19 sierpnia 2015

46. ,,I z tobą''

Hej :)
PRZEPRASZAM strasznie za aż tak dużą lukę pomiędzy rozdziałem dzisiejszym a poprzednim. Sporo się działo w moim życiu ostatnio (i wciąż niestety sporo się dzieje), ale nie sądziłam, że ostatni rozdział został opublikowany aż tak dawno. Masakra...
Mam nadzieję, że jeszcze jesteście.
Obiecuję jak najszybciej nadrobić wszystkie zaległości i jakoś się ogarnąć aby w przyszłości aż takich dziur nie robić - czy u siebie, czy u innych.
Całuję mocno :*
***
Grudzień
Trading Yesterday - She Is The Sunlight

Victor przyglądał się, jak ekspedientka pakuje biżuterię, którą kupił w prezencie. Na twarzy ciemnowłosej, odzianej w schludny kostium dziewczyny, piłkarz dostrzegał subtelne rumieńce. Peszyło go to, jednak nie denerwowało. Kiedyś zareagowałby na zainteresowanie kobiety w inny sposób. Bardzo możliwe, że już w tej chwili miałby numer jej telefonu w kieszeni. Tego dnia uśmiechnął się jedynie, a kiedy dziewczyna zanotowała to w swojej głowie, jej mina wyrażała zaskoczenie, ale też radość. To była jedna z tych małych rzeczy, z pozoru nieważnych i bzdurnych, a jednak mających dla nas duże znaczenie i moc. Na szczupłych i długich palcach dziewczyny Victor nie zauważył pierścionka zaręczynowego ani obrączki. Choć to nie musiało oznaczać, że spędzi ona święta samotnie, to jednak Victor chciał jakoś umilić jej ten czas, zrobić cokolwiek, co uczyniłoby godziny pracy czymś radośniejszym. Dał swój uśmiech i sympatię komuś, komu bardzo na tym zależało, a fakt, iż nieco zawstydzona ekspedientka odpowiedziała mu tym samym, podziałał na Joyce'a niczym balsam.
- Wesołych świąt - powiedziała dziewczyna, nieco drżącymi dłońmi podając mężczyźnie niewielką, ładną torebkę.
- Wesołych - odparł, uśmiechając się raz jeszcze.
Victor wycofał się z salonu i ruszył do wyjścia, dostrzegając dzikie tłumy ludzi, którzy tłoczyli się w galerii na dzień przez Bożym Narodzeniem. Był już o krok od progu, kiedy ekspedientka dogoniła go i łagodnie dotknęła go w ramię. Odwrócił się, a kiedy zobaczył, że rumieńce na jej policzkach wyraźnie pobladły, poczuł ulgę, choć wówczas nie potrafił jeszcze tego wytłumaczyć.
- Przepraszam, że zawracam panu głowę, ale mój brat... - zawahała się, a Victor w mig zrozumiał, do czego zmierzała.
- Nie ma problemu - powiedział szczerze i podążył za nią z powrotem do lady, gdzie Caroline - wyczytał to imię z plakietki na koszuli - wyciągnęła z torebki ładną, niepogiętą fotografię, jego zdjęcie. - Dla kogo?
- Dla Davida - odparła dziewczyna i patrzyła w ciszy, jak Victor składa autograf na swojej podobiźnie. Kiedy skończył, podał jej fotografię z uśmiechem. - Dziękuję.
Victor kiwnął głową i nagle poczuł, że tym razem to ona zrobiła dla niego coś małego, a kryjącego w sobie niezliczoną siłę. Nie odszedł od razu. Poczekał, aż Caroline ostrożnie umieści podpisane zdjęcie z powrotem w torebce, a potem wlepił w nią spojrzenie swych zielonych oczu.
- Przez cały czas chciała pani poprosić o autograf dla brata, mam rację? - zapytał, a ona uśmiechnęła się, tym razem nie z zawstydzeniem, lecz pewnością siebie.
- Gdyby nie to, że się pan do mnie uśmiechnął, straciłabym prawdopodobnie jedyną okazję, by sprawić bratu najlepszy prezent gwiazdkowy - wyznała. - Dodał mi pan odwagi.
- Cieszy mnie to - powiedział Victor. - Jeszcze raz wesołych świąt.
Caroline uśmiechnęła się raz jeszcze i pozwoliła piłkarzowi odejść. Kiedy mężczyzna znalazł się w zatłoczonym, oszklonym holu, przez które widać było zaśnieżony Londyn, mógł wreszcie w miernym spokoju pomyśleć o scenie, w której uczestniczył. Dlaczego od razu pomyślał, że to jego fanka, która marzy o tym, by rozwiódł się dla niej i tak dalej? Dlaczego tak trudno było mu uwierzyć w to, że istnieją jeszcze kobiety, które nie chcą pławić się w blasku jego sławy i pływać w zarobionych przez niego pieniądzach? Przez tyle lat spotykał tylko takie kobiety. Z przyzwyczajenia na samym starcie wepchnął Caroline do tej samej, niechlubnej szufladki. Żałował, że tak zrobił. Automatycznie pomyślał o swojej ukochanej, która z całą pewnością nie pokochała go za to, ile miał na koncie, lecz jakim był człowiekiem. Na pierwszej randce, która oficjalnie wcale randką nie była, powiedziała mu, że nie imponuje jej jego wypasione auto i kolacja w drogiej, eleganckiej restauracji. Vanessa była z nim szczera. Wystarczyło mu jego spojrzenie, by mieć tego absolutną pewność. Mężczyzna wyjął z kieszeni płaszcza telefon i wybrał jeden z nielicznych numerów, które znał na pamięć.
- Czemu odbierasz dopiero po czwartym sygnale? - zapytał protekcjonalnym tonem i był pewien, że Vannie przewróciła oczami po drugiej stronie.
- Dzwonisz już piąty raz, odkąd nie ma cię w domu, czyli od godziny - syknęła kobieta niecierpliwie.
- Nie moja wina, że zachciało ci się rodzić akurat w święta - prychnął.
- Słucham?! - pisnęła Vanessa, a blondyn odsunął telefon od ucha. - Zachciało mi się?!
- Nie gorączkuj się, bo jeszcze urodzisz i co wtedy?
- Wtedy powiem naszym dzieciom, że ich tata jest największym cymbałem na świecie.
- Nie zapomnij wspomnieć, że kochasz go nade wszystko - podsunął jej, a chwilowa cisza po drugiej stronie sprawiła, że się uśmiechnął, wiedział już bowiem, że szarpnął właściwą strunę.
- Zastanowię się - odparła o wiele łagodniejszym tonem. - Kiedy wrócisz?
- Kiedy przekopię się przez kilometrowe kolejki, dziękuję za troskę, kochanie.
- Ale wyszedłeś tylko po bułki, na litość boską!
- Nie gorączkuj się, bo...
- Tak, już to mówiłeś - mruknęła. - I nadal twierdzisz, że nie robisz kolejnych zakupów świątecznych?
- Zdecydowanie tak - odrzekł, a Vanessa zaśmiała się pod nosem.
- W razie, gdybyś jednak przypadkowo myślał o prezencie dla mnie, wiedz, że marzy mi się wycieczka do Zanzibaru - stwierdziła. - Christina mówiła, że jest tam naprawdę pięknie.
- Nie możesz pooglądać zdjęć Zanzibaru w Internecie? - zapytał Victor znudzonym tonem. - Błagam, urodź już, bo twoje zachcianki zaczynają mnie przerażać...
Vanessa znowu zaczęła trajkotać, jednak Victor rozłączył się i włożył telefon z powrotem do kieszeni, śmiejąc się. Niebieskooka była ostatnio naprawdę nieznośna, co dla jej męża wcale nie było takie złe - w końcu teraz miał jeszcze więcej okazji, by się z nią droczyć. Ruszył w dalszą drogę po centrum, mijając ludzi, którzy gorączkowo poszukiwali prezentów dla najbliższych. Nie przestawał myśleć o swojej podenerwowanej, zmęczonej ciążą żonie, która nawet teraz, na tak trudnym i wymagającym etapie, pozostawała najwspanialszą osobą, jaką los pozwolił mu poznać.

***

Brunetka patrzyła w milczeniu, jak jej ukochany notuje coś zawzięcie w swym notesie. Widziała niezaprzeczalne skupienie na jego twarzy, a także charakterystyczny błysk w jego oczach - coś, co gościło tam zawsze, kiedy tworzył. Nie chciała mu przeszkadzać ani przerywać pracy. Musiała uszanować to, co robił, jeśli faktycznie chciała spędzić resztę życia właśnie z tym mężczyzną - a była teraz pewna tego bardziej, niż kiedykolwiek przedtem. Oderwała od niego wzrok, patrząc na opalonych turystów, którzy, podobnie jak ona i Gregory, wrócą tego dnia do domu na święta. Wspomnienia wspaniałych chwil, które przeżyła w wielu krajach świata, rozlały przyjemne ciepło w jej sercu. Trzy miesiące wcześniej podjęli decyzję, że zostawią Londyn i zaczną podróżować, by nacieszyć się sobą, odpocząć od codziennych obowiązków i, co dla Christiny miało kolosalne znaczenie, uwolnić się od codziennego odwiedzania grobu młodszej siostry. Przez pierwszych kilka dni szarooka nie była w stanie cieszyć się dobrodziejstwami pierwszego państwa na ich mapie, jednak Gregory pomógł jej otrzeć łzy i starać się żyć tak, jak życzyłaby sobie tego Rosalie. Mijały tygodnie, miesiące, a Christina stawała się coraz silniejsza i z dnia na dzień jej serce wyrażało coraz większą akceptację tego, co się stało. Gdyby nie Gregory, ten nieoceniony, doskonały człowiek, podniesienie się z ziemi byłoby dużo trudniejsze albo wręcz niemożliwe. Wiedziała, że bez względu na to, gdzie przyjdzie im żyć, jej szczęście będzie właśnie przy nim. Kochała go zbyt mocno, by nie mieć tej pewności. Nie bała się patrzeć w przyszłość. Żyła tak, jak chciała, kiedy obudziła się w swoje trzydzieste piąte urodziny - pełnią życia, nie bojąc się postawić kolejnego kroku.
- Nie czujesz się zaniedbana? - zapytał nagle Haggerty, a po paru sekundach oderwał wzrok od swoich notatek, zapewne zawierających lepsze i gorsze pomysły na nową powieść.
- Nie - odparła szczerze, wspominając, jak Gregory za każdym razem, kiedy pisał, co kilka minut po prostu całował Tinę w policzek, by pokazać jej, że nigdy nie jest mniej ważna. - Czuję się szczęśliwa, kiedy na ciebie patrzę. Widzę, że robisz to, co kochasz. Masz to wypisane na twarzy.
Gregory uśmiechnął się, a potem schował zeszyt i długopis do podręcznego plecaka. Poprawił się na niezbyt wygodnym krzesełku i objął brunetkę ramieniem, ignorując setki osób na lotnisku.
- To był najlepszy okres w moim życiu - powiedział tym chrapliwym, seksownym głosem. - Pisanie nie uszczęśliwia mnie tak, jak ty.
Na moment przed pocałunkiem Christina spojrzała nieco dogłębniej na swojego ukochanego. Te wyjątkowo długie wakacje zmieniły ich oboje. Byli jeszcze bardziej opaleni, niż po krótkim pobycie w Paryżu tego lata, Gregory odmłodniał o jakieś dziesięć lat za sprawą zarostu, którego pozbył się pewnego ranka, a prosta grzywka ładnie współgrała z ognikami, tańczącymi nieprzerwanie w oczach Dainty.
- Nie mogę się doczekać spotkania z Vanessą - rzekła Christina, kiedy Gregory przerwał pocałunek, jednak nie przestał jej obejmować. - Minęło tyle czasu... Prawie wieki.
- Jestem pewny, że ona też za tobą tęskni - wyznał Haggerty. - Zresztą, czy wy przypadkiem nie rozmawiałyście ze sobą jakiś kwadrans temu?
- Tak, ale to co innego - żachnęła się Tina, czując przyjemny dotyk niebieskookiego. - Cieszę się, że wracamy. Jasne, będzie mi brakowało słońca i tego wszystkiego, czego doświadczyliśmy w ciągu ostatnich tygodni, ale Londyn to jednak nasze miejsce. To nasze pierwsze święta i chciałabym spędzić je z tobą właśnie tam, w domu.
- Tak będzie - zapewnił ją, raz jeszcze muskając jej policzek, a Christina uśmiechnęła się, wspominając, jak do niedawna jego zarost szarpał jej skórę. - Tak, ja wiem, że czasem zanudzam cię tymi swoimi romantycznymi wstawkami żywcem wyjętymi z książki, ale muszę to powiedzieć.
Tina wytrzeszczyła oczy, czekając w napięciu na to, co miał jej do powiedzenia Gregory.
- W odróżnieniu od ciebie, mnie z całą pewnością nie będzie brakowało słońca. Ty jesteś moim słońcem. Wszystko to, co najlepsze, to ty. Bez ciebie nic nie jest wystarczająco piękne, a z tobą... Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć?
Kiedy Gregory spojrzał na nią z nadzieją, kobieta kiwnęła głową i uśmiechnęła się, mocniej przywierając do jego ciała. Nie potrzebowała kolejnego wyznania miłości, tych dwóch słów, których brzmienie dudniło w jej głowie każdego dnia. Gregory wyznawał jej to, co czuje, właściwie w każdej chwili - nawet pytanie, czy jest głodna, nosiło w sobie tą niezwykłą prawdę. To, co mieli, było wszystkim, czego potrzebowali i nawet, jeśli po świętach nie uda im się kontynuować podróży po świecie, Christina nie będzie czuła żalu z tego powodu. Mogłaby wylądować w szarym i brudnym zaułku w jakiejś obskurnej dzielnicy Londynu i póki pan Haggerty towarzyszyłby jej, ona nie czułaby się źle. Dla niej nawet to ciasne mieszkanie, w którym jakiś czas temu mieszkała z siostrą i przyjaciółką, przypominałoby pięciogwiazdkowy hotel na Zanzibarze, gdyby Gregory był tam razem z nią.

***

Rudowłosa oderwała wzrok od mytej przez siebie szklanki. Jej migdałowym oczom ukazał się ogród, jeszcze niedawno zielony i ukwiecony, a teraz nieskazitelnie biały i sterylny. Z nieba wciąż sfruwały kolejne, tak różniące się od siebie płatki. Do uszu Jenny dotarł dźwięk skrzypiec - to jej ojciec, jak w każde święta, organizował mały koncert dla najbliższych. Przez chwilę patrzyła na Constance, przyglądającą się mężowi z uwielbieniem i miłością, jednak na dłuższą metę widok ten nie był dla Jenny pozytywnym doznaniem. Przerosło ją to, dlatego właśnie uciekła do kuchni, gdzie planowała uwolnić się od niełatwych myśli - niestety, nie udało się, bo dopadły ją nawet tu. Kiedy obserwowała uczucie, jakie żywili do siebie jej rodzice, czuła nie tylko szczęście i dumę, ale też zazdrość i żal. W jej wnętrzu wciąż tkwiła ta rozmarzona dziewczyna, która wierzy w dobre zakończenie, bajkowy finał historii, która wydarzy się naprawdę. Chciała przeżyć miłość, która pokona każdą przeszkodę, i która nie wypali się, mimo upływu wielu lat. Constance i Robert pokazywali jej, że taki scenariusz rzeczywiście jest możliwy, ale z drugiej strony, przecież oni oboje zakochali się w sobie w nieco innych czasach. Dziś niczego nie można być tak pewnym, jak to było kilkadziesiąt lat temu, kiedy moda na rozwody zdawała się być czymś nieprawdopodobnym. Może gdyby Jenny trafiła na Jamesa w innej epoce, to byliby ze sobą aż do końca, zamiast poddać się i odpuścić sobie walkę o swój związek? Może wówczas James byłby bardziej poukładanym i ogarniętym facetem, który wie, czego chce, a Jenny nie musiałaby borykać się z wątpliwościami? Być może byłaby o wiele silniejsza i nie pozwoliła Jamesowi na to, by pogrywał sobie z jej uczuciami i krzywdził ją wciąż od nowa?
Kobieta westchnęła ciężko, czując dziwne mrowienie w okolicach oczu. Po raz kolejny była bliska płaczu. Zastanawiała się, czy James w ogóle wie, jak często pojawia się w jej myślach. Ciekawa była, czy on czuje to samo, czy jednak faktycznie układa sobie życie bez niej, myśląc o znalezieniu kogoś zupełnie nowego, kto na dobre zajmie jej miejsce. Nie chciała, żeby okazało się to prawdą, ale z drugiej strony nie mogła wykluczyć takiej możliwości. Krótko po pogrzebie Rosalie James wyjechał i zamieszkał z babcią, o czym poinformowała Jenny właśnie Molly. James zdobył się na to wyznanie dopiero po paru dniach, jednak Jenny do dziś wspominała tamtą rozmowę. Od września do dziś James dwukrotnie odwiedził Olivera i wówczas spędzali naprawdę fantastyczny czas razem - wystarczyło spojrzeć na roześmianą twarz chłopca, by porzucić wszelkie wątpliwości. Jeśli chodzi o nią i o Jamesa... Cóż, ich związek właściwie już nie istniał, choć oficjalnego rozstania nie było - i całe szczęście, bo Jenny mogłaby nie znieść tego po raz kolejny. James zapewnił ją raz, że jego uczucia do niej nie zmieniły się ani trochę, ale czy gdyby taka była prawda, Devon nie chciałby fizycznie być przy swojej ukochanej? Dla nich wszystkich było to bardzo trudne i choć Jenny chciała wierzyć w to, że jakoś uda im się to wszystko posklejać, im dłuższa była rozłąka, tym bledsza stawała się ta jej nadzieja.
- Przyjedzie na święta? - odezwał się nagle kobiecy głos, który wyrwał Jenny z zamyślenia. Rudowłosa pospiesznie starła łzę z policzka, a potem spojrzała na rodzicielkę.
- Kto? - spytała, choć było to granie na zwłokę.
- Święty Mikołaj - odparła zgryźliwie Constance. - James.
- Nie wiem - odrzekła Jenny. - Nie sądzę.
- Córciu, córciu... - westchnęła blondynka, a kiedy kładła dłonie na swych biodrach, liczne bransoletki zaczęły podzwaniać na nadgarstkach.
- Błagam, nie mów tego po raz tysięczny - nalegała Jenny, jednak jej matka nie zamierzała jej posłuchać.
- Ty i James... Kochanie, wy po prostu jesteście dla siebie stworzeni. Wiem to nawet dłużej niż ty. Widziałam to, zanim odważyłaś się wyjść z cienia i po raz pierwszy odezwać się w jego towarzystwie. Jeśli nie uda ci się go odzyskać, to wiedz, że straciłaś życiową szansę na szczęście. Ja po prostu wiem, że żaden facet nie da ci tego, czego mogłaś zaznać u boku Jamesa.
- Dlaczego ty zawsze mówisz takie rzeczy? - spytała Jenny i nawet ją zaskoczyła łamliwość jej własnego głosu. - Odkąd pamiętam, zawsze brałaś stronę Jamesa. Wymyśliłaś sobie, że jesteśmy sobie pisani i przymykałaś oko na wszystko to, co robił źle.
- Bo jestem twoją matką, a także długoletnią żoną - odrzekła niewzruszona Constance. - Wiem, jak wygląda prawdziwa miłość i wiem, że miałaś ją w swych rękach przez pewien czas.
- I pewnie na własne życzenie ją straciłam, no nie? Pewnie to ja kazałam Jamesowi wsiąść w najbliższy pociąg i wyjechać na kilkanaście tygodni, tak?
Constance nie odpowiedziała, choć przez moment wyglądała tak, jakby miała jakąś ciętą uwagę na samym koniuszku języka. Jenny pokręciła głową, czując wzbierającą w niej złość. Wytarła wilgotne ręce o ścierkę i ruszyła w kierunku matki, chcąc jak najszybciej minąć ją i dołączyć do wciąż grającego na skrzypcach ojca. Czasem naprawdę nie miała cierpliwości do swojej matki. Była pewna, że nie istnieje druga osoba na tym świecie, która tak bardzo nie potrafi jej zrozumieć.
Kiedy rudowłosa znalazła się tuż obok Constance, w kieszeni Jenny zaczął wibrować telefon. Zatrzymała się, nie spoglądając nawet na rodzicielkę, a kiedy zobaczyła tak bliskie swemu sercu imię na wyświetlaczu, dotychczasowe nerwy zostały urozmaicone przez łagodne podekscytowanie i radość.
- Vannie - powiedziała i zobaczyła zawiedzioną minę Constance, która zapewne marzyła o tym, by to James zadzwonił do jej córki.
- Victor nie odbiera - oświadczyła bez ogródek niebieskooka. - Podejrzewam, że to z obawy o to, że zażądam odrzutowca albo czegoś w tym stylu.
- Widzę, że się nie nudzicie - mruknęła Jenny, a potem usłyszała, jak przyjaciółka wstrzymuje oddech na chwilę. - Stało się coś?
- Nic wielkiego, Jen. No, może poza tym, że maluchy chyba się rozochociły na myśl o pierwszej gwiazdce.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała zaniepokojona pieguska. - Chyba nie...
Kolejne wstrzymanie oddechu było równoznaczne z odpowiedzią twierdzącą.
- Tylko nie panikuj, od tego jest Victor - powiedziała Vanessa. - A teraz mnie posłuchaj. Rozmawiałam już z Louisem i jestem w drodze do szpitala.
- Chyba nie prowadzisz w takim stanie...
- Za kogo ty mnie masz, Jennifer Joyce? - spytała Vannie z zabawnym oburzeniem. - Tak czy siak, wolałabym mieć jakieś sensowniejsze towarzystwo w tę sądną godzinę, więc jeśli masz ochotę, to możesz zaszczycić imprezę powitalną swoją obecnością.
- Bardzo śmieszne...
- Serio, Jenny, przyjedź, bo na swojego męża najwyraźniej nie mogę liczyć.
- Będę do niego wydzwaniać, ile się da - powiedziała Jenny i pognała do przedpokoju, gdzie już narzucała na siebie burgundowy płaszczyk. - Tylko się nie denerwuj, dobrze? Co prawda nie rodziłam bliźniąt, ale jakieś tam doświadczenie w tej kwestii posiadam, więc jakby co, to ja chętnie...
- Nie żeby coś, ale na doszkalanie przedporodowe jest już chyba odrobinkę za późno - odparła Vanessa, a Jenny uśmiechnęła się szeroko. - Czekam na ciebie i błagam, dopadnij Victora, bo jak nie, to...
Jenny nie dowiedziała się, co zrobi Vannie, jeśli Victor nie odbierze telefonu, bo właśnie wtedy lekarce musiała paść bateria.
- Tato, jadę do szpitala - zawołała Jenny, a ojciec na moment przestał grać.
- To już? - spytał podekscytowany Robert. - Moje kolejne wnuki pchają się na świat?
- Na to wygląda - rzekła zielonooka, a kiedy upewniła się, że Constance wciąż jest w kuchni, podeszła bliżej ojca i szepnęła: - Zajmij się nią i oderwij jej myśli od Jamesa, bo jeśli jeszcze raz usłyszę te jej opowiastki o mnie i jej wymarzonym zięciu, to dosłownie wyjdę z siebie.
- Nie ma problemu - odparł Robert. - Jak usłyszy, że Vanessa rodzi, to na pewno w mig zapomni o Jamesie, przynajmniej na chwilę.
Jenny uśmiechnęła się do ojca, czując, że jak zwykle może na niego liczyć, a potem wyparowała z mieszkania. Momentalnie odczuła, że ona sama również przestała myśleć o ukochanym mężczyźnie - w końcu być może jeszcze tego samego dnia wreszcie zostanie ciocią, na dodatek podwójną. Przy czymś takim wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy wsiadła do samochodu, po raz pierwszy wybrała numer Victora i obiecała sobie, że jeśli starszy brat nie odbierze już po pierwszym sygnale, to dorwie go, gdziekolwiek się znajduje, i urządzi go tak, że popamięta.

***

Josh Hartley patrzył z zainteresowaniem na wszystkich tych, którzy opuszczą Londyn tego dnia, by spędzić trochę czasu z najbliższymi. Wyobrażał sobie swoje własne spotkanie z ojcem, siostrą. Tęsknił nawet za Austinem, Paige i Adrianą, choć od ich ostatniego spotkania nie minęły nawet dwa tygodnie. Wśród tych, których czekała podróż do domu, Josh widział również ludzi bez toreb i walizek - domyślił się, że czekali oni na przyjazd swych rodzin, przyjaciół, znajomych, ukochanych. Był już świadkiem rozczulającego powitania dwojga młodych ludzi - na ten widok wszyscy zgromadzeni złączyli się w jedno i razem przeżywali coś pięknego, a zarazem tak prostego i zwyczajnego. Kiedy około dwudziestoletnia brunetka wypatrzyła swojego ukochanego w tłumie, torebka wypadła jej z ręki, a ona sama pognała w jego stronę, by potem zatracić się w jego uścisku. Kiedy tak na nich patrzył, wydarzyło się coś, czego w pierwszej chwili nie potrafił nawet nazwać - poczuł lekkie speszenie, kiedy jego wzrok samoistnie zabrnął w kierunku siedzącej obok Mercy. Minęło dużo czasu, od kiedy czuł coś takiego po raz ostatni. Wspomniał swój niemal doskonały związek z Paige, a potem te krótkie, ale wspaniałe chwile, jakie dane mu było przeżyć jako partner Vanessy. Zastanawiało go to, że dopiero teraz naprawdę czuł się zawstydzony jak nastolatek, przed którym los stawia szansę na pierwsze zauroczenie. Spojrzał dyskretnie na rudowłosą, która nie mogła tego zauważyć, ponieważ tkwiła z nosem w przewodniku po Mediolanie, który dostała od Josha w prezencie gwiazdkowym. Kiedy widział te cudowne wypieki na jej policzkach, spokój w oczach i delikatny uśmiech, rozjaśniający jej twarz, jego serce zaczynało bić zupełnie innym rytmem. Do tej pory wiedział, że Mercy była jego przyjaciółką, która zadała sobie trud, by poznać go od podszewki, nie pomijając najciemniejszych zakamarków jego duszy. Wiedział, że to, co ich połączyło, było silne i niezwykłe. Wiele przeszli w swoich życiach, a od paru miesięcy dzielili to wszystko na dwoje, dzięki czemu o wiele łatwiej im było walczyć z codziennością. Josh nie chciał niczego więcej... aż do teraz. Patrzył na nią, wiedząc, że pomału gubi ostatnie resztki subtelności, i wówczas czuł się po prostu szczęśliwy. Nie chciał tego, co miało nadejść lada chwila, nie chciał tracić jej z oczu ani na moment. Właśnie wtedy Mercy spojrzała na niego, zaszczycając go blaskiem swych niebieskich oczu. Jej uwaga sparaliżowała Josha na chwilę, a jednak nie uciekł on spojrzeniem - wciąż wpatrywał się w rudowłosą tak, jakby dane mu było patrzeć na nią po raz ostatni.
- To tylko dwa tygodnie - rzekła dziewczyna, uśmiechając się lekko. - Ty pobędziesz z bliskimi w Mediolanie, a ja w Nowym Jorku, a kiedy wszystko dobiegnie końca, znowu spotkamy się tutaj.
- Jest jeszcze inna możliwość - powiedział Josh, rzucając przelotne spojrzenie na przewodnik spoczywający w dłoniach Mercy. - Dałem ci go po to, by dać ci do zrozumienia, że chcę, abyś mnie tam odwiedziła. Chciałbym pokazać ci miejsce, z którego pochodzę.
- Wiem, Josh - odparła Buckley. - Wiem i naprawdę to doceniam. Ja po prostu...
Nie dokończyła, bo kiedy spojrzała mimochodem na cyfrowy zegar, momentalnie poderwała się z niewygodnego krzesełka.
- Powinnam już być na górze - rzekła, chowając powyciągane rzeczy do torebki. - Nie byłoby dobrze, gdybym spóźniła się na samolot.
- Pomóc ci? - zapytał Josh, choć wcale nie musiał tego robić - dobrze wiedział, że Mercy doskonale poradzi sobie sama. W milczeniu przyglądał się jej poczynaniom. Proste dżinsy ukrywały jej tajemnicę, czyli protezę, która uwolniła ją od wózka, lecz jeszcze nie oswobodziła od kul.
Kiedy Mercy skończyła, spojrzała na Hartleya, który momentalnie wstał i zatrzymał się naprzeciwko niej. Jej policzki wciąż były słodko zaróżowione, a uśmiech wyrażał zakłopotanie, chyba po raz pierwszy, od kiedy się znali.
- Josh, wiem, że mamy już tę oficjalną część za sobą, ale chciałabym ci jeszcze raz życzyć wszystkiego najlepszego - powiedziała, odgarniając wolną dłonią pasmo rudych włosów. - Mam nadzieję, że święta będą dla ciebie wspaniałym czasem, który spędzisz z kochanymi ludźmi. Chcę, abyś odpoczął i naładował akumulatory. Po prostu. Wszystkiego najlepszego, Josh.
Kiedy rudowłosa zbliżyła twarz, by pocałować żołnierza w policzek, do jego nozdrzy dotarła znajoma woń jej perfum. Gdy odsunęła się od niego, Josh przez chwilę zbierał myśli, by potem wypuścić je wszystkie na zewnątrz.
- Życzę ci, aby spełniły się wszystkie twoje marzenia - rzekł, nie odrywając wzroku od jej tęczówek, błąkających się po całej jego twarzy, jakby celowo unikające bezpośredniego kontaktu z jego niebieskimi oczami. - Życzę ci, abyś miała wokół siebie tylko takich ludzi, którzy na ciebie zasługują i którzy nie zmarnują szansy, jaką otrzymali, kiedy los postawił cię na ich drodze. Wesołych świąt, Mercy.
Mężczyzna nachylił się, by oddać pocałunek, a kiedy odstąpił od niej, dziewczyna posłała mu ostatni uśmiech i obróciła się, by odejść. Kiedy Josh był pewien, że już nie zobaczy jej w tym roku, kobieta stanęła w miejscu, a potem ponownie obróciła się, robiąc to na tyle płynnie, na ile pozwalała jej proteza. Podeszła do Josha i zrobiła coś, czego w jakiś zagadkowy sposób Hartley nie zdołał przewidzieć, mimo wcześniejszych sygnałów - pocałowała go po raz pierwszy nie w policzek, a w usta. Pocałunek był szybki, jakby oddawała mu się dwójka kochanków, bojąca się o zostanie przyłapanymi na złym uczynku. Josh wyczuwał nerwy Mercy, a także własne podekscytowanie, kiedy krew uderzyła mu prosto do głowy. Technicznie nie był to najlepszy pocałunek w ich życiu, jednak żadne z nich nie zamierzało się tym przejmować.
- Popracujemy nad tym, kiedy znowu się spotkamy - powiedziała Mercy, uśmiechając się niepewnie, a Josh skinął głową, wciąż zaskoczony tym, co się wydarzyło.
Kiedy z oczu zniknęły mu płomienne włosy Mercy, jej prawie czerwone policzki i cała ta otoczka, Josh dźwignął swoje własne bagaże i ruszył w przeciwnym kierunku. Ustawił się w kolejce i, aby jakoś uatrakcyjnić sobie czas oczekiwania, wyjrzał przez oszkloną ścianę lotniska na piękny, ośnieżony Londyn. Wspomniał swój pobyt w tym mieście, te wszystkie straszne rzeczy, które się wydarzyły, a także te dobre, na czele z poznaniem Mercy Buckley. Pomyślał o swej bliźnie na policzku, pamiątce po próbie samobójczej, o tym, że Vanessa i Victor poprosili go na ojca chrzestnego dla swojego synka, o małych-wielkich cudach, których był świadkiem przez ponad dziesięć miesięcy. Wracał do domu, ale tak naprawdę Londyn już na zawsze pozostanie w jego sercu i będzie wyjątkowym miejscem, w którym zaznał więcej szczęścia, niż mogłoby się wydawać. Czuł się bezpieczny i wolny od swych demonów, a to był najpotężniejszy ze wszystkich cudów w jego życiu.



***

Jenny wiedziała, że to jej brat, kiedy usłyszała, jak ktoś biegnie korytarzem w jej stronę. To nie mógł być nikt inny. Nie myliła się. Po chwili zza rogu wyłoniła się znajoma twarz Victora, który oddychał nienaturalnie szybko, a na jego policzkach malowały się zaczerwienienia. Kiedy zobaczył siostrę, zatrzymał się gwałtownie. Pochylił się, by nabrać tchu, a potem podniósł wzrok. W jego zielonych oczach zauważalne było podenerwowanie.
- Masz szczęście, braciszku - powiedziała Jenny, a Victor wytrzeszczył oczy.
- Chcesz mi powiedzieć, że to już? - zapytał na jednym oddechu. - Spóźniłem się na narodziny własnych dzieci? No nie wierzę, ja po prostu...
- Uspokój się, bo normalnie nie wiem, co ci zrobię! - rzuciła ostro Jenny, a brat spojrzał na nią z zaskoczeniem i lekkim rozbawieniem, mimo wszystko. - Chciałam powiedzieć, że masz farta, bo właśnie wcale się nie spóźniłeś.
- Naprawdę? - spytał z nadzieją.
- Pierwsze drzwi na lewo - skwitowała rudowłosa.
Victor minął ją, a potem cofnął się, by uściskać ją i wykrzyczeć, że za chwilę zostanie tatą. Mimo nerwów Jenny uśmiechnęła się i oprowadziła wzrokiem oddalającego się od niej brata. Kiedy została sama, usiadła na jednym z pustych krzeseł. Ona również czuła ten dreszcz emocji, myśląc, że wkrótce pozna bratanicę i bratanka. Nie mogła się doczekać pierwszego spojrzenia na dwie nowe istoty, które pojawią się na świecie dzięki miłości Victora i Vanessy Joyce'ów. Pomyślała o tym, co ona czuła, kiedy przez parę miesięcy czekała na narodziny Olivera, a także o tym, jak wielkie było jej szczęście, gdy po raz pierwszy mogła go dotknąć. Choć od tamtego dnia minęło wiele lat, wspomnienia nie zatarły się i nie straciły na jakości - wciąż były symbolem wspaniałego okresu w jej życiu. To smutne, że w tych najlepszych czasach był przy niej człowiek, którego teraz nie mogła dostrzec obok siebie. Tak bardzo czekała na deklarację, czy James chce o nią walczyć i spróbować jeszcze raz, czy nie. Bała się decyzji, jaką podejmie Devon, a jednocześnie nie potrafiła już żyć w ciągłej niepewności. W jej głowie ponownie rozbrzmiał dźwięk skrzypiec, zapewne przywołany przez emocje, jakie przeżywała. Z całego serca marzyła o miłości takiej, jaką mogli szczycić się jej rodzice, ale czy to jeszcze było możliwe to zrealizowania? Czy James zrobi cokolwiek, by potwierdzić swoją miłość? A może to Jenny powinna coś zrobić? Może on oczekiwał, że dziewczyna odnajdzie go i uczyni to, czego sama chciała od niego? Dlaczego to wszystko zawsze było takie trudne i skomplikowane? Czy naprawdę nie mogliby po prostu być szczęśliwi i zakochani? Teraz, kiedy myślała o roku, który dobiegał do końca, widziała, że James naprawdę walczył o ich rodzinę. Pokazał, że może być świetnym tatą dla Olivera, wspaniałym przyjacielem dla Victora i... no właśnie, kim dla Jenny? Przez pewien czas byli naprawdę szczęśliwi, chociażby na weselu jej brata. Pamiętała, co czuła, kiedy James pokazywał jej, że obecność Jeremy'ego działa mu na nerwy, bo zżerała go zazdrość i sam chciał być na jego miejscu. Przecież to nie mogło po prostu z niego ulecieć. Te wszystkie uczucia... przecież to niemożliwe, że tego już po prostu nie ma...
Dźwięk telefonu zagłuszył widmowy dźwięk skrzypiec. Jenny dopiero wówczas zorientowała się, że kolejna łza wydostała się na wolność, a jednak nie otarła jej - nie mogła zapanować nad ciekawością, która zrodziła się w niej, kiedy w oczy rzuciło jej się jego imię. Zamrugała powiekami, chcąc zobaczyć to jeszcze wyraźniej. Pięć liter, na które tak długo czekała.

Przyjadę jutro, oczywiście jeśli chcesz. Chciałbym spędzić te święta z Oliverem.
James

- I z tobą - powiedziała Jenny i nawet nie odnotowała, kiedy komórka wypadła jej z ręki. - Dlaczego tego nie napisałeś, James?
Ból rozdarł jej serce, a wnętrze szpitala rozdarło coś innego - pierwszy krzyk któregoś z bliźniąt, krzyk nowego życia, nowego początku i czegoś czystego, nieskalanego cierpieniem, jakiego zaznajemy z rąk innych ludzi. Choć jeszcze nie widziała dzieci swego brata, Jenny już teraz poczuła do nich wielką miłość i obiecała sobie, że zrobi wszystko, by zapewnić im tyle szczęścia, ile zdoła, by ten cudowny spokój, który mieli teraz podczas pierwszych minut swego życia, gościł w nich maksymalnie długo.

***

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Nareszcie nowość, juhu! ;-) Nawet nie wiesz jak bardzo na nią czekałam. Zdecydowanie za długo trwała ta przerwa. Stęskniłam się za bohaterami i ich losami tak bardzo, że zakończę na tym mój krótki wstęp i zabiorę się za czytanie! ;-)
      Victor i Vanessa to moja ulubiona para. Zakochałam się w Victorze od pierwszego momentu. Polubiłam jego poczucie humoru, pomysłowość, a także ciepło, które roztacza wokół siebie, szczerość i wierność. Vanessę raz lubiłam, a raz przeciwnie.. Szczególnie w poprzednim opowiadaniu. W tym zyskała moją sympatię, chociaż i z tym różnie bywało.. Niemniej jednak, gdy czytam o tej dwójce mój uśmiech na twarzy jest tak szeroki, że niemal sięga moich uszu. Oboje są w sobie szaleńczo zakochani i przede wszystkim nadają na tych samych falach. Są nie tylko kochankami, których połączyło silne uczucie, ale i przyjaciółmi, którzy są gotowi skoczyć w ogień za sobą. ;-)
      Kiedy Victor i Vanessa są moją ulubioną parą tego opowiadania, to Christina jest jego najlepszą bohaterką (dla mnie). Już na początku dostrzegłam podobieństwo między moim a jej charakterem i temu pokochałam ją od pierwszego słowa. Gdy teraz czytam o niej - szczęśliwej, silnej i zakochanej - moje serce rośnie. Nikt tak jak ona nie zasługiwał na szczęście i wreszcie je dostała. Jej początki z Gregorym nie były łatwe, ale jak powiedział kiedyś ktoś mądry: tylko to, co wymaga poświęceń, jest coś warte. I ich miłość jest tego najlepszym przykładem. Musieli pokonać wyboistą drogę, aby teraz móc rozkoszować się wspólnym czasem. ;-)
      Szkoda mi Jenny. Myślałam, że teraz będzie tylko lepiej między nią, a Jamesem.. Ale myliłam się. Rozumiem Constance, bo ja także nie wyobrażam sobie Jenny z innym mężczyzną. James jest miłością jej życia i co do tego nie mam żadnych wątpliwości, ale ... Ile raz można dawać komuś szansę? Ile razy można próbować? Ile razy można dać się oszukać? Rozumiem Jamesa, stracił przyjaciółkę. Śmierć nigdy nie jest prosta i wywołuje w nas emocje, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.. Jednak nie można za nią karać innych, a to według mnie robi James. Odsunął się od Jenny. Po raz kolejny wyrwał jej serce z piersi i zostawił samą.. Czy on nie zastanowił się nad tym, że ona też cierpi? Że jej też jest ciężko? Nie wiem, co bym zrobiła na miejscu Jenny.. Wydaje mi się, że bardzo bałabym się ponownie zaufać Jamesowi. Chyba nie umiałabym żyć z człowiekiem, który pewnego dnia może sobie z czymś nie poradzić i po prostu odejść.. kolejny raz.
      Teraz to mam jeszcze większy uśmiech na twarzy. Los nie mógł zrobić lepszego ruchu jak połączenie Mercy i Josha. Oboje przeszli przez swoje własne piekło, ale teraz wrócili, aby walczyć o to, co jeszcze przed nimi. A ich droga zapowiada się obiecująco. Trzymam za tą dwójkę kciuki! ;-) Normalnie, aż mam motylki w brzuchu!
      Victor ma szczęście, że zdążył, bo inaczej Vanessa nie dałaby mu żyć ;-)
      Jenny naprawdę nie zasługuje na takie traktowanie. I kiedy wydawało mi się, że James wreszcie dorósł i zmądrzał, on po raz kolejny udowadnia mi jak bardzo się myliłam, bo on nadal pozostał tym egoistycznym chłopcem, który myśli tylko o sobie. Biedna Jenny, mam nadzieję, że tym razem odpuści go sobie na dobre..
      Panie i Panowie, powitajmy na świecie małych Joyce'ów ;-)
      Deluxe, cudowny odcinek. Opisy są nieziemskie, czyli dokładnie takie jakie być powinny. Wprowadzają w odpowiedni nastrój, dostarczają emocji i przybliżają losy bohaterów. Jestem nimi oczarowana podobnie jak muzyką, którą dobrałaś. Spisałaś się na medal! ;*
      Z niecierpliwością czekam na nowość, która liczę, że tym razem pojawi się szybciej! ;> ;-)
      Buziaki:*

      Usuń
  2. Hej Kochana:* oj tak Twoja nieobecność mocno się wydłużyła, ale najważniejsze, że w końcu dotarłaś. Tak właśnie myślałam, że sporo musi się u Ciebie dziać, skoro tak długo nie dawałaś znaku życia. Mam tylko nadzieję, że jeśli już wiele się wydarzyło, to były to raczej przyjemniejsze rzeczy, a nie odwrotnie :) zdajesz sobie sprawę jak bardzo stęskniłam się za bohaterami i w ogóle za całym opowiadaniem? Tak więc nie przedłużam już i biorę się za czytanie :)
    To, że polubiłam Victora od pierwszego momentu w którym pojawił się w tej historii jest oczywiste i chyba powtarzać się nie muszę. Podoba mi się u niego to poczucie humoru, ten dystans do wielu rzeczy i naprawdę luźne podejście, ale mimo to wie, kiedy przestać i kiedy sytuacja wymaga od niego bycia poważnym i dojrzałym. Po raz kolejny już powtórzę, że Vanessa to niezła szczęściara skoro spotkała na swojej drodze tak cudownego mężczyznę. Victor nie widzi świata poza nią, a myśl, że wkrótce urodzą się ich dzieci dodatkowo potęguje to uczucie u obojga. O zachciankach i humorach ciężarnych nie będę się wypowiadać, bo nie mam o tym zielonego pojęcia. Chciałabym raczej odnieść się do przemyśleń Victora. Smutne jest to, że potraktował Caroline jak każdą poprzednią kobietę, która pojawiła się w jego życiu. Jednak nie wszystkie takie są, nie wszystkie kobiety interesuje tylko bycie w centrum uwagi i góra pieniędzy. Są kobiety o wiele bardziej wartościowe, które niekoniecznie są zjawiskowo piękne, a jednak takie ciężej dostrzec. Dobrze, że Victor jednak nie wrzucił tej kobiety do jednego worka. A takie sytuacje jakie miały miejsce w tym fragmencie pewnie są dla piłkarza codziennością i już się do tego przyzwyczaił, bo to pewnie nieodłączny element jego wyjścia z domu :) o dziwo nie zauważyłam też, żeby było to dla niego męczące. Oj tak, cały fragment czytałam z wielkim uśmiechem na twarzy :)
    Nie wiem skąd u Christiny i Grega pojawił się pomysł podróżowania po świecie, ale aż im zazdroszczę poznawania nowych miejsc na świecie. Myślę też, że to dobry pomysł ze względu na psycholog. W ten sposób chociaż trochę odpocznie, nie będzie w każdej chwili myślała o niedawnych wydarzeniach, ani tak jak było wspomniane - codziennie odwiedzała grobu siostry. Nie napiszę, że to podróżowanie ma pomóc jej w zapomnieniu, bo logiczne jest to, że Tina nigdy nie zapomni o swojej siostrze i nic ani nikt nie sprawi, że wyrzuci ją z pamięci, to po prostu niemożliwe. Gregory może jedynie sprawić, by ból po odejściu Rosalie nie był tak wielki. Nie wiem, czy mogę już to powiedzieć z pełnym przekonaniem, ale wygląda na to, że Christina wreszcie odnalazła swoje szczęście i swoje miejsce na ziemi. I wszystko wskazuje na to, że to właśnie Gregory jest jej upragnionym szczęściem :) ciesze się razem z nią, bo naprawdę zasłużyła sobie na te niekończące się chwile szczęścia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda mi Jenny. Nie sądziłam, że James wywinie taki numer. Naprawdę wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć. Śmierć Rosalie na pewno w jakiś sposób na niego wpłynęła, w końcu byli kiedyś razem, później zostali przyjaciółmi, ale czy to rzeczywiście jest powód, żeby odrzucać wszystkich dookoła? Zaczynam się zastanawiać, czy James działał świadomie, czy nie. Takie decyzje podejmuje się raczej pod wpływem chwili i chyba później zmienia się zdanie, prawda? Przez trzy miesiące nie daje znaku życia, z synem skontaktował się raptem dwa razy i jak tu nie stracić nadziei na to, że wreszcie będzie dobrze? Wcale się nie dziwię, że Jenny nachodzą takie myśli. Drugi raz jej zaufanie i uczucia zostały wystawione na próbę. Przykro patrzeć jak rozpada się wszystko to w co Jenny naprawdę wierzyła. Dodatkowo jej matka wcale jej nie wspiera, tylko potęguje to uczucie tej bezradności. Matka to matka, ale ja też mam wrażenie, że Constance nie wie przez co przechodzi jej córka. Vanessa rodzi? No już czas najwyższy :) dobrze, że chociaż ona zachowuje spokój, kiedy cała reszta panikuje :) oby wszystko odbyło się bez komplikacji :)
    Moja ulubiona bohaterka to bez wątpienia właśnie Mercy. Jej pojawienie się w tej historii było strzałem w dziesiątkę. Pamiętam początki jej znajomości z Joshem. Nigdy w życiu nie powiedziałabym, że oboje dadzą sobie szansę i że jednak coś między nimi się narodzi. Przyjaźń na pewno, ale do miłości już chyba tylko jeden krok, prawda? :) myślę, że ta rozłąka będzie naprawdę krótka, że po świętach znów będą się cieszyć swoją obecnością. To świetna wiadomość! Josh pozbył się demonów dzięki swojej upartości i pomocy Mercy :) to jedna z lepszych wieści w tym rozdziale. Oby od teraz w jego życiu było już tylko lepiej :)
    Ręce opadły mi do samej ziemi, dosłownie! Czy ten James postradał rozum? Czy on naprawdę nie widzi tego jak po raz kolejny krzywdzi Jenny? Nie mam już słów na tego faceta, naprawdę. Myślałam, że zmądrzał, że wreszcie poszedł po rozum do głowy... nie chcę tutaj nikogo pochopnie oceniać, ale czy jego zachowanie można jakoś inaczej skomentować? Oby się opamiętał i się ogarnął.
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. [SPAM]
    Serdecznie zapraszam na mojego nowego bloga, gdzie pojawiła się zapowiedź! <3
    www.droga-zaufania.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń