosin.
- Wybacz, ale ostatnio raczej się streszczam. Wiesz, czas to pieniądz.
Kolejna aluzja. Jenny znowu przypomniała sobie o powodzie tej wizyty.
- Akceptowałam to, że James poświęca ci tak dużo czasu - rzekła zielonooka. - Byłam zazdrosna, choć dobrze wiedziałam, dlaczego do ciebie przychodzi, a jednak pozwalałam mu na to. Tamtej nocy, kiedy James wymknął się z wesela, by być z tobą, poparłam go w tym, choć nie chciałam wejść na górę i zobaczyć się z tobą. Nie byłam na to gotowa. To, co was łączy, jest wyjątkowe. Gdybym robiła mu wyrzuty z tego powodu, być może znowu bym go straciła.
- Na pewno nie. On cię kocha.
- Tak, ale... - zawahała się. - Myślę, że ciebie też. Być może jest to trochę inny rodzaj miłości, ale jednak. Wciąż nie mamy za sobą szczerej rozmowy. Nie miałam powodu, by ci wybaczyć, więc zastanawiałam się, czy to nie litość sprawiła, że jakoś zaakceptowałam twoją obecność w naszym życiu. Ty...
- Tak, umieram - przerwała jej Rosalie, bardziej stanowczo, a jednak wciąż z przyjaznym wyrazem twarzy. - Naprawdę mam tego świadomość, ale staram się żyć tak, jakbym jeszcze nie wiedziała, że są to być może moje ostatnie dni. Nie mów mi, że umieram i staraj się o tym nie myśleć. Nie lituj się nade mną, bo nie jest to potrzebne ani mnie, ani tym bardziej tobie.
- Tamtego dnia, kiedy przybiegłaś do mnie, gdy płakałam po naszym spotkaniu po latach... Wierz lub nie, ale pomyślałam wtedy, że możesz być chora i dlatego wróciłaś, by wszystko ponaprawiać.
- Gratuluję spostrzegawczości - powiedziała Rosalie, uśmiechając się. - Tylko, że to niczego nie zmienia. To, że umieram, wcale nie sprawia, że moje błędy i krzywdy są mniejsze albo mniej ważne. Nie mruż oczu na wszystko to, za co powinnaś usłyszeć słowo ,,przepraszam''.
- Nie wiem, czy potrafię...
- Potrafisz - rzekła z naciskiem. - A więc, jeszcze raz, przepraszam cię za wszystko. Nie liczę na to, że mi wybaczysz. Liczę na to, że dzięki temu, że między nami wszystko stanie się jasne i klarowne, twoje życie jakoś się wyprostuje. Zasługujesz na to.
Jenny skinęła głową, było to bowiem maksimum, na co było ją wówczas stać. Nie zapomniała o nienawiści i nie zapomniało o tym również jej serce. To, co jarzyło się w jej sercu przez te wszystkie lata, być może kiedyś wyparuje, jednak na pewno to nie był jeszcze ten moment. Mimo to, rudowłosa poczuła jakąś lekkość na duszy, kiedy usłyszała to jedno, proste słowo z ust Rosalie. Podświadomie czekała na to i potrzebowała tego bardziej, niż mogła przypuszczać.
- Nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale muszę ci podziękować - rzekła Jenny, kiedy odzyskała głos. - Wiem, że namówiłaś Victora, by pogodził się z Jamesem. Wiem, że choć to ty sprawiłaś, że James ode mnie odszedł, to paradoksalnie dzięki tobie odnalazł drogę powrotną. Domyślam się, że jest wiele innych rzeczy, których pozytywny wpływ odczuwam, a których niesłusznie nie potrafię z tobą powiązać. Dziękuję ci za każdą z nich.
Jenny wstała z krzesła i ruszyła w kierunku drzwi. Poczucie ulgi wciąż się nie ulotniło, jednak jej serce lekko zabolało, kiedy w oczach Rosalie zauważyła dziwny blask, być może powstały za sprawą łez wzruszenia. Zgodnie z tym, co zamierzała Jenny, teraz wszystko powinno być łatwiejsze. Kiedy wyszła ze szpitala, zdumiała się na myśl o tym, że przed spotkaniem z Rosalie nawet nie wiedziała, że ma jej za co dziękować. Zastanawiała się, czy to wszystko było częścią planu dziewczyny, czy jedynie wypadkiem przy pracy. Cokolwiek to było, Jenny nie żałowała wypowiedzianych słów. Po raz pierwszy poczuła coś dobrego do tej dziewczyny i wcale nie była to ta nieszczęsna litość, lecz wdzięczność, której Joyce była pewna w stu procentach i której nie zamierzała się wstydzić.
Możesz powiedzieć mi o swoich myślach, o gwiazdach wypełniających zatrute niebo
i pokaż mi, gdzie uciekasz, kiedy nikt nie pozostaje po twojej stronie,
tylko nie mów mi, gdzie kończy się droga,
bo ja po prostu nie chcę wiedzieć.*
***
Vanessa odgarnęła długie, ciemne włosy i sięgnęła po kawałek arbuza. Czując słodki sok w swych ustach, lekarka obserwowała, jak Christina wraca do salonu z butelką wina.
- Nie patrz tak - powiedziała cierpko Tina, unosząc szkło. - Jeden kieliszek. Przecież wiem, że tobie nie wolno.
Vannie wyszczerzyła się w dziękczynnym uśmiechu, a jej dłoń samorzutnie powędrowała w kierunku pokaźnego brzuszka. Szarooka nalała sobie ciemnoczerwonego trunku i zamoczyła usta po raz pierwszy. Nie musiały czekać, aż alkohol zacznie działać, by rozwiązały im się języki. Wystarczyło im to, że miały siebie, a już po chwili dosłownie się nie zamykały. Pierwszy kwadrans poświęciły na wspominanie ślubu Vanessy, drugi na chwalenie Gregory'ego, który wciąż zbierał pochwały za swoją ostatnią książkę, dedykowaną Tinie. Czas płynął pomału, tak, jakby wskazówki przerwały bieg po tarczy zegara. Przypomniały sobie czasy, kiedy wszystkie swoje myśli i przeżycia, dzieliły tylko na dwie części, między siebie nawzajem. Minęło zaledwie kilka miesięcy od sylwestrowej nocy, która okazała się najwspanialszym i najważniejszym momentem w życiu Vanessy, a jednak nie potrafiły w to uwierzyć. Wszystko zmieniło się tak mocno i szybko, że wciąż, nawet, jeśli na palcu Vannie migotał nie tylko pierścionek zaręczynowy, ale i obrączka, trudno było pogodzić się z tym, że wszystko wydarzyło się naprawdę.
- Nie sądziłam, że życie tak bardzo mnie zaskoczy - powiedziała niebieskooka. - Jeszcze kilka miesięcy temu byłam uciekinierką, która zostawiła dawne problemy za sobą i desperacko próbowała poskładać swoje życie z powrotem do kupy. Chciałam po prostu odpocząć od przeszłości. Naprawdę nie przypuszczałam, że znajdę tu kogoś takiego, jak Victor.
- Nie myśl już o tym - rzekła Tina, uśmiechając się pogodnie. - Po prostu ciesz się tym, co masz.
- Mówisz tak, jakby ciebie to nie dotyczyło - zauważyła Vannie. - Przecież ty też na pewno zastanawiasz się, czy Gregory nie jest wytworem twojej wyobraźni. Sama przyznasz, że wasza historia jest dość nietuzinkowa.
Christina nie odpowiedziała, jednak jej policzki przybrały kolor trunku, który piła.
- Moja samotna, zgorzkniała, uzależniona od pracy przyjaciółka... - wyrecytowała Vanessa i uśmiechnęła się, choć szarooka spojrzała na nią z lekkim wyrzutem. - Tak bardzo chciałam, żebyś była szczęśliwa. Teraz, kiedy widzę, że nasze wspólne marzenie się spełniło...
Urwała, kiedy zobaczyła łzy w oczach Tiny. Zastanawiała się, czy powinna pytać, czy jednak lepiej będzie, jeśli ograniczy się do milczenia. Z pomocą w rozwiązaniu tego dylematu przyszła sama Christina, która zamrugała szybko powiekami, uśmiechnęła się tak, jakby chciała uspokoić nie tyle Vannie, lecz samą siebie, a potem powiedziała:
- Będzie mi ciebie brakowało. Byłaś ze mną przez cały ten czas. Bywało lepiej i gorzej, a ty...
- Przestań się mazać - nakazała Vanessa i przysunęła się, by objąć przyjaciółkę ramieniem. - Nie jadę na drugi koniec świata. Teraz, kiedy masz Gregory'ego, wiem, że zostawiam cię w dobrych rękach. Będę za tobą tęsknić...
- Ja już tęsknię...
-...ale ty przede wszystkim musisz być twarda, słyszysz? - spytała Vannie głośno, chcąc, by każde słowo dotarło jak najgłębiej, prosto w serce psycholog. - Musisz być silna dla mnie, dla siebie, dla Grega i dla...
Przerwała, kiedy kolejne imię utkwiło w jej gardle. Christina bezbłędnie odczytała jej myśli, nawet na nią nie patrząc.
- Dla Rosalie - dokończyła Dainty, co sprawiło, że teraz również w oczach Vanessy pojawiły się słone krople.
Rozkleiły się, choć początkowo niewinna rozmowa wcale nie zwiastowała takiego zakończenia. Vannie przytuliła szarooką jeszcze mocniej i teraz obie płakały sobie w ramiona, czując dojmujący smutek i strach. Czasem zapominały o tym, że Rosalie wkrótce odejdzie, co zapewne spowodowane było nastawieniem chorej, która sprawiała wrażenie, jakby leżała w szpitalu z jakiegoś błahego, wręcz zabawnego powodu. Vanessa była załamana, bo znała Rosie tak krótko, natomiast Christina cierpiała, bo przez zaledwie ułamek czasu traktowała ją jak siostrę, choć znała ją przez całe swoje życie.
***- Nie patrz tak - powiedziała cierpko Tina, unosząc szkło. - Jeden kieliszek. Przecież wiem, że tobie nie wolno.
Vannie wyszczerzyła się w dziękczynnym uśmiechu, a jej dłoń samorzutnie powędrowała w kierunku pokaźnego brzuszka. Szarooka nalała sobie ciemnoczerwonego trunku i zamoczyła usta po raz pierwszy. Nie musiały czekać, aż alkohol zacznie działać, by rozwiązały im się języki. Wystarczyło im to, że miały siebie, a już po chwili dosłownie się nie zamykały. Pierwszy kwadrans poświęciły na wspominanie ślubu Vanessy, drugi na chwalenie Gregory'ego, który wciąż zbierał pochwały za swoją ostatnią książkę, dedykowaną Tinie. Czas płynął pomału, tak, jakby wskazówki przerwały bieg po tarczy zegara. Przypomniały sobie czasy, kiedy wszystkie swoje myśli i przeżycia, dzieliły tylko na dwie części, między siebie nawzajem. Minęło zaledwie kilka miesięcy od sylwestrowej nocy, która okazała się najwspanialszym i najważniejszym momentem w życiu Vanessy, a jednak nie potrafiły w to uwierzyć. Wszystko zmieniło się tak mocno i szybko, że wciąż, nawet, jeśli na palcu Vannie migotał nie tylko pierścionek zaręczynowy, ale i obrączka, trudno było pogodzić się z tym, że wszystko wydarzyło się naprawdę.
- Nie sądziłam, że życie tak bardzo mnie zaskoczy - powiedziała niebieskooka. - Jeszcze kilka miesięcy temu byłam uciekinierką, która zostawiła dawne problemy za sobą i desperacko próbowała poskładać swoje życie z powrotem do kupy. Chciałam po prostu odpocząć od przeszłości. Naprawdę nie przypuszczałam, że znajdę tu kogoś takiego, jak Victor.
- Nie myśl już o tym - rzekła Tina, uśmiechając się pogodnie. - Po prostu ciesz się tym, co masz.
- Mówisz tak, jakby ciebie to nie dotyczyło - zauważyła Vannie. - Przecież ty też na pewno zastanawiasz się, czy Gregory nie jest wytworem twojej wyobraźni. Sama przyznasz, że wasza historia jest dość nietuzinkowa.
Christina nie odpowiedziała, jednak jej policzki przybrały kolor trunku, który piła.
- Moja samotna, zgorzkniała, uzależniona od pracy przyjaciółka... - wyrecytowała Vanessa i uśmiechnęła się, choć szarooka spojrzała na nią z lekkim wyrzutem. - Tak bardzo chciałam, żebyś była szczęśliwa. Teraz, kiedy widzę, że nasze wspólne marzenie się spełniło...
Urwała, kiedy zobaczyła łzy w oczach Tiny. Zastanawiała się, czy powinna pytać, czy jednak lepiej będzie, jeśli ograniczy się do milczenia. Z pomocą w rozwiązaniu tego dylematu przyszła sama Christina, która zamrugała szybko powiekami, uśmiechnęła się tak, jakby chciała uspokoić nie tyle Vannie, lecz samą siebie, a potem powiedziała:
- Będzie mi ciebie brakowało. Byłaś ze mną przez cały ten czas. Bywało lepiej i gorzej, a ty...
- Przestań się mazać - nakazała Vanessa i przysunęła się, by objąć przyjaciółkę ramieniem. - Nie jadę na drugi koniec świata. Teraz, kiedy masz Gregory'ego, wiem, że zostawiam cię w dobrych rękach. Będę za tobą tęsknić...
- Ja już tęsknię...
-...ale ty przede wszystkim musisz być twarda, słyszysz? - spytała Vannie głośno, chcąc, by każde słowo dotarło jak najgłębiej, prosto w serce psycholog. - Musisz być silna dla mnie, dla siebie, dla Grega i dla...
Przerwała, kiedy kolejne imię utkwiło w jej gardle. Christina bezbłędnie odczytała jej myśli, nawet na nią nie patrząc.
- Dla Rosalie - dokończyła Dainty, co sprawiło, że teraz również w oczach Vanessy pojawiły się słone krople.
Rozkleiły się, choć początkowo niewinna rozmowa wcale nie zwiastowała takiego zakończenia. Vannie przytuliła szarooką jeszcze mocniej i teraz obie płakały sobie w ramiona, czując dojmujący smutek i strach. Czasem zapominały o tym, że Rosalie wkrótce odejdzie, co zapewne spowodowane było nastawieniem chorej, która sprawiała wrażenie, jakby leżała w szpitalu z jakiegoś błahego, wręcz zabawnego powodu. Vanessa była załamana, bo znała Rosie tak krótko, natomiast Christina cierpiała, bo przez zaledwie ułamek czasu traktowała ją jak siostrę, choć znała ją przez całe swoje życie.
Thriving Ivory - Angels On The Moon *
Wow :D jestem pierwsza :D
OdpowiedzUsuńHej Kochana:* kiedy tylko mogę korzystam z wolnej chwili i zjawiam się tutaj. Ostatnio każesz nam naprawdę długo czekać na kolejny rozdział, ale od razu mówię, że wcale mi to nie przeszkadza, bo jak już pewnie zdążyłaś dawno zauważyć u mnie z czasem wolnym jest podobnie jak u Ciebie :) ale jeszcze troszkę i czekają mnie dwa tygodnie urlopu i wtedy dopiero będę odpoczywać :) czy pisałam już, że zaczyna mi brakować Twoich odpowiedzi na moje komentarze? Chyba tak, więc nie będę się powtarzać, tylko od razu biorę się za czytanie :)
OdpowiedzUsuńGdyby rzeczywiście znalazła się taka osoba, której nie spodobałby się poprzedni rozdział, to byłabym tym faktem mocno zdziwiona. Wyszedł Ci naprawdę pięknie, ja do teraz zachwycam się ślubem Vanessy i Victora, a co dopiero będzie, gdy zaczniesz pisać o ich życiu po ślubie :) podziwiam Vanessę, że potrafi mieszkać z daleka od męża, ale widać, że powoli tęsknota daje o sobie znać. Są świeżo po ślubie, nic dziwnego, że każdą wolną chwilę chcieliby spędzić razem, ale niestety obowiązki Victora wobec drużyny też są bardzo istotne. Nie wiem jak inni, ale ja bardzo się cieszę szczęściem lekarki, jakby nie patrzeć ona sama też trochę w życiu przeszła, a chyba niewiele jest osób, które nie pragną takiej życiowej stabilizacji. Mogłabym powiedzieć, że Vanessa ma wszystko: ukochanego męża, dom, za chwilę zostanie mamą dwójki dzieci, z pracą na pewno też nie będzie problemów, nawet w nowym mieście, więc czego chcieć więcej? :) z pewnością pożegnanie się ze wszystkim i wszystkimi co zostawia w Londynie nie będzie łatwe, ale ta perspektywa szczęśliwego życia u boku Victora powinna być ważniejsza niż wszystko inne :)
Wiem, że się powtarzam, ale Jenny to moja ulubiona postać tego opowiadania. Tyle dojrzałości, rozsądku ma w sobie ta dziewczyna, że mogłaby się nią podzielić ze wszystkimi dookoła. Nie uważam jej za osobę naiwną, jeśli chodzi o jej związek z Jamesem. Ona po prostu pokazała, że bardzo go kocha mimo tych wszystkich przykrości jakie spotkały ją z jego strony. To jest po prostu miłość, skoro można wybaczyć i zacząć życie od nowa :) a Jenny długo czekała na swoją szansę i wreszcie ją dostała. Sam James też bardzo się zmienił. Zrozumiał swoje błędy i wrócił na właściwe tory swojego życia. Przede wszystkim zrozumiał, że jego miejsce jest właśnie przy Jenny i Oliverze. Mam nadzieję, że po załatwieniu tej pilnej sprawy ich związek wróci do swojej pierwotnej formy :) i liczę, że to nie zaszkodzi, ale wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej umocni ich związek :)
Chyba żadna z nas nie spodziewała się, że znajomość Josha z Mercy jakkolwiek się rozwinie. Darzyli siebie nawzajem naprawdę dużą niechęcią i nic nie wskazywało na to, że to się w ogóle zmieni. Mercy powiedziała o kilka słów za dużo, ale prawda jest taka, że miała rację. Tym samym sprawiła, że jej słowa jednak dotarły do Josha i jednak doszedł do wniosku, że nie warto zakończyć swojego życia w taki sposób jaki wybrał on. Dostał drugą szansę, którą powinien maksymalnie wykorzystać i nie oglądać się za siebie. Ma szansę na ułożenie sobie życia i niech tak zrobi. On też chce być szczęśliwy, ale jak każdy facet nie pokazuje tego. A ja myślę, że tu nie chodzi już tylko o przyjaźń, że Mercy stała się dla Josha kimś o wiele ważniejszym, niż tylko przyjaciółką. Szczerze? Ja też uważam, że powinien jej to wszystko powiedzieć. Wyłożyć kawę na ławę. Jeśli nie będzie z nią szczery, ona wyjedzie i już się nie zobaczą, a wtedy naprawdę straci ją bezpowrotnie. Jeśli chce być szczęśliwy niech walczy o Mercy, on dla niej na pewno też jest równie ważną osobą :)
OdpowiedzUsuńNa pojednanie Jenny i Rosalie też musieliśmy czekać naprawdę długo. Nie chcę być okrutna, ale zazdrość rudowłosej była jak najbardziej na miejscu, w końcu Rosalie już raz odebrała jej Jamesa, więc mogło dręczyć ją przeczucie, że może to zrobić po raz kolejny. To okrutne, tym bardziej teraz w obliczu choroby Rosie. Ja też chyba nie przestanę jej podziwiać, bo nawet w chorobie potrafi się uśmiechać i myśleć pozytywnie o przyszłości. Najgorsze jest to podkreślanie na każdym kroku, że ona umiera, że jej życie wkrótce dobiegnie końca. Tak niewiele czasu zostało... teraz fragmenty z udziałem Rosalie są dla mnie naprawdę trudne do czytania. Łzy same napływają mi do oczu mimo iż nigdy nie darzyłam jej jakąś ogromną sympatią, to jednak jest mi bardzo smutno.
A przy ostatnim fragmencie po prostu się pobeczałam. I tyle... bo nie wiem co więcej mogłabym napisać.
Pozdrawiam i jak zawsze czekam na kolejne nowości :*
Kochana, bardzo miło czytało mi się komentarz od Ciebie. Żałuję, że mam tak mało czasu, że nawet nie odpisuję na wiadomości od Was. Staram się to poprawić i jestem dobrej myśli :)
UsuńŻal mi kończyć Forever. Mam do tej historii sentyment i wciąż czuję ekscytację, kiedy publikuję kolejny rozdział. Uwielbiam odkrywać Wasze zdanie odnośnie wytworów mojej wyobraźni. I uwielbiam czuć, że Was tu mam, w jednym miejscu. To wspaniałe.
Wiem, beznadziejna odpowiedź na fantastyczny komentarz. Heh, chyba wyszłam z wprawy... :P
Buziaczki i jeszcze raz dziękuję :*
<3
Hej Kochana! :* Miała pojawić się tutaj już w weekend, ale zaliczyłam mały czasowy poślizg i się nie udało. Przepraszam za to i już bez zbędnych słów przechodzę do czytania oraz komentowania. :*
OdpowiedzUsuńVanessa jest prawdziwą szczęściarę. W jej życiu wszystko się układa: ma wiernych przyjaciół, wspaniałego męża, niebawem urodzi dwójkę cudownych dzieci, a jeszcze szybciej wyprowadzi się i rozpocznie kolejny rozdział swojego życia. Nawet nie wiesz jak bardzo mnie to cieszy. Vanessa jest dobrą, ciepłą, przyjacielską, uczuciową i troskliwą osobą. Zawsze myśli o innych, nie jest egoistyczna i wyrachowana. Posiada swoje zdanie i swoją pasję. Jest kobietą, którą chciałaby być niejedna z nas. Skrycie marzę o dniu kiedy będę mogła to samo powiedzieć o sobie. Może nie dzisiaj, ale może za kilka lat? Kto wie.
Rozumiem Jenny i nawet domyślam się z kim poszła się rozmówić. Niedokończone sprawy z przeszłości zawsze się o nas upomną. Prędzej lub pójdzie przyjdzie nam i tak się z nimi zmierzyć. Dla Jenny taką niedokończoną sprawą jest Rosalie. Doskonale rozumiem jej potrzebę porozmawiania z nią. Łączy je przeszłość i to niezbyt ciekawa (przynajmniej dla Jenny). Cieszę się, że Jenny dojrzała i jest gotowa na tą konfrontację. Myślę, że zapewni jej to spokój, którego w głębi duszy jeszcze nie osiągnęła. No i muszę jeszcze dodać, że Jenny i James to taki uroczy, słodki obrazek, ach! ;-)
Jakoś tak przeczuwałam, że Josh zbliży się do Mercy. Jak to się mówi: 'kto się czubi ten się lubi'. W ich przypadku to przysłowie pasuje idealnie. ;-) Najważniejsze, że Josh zdał sobie sprawę, że nie tylko on potrzebuje jej, lecz i ona go. Trzymam kciuki i wierzę, że uda im się zbudować coś trwałego niezależnie od tego, czy skończą tylko na przyjaźni lub pójdą o krok dalej i się w sobie zakochają. ;-) Poza tym muszę dodać, że jestem dumna z Josha za to, że próbuje poskładać swój świat w całość, a także dlatego, że pozwolił sobie pomóc.
Podobała mi się rozmowa Jenny i Rosalie, ponieważ miała w sobie klasę i dojrzałość. Mam nadzieję, że teraz kiedy Jenny posprzątała bałagan z przeszłości będzie umiała ruszyć do przodu i zająć się przyszłością. Chcę również wierzyć, że James już nigdy nie okaże się takim głu*kiem i nie zostawi jej dla żadnej innej.
Ostatni fragment przeniósł mnie w czasie do dnia kiedy moja przyjaciółka przyszła do mnie, żeby się pożegnać przed swoim wyjazdem. Doskonale wiem, co czuje Vanessa i Christina. Tego nawet nie idzie opisać słowami. Pamiętam ile łez wylałam przed i po jej wyjeździe oraz ile czasu musiało minąć, aż nauczyłam się funkcjonować bez niej u boku. Dla jednym może być to śmieszne, ale jeśli wychowujesz się z kimś, dorastacie razem, dzielicie się wszystkim, mówicie sobie o wszystkim i wzajemnie się wspieracie, to ciężko odnaleźć się w świecie, gdzie nie masz już przyjaciela na każde zawołanie. Nie możesz do niego pobiec, gdy coś złego się stało lub żeby podzielić się dobrą nowiną. Zostają rozmowy przez telefon i spotkania od czasu do czasu, ale to już nigdy nie będzie to samo. Przed Christiną i Vanessą nowe przygody, które wiem, że nadal będą dzielić ze sobą, chociaż na odległość. Trzymam kciuki za ich przyjaźń, bo chociaż pisałam to milion razy, to napiszę raz jeszcze - nie ma na świecie niczego bardziej wartościowego od prawdziwej przyjaźni.
Fantastyczny rozdział. Kochana, nie rozczarowujesz, a wręcz przeciwnie - zachwycasz coraz bardziej. Za każdym razem zakochuję się na nowo w Twoich opisach, losach bohaterów i w nich samych. Jesteś chodzącym talentem, który pewnego dnia odkryją miliony na świecie. Zobaczysz!!
Ściskam mocno i czekam na kolejną nowość :*
Pamiętam, jaki stosunek miałaś do Vanessy za czasów Mine i nie do końca wierzyłam w to, że Forever jakoś zmieni Twoje zdanie. A jednak. Cieszy mnie to :) Vanessa miała swoje za uszami, a jednak zmieniła się, pokazała, że tak naprawdę jest dobrą i wartościową osobą. Tak jest z ludźmi. Robią głupstwa, popełniają błędy, ale nie zawsze ich to przekreśla.
UsuńCudowny komentarz. Naprawdę! Dziękuję za to, że dzielisz się ze mną swoimi przemyśleniami. Nic dodać, nic ująć :)
Pozdrawiam :*
<3